Rozdział trzeci

Minął tydzień spędzony w radości i dosycie.

I tym razem uniknąłem jakoś ostateczności. Codziennie jadałem, nabierałem odwagi i czyniłem rozliczne kroki celem zabezpieczenia przyszłości. Zacząłem trzy czy cztery rozprawy, w które włożyłem wszystko, na co mógł się zdobyć mój biedny mózg, i zauważyłem, że praca idzie mi lepiej niż poprzednio. Ostatni artykuł, za którym się tyle nabiegałem, został zwrócony przez redaktora i zniszczyłem go, zły, obrażony, nie przeczytawszy nawet. Umyśliłem zwracać się w przyszłości do innych pism, by stworzyć sobie większe możliwości powodzenia. W najgorszym razie pozostawały jeszcze okręty. W porcie stała gotowa do drogi „Zakonnica” i byłem pewny, że w zamian za pracę weźmie mnie ze sobą choćby do Archangielska lub licho wie dokąd. Otwierało się tedy niejedno pole.

Ostatnie przejścia podcięły mnie srodze. Włosy wypadały mi garściami, bolała mnie głowa, zwłaszcza rankiem, a nerwowość nie opuszczała ani na chwilę. Przez cały dzień pisałem, owijając chustkami ręce, gdyż nie mogłem znieść na nich własnego oddechu. Kłuło mnie niby zimnymi szpilkami w krzyżach i nogach, gdy parobek na dole trzasnął drzwiami lub pies zaszczekał w podwórzu. Czułem się bardzo licho.

Mozoliłem się nad robotą przez cały dzień, zaledwie podczas jedzenia przestawałem pracować, toteż w tym czasie powódź zapisanych kartek zalewała łóżko i mój mały chwiejący się stolik. Wplatałem nowe pomysły, jakie mi przychodziły, kreśliłem, ożywiałem martwe punkty tu i ówdzie barwnym słowem i przemykałem się z trudem od zdania do zdania. Pewnego popołudnia skończyłem nareszcie jeden artykuł, zadowolony wetknąłem go w kieszeń i udałem się do tak zwanego „Komandora”. Był już czas najwyższy wystarać się o pieniądze, gdyż miałem jeno kilka öre majątku.

„Komandor” poprosił, bym usiadł i zaczekał... za moment będzie mi służył. Powiedziawszy to, pisał dalej.

Rozejrzałem się po niewielkim gabinecie. Wszędzie było pełno biustów43, litografii44, wycinków, a obok biurka stał olbrzymi kosz, zdolny połknąć człowieka. Posmutniałem na widok tej olbrzymiej, wieczyście rozwartej paszczy smoczej, łaknącej coraz to nowych rękopisów, sycącej się pogasłymi nadziejami.

— Którego dziś mamy? — spytał nagle „Komandor” od biurka.

— Dwudziesty ósmy! — odrzekłem rad, że mogę mu się przysłużyć.

Pisał dalej, wreszcie włożył kilka listów w koperty, rzucił kilka papierów do kosza i odłożył pióro. Potem okręcił się w obracanym fotelu i spojrzał na mnie. Zauważywszy, że stoję przy drzwiach, wskazał na krzesło gestem poważnym i żartobliwym jednocześnie.

Odwróciłem się, dobywając rękopis, by nie zauważył, że brak mi kamizelki.

Wręczając artykuł powiedziałem, że jest to popularna charakterystyka Corregia45, niestety, nieposiadająca takich zalet, by...

Wziął rękopis i zaczął przebiegać oczyma kartki, ja zaś patrzyłem na jego zwróconą ku mnie twarz.

Tak więc wyglądał z bliska człowiek, którego nazwisko słyszałem już w najmłodszych latach, a którego pismo wywarło na mnie znaczny wpływ. Miał faliste włosy, piękne, ciemne, trochę niespokojne oczy i z nawyku dmuchał raz po raz przez nos. Pastor szkocki nie mógł łagodniej wyglądać od tego niebezpiecznego człowieka i pisarza, którego słowa, gdziekolwiek padły, zostawiały po sobie krwawe pręgi. Uczułem wobec niego strach i podziw, oczy napełniły mi się łzami i bezwiednie przysunąłem się trochę, by go zapewnić o mym szacunku, uznaniu dla tego, czego mnie nauczył, oraz prosić, by mi nie czynił krzywdy. Chciałem wyznać, że jestem tylko nędznym partaczem, któremu jednak bardzo źle się powodzi na świecie.

Podniósł głowę, złożył rękopis i zamyślił się. Chcąc mu ułatwić odmowną odpowiedź, wyciągnąłem rękę i rzekłem:

— Nie nadaje się, oczywiście... — mówiąc to, uśmiechnąłem się na znak, że biorę rzecz lekko.

— Zamieszczamy jeno rzeczy całkiem popularne — powiedział. — Wie pan dobrze, jaką mamy publiczność. Radzę, niech pan to weźmie ze sobą i uprości albo obmyśli coś, co ludzie łatwiej zrozumieją.

Wyrozumiałość jego zdumiała mnie. Wiedziałem, że artykułu nie chce, ale nie sposób było znaleźć grzeczniejszej formy odmowy. Nie chcąc go dłużej nużyć, odparłem:

— I owszem... i owszem...

Podszedłem do drzwi, przeprosiwszy, żem mu czas zabierał. Skłoniłem się i ująłem klamkę.

— Jeśli pan potrzebuje czegoś — rzekł — to mogę dać zaliczkę, potem się odtrąci ową kwotę.

Wiedział, że nie nadaję się do pisania, przeto oferta jego upokorzyła mnie trochę. Odparłem więc:

— O nie, dziękuję, starczy mi jeszcze na jakiś czas. Bardzo dziękuję za pańską łaskawość. Żegnam uprzejmie!

— Do widzenia! — powiedział, zwracając się zaraz do biurka.

Bez zasługi z mej strony przyjął mnie nader życzliwie, byłem mu za to wdzięczny oraz oceniłem jak należy jego postąpienie. Zarazem jednak postanowiłem nie pokazywać mu się już na oczy, zanim nie dokonam czegoś, co mnie samego zadowoli, a „Komandora” wprawi w takie zdumienie, że mi bez namysłu wyasygnuje dziesięć koron. Wróciłem do domu i jąłem pisać z wielkim zapałem.

W ciągu następnych dni około ósmej, gdy zapalano na ulicy gaz, przydarzała mi się systematycznie rzecz następująca.

Wychodziłem z domu, chcąc zażyć przechadzki po trudach i mozołach dnia, i zastawałem tuż pod bramą, przy latarni, czarno ubraną damę, która zwracała ku mnie twarz i odprowadzała mnie oczyma. Spostrzegłem, że ma zawsze tę samą suknię, twarz osłonioną tym samym gęstym woalem, a w ręku trzyma parasolkę o rączce ze słoniowej kości.

Tak było przez trzy wieczory. Gdym ją minął, obracała się z wolna i odchodziła w stronę przeciwną.

Zdenerwowany i przeczulony wyobrażałem sobie, że czeka tu właśnie na mnie. Miałem chętkę zagadnąć ją i spytać wprost, kogo szuka, czy czego potrzebuje, czy ją mogę odprowadzić do domu, by nie była narażona na zaczepki, i w ogóle otoczyć opieką. Ale jej uboga odzież napełniła mnie niejasną obawą, że może by to coś kosztowało, że trzeba by postawić szklankę wina albo zapłacić dorożkę, a nie miałem pieniędzy. Beznadziejna pustka w kieszeni przygnębiała mnie niewymownie. Nie śmiałem nawet rzucić jej w przelocie badawczego spojrzenia.

Znowu nastał głód i od zeszłego wieczora nie miałem nic w ustach. Nie było to, co prawda, długo, bo przedtem nieraz zdarzały się dłuższe posty, ale czułem, że po dawnych przejściach nie sposób mi już tak wytrwale głodować, a jeden dzień mógł mnie powalić. Wymiotowałem, ile razy napiłem się wody. W dodatku marzłem po nocach, leżąc ubrany jak za dnia, tak że rankiem byłem siny z zimna. Krzepłem po prostu podczas snu, bo stara kołdra nie mogła powstrzymać przeciągu, i budziłem się rano z nosem napuchłym od szronu, który dostawał się szparami ścian.

Szedłem ulicami, dumając, w jaki sposób utrzymać się na powierzchni aż do skończenia następnego artykułu. Żałowałem, że nie posiadam świecy, by pisać w nocy, bo starczyłoby przy pewnym rozmachu kilka godzin, by dobić do końca. Jutro mógłbym iść do „Komandora”.

Niewiele myśląc, udałem się do kawiarni „Oplandske” celem pożyczenia od mego bankowca dziesięciu öre na świecę. Nie wzbroniono mi przejść przez wszystkie sale. Minąłem mnóstwo stolików obsiadłych przez jedzących, pijących i paplających ludzi, dotarłem aż do czerwonego gabinetu, ale nigdzie nie znalazłem osoby poszukiwanej. Zły i zniechęcony wyszedłem na ulicę i zwróciłem się w stronę zamku.

Kiedyż, u licha, skończą się te przeciwności? Wściekły, szedłem wielkimi krokami, podniósłszy brutalnie kołnierz surduta, wcisnąwszy pięści w kieszenie spodni i wyklinałem mą złą gwiazdę. Od siedmiu czy ośmiu miesięcy nie miałem godziny prawdziwego spokoju, przez tydzień dostatecznego jadła, a i teraz znowu nędza powaliła mnie na łopatki. A przy tej całej niedoli byłem czynny i pozostałem uczciwy... he... he... uczciwy do głupoty po prostu. Powtórzyłem sobie, jak to doznałem wyrzutów sumienia z powodu niedoszłego zastawienia kołdry Hansa Pauli. Roześmiałem się szyderczo, wspomniawszy swoją skrupulatną zacność, splunąłem i nie mogłem znaleźć słowa dość silnego na wyzwiska pod własnym adresem. Niechby dzisiaj zdarzyło się coś! Gdybym znalazł na ulicy skarbonkę z oszczędnościami uczennicy lub ostatniego öre biednej wdowy, przywłaszczyłbym sobie te pieniądze, skradłbym je bez wahania i spałbym potem przez całą noc kamieniem. Nie na darmo tylem się nacierpiał. Wyczerpałem do cna cierpliwość i byłem teraz gotowy na wszystko!

Obszedłem zamek kilka razy, postanowiłem wracać, zboczyłem jeszcze na chwilę do parku i skierowałem się w końcu na ulicę Karola Jana.

Dochodziła jedenasta. Po ciemnej niemal ulicy snuli się ludzie, ciche pary i gwarne grupy. Wybiła wielka godzina chuci, kiedy dzieje się tyle rzeczy dziwnych i rozpoczyna się tyle wesołych awantur. Wszędzie szeleściły spódnice dziewcząt, rozbrzmiewały krótkie, zmysłowe śmiechy, falowały piersi i dyszały ciężkie oddechy. Tuż koło „Grandu” ktoś krzyknął: „Emma!”. Ulica przypominała bagnisko, z którego wznosił się gorący opar.

Bezwiednie przeszukałem kieszenie, by znaleźć dwie korony. Namiętność drgająca w każdym kroku przechodniów, mdłe światło latarń, cisza brzemiennej rozkoszą nocy — wszystko razem porwało mnie. Zatonąłem w fali szeptów, objęć, jękliwych wyznań, urywanych słów i westchnień. Dwa koty, wrzeszcząc, odbywały gody w bramie Blomquista. A ja nie miałem marnych dwu koron! Prawdziwa rozpacz i hańba zbiednieć do tego stopnia. Cóż za upokorzenie i poniżenie!

Przyszło mi znowu na myśl, że byłbym gotów skraść ostatni grosz wdowy, czapkę czy chustkę studenta, torbę żebraka, że zaniósłbym to do łachmaniarza i w jednej chwili puścił uzyskane pieniądze. Zacząłem dla pocieszenia się wynajdywać w otaczających mnie rozbawionych ludziach najróżniejsze błędy i wady. Wzruszając złośliwie ramionami, śledziłem parę za parą. Dziwiłem się naiwnemu, zadowolonemu byle czym studentowi, który klepiąc po udach szwaczkę, uważa się za rozpustnika europejskiej miary. Spoglądałem ze wstrętem na elegantów, bankowców, wielkich przemysłowców i lwów bulwarowych. Nie pogardzali niczym, nawet żonami żeglarzy i grubymi babami z Kutorvu46, które oddają się w pierwszej lepszej bramie za kufel piwa... Piękne zaprawdę syreny! Miejsce obok nich było jeszcze ciepłe od minionej nocy, spędzonej ze strażakiem czy parobkiem stajennym, a tron miłości dostępny wszystkim w każdej chwili... miejsce wolne... proszę... proszę... wchodźcie, panowie.

Plułem na chodnik, nie bacząc, czy kogoś trafiam, pełen odrazy do tych oto ludzi, co tarli się o siebie i łączyli ze sobą na mych oczach. Podniosłem głowę z dumą, rad, że mogę stąpać czystymi ścieżkami życia.

Na placu Stortingu spotkałem dziewczynę, która wybałuszyła na mnie oczy, gdym ją mijał.

— Dobry wieczór! — powiedziałem.

— Dobry wieczór! — odrzekła.

Zdziwiłem się, że tak późno spaceruje, i spytałem, czy nie jest to trochę niebezpieczne dla młodej damy znajdować się o tej porze na ulicy Karola Jana. Ach, nie! Czy nikt jej nie zaczepił, nie napastował, nie prosił wprost, by z nim poszła do domu?

Patrzyła zdziwiona i badała, co mam na myśli. Po chwili wsunęła mi rękę pod pachę i powiedziała:

— Chodźmy!

Zrobiłem kilka kroków, ale stanąłem przed stacją dorożek, uwolniłem ramię i rzekłem:

— Moja mała, wiedz, że nie posiadam grosza! — potem odwróciłem się, chcąc odejść.

Nie uwierzyła w pierwszej chwili, ale gdym przetrząsnął kieszenie, nic nie znajdując, rozgniewała się, potrząsnęła głową i nazwała mnie błaznem.

— Dobranoc! — powiedziałem.

— Zaczekaj no pan! — krzyknęła. — Czy pańskie okulary mają złotą oprawę?

— Nie!

— Idź więc do diabła!

Poszedłem.

Ale natychmiast dopędziła mnie i powiedziała:

— Możesz i tak iść ze mną!

Czułem się upokorzony ofertą biednej ulicznicy i odmówiłem. Oświadczyłem, że późno, że mam się z kimś widzieć, a ona nie może sobie pozwalać na taką ofiarę.

— Chcę cię mieć, rozumiesz?

— Nie pójdę... w tych warunkach.

— Idziesz oczywiście do innej!

— Nie! — odparłem.

Nie miałem w sobie tej żyłki. Dziewczęta nie czyniły ma mnie wrażenia, nędza wyjałowiła mnie do cna. Moje położenie wobec tej wyjątkowej dziewczyny było dość trudne, umyśliłem sobie tedy ratować pozory.

— Jak ci na imię? Maria? Słuchajże, Maniu! — powiedziałem i zacząłem uzasadniać swe postępowanie. Dziewczyna słuchała z coraz większym zdumieniem, ja zaś klarowałem jej, że nie zaliczam się do ludzi chwytających nocami po ulicach dziewczęta. Czyżby mnie za takiego miała? Czyż powiedziałem zrazu coś niestosownego? Nie! Tak jak ja postępuje człowiek niemający złych zamiarów. Słowem, zagadnąłem ją i podprowadziłem kilka kroków celem przekonania się, jak daleko posunie sprawę. Potem wymieniłem swe nazwisko, dodałem, że jestem pastorem i zakończyłem: — Dobranoc! Idź i nie grzesz więcej!

Poszedłem w swoją stronę.

Zachwycony konceptem, zacierałem ręce i rozmawiałem ze sobą głośno. Cóż to za radość chodzić tak i czynić dobrze! Może dałem tej upadłej istocie naukę, która wpłynie na odmianę jej życia? Nie zapomni tego niewątpliwie i gdy wspomni w godzinie śmierci, odczuje głęboką wdzięczność. O, warto mimo wszystko żyć uczciwie i po bożemu!

Wpadłem w świetny humor i uczułem, że mogę przedsięwziąć wszystko. Skończyłbym dziś na pewno artykuł, gdybym jeno miał światło! Szedłem niedbale, wymachując nowym kluczem od bramy, gwizdałem i dumałem nad sposobami zdobycia kredytu. Nie było innej rady, jak znieść na ulicę pod latarnię przybory pisarskie. Otwarłem przeto bramę i poszedłem na górę po papiery.

Wróciwszy, zamknąłem bramę z zewnątrz i stanąłem w świetle. Panowała zupełna cisza, słyszałem tylko ciężki, brzękliwy krok policjanta w bocznej ulicy, a daleko, w stronie St. Hanshaugen, szczekanie psa. Nic mi nie przeszkadzało. Nasunąłem na uszy kołnierz surduta i zacząłem ze wszystkich sił myśleć. Wszystko by się odmieniło, gdybym mógł dokończyć tę małą rozprawkę. Stanąłem właśnie na trudnym punkcie, który miał tworzyć nieznaczny zwrot ku czemuś nowemu, potem następował roztapiający się z wolna finał i wreszcie ostry wykrzyk, przeraźliwy jak strzał lub huk pękającej skały. Na tym chciałem skończyć.

Ale nie mogłem znaleźć słów. Przeczytałem rzecz całą od początku, każde zdanie rozważyłem z osobna, nie mogłem jednak zebrać myśli do tego ogromnego okrzyku. W dodatku podczas pisania nadszedł policjant, stanął opodal i zepsuł mi cały nastrój. Cóż go mogło obchodzić moje poszukiwanie finału do artykułu dla „Komandora”? — Nie... nie sposób było utrzymać się na powierzchni — pomyślałem i zacząłem kląć. Stałem przez całą godzinę, policjant odszedł wreszcie, ale zimno było zbyt dotkliwe, by pracować dłużej na ulicy. Przygnębiony i zasmucony tym nowym niepowodzeniem otwarłem w końcu bramę i udałem się do pokoju.

I tu było zimno, a przy tym tak ciemno, że zaledwie mogłem dostrzec okno. Doszedłem omackiem do łóżka, zdjąłem trzewiki, ogrzałem trochę rękami stopy i ległem spać ubrany, jak to czyniłem od jakiegoś czasu.

Nazajutrz o samym świcie siadłem na łóżku i wziąłem się na nowo do artykułu. Pracowałem tak do samego południa i wymusiłem z siebie dziesięć czy dwadzieścia wierszy, nie mogąc dotrzeć do finału.

Wstałem, wdziałem trzewiki i zacząłem chodzić dla rozgrzania. Szyby były zamarznięte po bokach, wyjrzałem — padał śnieg, podwórze okrywała gruba warstwa bieli, a także na bruku i koło studni było biało.

Błądziłem bez celu po stancji, chodziłem automatycznie z kąta w kąt, drapałem gwoździem po ścianie, przykładałem ostrożnie czoło do drzwi, pukałem palcem w podłogę, nasłuchiwałem bacznie, a wszystko to czyniłem cicho, z namysłem, jakby szło o ważną sprawę. W ciągu tego zajęcia powtarzałem sobie głośno, tak że dobrze słyszałem: — Miły Boże!... wszakże to szaleństwo! — Mimo to nie przestawałem ani na chwilę. Po długim czasie, może po kilku godzinach, opanowałem się, zagryzłem wargi i nawymyślałem sobie nieźle. Trzeba skończyć! Wyszukałem wiór, włożyłem go w usta i zasiadłem ponownie do pisania.

Z wielkim trudem skleiłem kilka zdań. Była to pewna ilość marnych słów, wydartych rozpaczliwie z nicości, byle tylko dobić do końca. Niebawem jednak przestałem, czując pustkę w głowie i zupełną niemoc. Wlepiłem oczy w ostatnie wyrazy na niedokończonej kartce, a one spoglądały na mnie drwiąco, to skacząc, to kłując, jakby były żywymi, złośliwymi istotami. W końcu nie rozumiałem już nic i o niczym nie myślałem.

Czas płynął. Słyszałem rozgwar uliczny, stuk kopyt i turkot pojazdów, a także paplaninę Jensa Olai, gadającego w stajni z końmi.

Siedziałem śpiący, mlaskając raz po raz ustami, ale poza tym nie robiłem nic. Czułem, że źle z mymi piersiami. Zapadał zmierzch, słabłem coraz bardziej, wreszcie bezsilny ległem na łóżku. Chcąc rozgrzać nieco ręce, rozczesywałem palcami włosy tam i z powrotem, w poprzek i od tyłu, przy czym wypadały całe pasma, zostając między palcami lub spadając na poduszkę. Nie myślałem zgoła nic, jakby mnie to nie obchodziło i jakbym miał dość jeszcze włosów.

Pragnąc wyrwać się z tego dziwnego oszołomienia, ogarniającego moje członki niby gęsta mgła, siadłem, uderzyłem dłońmi po kolanach, kaszlnąłem tak silnie, jak na to pozwalały płuca... i opadłem ponownie wstecz. Nie było rady. Konałem z otwartymi oczyma, utkwionymi bezradnie w powałę. W końcu wsadziłem do ust wskazujący palec i jąłem ssać.

W mózgu zjawiła się jakaś myśl, wyłaniała się, stawała się jasna... — Aha! Gdybym tak ukąsił kawałek?! — Bez chwili namysłu zamknąłem oczy i ścisnąłem zęby.

Zerwałem się. Od razu wróciła pełna świadomość. Z palca ciekło trochę krwi, którą zacząłem lizać. Nie bolało, a rana nie miała żadnego znaczenia. Przyszedłem jednak do siebie, potrząsnąłem głową, zbliżyłem się do okna, potem zaś zacząłem szukać szmatki, by obwiązać palec. Podczas tej czynności napłynęły mi łzy do oczu i zapłakałem z cicha. Jakże smutnie wyglądał ten biedny, chudy, zraniony palec.

— O, Boże... Boże... do czegóż doszło!

Mrok zapadał coraz szybciej. Przyszło mi na myśl, że skończyłbym może artykuł w ciągu wieczora, gdybym posiadał świecę. W głowie wyjaśniło mi się zupełnie, myśli krążyły teraz jak zawsze i nie cierpiałem nadmiernie. Nawet głodu nie odczuwałem tak dotkliwie jak przed paru godzinami i czułem, że doskonale przetrwam do następnego dnia. Może by mi się udało dostać świecę na kredyt, gdybym zaszedł do sklepiku na rogu ulicy i wyjaśnił sytuację? Znano mnie tam dobrze, gdyż w lepszych czasach stale brałem chleb i płaciłem gotówką. Niewątpliwie dostanę na słowo świecę. Po raz pierwszy od dawna zdobyłem się na oczyszczenie ubrania i zdjęcie z kołnierza wypadłych włosów. Uczyniłem to jako tako po ciemku, potem zaś zeszedłem po omacku po schodach.

Stanąwszy na ulicy, pomyślałem, że lepiej by było poprosić o chleb. Stałem przez chwilę niezdecydowany, potem zaś postanowiłem: Nie! Nigdy w świecie. Stan mego żołądka nie dopuszczał przyjęcia żadnej pożywki. Powtórzyłyby się znowu dawne historie, zjawy, halucynacje, złudzenia i szalone pomysły, tak że nie skończyłbym nigdy artykułu, a musiałem zjawić się u „Komandora”, zanim o mnie zapomni. Nie!... Jak postanowiłem, zdecydowałem się na świecę i ruszyłem do sklepu.

Przy ladzie jakaś kobieta robiła zakupy. Kilka pakietów w różnych papierach leżało w pobliżu mnie. Pomocnik handlowy, znający mnie, opuścił klientkę i wiedząc, co zazwyczaj brałem, zapakował bez pytania mały bocheneczek chleba w gazetę i położył przede mną.

— Nie... — powiedziałem — dziś potrzebna mi jeno świeca...

Wyrzekłem to cicho i pokornie, by go nie rozgniewać i nie stracić szans uzyskania kredytu.

Nie spodziewał się tego, nigdy bowiem niczego prócz chleba nie żądałem.

— Proszę chwileczkę zaczekać! — rzekł i zwrócił się do klientki.

Dostała wszystko, zapłaciła banknotem pięciokoronowym, dostała resztę i wyszła.

Znalazłem się sam na sam z subiektem47.

— A, prawda... — powiedział. — Pan żądał świecy! — Po czym rozerwał paczkę i dobył dla mnie jedną świecę.

Patrzył na mnie, ja patrzyłem na niego i nie mogłem się zdobyć na wypowiedzenie mej prośby.

— Ach... prawda, pan już zapłacił! — rzekł nagle.

Powiedział, żem zapłacił! Słyszałem każde słowo. Zaczął dobywać z kasy pieniądze i rzucał koronę po koronie srebrne monety, lśniące, grube i karbowane. Wydał mi z pięciokoronówki zapłaconej przez klientkę.

— Proszę bardzo! — rzekł w końcu.

Przez sekundę spoglądałem na pieniądze. Czułem, że tu coś nie w porządku, ale nie zapuszczałem się w roztrząsania, nie myślałem o niczym, podziwiając tylko owo bogactwo rozbłysłe nagle przed mymi oczyma. Po chwili zgarnąłem pieniądze mechanicznie do kieszeni.

Nie odchodziłem od lady, osłupiały ze zdumienia, zdruzgotany po prostu. Potem postąpiłem krok ku drzwiom, stanąłem i zagapiłem się w jakiś punkt na ścianie, gdzie wisiał mały dzwonek, opatrzony rzemiennym paskiem, pod nim zaś pęk sznurów. Stałem wpatrzony w te przedmioty.

Subiekt myślał, że nie odchodzę, bo chcę wszcząć rozmowę, rzekł przeto, porządkując na ladzie papiery:

— Coś się zbiera na zimę.

— Hm... tak... — odparłem — tak coś wygląda! — Po chwili dodałem: — Zresztą już pora na to... Wygląda, jakby miała nadejść zima... Co prawda, wcale na nią nie za wcześnie.

Słyszałem tę własną paplaninę, ale wydawało mi się jednocześnie, że mówi ktoś inny.

— Tak pan sądzi? — spytał subiekt.

Zacisnąłem w kieszeni dłoń na pieniądzach i wyszedłem. Słyszałem jeszcze, że życzę dobrej nocy i że subiekt mi odpowiada.

Zrobiwszy kilka kroków, usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi sklepu i woła. Poznałem głos subiekta i nie odczuwając zdumienia ani strachu, zawróciłem, gotów oddać pieniądze, które ponownie ująłem w garść.

— Zapomniał pan świecy! Proszę bardzo! — powiedział.

— O, dziękuję, dziękuję — odparłem spokojnie i poszedłem ulicą ze świecą w ręku.

Moja pierwsza rozsądna myśl dotyczyła pieniędzy. Podszedłem do latarni, przeliczyłem je, zważyłem na dłoni i uśmiechnąłem się. Jakiż niespodziany, wspaniały ratunek!... Byłem uratowany na długo! Wsunąłem pieniądze do kieszeni i ruszyłem przed siebie.

Zatrzymałem się przed piwniczną garkuchnią przy Storstraede i zacząłem rozważać spokojnie i chłodno, czy mogę sobie pozwolić na kolację. Z wnętrza dochodził brzęk talerzy i noży oraz siekanie mięsa. Pokusa była zbyt silna. Wszedłem.

— Proszę o befsztyk! — powiedziałem.

— Befsztyk raz! — zawołała kelnerka przez otwór w ścianie. Siadłem przy małym stoliku na jedną osobę, tuż przy drzwiach i czekałem. Było tu trochę ciemnawo, czułem się dobrze schowany i zacząłem dumać. Kelnerka rzucała na mnie raz po raz ciekawe spojrzenia.

Po raz pierwszy dopuściłem się złodziejstwa, nieuczciwości, wobec której gasły od razu wszystkie poprzednie figle. Był to mój pierwszy poważny występek. Ha, trudno... przepadło! Mogłem zresztą potem przy sposobności załatwić sprawę z kramarzem. Nie było powiedziane, że muszę zejść na psy, przy tym skądże pomysł, bym był uczciwszy od reszty ludzi. Czyż zrobiłem taki układ?...

— Czy wnet dostanę befsztyk? — spytałem.

— Zaraz! — powiedziała i spojrzała przez otwór do kuchni.

A gdyby się rzecz wydała? Gdyby subiekt nabrał podejrzenia, pomyślawszy o zajściu z chlebem, o pięciu koronach i drobnych, wydanych klientce?... Czyż było rzeczą wykluczoną, że nie przyjdzie do odkrycia... za następną zaraz bytnością w sklepie?... Cóż wówczas... miły Boże? Wzruszyłem ramionami.

— Proszę bardzo! — powiedziała kelnerka, stawiając jedzenie, i dodała: — Może pan zechce przejść do sąsiedniego pokoju, tutaj tak ciemno!

— Nie, dziękuję — powiedziałem — dobrze mi tutaj!

Rozczulony jej życzliwością zapłaciłem zaraz za befsztyk, potem zaś, sięgnąwszy do kieszeni, dobyłem, co mi wlazło w palce, wcisnąłem jej w garść i zacisnąłem dłoń. Uśmiechnęła się, ja zaś powiedziałem żartem, mając oczy pełne łez:

— Za resztę proszę sobie kupić pałac!...

— Smacznego! — odrzekła.

Zacząłem jeść z coraz to większą żarłocznością. Połykałem ogromne kęsy, nie gryząc ich wcale. Szarpałem mięso jak ludożerca.

Kelnerka zbliżyła się do mnie.

— Może się pan czegoś napije? — spytała, pochylając się ku mnie.

Spojrzałem. Mówiła cicho, niemal trwożnie, ze spuszczonymi oczyma.

— Może szklankę piwa... albo coś innego... proszę... to już wliczone... proszę bardzo...

— Nie — powiedziałem — dziękuję bardzo, nie dziś, przyjdę niedługo...

Odeszła i siadła za bufetem. Widziałem jeno szczyt jej głowy. Cóż za dziwne stworzenie!

Skończywszy, podszedłem niezwłocznie do drzwi, czując gniecenie w żołądku. Jednocześnie wstała kelnerka. Nie śmiałem wychodzić na światło i pokazywać się dziewczynie z bliska, nie wiedziała nic o mej nędzy, powiedziałem więc tylko spiesznie: „Dobranoc!”, skinąłem głową i wyszedłem.

Jedzenie zaczęło działać — dostałem skurczów i nie mogłem zatrzymać mięsa w żołądku. Wymiotowałem po trochu w każdym ciemnym kącie. Walczyłem z owym gnieceniem, które mnie męczyło, starałem się zepchnąć w dół to, co się parło na zewnątrz, ale nie było rady. Musiałem skoczyć w jakąś bramę i tam, oślepiony cisnącymi się do oczu łzami, zrzuciłem wszystko.

Pełen goryczy szedłem ulicami, złorzecząc potęgom, prześladującym mnie bez końca, i życzyłem im wszystkim piekielnych mąk. Były zgoła nierycerskie... nie było w nich śladu honoru.

Podszedłem do jakiegoś jegomościa zapatrzonego w wystawę i spytałem, co jego zdaniem należy dać człowiekowi, który długo głodował. Dodałem, że idzie o jego życie. Nie może znieść befsztyka.

— Słyszałem — odparł wielce zdumiony jegomość — że dobre jest gotowane mleko. O kogoż jednak idzie?

— Dziękuję! Dziękuję! — zawołałem, odchodząc spiesznie. — I ja sądzę, że najlepsze musi być mleko!

Wszedłem do pierwszej z brzegu kawiarni, zamówiłem mleko, wypiłem gorące, delektując się każdą kroplą, zapłaciłem i wróciłem do domu.

Nagle spostrzegłem dziwną rzecz. Pod latarnią, tuż przy bramie, oparta o słup, oblana światłem stała postać, którą poznałem już z daleka. Była to czarno ubrana dama, ta sama, która stała tu już nie raz. Nie mogło być omyłki, gdyż widziałem ją już po raz czwarty. Stała, nie ruszając się wcale.

Wydało mi się to tak dziwne, że mimo woli zwolniłem kroku. Myśli miałem w zupełnym porządku, ale moje nerwy wskutek spożytego jadła były bardzo podniecone. Jak zawsze minąłem ją z bliska i miałem już wejść w bramę, gdy nagle stanąłem. Przyszedł mi pomysł. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, podszedłem, spojrzałem jej w twarz i powiedziałem:

— Dobry wieczór!

— Dobry wieczór... — odpowiedziała.

— Przepraszam, czy pani kogoś szuka? Zauważyłem panią już pierwej i rad bym przyjść z pomocą... Zresztą przepraszam bardzo...

— Właściwie nie wiem... — zaczęła.

— Tutaj nie mieszka nikt oprócz kilku koni i mnie. Jest tu stajnia i warsztat blacharski na piętrze. Jeśli pani kogoś szuka, to zaszła pomyłka.

Odwróciła twarz i rzekła:

— Nikogo nie szukam, stoję sobie tylko.

Tak, tak, pomyślałem, stoi sobie tutaj co wieczór dla fantazji po prostu. Jest to rzecz arcydziwna. Zupełnie mnie zmieszała owa dama. Po chwili zdecydowałem się na bezczelność. Brzęknąłem monetą w kieszeni i zaprosiłem ją wprost na szklankę wina... gdziekolwiek bądź. Zima nadchodzi... he he... chłodno... zresztą to nie potrwa długo... Może jednak nie wypada?...

Odparła, że istotnie nie wypada i nie może tego uczynić. Ale gdybym był tak uprzejmy i odprowadził ją kawałek w stronę domu, to... Ulice są ciemne i nie ma odwagi iść przez Karola Jana o tak późnej godzinie.

Ruszyliśmy naprzód. Szła po prawej stronie. Doznałem szczególnego miłego uczucia, stąpając obok młodej dziewczyny. Patrzyłem na nią bez przerwy. Zapach jej włosów, ciepło ciała kobiecego, słodki wiew dolatujący, ile razy zwróciła ku mnie głowę, wszystko oszałamiało mnie i przepajało rozkoszą moje zmysły. Przez welon dostrzegłem pełną, trochę bladą twarz, a wydatne piersi wzdymały płaszcz. Przeczuwane pod tą zasłoną wdzięki i powaby czyniły mnie bez żadnego powodu głupkowato szczęśliwym. Nie mogąc wytrzymać, dotknąłem jej ręki, przebiegłem palcami po ramieniu i zaśmiałem się naiwnie, czując łomot serca.

— Jaka pani dziwna.

— Dziwna?

— Tak. Stoi pani tak ot, dla fantazji noc w noc pod bramą stajni.

Odparła, że może w tym mieć coś, zresztą lubi kłaść się późno. Spytała, czy idę przed dwunastą do łóżka.

— Ja? Nie. Od dzieciństwa nie cierpiałem udawania się na spoczynek przed północą.

— Otóż widzi pan... ha... ha... Nie mając nic do roboty, odbywam wieczorami dłuższe przechadzki. Mieszkam przy placu św. Olafa...

— Ylajali! — zawołałem.

— Co pan mówi?

— Powiedziałem jeno... Ylajali... ale mniejsza... słucham.

Powiedziała, że mieszka dość samotnie przy placu św. Olafa wraz z matką, z którą trudno rozmawiać, gdyż jest głucha. Cóż tedy dziwnego, że czasem wychodzi sama?

— Nic a nic! — odparłem.

— A widzi pan! — rzekła, ja zaś wyczułem śmiech w jej głosie.

Spytałem, czy ma siostrę.

— Tak, starszą siostrę! Ale skąd pan to wie? Wyjechała właśnie do Hamburga.

— Właśnie?...

— Przed pięciu tygodniami. Skąd pan zna moją siostrę?

— Nie znam, pytałem tylko.

Zamilkliśmy. Przed nami szedł mężczyzna z trzewikami pod pachą, zresztą ulica, jak okiem sięgnąć, była pusta. Od Tivoli błyskały różnobarwne lampki. Śnieg padał, niebo było jasne.

— Czy panu nie zimno bez płaszcza? — spytała nagle, spoglądając na mnie.

Jakże jej miałem powiedzieć, czemu nie mam płaszcza? Szczere wyznanie niezawodnie spłoszyłoby ją zaraz.

Tak miło było iść koło niej i na chwilę bodaj nie rozpraszać złudzeń. Skłamałem przeto, rzekłem:

— Nie... wcale nie! — i zbaczając na inny temat spytałem, czy widziała menażerię w Tivoli.

— Nie! — powiedziała. — Czy jest tam co ciekawego?

Przeraziłem się, że może zechce pójść. Nie śmiałem wchodzić w światło, w tłum ludzi. Licha odzież, moja chuda i od dwu dni niemyta twarz spłoszyłyby ją, zażenowały, zauważyłaby też pewnie, że nie posiadam kamizelki.

— O, nie — zaprzeczyłem — nie ma tam nic ciekawego! — Wpadło mi do głowy kilka szczęśliwych zwrotów, pokutujących dotąd w mym wyssanym mózgu. — Cóż można widzieć w tak małej menażerii? Zresztą nie interesują mnie zwierzęta w klatce. Wiedzą one dobrze, że patrzą na nie tysiące oczu ludzkich, i to na nie oddziaływa. Wolę duże zwierzęta, niewiedzące o tym, owe płochliwe istoty, które przemykają ku legowiskom lub patrzą zaspanymi, zielonymi oczyma, liżą łapy i dumają... nieprawdaż?

Przyznała mi rację.

— Jeno dzikość i groza zwierzęcia może ciekawić. Bezgłośnym krokiem idzie wśród ciemnej, ponurej nocy przez szumiący, niesamowity las, gdzie pokrzykują przelatujące ptaki, gdzie się unosi zapach krwi, wyje wicher, grzmi w powietrzu, słowem, gdzie duch dzikiego zwierza unosi się nad dzikim zwierzem... poezja tajemniczości...

Urwałem, nie chcąc jej nużyć, przy tym zaś porwała mnie i zgnębiła świadomość nędzy. Ach, cieszyłby mnie wieczór w Tivoli, gdybym był lepiej ubrany! Nie wiedziałem, jak może sprawiać tej dziewczynie przyjemność wędrówka po ulicy Karola Jana z półnagim nędzarzem. Jakiż miała, na miłość boską, cel? I po cóż ja też szedłem obok niej, krygując się i śmiejąc głupkowato bez przyczyny? Z jakiegoż rozsądnego powodu dałem się skusić temu jedwabistemu motylowi do idiotycznego spaceru po nocy? Nie czyniłem tego bez wysiłku! Za każdym podmuchem mroźnego wiatru czułem śmierć przenikającą do piersi. W mózgu mym tliło już szaleństwo wywołane głodowaniem po całych miesiącach. Ponadto zaś przeszkadzała mi wrócić do domu i napić się odrobinę mleka, co mogłoby mnie jeszcze utrzymać przy życiu. Czemuż nie obróciła się do mnie plecami i nie odprawiła do kroćset diabłów?

Popadłem w rozpacz i rzekłem doprowadzony do ostateczności:

— Pani nie powinna chodzić ze mną! Wstyd pani robię wobec ludzi samym już moim ubraniem! To jest rzecz oczywista!

Drgnęła. Spojrzała szybko i zamilkła. Po chwili rzekła:

— Miły Boże! — Nie dodała ani słowa.

— Co pani ma na myśli? — spytałem.

— O... proszę tak nie mówić!... Już zresztą niedaleko! — przyspieszyła kroku.

Zboczyliśmy w ulicę Uniwersytecką i ujrzeliśmy światła placu św. Olafa. Znowu zaczęła iść wolniej.

— Nie chcę być niedyskretny — zacząłem znowu — ale rad bym przed rozstaniem dowiedzieć się pani imienia. Także proszę o zdjęcie na chwilę welonu, bym panią zobaczył. Będę wdzięczny...

Nastała pauza. Czekałem.

— Widział mnie pan już... — odparła.

— Ylajali! — powtórzyłem.

— Przez pół dnia ścigał mnie pan aż do samego domu. Czy pan był wówczas pijany? — Znów śmiech zabrzmiał w jej głosie.

— Tak — odparłem — byłem, niestety, pijany.

— To szkaradnie!

Pełen skruchy przyznałem jej rację.

Doszliśmy do fontanny, przystanęliśmy i podnieśliśmy oczy ku licznym oświetlonym oknom domu pod numerem 2.

— Nie może pan iść dalej! — powiedziała. — Dziękuję za odprowadzenie!

Stałem z pochyloną głową, nie śmiąc się odezwać, zdjąłem kapelusz i dumałem, czy mi poda rękę.

— Czemu mnie pan nie prosi, bym pana odprowadziła kawałek? — spytała żartobliwie, spoglądając jednak na końce bucików.

— Ach, gdybyż to pani uczyniła! — zawołałem.

— Dobrze, ale tylko mały kawałeczek.

Zawróciliśmy.

Byłem zmieszany, nie wiedziałem, co robić, ta dziewczyna przewróciła cały mój sposób myślenia. Byłem porwany, wesoły, jakbym konał ze szczęścia. Chciała wracać ze mną i nie był to mój koncept, ale jej własne życzenie! Patrzyłem na nią coraz śmielej, czując, jak mnie zachęca i pociąga ku sobie. Zapomniałem o nędzy, o mojej bezwartościowej osobie, uczułem gorącą krew w żyłach jak ongiś, przed upadkiem, i umyśliłem użyć fortelu.

— Muszę się przyznać, że to nie panią ścigałem wówczas, ale pani siostrę! — powiedziałem po chwili.

— Siostrę? — spytała wielce zdziwiona, patrząc i czekając wyjaśnienia na serio.

— Tak — odparłem — siostrę, to znaczy młodszą z dwu dam idących przede mną.

— Młodszą! Aha! — zawołała, śmiejąc się jak dziecko. — Jakiś pan chytry! Powiedział pan to jeno po to, bym odsłoniła twarz. Rozumiem. Ale długo pan poczeka, nim się to stanie... za karę!

Zaczęliśmy się śmiać, żartować, paplać bez przestanku; nie wiedziałem, co mówię, byłem uszczęśliwiony. Powiedziała, że mnie raz widziała w teatrze dawno temu. Było nas trzech, a ja zachowywałem się jak szalony. Pewnie i wówczas byłem, niestety, pijany.

— Czemuż to pani tak sądzi?

— Śmiał się pan strasznie.

— Tak? O, wówczas często się śmiałem.

— A teraz już nie?

— I teraz. Świat taki cudny!

Doszliśmy do ulicy Karola Jana, a ona powiedziała:

— Nie pójdziemy dalej! — zawróciliśmy tedy z powrotem w ulicę Uniwersytecką. Dochodząc do fontanny, zwolniła ponownie kroku. Wiedziałem, że mi nie wolno iść dalej.

— Musi pan wracać! — powiedziała, zatrzymując się.

— Tak, to prawda! — odparłem.

Ale zaraz przyszło jej na myśl, że mogę dojść do bramy. Przecież nie byłoby w tym nic złego... prawda?

— Nic a nic! — powiedziałem.

Gdyśmy dotarli do bramy, odczułem ponownie całą moją nędzę. Skądże miałem zaczerpnąć odwagi będąc tak przygnębiony? Stałem przed młodą kobietą brudny, obszarpany, zeszpecony głodem, nieumyty, na pół nagi... Ach, rad bym był zapaść się pod ziemię! Skuliłem się, zrobiłem się mały i spytałem:

— Nigdy się już pewnie nie spotkamy?

Nie miałem nadziei, pragnąłem niemal usłyszeć twarde „nie!”, które by mnie otrzeźwiło i uczyniło obojętnym.

— Dlaczegóż by nie? — powiedziała.

— Kiedy?

— Nie wiem.

Pauza.

— Może by pani na chwilę bodaj odsunęła welon, bym wiedział, z kim rozmawiałem.

Znowu pauza.

— Spotka mnie pan tu, pod domem, we wtorek wieczorem! — powiedziała. — Zgoda?

— Naturalnie, najdroższa, jeśli tylko wolno!

— O ósmej!

— Dobrze!

Strzepnąłem śnieg z jej płaszcza, pogładziłem materię, byle jeno mieć pretekst do dotknięcia. Doznawałem rozkoszy, czując ją tak blisko.

— Niech pan nie myśli o mnie źle! — powiedziała ze śmiechem w głosie.

— O, nie!...

Naraz uczyniła gest zdecydowany i zarzuciła welon na czoło. Staliśmy przez sekundę patrząc na siebie.

— Ylajali! — zawołałem.

Uniosła się na palcach, zarzuciła mi ramiona na szyję i pocałowała w same usta. Czułem, jak piersi jej falują, jak ciężko dyszy.

Natychmiast jednak wyśliznęła się z mych objęć, szepnęła bez tchu „dobranoc”, obróciła się i nie mówiąc już nic, wbiegła po schodach na górę...

Brama zapadła.

*

Nazajutrz padał obfity śnieg zmieszany z deszczem i sinawe płaty rozpływały się w błoto. Powietrze było ostre, lodowate.

Zbudziłem się późno z głową oszołomioną przeżyciami, a sercem rozradowanym uroczym spotkaniem. Rozmarzony leżałem przez chwilę, nie śpiąc i wyobrażając sobie koło siebie Ylajali, rozwarłem ramiona, objąłem sam siebie i całowałem powietrze. Po chwili wstałem, wypiłem filiżankę mleka, potem zjadłem befsztyk. Nie byłem głodny, tylko nerwy miałem jeszcze silnie podrażnione.

Udałem się do bazaru, sądząc, że znajdę za tanią cenę używaną kamizelkę, by mieć coś pod surdutem, wszystko jedno co. Znalazłem w istocie kamizelkę i zacząłem ją oglądać. Podczas tego zajęcia nadszedł znajomy i odwołał mnie, więc zostawiłem kamizelkę i podszedłem do niego. Był to pewien technik, udawał się do biura.

— Chodźmy na szklankę piwa! — powiedział. — Ale prędko, mam mało czasu. Któż to jest owa dama, z którą pan spacerował wczoraj wieczorem?

— Ani słowa! — zawołałem zazdrosny o samą jego myśl. — A gdyby to była moja narzeczona?

— Aj, do licha! — wykrzyknął.

— Tak. Wczoraj właśnie wszystko zostało rozstrzygnięte.

Zaszpuntowałem48 go tym. Uwierzył bezwzględnie. Nałgałem co wlezie, by się go pozbyć. Przyniesiono piwo, wypiliśmy i wyszliśmy.

— Do widzenia! — rzekł na pożegnanie. — Jestem panu winien z dawna kilka koron i wstyd mi doprawdy, że dotąd nie zwróciłem. Ale niedługo oddam... słowo!

— Dobrze, dziękuję! — powiedziałem pewny, że nie zobaczę tych pieniędzy.

Piwo uderzyło mi, niestety, do głowy i uczułem, że mi bardzo gorąco. Na wspomnienie wydarzeń wieczornych doznałem zawrotu głowy. A gdyby się nie zjawiła we wtorek? Wszakże mogła rzecz rozważyć i powziąć nieufność! Nieufność... co do czego?

Moje myśli ożyły nagle i wróciły do sprawy pieniędzy. Przeraziłem się śmiertelnie samego siebie. Kradzież stanęła mi w oczach z wszystkimi szczegółami, ujrzałem mały kramik, ladę, własną wychudłą rękę, sięgającą po monety, a także wyobraziłem sobie, że policja przybywa po mnie. Kajdany na rękach i nogach... nie, tylko na rękach, może nawet tylko na jednej ręce, balaski, protokół u komisarza dyżurnego, skrzyp pióra po papierze... przenikliwe, złowrogie spojrzenie... No, panie Tangen?... Potem cela wieczyście ciemna...

— Hm!... — zacisnąłem pięści, by sobie dodać odwagi, przyspieszyłem kroku, dotarłem do Stortorwu i spocząłem.

Tylko bez głupstw żakowskich49! Jakże, u licha, można dowieść, że popełniłem kradzież? Poza tym subiekt nie mógł wszcząć alarmu, choćby sobie nawet przypomniał, jak się to wszystko odbyło. Nie chciałby przecież narażać swego miejsca w sklepie. A więc nie robić hałasu... nie rozpoczynać żadnych scen! Niestety, ciążyły mi trochę te pieniądze w kieszeni i nie dawały spokoju. Zacząłem im dumać i doszedłem do przekonania, że dawniej, za czasów uczciwości i cierpienia, byłem szczęśliwszy. A Ylajali? Wszakże i ją ściągnąłem zbrodniczymi rękami w błoto! Miły Boże... Ylajali!...

Pijany byłem jak bela, wstałem nagle, podszedłem do handlarki ciastek koło apteki „Pod Słoniem” i postanowiłem oczyścić się z hańby. Nie było jeszcze za późno, cały świat miał się dowiedzieć, że jestem zdolny do tego czynu! Idąc, trzymałem pieniądze do ostatniego öre w pogotowiu, gdym stanął blisko, pochyliłem się nad stołem, niby chcąc coś kupić, i szybkim ruchem wetknąłem jej monety w dłoń. Nie rzekłem ani słowa i odszedłem co prędzej.

Jakże przedziwnie miła jest świadomość uczciwości! Pusta kieszeń nie ciążyła mi już i radowałem się znowu zupełną golizną. W gruncie rzeczy te pieniądze przysporzyły mi dużo tajnych trosk. Raz po raz myślałem o nich z drżeniem, nie byłem bowiem człowiekiem zatwardziałym. Teraz, Bogu dzięki, zrehabilitowałem się we własnym sumieniu. Niech to zrobi ktoś drugi! — Tak — zawołałem, spoglądając dumnie po rojnym placu targowym. — Niech to ktoś drugi zrobi! — Uradowałem co się zowie biedną starą przekupkę, aż otwarła gębę, nie wiedząc, co myśleć. Dzisiejszego wieczoru dzieci jej nie pójdą na czczo spać. Rozkoszowałem się mym czynem i uznałem, żem postąpił doskonale. Dzięki Bogu, pozbyłem się tych pieniędzy.

Pijany i podniecony szedłem ulicą. Radość, że spojrzę uczciwie w oczy Ylajali, ponosiła mnie i nie czułem żadnego bólu. Głowa moja była jasna, pusta, jakby zrobiona ze szczerej światłości, tkwiącej i błyszczącej na mych ramionach. Naszła mnie chętka robienia głupstw, dokonywania przedziwnych czynów, chciałem przewrócić miasto do góry nogami i wszcząć alarm. Idąc ulicą Graensenstraede, zachowywałem się jak szaleniec. Szumiało mi z lekka w uszach, a w mózgu hulało pijaństwo.

Uniesiony głupkowatą bezczelnością zawiadomiłem jakiegoś posługacza, który się do mnie zresztą nie odezwał słowem, ile mam lat, potem zaś uścisnąłem mu dłoń, spojrzałem przenikliwie w oczy i odszedłem bez żadnego objaśnienia. Odróżniałem dobrze odcienie w głosach śmiejących się przechodniów, obserwowałem ptaki skaczące po bruku, studiowałem flizy50 chodnika odnajdując w nich dziwne rysunki i figury i bawiąc się w ten sposób, dotarłem do placu Stortingu.

Tu przystanąłem nagle i zapatrzyłem się na dorożki. Woźnice spacerowali rozmawiając z sobą, zaś konie pochylały się pod wiatr i śnieg, chcąc stawić im czoło. — Chodź! — Tak powiedziałem do siebie, trącając się w bok. Podszedłem szybko do pierwszej z brzegu dorożki, krzyknąłem głośno: — Ullevaalstraede 37! — i niebawem ruszyliśmy z miejsca.

W drodze dorożkarz zaczął spozierać poza siebie, pochylać się i zaglądać do powozu, gdzie siedziałem nakryty fartuchem. Czyżby powziął podejrzenie? Zapewne dziwiła go moja nędzna odzież.

— Muszę się z kimś widzieć! — zawołałem, uprzedzając go, i gorąco zapewniłem, że jest to sprawa nader ważna. Stanęliśmy przed numerem 37. Wyskoczyłem, wbiegłem na schody, aż na trzecie piętro, i schwyciłem za dzwonek, który zagrzmiał straszliwie sześć czy siedem razy.

Zjawiła się służąca i otwarła. Zauważyłem, że ma okrągłe kolczyki w uszach oraz czarne połyskliwe guziki przy szarej sukni. Patrzyła na mnie z przerażeniem.

Spytałem o Kierulfa, Joachima Kierulfa, handlarza wełny... słowem, Kierulfa, co do którego pomylić się nie sposób...

Dziewczyna potrząsnęła głową.

— Tu nie mieszka żaden Kierulf! — odparła.

Wytrzeszczyła oczy gotowa każdej chwili zatrzasnąć drzwi. Nie wysilała się na odnalezienie człowieka, o którego pytałem, chociaż miała taką minę, jakby go istotnie znała i mogła dać wyjaśnienie w razie pozbycia się wrodzonego lenistwa. Rozgniewany na głupią służącą obróciłem się plecami, zbiegłem po schodach i krzyknąłem:

— Nie zastałem go!...

— Nie? — zapytał woźnica.

— Nie! Musimy jechać na Tomtestraede 11!

Byłem strasznie wzburzony i zaraziłem tym dorożkarza, tak że uwierzył w ważność sprawy. Ruszył bez słowa, popędzając ostro konia.

— Jak się zwie ten pan? — spytał, obracając się na koźle.

— Kierulf, handlarz wełny, Kierulf.

Woźnica przyznał również, że omyłka odnośnie takiej osobistości jest wykluczona, i spytał, czy nosi jasny płaszcz.

— Jak to? — zawołałem. — Jasny płaszcz? Czyś pan oszalał? Czy pan sądzisz, że szukam filiżanki? — Ten jasny płaszcz zepsuł mi do cna obraz, jaki sobie wytworzyłem o tym człowieku.

— Wszakże pan mówił, że zwie się Kierulf?

— Naturalnie — odparłem. — Cóż w tym dziwnego? Nazwisko nikogo nie hańbi.

— Czy ma rude włosy?

Mógł mieć rude włosy i gdy woźnica o tym wspomniał, doszedłem do przekonania, że tak jest w istocie. Uczułem wdzięczność dla poczciwca i oświadczyłem, że w istocie trafnie zaobserwował, bo ma właśnie rude włosy. Rzadka to rzecz spotkać takiego człowieka bez rudych włosów.

— Zdaje mi się, że go już woziłem kilka razy — zauważył woźnica. — Nosi też sękatą grubą laskę... prawda?

Stanął mi w oczach jak żywy, więc zawołałem:

— He... he... nikt go chyba nie widział dotąd bez sękacza w ręku! To pewna, to rzecz pewna!

— Tak... — przyznał woźnica pewny, że poznał człowieka, którego nieraz już woził.

I pędziliśmy, aż skry sypały się spod kopyt konia.

Mimo podniecenia ani na chwilę nie traciłem przytomności umysłu. Mijając policjanta zauważyłem, że ma numer 69. Ta cyfra dotknęła mnie boleśnie i utkwiła jak odłam pocisku w mym mózgu. Sześćdziesiąt dziewięć... akurat sześćdziesiąt dziewięć... Oo... nigdy tego nie zapomnę!

Opadłem na poduszki dorożki targany najszaleńszymi pomysłami. Skuliłem się pod fartuchem, by nikt nie dostrzegł, że ruszam ustami i mamroczę idiotycznie do siebie. Szaleństwo hulało mi w głowie, ale nie broniłem się, wiedząc, że podlegam wpływom niemożliwym do opanowania. Zacząłem się śmiać cicho, namiętnie, bez powodu, rozradowany jeszcze i pijany po wypiciu kilku szklanek piwa. Po chwili wzburzenie opadło i wrócił spokój. Uczułem zimno w skaleczonym palcu, włożyłem go tedy pod koszulę dla rozgrzania. Na koniec dotarliśmy do Tomtestraede i woźnica stanął.

Wysiadłem bez pośpiechu bezwładny, opadły z sił, z ciężką głową, minąłem bramę, dostałem się na podwórze, przeszedłem je, napotkałem drzwi, otwarłem i znalazłem się w jakimś przedpokoju o dwu oknach. W kącie stały dwa kufry jeden na drugim, zaś pod dłuższą ścianą stara, niemalowana ława, nakryta kapą. W sąsiednim pokoju po prawej stronie wrzeszczały dzieci, a z góry, z piętra dochodził brzęk żelaznej płyty bitej młotem. Wszystko to zauważyłem natychmiast po wejściu.

Przeszedłem pokój wzdłuż aż do przeciwległych drzwi bez pośpiechu ni strachu, otwarłem je i znalazłem się na Wognmandstraede. Spojrzałem na dom, który dopiero co przebyłem wskroś, i zobaczyłem na drzwiach szyld: „Pokoje z utrzymaniem dla przyjezdnych”.

Ani mi w głowie umykać przed czekającym woźnicą. Wychodzę z całą powagą na Wognmandstraede bez obawy i świadomości złego postępku. Kierulf, handlarz wełny, którego szukam z takim wysiłkiem, pewny niemal, że żyje naprawdę i że go muszę spotkać, znikł z mego mózgu wraz z wszystkimi szaleńczymi pomysłami, a o całej tej masie głupstw zachowałem jeno niejasny błysk w pamięci.

Im dalej szedłem, trzeźwiałem coraz to bardziej, a jednocześnie opadałem z sił i ledwo wlokłem nogi. Śnieg padał dalej wielkimi mokrymi płatami. Wreszcie dotarłem do Groenlandsleru, do samego kościoła, i usiadłem na ławce. Przechodnie patrzyli na mnie z podziwem, ja zaś popadłem w zadumę.

Miły Boże, myślałem, cóż za okropne życie! Zbrzydło mi do cna i nie warto było dalej o nie walczyć. Zły los wziął górę i basta! Zniszczałem całkiem, stałem się jeno cieniem samego siebie. Ramiona opadły mi na jedną stronę, a chodziłem też pochylony naprzód, by o ile można, chronić piersi. Przed kilku dniami w pokoju nad stajnią zbadałem me ciało i zapłakałem nad nim. Od kilku tygodni nie zmieniałem koszuli, stwardniała przeto od potu i otarła mi do krwi pępek. Z rany, która mnie bolała, sączyła się wodnista krew. Było nad wyraz smutno mieć na środku brzucha taką ranę. Nie mogłem na to nic poradzić, a sama rana nie chciała się zagoić. Obmyłem ją tylko, osuszyłem starannie, potem zaś wdziałem z powrotem koszulę. Nie sposób było postąpić inaczej...

Siedziałem na ławce zadumany i smutny, czując wstręt do samego siebie. Mierziły mnie nawet własne ręce. Miały mdły, bezwstydny wyraz na wierzchu dłoni, tak że źle mi się zrobiło. Patrząc na chude palce, znienawidziłem całe to roztrzęsione ciało i zadrżałem na myśl, że muszę je nosić dalej. O, Boże, gdybyż przyszedł koniec! Jakżebym strasznie chciał już raz umrzeć!

Zupełnie pokonany, oplwany i upokorzony we własnej świadomości, wstałem bezwiednie i ruszyłem w stronę domu. Po drodze natrafiłem na bramę z napisem: „Bielizna dla zmarłych u mamzel Andersen, ulica Wałowa, po prawej”.

— Dawne wspomnienia — powiedziałem sobie i przyszedł mi na myśl pokoik przy Hammersborg, wąski fotel na biegunach oraz dzienniki przy drzwiach z ogłoszeniem dyrekcji latarni portowej oraz anonsem piekarza Fabiana Olsena. O tak... wówczas szło mi dużo lepiej. W ciągu jednej nocy napisałem felieton za całych dziesięć koron. Teraz nie mogłem pisać, a gdym jeno zaczął, zaraz robiło się w mej głowie pusto. Trzeba skończyć... Tak myśląc, wlokłem się pomału.

W miarę zbliżania się do kramiku przy mojej ulicy wzrastało we mnie podświadome zrazu uczucie, że idę naprzeciw jakiegoś niebezpieczeństwa, ale trwałem przy postanowieniu i chciałem się wydać dobrowolnie. Spokojnie przebyłem schody, spotkałem w progu małą dziewczynkę z filiżanką w ręku, prześliznąłem się obok niej, wszedłem i zamknąłem drzwi. Znalazłem się sam na sam z subiektem.

— Ano... — rzekł do mnie — nastała psia pogoda!

Po cóż ten wybieg? Czemuż mnie nie atakuje od razu? Rozgniewałem się i rzekłem:

— Nie przybyłem po to, aby rozmawiać z panem o psiej pogodzie!

Moja gwałtowność zdumiała go, mały, kramarski móżdżek nie starczył, aby pojąć, o co idzie. Nie spostrzegł, żem go okpił o pięć koron.

— Jak to? Pan nie wie, że ja pana oszukałem?! — zapytałem, sapiąc z wściekłości i drżąc, gotów jąć się przemocy, gdyby nie przystąpił od razu do rzeczy.

Prostaczek nie rozumiał zgoła.

Ach, Boże, człowiek musi żyć pośród ostatnich głupców! Zwymyślałem go, a potem krok za krokiem opowiedziałem całe zdarzenie. Pokazałem mu, gdzie stałem i gdzie on wówczas stał, gdzie leżały pieniądze, jak je zgarnąłem, i tak dalej. Zrozumiał nareszcie, ale nie wystąpił z niczym przeciwko mnie. Obracał się to w jedną, to w drugą stronę, nasłuchiwał kroków w sąsiednim pokoju i dawał mi znaki, bym mówił ciszej, potem zaś powiedział:

— To bardzo brzydko z pańskiej strony!

— Nie, nie, niech pan pozwoli! — zawołałem, chcąc z nim zacząć spór i doprowadzić go do pasji. — Nie postąpiłem tak źle i nikczemnie, jak się to wydaje pańskiemu marnemu rozumowi. Oczywiście, nie zatrzymałem pieniędzy dla siebie! Ani mi w głowie postało ciągnąć stąd korzyści osobiste... Jest to wstrętne takiej naturze jak moja, z gruntu uczciwej.

— Więc cóż pan zrobił?

— Dałem te pieniądze pewnej starej, biednej kobiecie... żeby pan wiedział... oddałem wszystko, do ostatniego öre! Taki już jestem, że nie zapominam nigdy o ubogich...

Myślał przez chwilę nad mymi słowami, niepewny widać, w jakiej mierze przyznać mi tytuł człowieka uczciwego, potem zaś rzekł:

— Powinien pan był raczej mnie zwrócić te pieniądze.

— O, nie! — zawołałem arogancko. — Nie chciałem pana narażać na przykrości, chciałem pana oszczędzić. Jakąż jednak podziękę mam dziś za moją szlachetność? Stoję oto przed panem, wyjaśniam całą sprawę, pan zaś nie tylko nie wstydzi się jak pies, ale nie bierze się wcale do załatwienia ze mną sporu. Umywam przeto ręce w niewinności i basta! Zresztą, niech pana diabli biorą! Żegnam!

Wyszedłem, trzasnąwszy silnie drzwiami.

Gdym się jednak znalazł u siebie w smutnej norze, przemokły na wskroś od śniegu, z drżącymi po całodziennej wędrówce kolanami, od razu opuściła mnie buta i osłabłem strasznie. Pożałowałem napaści na biednego, niewinnego subiekta, zapłakałem i chcąc się ukarać, wpiłem w gardło paznokcie. Nie śmiał oczywiście podnosić larum51 z powodu pięciu koron, przepadłych dla szefa, ze strachu przed utratą miejsca. Ja zaś wykorzystałem ten jego strach celem dręczenia go głośnymi okrzykami, od których wił się jak na rożnie. Szef siedział może w sąsiednim pokoju, mógł lada chwila wejść i spytać, o co idzie. Nie... niepojęta rzecz, do jakich nikczemności byłem zdolny!

Dlaczegóż mnie jednak nie aresztowano? Wszystko by się od razu skończyło. Wszakże niemal wyciągałem ręce po kajdany! Nie stawiałbym oporu, przeciwnie, sam bym dopomógł. O, panie ziemi i nieba, za sekundę szczęścia oddam ci cały dzień życia! Całe życie oddam za misę soczewicy52! Wysłuchaj mnie, wysłuchaj chociaż tym razem!...

Położyłem się w mokrej odzieży i przeczuwając po trochu, że umrę tej nocy, ostatkiem sił uporządkowałem nieco łóżko, bym rano wyglądał jako tako. Potem złożyłem ręce i wyszukałem dogodną pozycję.

Po chwili przypomniałem sobie Ylajali. Jakże mogłem stracić ją na tak długo z pamięci?

Świadomość zatliła się na nowo słabo w mej duszy, a wątły ten promyk ogrzał mnie rozkosznie. Przybywało z wolna coraz więcej słońca, ogarnęła mnie jedwabista i poświata i oszołomiła jednocześnie. Z każdą chwilą wzrastały jaskrawe blaski, zaczęły palić, żarzyć się i w mych skroniach, kipieć ciężko, potwornie w mym wyczerpanym mózgu i w końcu strzelił mi z oczu szaleńczy snop promieni. Zapaliło się niebo, ziemia rozgorzała, zwierzęta i ludzie stanęli w płomieniach, buchnęły pożogą góry, wychynęły z piekła ogniste czarty, rozwarły się przepaście, zamajaczyły pustynie, świat cały zmienił się w płomienisko dymnego, krwawego dnia Sądu Ostatecznego.

Nie widziałem już nic i nic nie słyszałem...

*

Zbudziłem się nazajutrz oblany potem, mokry na całym ciele. Gorączka mnie strasznie osłabiła. W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy z wczorajszych przejść, czułem tylko ze zdumieniem tak wielką przemianę w sobie, żem się nie mógł poznać. Dotykałem rąk i nóg, nie mogłem pojąć, że okno znajduje się w tej, nie zaś w przeciwległej ścianie, a uderzenia kopyt końskich zdawały się dochodzić nie z dołu, lecz z góry. Miałem lekkie nudności.

Włosy przykleiły się do czoła, oparłem się na łokciach i zobaczyłem również na poduszce liczne pasma mokrych włosów. Nogi napuchły mi w trzewikach podczas nocy, ale nie bolały, nie mogłem tylko dobrze ruszać palcami.

Późno po południu, o samym już zmierzchu wstałem i zacząłem krzątać się po izbie. Stawiałem małe kroki usiłując zachować równowagę i oszczędzić nogi, ile można. Nie bardzo cierpiałem i nie płakałem, nie czułem także smutku, ale raczej radość, bo nie przyszło mi do głowy, by mogło dziać się inaczej, jak się działo.

Potem wyszedłem.

Najgorzej trapił mnie głód, jawiący się mimo wstrętu do jadła. Uczułem ponownie haniebny apetyt, wewnętrzną żarłoczność, która rosła z każdą chwilą. W piersiach żarło mnie bezlitośnie, odbywała się tam przedziwna jakaś czynność. Zdawało mi się, że mam w sobie tuzin maleńkich, drobnych zwierzątek, które pochylają na bok głowy i gryzą przez moment, potem przechylają głowy w drugą stronę i znowu gryzą przez moment. Następnie leżą cicho i znowu zaczynają gryźć bez pośpiechu, a tam, gdzie wbiły zęby, powstają długie, puste chodniki...

Nie czułem się chory, jeno osłabiony i przyszły na mnie poty. Chciałem dotrzeć do Stortorwu i tam spocząć, ale droga była długa i uciążliwa. W końcu jednak zbliżyłem się do celu, stanąłem na rogu placu Targowego i Torostraede. Pot mi ściekał na oczy, zalewał okulary i oślepiał. Przystanąłem właśnie, by się trochę osuszyć, nie wiedziałem jednak, gdzie stoję, byłem ogłuszony straszliwym hałasem panującym wokół.

Naraz rozległ się krzyk — zimny, ostry krzyk ostrzegawczy. Usłyszałem go doskonale i rzuciłem się nerwowo w bok. Uskoczyłem tak szybko, jak tylko mogły tego dokonać moje słabe nogi. Tuż obok przesunął się olbrzymi wóz pełen chleba, a koło musnęło mój surdut. Gdybym uskoczył dalej, uszedłbym cało... Przy większym wysiłku skok ten powiódłby się niewątpliwie. Teraz było już jednak za późno, uczułem silny ból w nodze, kilka palców zostało niemal zmiażdżonych. Czułem, jak kurczą się niejako w trzewiku.

Woźnica wstrzymał z całej siły konie, obrócił się ku mnie i spytał przerażony, co mi się stało.

— Ano... mogło być gorzej... nie... nie ma niebezpieczeństwa... myślę, że nic nie złamane... o... bardzo proszę... bagatelka...

Podszedłem, jak mogłem najszybciej, do ławki, by ujść ludziom, którzy skupili się licznie dokoła mnie. Nie był to cios śmiertelny i jeśli już miało mi się przydarzyć nieszczęście, to rezultat był wcale zadowalający. Najgorzej martwiło mnie, że trzewik został rozgnieciony, a przyszwa od podeszwy oderwana. Podniosłem nogę i zobaczyłem krew w otworze. No, ale woźnica nie uczynił mi krzywdy rozmyślnie, był wszakże tak przerażony... Pewny jestem nawet, że gdybym go był poprosił53 o wielki bochenek chleba, dałby mi go, dałby z radością. Niechże mu Bóg zapłaci!

Trapił mnie wielki głód, a nie wiedziałem, jak zaspokoić haniebny apetyt. Wiłem się na ławce, pochylając grzbiet, tak że piersi dotykały niemal kolan. Gdy się ściemniło, podsunąłem się pod sam ratusz.

Bóg jeden wie, jak tam doszedłem. Usiadłem na balustradzie, wyrwałem kieszeń z surduta i zacząłem żuć, bez żadnego zresztą celu, przy tym nasrożyłem się, wybałuszyłem oczy przed siebie, ale nic nie widziałem. Kilkoro dzieci bawiło się koło mnie, instynktem czułem mijanie przechodniów, zresztą nie zwracałem na nic uwagi.

Nagle przyszła mi myśl, że mógłbym zdobyć w jatkach kawałek surowego mięsa. Przekroczywszy balustradę, zeszedłem na dół i gdym stanął w pobliżu jatek, krzyknąłem w klatkę schodową, niby to grożąc psu. Potem zuchwale zwróciłem się do pierwszego z brzegu rzeźnika.

— Ach — poprosiłem — bądź pan łaskaw dać mi kość dla psa! Samą kość bez mięsa, byle miał co nosić w pysku.

Dostałem kość niedużą, ale wspaniałą, z odrobiną mięsa, i schowałem ją pod surdut, podziękowawszy tak gorąco, że zastanowiło to wielce rzeźnika.

— Nie ma za co! — powiedział.

— O, nie, nie! — mruknąłem. — Bardzo to pięknie z pańskiej strony.

Wróciłem na górę, a serce mi biło gwałtownie.

Wśliznąłem się, jak można najgłębiej, w jakiś zaułek i stanąłem na tylnym podwórzu, pod zapadłymi drzwiami. Nigdzie światła, cudnie, mroczno wokół. Zacząłem obgryzać kość.

Nie miała żadnego smaku, jeno odór skrzepłej krwi, tak żem od razu dostał wymiotów. Zacząłem na nowo, marząc o tym, by zatrzymać jadło w żołądku celem uspokojenia go. Znowu przyszły wymioty. Rozgniewany szarpnąłem kawałek mięsa i połknąłem go przemocą. Na nic! Ledwo się zagrzał, wracał na wierzch. Zaciskałem szaleńczo pięści bliski płaczu, rozpaczy i szarpałem dalej. Łzy oblały wreszcie kość i zbrudziły ją. Wymiotowałem, kląłem, gryzłem, czułem, że mi serce pęka, i wymiotowałem ponownie. Głośno miotałem złorzeczenia na moce niebieskie, pragnąc, by je pochłonęło piekło.

Cisza. Nikogo wokół, ni światła, ni zgiełku.

Okropnie wzburzony dyszałem ciężko i zgrzytałem zębami, ile razy przyszło mi zrzucać kęs, mogący mnie nasycić. Gdy wyczerpałem ostatek sił, cisnąłem kość o drzwi z bezsilną nienawiścią, zacząłem krzyczeć w niebo, wzywać imienia bożego ze złością, chrypliwie, a palce me kurczyły się jak szpony...

— Powiadam ci, święty Baalu54 niebiosów, nie ma cię wcale! A gdybyś nawet istniał, przekleństwo moje strąciłoby cię w bezdeń piekła! Chciałem ci służyć, a tyś mnie odepchnął, wzgardziłeś mną, toteż odwracam się do ciebie plecami raz na zawsze, albowiem nie znasz godziny łaski. Wiem, że przyjdzie mi skonać, ale mimo to drwię z ciebie w godzinie śmierci, ty zaziemski Apisie55! Użyłeś przemocy, wiedz atoli, że nie ugnę się przed nieszczęściem! Czyś tego nie wiedział? Czyżeś przez sen kształtował moje serce?

Mówię ci, całą resztką życia i ostatnią kroplą krwi raduję się, że ci urągam i plwam na twoją łaskę! Od tej godziny rezygnuję z wszystkich twoich dzieł i z ciebie samego, przeklinam myśl moją, gdyby się miała kiedy zwrócić do ciebie, wyrwę własne usta, gdyby miały wypowiedzieć imię twoje! Jeśliś jest, ostatnie to moje słowo w życiu czy śmierci zwrócone do ciebie!... Żegnam cię! Teraz milcz, odwracam się i idę w swoją stronę...

Cisza.

Drżałem ze wzburzenia, wyczerpania, stałem przez chwilę jeszcze, szepcąc klątwy i wyzwiska, łkając z cicha, osłabiony strasznie po wybuchu. Ach, wszystko, com tu wygłosił ogarniony nędzą, była to jeno literatura, retoryka książkowa, po prostu głupia paplanina!

Stałem może z pół godziny, szlochając, szepcąc i trzymając się drzwi. Potem usłyszałem głosy — rozmowę dwu ludzi idących zaułkiem. Chwiejnie powlokłem się wzdłuż murów i wyszedłem na jasną ulicę. Zstępując ze wzgórza Younga, uczułem dziwny zawrót w mózgu. Przyszło mi na myśl, że nędzne baraki po drugiej stronie placu Targowego, kramy i stare budy ze znoszoną odzieżą stanowią największe zeszkaradzenie tej części miasta i że trzeba usunąć to paskudztwo.

Obliczałem, ile by kosztować mogło przeniesienie tu Instytutu Geograficznego, ślicznego gmachu, który podziwiałem, ilem razy go mijał. Transport tego rodzaju wymagałby siedemdziesięciu do siedemdziesięciu dwu tysięcy koron. Ładna to sumka, ładne kieszonkowe na początek... he... he!... Kiwnąłem głową, potwierdzając własne słowa. Drżałem jeszcze na całym ciele i spazm mnie porywał po płaczu.

Wydało mi się, że już nie żyję, gwizdałem na własny grób, wszystko mi zobojętniało i nie obchodziło mnie wcale. Szedłem w przeciwną wprost stronę miasta, do portu, oddalając się coraz bardziej od mieszkania. Wszakże mogłem równie dobrze skończyć, ległszy na chodniku. Cierpienie otępiało mnie coraz bardziej, w zranionej nodze tętniło, czułem nawet, że ból rozchodzi się po całym ciele, ale i to czyniło na mnie niewielkie wrażenie. Przeżyłem już gorsze rzeczy.

Dotarłem do podjazdu kolejowego. Nie było tu ruchu ani rozgwaru, wałęsał się jeno jakiś robotnik portowy czy żeglarz, wsadziwszy ręce w kieszenie. Spostrzegłem również kulawego mężczyznę, który przeszył mnie przenikliwym spojrzeniem, gdym go mijał. Bezwiednie skłoniłem się i spytałem, czy „Zakonnica” odpłynęła. Potem zaś mimo woli strzeliłem przed jego twarzą palcami i powiedziałem:

— Aj, do licha... „Zakonnica”... prawda... całkiem zapomniałem o niej!

Myśl ta tkwiła we mnie podświadomie, nosiłem się z nią, nie wiedząc nic o tym.

— Tak... tak... „Zakonnica” odpłynęła.

— Czy pan nie wie, dokąd?

Mężczyzna podumał, stojąc na dłuższej nodze, krótszą, kiwającą się trochę, trzymał w powietrzu.

— Nie! — odparł. — Czy pan wie, jaki wzięła stąd towar?

— Nie wiem... — odparłem.

Ale już zapomniałem o „Zakonnicy” i spytałem marynarza, jak daleko może być do Holmestrandu, licząc w dobrych, starych milach geograficznych56.

— Do Holmestrandu?... Ano, przypuszczam...

— Albo do Veblungsnaes?...

— Zaraz, zaraz... do Holmestrandu...

— Ach... za pozwoleniem... — powiedziałem — czy nie mógłbym dostać od pana kęska tytoniu... mały bodaj kawałeczek?...

Dostałem prymkę57, podziękowałem bardzo serdecznie i odszedłem. Ale nie biorąc skrętka do ust, wsadziłem tytoń do kieszeni. Marynarz śledził mnie spojrzeniem, musiałem obudzić w nim podejrzenie. Czułem to, więc nie chcąc, by mnie ścigał, wróciłem, przystąpiłem doń i rzekłem:

— Iglarz.

Powiedziałem tylko to jedno słowo. Wpatrzyłem się weń ostro, czułem ostrość własnego spojrzenia. Spoglądałem nań jakby z innego świata. Stałem przed nim chwilę, potem wróciłem na plac Kolejowy. Kulas nie rzekł nic, nie spuszczał mnie tylko z oczu.

Iglarz? Zatrzymałem się nagle. Wszakże od razu doznałem wrażenia, żem tego kalekę widział już kiedyś. Ach prawda, tam w Graensenstraede, gdziem zastawił kamizelkę. Zda się, wieczność minęła od tego czasu.

Dumałem przez dobrą chwilę, trzymając się ściany domu narożnego przy placu Targowym. Nagle drgnąłem i zrobiłem ruch odejścia, potem nagle czując, że za późno, podniosłem zuchwale oczy i odrzuciłem wszelką wstydliwość. Nie było rady... stanąłem twarzą w twarz z „Komandorem”.

Uniesiony bezczelnością podszedłem nawet doń o krok, by zwrócić uwagę. Nie w celu pobudzenia litości, ale dla wystawienia się pod pręgierz, dla wzgardy własnej. Rad bym był rzucić się na bruk i prosić „Komandora”, by mnie zdeptał. Nie pozdrowiłem go nawet.

„Komandor” zmiarkował, że źle ze mną, zwolnił kroku, wreszcie gdy był blisko, zatrzymałem go słowami:

— Byłbym panu coś przyniósł, ale dotąd nie skończyłem.

— Tak? — spytał. — Nie skończył pan?

— Nie... nie mogłem dotąd...

Uprzejmość „Komandora” wywołała mi łzy w oczach, krzyknąłem i kaszlnąłem z goryczą, by sobie dodać siły. „Komandor” dmuchnął przez nos i spojrzał bystro.

— Czy ma pan tymczasem z czego żyć? — spytał.

— Nie! — odparłem. — Nie mam, nic jeszcze dziś nie miałem w ustach... ale...

— Na miły Bóg! — zawołał. — Jakże pan może włóczyć się tak o głodzie? — To powiedziawszy, sięgnął zaraz do kieszeni.

Zbudził się wstyd, wróciłem przeto pod ścianę i stamtąd patrzyłem na gmerającego w portfelu „Komandora”. Milczałem, on zaś podał mi banknot dziesięciokoronowy. Bez żadnych ceregieli dał mi po prostu dziesięć koron i obojętnie powtórzył, że nie sposób włóczyć się o głodzie.

Wyjąkałem coś na usprawiedliwienie i nie wziąłem od razu...

— To wstyd... — powiedziałem — ...to za dużo...

— Prędzej, prędzej! — zawołał, spoglądając na zegarek. — Czekałem na pociąg, a oto słyszę, że już nadchodzi.

Osłupiały z radości, wziąłem banknot, nie rzekłem słowa, nie podziękowałem nawet.

— Niech się pan nie krępuje! — dodał jeszcze „Komandor”. — Wszakże może pan to jeszcze odrobić... wiem... wiem...

Poszedł.

Gdy się oddalił kilka kroków, przyszło mi na myśl, żem mu nawet nie podziękował za pomoc. Chciałem go dogonić, ale nogi mi nie służyły i idąc szybko, ledwo nie upadłem. On tymczasem oddalał się coraz bardziej. Dałem za wygraną i postanowiłem zawołać. Ale brakło mi odwagi i gdym się wreszcie zdobył na parę okrzyków, był za daleko, a głos mój nie brzmiał donośnie.

Stałem, patrzyłem za nim i płakałem z cicha.

— Nie doznałem tego nigdy jeszcze! — powiedziałem sobie. — Dał mi dziesięć koron!

Wróciłem na miejsce i zacząłem naśladować ruchy „Komandora”. Potem obejrzałem banknot z bliska przez łzy na wszystkie strony i podniósłszy oczy w niebo, zacząłem kląć i przysięgać, że naprawdę posiadam dziesięć koron... że je trzymam w ręku.

W chwilę potem, a może nawet długo potem — zrobiło się już cicho wokoło — znalazłem się w Tomtestraede pod domem numer 11, gdzie oszukałem dorożkarza i gdzie niepotrzebnie przeszedłem całą kamienicę. Postawszy chwilę, nadziwiwszy się wszystkiemu, wszedłem po raz drugi w bramę z szyldem: „Pokoje z utrzymaniem dla przyjezdnych”, poprosiłem o pokój i znalazłem się zaraz w łóżku.

*

Wtorek.

Pogoda, słońce, cisza w powietrzu. Przedziwnie jasny dzień. Śnieg znikł, wszędzie zaś rozbrzmiało życie, radość, przesuwały się wesołe twarze, widniały uśmiechy i słychać było chichot. Fontanna rzucała w górę snop wody — lśniące złoto na błękicie nieba.

Około południa wyszedłem z mieszkania przy Tomtestraede, gdziem przebywał, żyjąc dostatnio z dziesięciu koron „Komandora”, i udałem się na miasto. Byłem wesoły, przez całe popołudnie włóczyłem się po najludniejszych ulicach i obserwowałem ludzi. Jeszcze przed siódmą zaszedłem na plac św. Olafa i spojrzałem chyłkiem ku oknom domu pod numerem 2. Miałem ją za godzinę ujrzeć. Co się stanie? Co uczynię, gdy zejdzie ze schodów? Dobry wieczór pani... czy tylko uśmiech? Umyśliłem poprzestać na uśmiechu. Oczywiście, skłonię się nisko.

Odszedłem zawstydzony trochę, żem przybył tak wcześnie, i łaziłem wolno po ulicy Karola Jana nie spuszczając z oczu uniwersyteckiego zegara. W drodze przyszło mi na myśl, że mogę się spóźnić kilka minut, przeto pospieszyłem ile sił. Noga bolała mnie bardzo, zresztą nie brakowało mi nic.

Stanąłem u fontanny, by wypocząć. Czekałem dość długo, patrząc w okna domu, ale nie nadchodziła. Byłem cierpliwy, nie spieszyłem się nigdzie. Może jej coś przeszkodziło. Czekałem dalej, dumając, że wszystko było jak sen, a pierwsze spotkanie wydało mi się złudą gorączki, która mnie ogarnęła pamiętnej nocy. Roztrząsałem wszystko bezradnie, niepewny zgoła swej sprawy.

— Hm... — chrząknął ktoś za mną.

Słyszałem to dobrze jak również lekkie kroki tuż obok, ale nie odwracałem głowy zapatrzony na schody.

— Dobry wieczór! — powiedział ktoś.

Zapomniałem uśmiechu i nie zdjąłem nawet kapelusza, zdumiony, że z tej strony nadchodzi.

— Długo pan czekał? — spytała, dysząc ciężko od szybkiego biegu.

— Nie... nie, dopiero co przyszedłem! — odparłem. — Zresztą nic by mi nie szkodziło czekać długo. Sądziłem, że pani nadejdzie z innej strony.

— Odprowadziłam mamę do znajomych. Mamy dziś nie ma w domu.

— Ach tak? — powiedziałem.

Ruszyliśmy naprzód. Na rogu ulicy stał policjant i patrzył na nas.

— Dokądże pójdziemy? — spytała, zatrzymując się.

— Dokąd pani chce...

— Och, jakże nudno rozstrzygać samej.

Pauza.

Potem rzekłem, by coś powiedzieć:

— W oknach ciemno, jak widzę.

— To prawda! — zawołała żywo. — Służącej również nie ma. Jestem sama w domu.

Stoimy zapatrzeni w okna domu, jakbyśmy je widzieli po raz pierwszy.

— Może pójdziemy do pani? — spytałem. — Przez cały czas będę siedział przy drzwiach, jeśli taka pani wola...

Zadrżałem wzburzony własną zuchwałością. A gdyby się pogniewała i odeszła? Nie ujrzałbym jej już zapewne. Wpadło mi do głowy, że moje ubranie wygląda bardzo nędznie. Zrozpaczony czekałem odpowiedzi.

— Nie potrzebuje pan wcale siedzieć przy drzwiach — odparła.

Weszliśmy na górę.

W ciemnym korytarzu wzięła mnie za rękę i prowadziła, mówiąc, że nie muszę milczeć i mogę swobodnie rozmawiać. Weszliśmy do pokoju. Zaświeciła świecę, nie lampę, a czyniąc to, roześmiała się i rzekła:

— Proszę na mnie nie patrzyć! Wstydzę się... Już tego nigdy nie uczynię!

— Czego pani nie uczyni?

— Nie... och... mój Boże... już nigdy pana nie pocałuję.

— Nie? — spytałem i roześmialiśmy się oboje. Wyciągnąłem do niej ręce, ale usunęła się na bok poza stół. Patrzyliśmy chwilę na siebie, światło stało między nami.

Odsłoniła welon i zdjęła kapelusz, a podczas tego śledziła mnie błyszczącymi oczyma, bym jej nie pochwycił; rzuciłem się, ale utknąwszy na dywanie, upadłem. Chora noga nie chciała mnie nosić. Wstałem wielce zakłopotany.

— Ach! — zawołała. — Jaki pan czerwony! Niezdara z pana!

— To prawda.

Zaczęliśmy się na nowo gonić.

— Zdaje mi się, że pan kuleje!

— Tak... troszkę kuleję... to prawda.

— Niedawno skaleczył się pan w palec, teraz pana boli noga. Same przypadki.

— Przed kilku dniami zostałem trochę przejechany.

— Przejechany? Ach, znowu pan był pijany! Jakież pan, na miły Bóg, wiedzie życie, młodzieńcze? — pogroziła mi palcem i przybrała surową minę. — Siadajmyż więc! — powiedziała. — Nie, nie przy drzwiach, jest pan zbyt nieśmiały... tutaj... tak, tutaj pan, a tu ja... Ach, ludzie nieśmiali są strasznie nudni. Trzeba samej wszystko robić i mówić bez żadnej pomocy. Mógłby pan teraz na przykład położyć rękę na oparciu mego krzesła... Ach, czemuż nie domyśli się pan tego sam? Czemuż pan robi wielkie oczy, jakby pan nie dowierzał? Spostrzegłam to już przedtem i teraz znowu. Niech pan nie udaje tak skromnego, bo i tak nie uwierzę. Był pan dość zuchwały, gdy mnie pan ścigał w podchmielonym stanie, czyniąc dowcipne uwagi: „Zgubi pani książkę... na pewno zgubi pani książkę!”... Ha... ha... ha!... Było to bardzo brzydko z pańskiej strony!

Siedziałem na pół przytomny i patrzyłem na nią. Serce biło mi mocno, a gorąca krew tętniła w żyłach. Cóż za uciecha znaleźć się na nowo w ludzkim mieszkaniu, słyszeć tykot zegara i miast58 wieść monologi, rozmawiać z młodą, żywą dziewczyną!

— Czemuż pan milczy?

— Ach, jaka pani słodka! — rzekłem. — Siedzę oczarowany, zupełnie oczarowany w tej chwili. Nie ma na to rady. Jest pani niezwykłą istotą... Czasem oczy pani błyszczą... nie, nie widziałem takich oczu... podobne są kwiatom... cóż mówię, nie kwiatom... ale... Jestem zakochany w pani po uszy... nie ma rady! Jak pani na imię?... Muszę się dowiedzieć pani imienia! Ach, jakże pani ma na imię? Omal nie zapomniałem spytać, chociaż myślałem o tym wczoraj przez cały dzień. Właściwie nie przez cały wczorajszy dzień myślałem o pani... Wie pani... nazwałem panią Ylajali! Jak się to pani podoba? Taki płynny dźwięk...

— Ylajali?

— Tak.

— To w obcym języku?

— Hm... nie...

— Nieźle brzmi.

Po długich układach powiedzieliśmy sobie nasze imiona. Siadła tuż przy mnie na sofie, odsunęła krzesło nogą i zaczęliśmy gwarzyć.

— Ogolił się pan, widzę — powiedziała. — Wygląda pan trochę lepiej niż ostatnim razem, ale... tylko trochę... niech pan nie popada w zarozumiałość... Ostatnim razem strasznie pan wyglądał, a w dodatku na palcu była szkaradna szmatka. I w tym stanie chciał mnie pan prowadzić gdzieś na wino? O, nie, dziękuję!

— Z powodu mego nędznego wyglądu wzbraniała się pani wówczas iść ze mną? — spytałem.

— Nie! — odparła, spuszczając oczy. — Nie, zaręczam, nie myślałam o tym nawet.

— Proszę pani — rzekłem znowu — pani sądzi pewnie, że mogę tak żyć i ubierać się, jakbym chciał. O, nie... jestem bardzo, bardzo biedny.

Spojrzała na mnie.

— Czy tak? — spytała.

— Tak jest.

Pauza.

— Miły Boże! — rzekła, poruszając swobodnie głową — I ja również jestem biedna.

Każde jej słowo oszałamiało mnie, spadało mi w serce kroplą wina, mimo że była niewątpliwie zgoła przeciętną dziewczyną z Christianii, mówiącą żargonem, robiącą trywialne minki i paplającą pospolicie. Zachwycałem się, patrząc, jak przekrzywia główkę na bok, gdy mówi. Czułem jej oddech na twarzy.

— Wie pani... — rzekłem — ale proszę się nie gniewać... leżąc wczoraj w łóżku, podłożyłem niby to pod panią ramię... jakby pani obok mnie leżała... i tak zasnąłem.

— O... było to bardzo piękne... — odparła i dodała po pauzie: — Ale taką rzecz mógł pan uczynić tylko na odległość, w marzeniach...

— Sądzi pani, że nie mógłbym tego zrobić w rzeczywistości?

— Tak sądzę.

— Po mnie może się pani spodziewać wszystkiego! — powiedziałem dumnie i objąłem ją.

— Czy tak? — rzekła.

Gniewało mnie, że uważa mnie za tak bardzo cnotliwego, wyprostowałem się tedy i chwyciłem ją za rękę. Ale wysunęła dłoń i oddaliła się nieco, ja zaś spojrzałem zakłopotany w okno. Nie, nie było się czego spodziewać. Co innego dawniej, gdym wyglądał po ludzku i miałem trochę dostatków, wówczas inaczej by sprawy poszły... Uczułem wielkie przygnębienie.

— No, widzi pan! — powiedziała. — Jedno zmarszczenie brwi wystarcza, by pana przerazić. Odsuwając się trochę, ma się już pana w garści... — zaśmiała się szelmowsko i zamknęła oczy, jakby nie mogła znieść mego spojrzenia.

— O nie... u licha! — wybuchnąłem. — Zobaczy pani! — Ogarnąłem ją silnie ramionami. Czyż była pozbawiona zmysłów? Czyż brała mnie za zgoła niedoświadczonego? Nie zniósłbym opinii, że pod tym względem stoję niżej od innych. Szelma dziewczyna! Jeśli idzie o to... natenczas...

Czyż jestem niedołęgą?

Siedziała bez ruchu z zamkniętymi oczyma, przyciśnięta do mnie, tuląc ciało do mej piersi, i nie mówiła nic. Słyszałem uderzenia naszych serc podobne do tętentu koni.

Pocałowałem ją.

Nie wiedziałem już, co się ze mną dzieje, gadałem głupstwa, z których się śmiała, szeptałem pieszczotliwie, gładziłem jej policzki, całowałem dużo razy. Potem rozpiąłem kilka guzików stanika i zobaczyłem wychylające się z koszuli dwie krągłe, białe piersi.

— Pozwól zobaczyć! — szepnąłem, rozpinając stanik szerzej. Ale wzburzony wielce nie mogłem sobie poradzić z guzikami dolnymi, tam gdzie materia była silniej naciągnięta...

Otoczyła mi ramieniem szyję ruchem powolnym, pieściwym, z jej różowych ust, z drgających nozdrzy płynął słodki wiew, drugą zaś ręką zaczęła sama rozpinać guziki. Śmiała się z zakłopotaniem, krótko i spoglądała ku mnie raz po raz, czy dostrzegam, że się wstydzi. Rozwiązała sznurowadło, otwarła gorset upojona i trwożna. Ja zaś zacząłem niezgrabnymi rękami manipulować wśród tych guzików i wstążek.

Gładziła mnie lewą ręką po plecach, by odwrócić uwagę od tego, co czyni, i mówiła:

— Jakże dużo wypadło panu włosów!...

— Tak... — przyznałem, pochylając usta do jej piersi. W tej chwili legła na sofie rozpięta całkiem, ale za moment wstała, jakby czując, że poszła za daleko, i zakryła się. Chcąc odwrócić uwagę od swej nagości, jęła znowu powtarzać, że mi wypadają włosy.

— Czemu panu tak wypadają?...

— Nie wiem.

— Pije pan pewnie za dużo!... Pfe! Nie trzeba... to wstyd... nie pomyślałabym nigdy... Taki młody i już traci włosy... Teraz musi mi pan opowiedzieć, jak pan żyje. Pewna jestem, że to coś strasznego, tylko bez wykrętów! Spostrzegę zaraz, gdy pan coś zechce taić! No, dalejże!

Ach, jakże byłem zmęczony! Wolałbym stokroć siedzieć i patrzyć na nią, niż udawać zdobywcę i mordować się tymi usiłowaniami. Nic już nie byłem wart! Życie zmieniło mnie w łachman.

— Niechże pan zaczyna! — rzekła.

Korzystając ze sposobności, opowiedziałem wszystko i samą jeno prawdę. Nie przesadzałem wcale celem pobudzenia jej litości. Przyznałem się również do sprzeniewierzenia pięciu koron.

Siedziała, słuchając z otwartymi ustami, blada, przerażona, spozierając nieprzytomnie. Chcąc zatrzeć smutne wrażenie, zebrałem się w sobie i rzekłem:

— Ale teraz wszystko minęło już, nie ma o czymś takim mowy, jestem zabezpieczony...

Ale nie dodało jej to odwagi.

— Broń mnie, Boże! — rzekła i zamilkła. Słowa te powtórzyła potem kilkakrotnie z krótkimi pauzami: — Broń mnie, Boże!

Zacząłem żartować, łaskotać ją pod pachami, tuliłem do piersi. Zapięła z powrotem stanik i to mnie zgniewało. Czemuż to uczyniła? Czyż w jej oczach byłem teraz mniej wart, niżbym złym życiem spowodował wypadanie włosów? Czyżby mnie wolała, gdybym się podał za rozpustnika? — Dosyć tego! — powiedziałem sobie. — Jeśli tak być musi, okażę, że jestem mężczyzną!...

Należało zacząć na nowo.

Położyłem ją po prostu na sofie. Broniła się bardzo słabo, patrzyła tylko ze zdumieniem.

— Jak to? Cóż pan zamierza?... — spytała,

— Co zamierzam?

— Nie... nie...

— Ależ tak...

— Nie! Niech pan słucha! — zawołała i dodała okrutnie: — Pan oszalał! Tak, jestem tego niemal pewna!

Bezwiednie wstrzymałem się.

— Myśli pani to na serio? — spytałem.

— Serio! Wygląda pan tak dziwnie... A owego dnia, kiedy mnie pan ścigał, nie był pan pijany?

— Nie. Ale wówczas nie byłem również głodny.

— Tym gorzej.

— Wolałabyś, bym był pijany?

— Tak... Ha... boję się pana! Na miły Bóg... Niechże pan mnie puści!

Zawahałem się. Nie mogłem jej puścić, nie chciałem tracić. Pożałowałem mego głupiego gadania... — Ha... to wykręt z jej strony! — błysnęło mi. Pewny byłem teraz, że broni się ze wstydliwości... — Tak, tak, nie ma głupich... Cicho leżeć! Bez awantur!

Ale broniła się zbyt mocno, by miała nią powodować jeno wstydliwość. Niby to przypadkiem obaliłem świecę, tak że zgasła. Dziewczyna stawiała teraz rozpaczliwy opór, jęczała nawet.

— Nie... nie... nie. Jeśli chcesz, całuj mnie w piersi... Drogi... kochany!...

Wstrzymałem się. Mówiła z takim przerażeniem, z taką desperacją, że uczułem wzruszenie. Sądziła, że mnie zaspokoi całowaniem piersi! O, jakże to piękne i naiwne! Rad bym był paść przed nią na kolana.

— Drogie dziecko — powiedziałem zmieszany — nie pojmuję doprawdy twego postępowania...

Wstała, drżącymi rękami zapaliła świecę, ja zaś rozparłem się bezczynny na sofie. Cóż teraz nastąpi? W gruncie rzeczy czułem się bardzo źle.

Spojrzała na zegar i drgnęła.

— Ach! Zaraz nadejdzie służąca! — To były jej pierwsze słowa.

Zrozumiałem tę uwagę i podniosłem się. Chwyciła płaszcz, jakby go chciała wdziać, ale po rozwadze rzuciła go i podeszła do kominka blada i coraz bardziej niespokojna. Po chwili rzekłem, by zamaskować, że mnie wyprasza:

— Czy ojciec pani był wojskowym?

— Tak! Skąd pan to wie?

— Nie wiem. Tak mi to jeno przyszło na myśl.

— Dziwna rzecz!

— O tak! Miewam takie jasnowidzenia w pewnych sprawach. To również skutek mego szaleństwa!... — rzekłem.

Spojrzała na mnie, ale nie odezwała się ani słowem. Czułem, że dręczę ją swą obecnością, i chciałem skończyć. Zwróciłem się do drzwi, myśląc, czy mnie pocałuje, czy poda bodaj rękę. Stanąłem, czekając.

— Odchodzi pan już? — spytała od kominka.

Nie odpowiedziałem, upokorzmy i zmieszany, patrzyłem na nią tylko. Wszystko zniweczyłem sam! Nie robiła sobie nic z tego, że odchodzę, stracona była dla mnie na zawsze, chciałem jej przeto na pożegnanie powiedzieć coś ważkiego, głębokiego, co by ją dotknęło i zaimponowało jej. Wbrew temu jednak zacząłem mówić o rzeczach błahych, ważkie słowo nie jawiło się, zostałem oszukany, na ustach miałem jeno zwroty krasomówcze i wiedzę książkową.

Spytałem, czemu mi nie każe wprost iść precz. Po cóż się krępować? Miast wspominać o powrocie służącej, stokroć lepiej rzec: „Zmykaj pan, bo muszę teraz iść po matkę, a nie chcę się z tobą pokazywać na ulicy!”. Wszakże to miała na myśli... zaraz to przeczułem! Niewiele trzeba, by mnie wprowadzić na ślad. Samo pochwycenie płaszcza i porzucenie go przekonało mnie dostatecznie. Jestem, jako się rzekło, często jasnowidzącym, ale niekoniecznie muszę jeszcze przez to być wariatem!...

— Ależ na miłość boską! — zawołała. — Niech mi pan przebaczy to słowo! Wymknęło się mimo woli!... — Tak mówiła, nie zbliżając się jednak do mnie.

Pozostałem niewzruszony i plotłem dalej, czując, że ją nudzę, że nie trafia do niej żadne słowo, a mimo to gadałem dalej. Powiedziałem, że można mieć delikatność odczuwania, nie będąc wariatem, że są natury delikatne, żyjące subtelnością, a umierające od brutalnego słowa. Dałem jej do zrozumienia, że jestem takim właśnie człowiekiem. Ubóstwo wyostrza pewne właściwości duszy oraz doprowadza do utrapień, które właśnie muszę znosić. Ale pomaga również w niektórych sytuacjach. Inteligent biedny jest lepszym obserwatorem od bogatego. Biedak musi na każdym kroku śledzić podejrzliwie słowa ludzkie, toteż jego uczucia i myśli pracują dzielniej, jego słuch i odczuwanie doskonali się; nabywa doświadczenia za cenę ran, jakie odnosi jego dusza...

Mówiłem szeroko o tych ranach, a ona niepokoiła się coraz więcej. W końcu zaczęła powtarzać rozpaczliwie: „O Boże! O Boże!” i załamywać ręce.

Dręczyłem ją, nie chciałem tego czynić, a czyniłem. W końcu uznałem, żem pokrótce powiedział, co trzeba, i dostrzegłszy jej przerażone spojrzenie, zawołałem:

— Już idę! Wszakże trzymam dłoń na klamce. Żegnam panią, żegnam! Może mi pani przecież odpowiedzieć, gdyż mówię to dwukrotnie i gotów jestem do odejścia. Nie domagam się nawet ponownego widzenia, jeśliby miało to panią dręczyć. Ale mów, czemuś nie zostawiła mnie w spokoju? Cóżem był winien, nie zawadzałem pani wszakże! Dlaczegóż to teraz odwraca się pani nagle jak od nieznajomego? Obrabowałaś mnie do reszty z wszystkiego i moja nędza nie ma teraz granic! Na miły Bóg, nie jestem szalony! Sama pani po namyśle przyzna, że mi nic nie brakuje. Niech pani podejdzie i poda mi dłoń albo pozwoli się zbliżyć. Nie uczynię nic złego, na moment klęknę tylko przed panią... czy wolno? Nie, nie uczynię tego, jeśli się boisz... słyszy pani? Nie bójże się tak, na miłość boską!... Widzisz przecie, że stoję spokojnie! Byłbym jeno klęknął na dywanie, tam na tej czerwonej plamie u pani nóg. Ale bałaś się, poznałem to po oczach, więc zaniechałem. Nie ruszyłem się z miejsca, prosząc o to... nieprawdaż? Nie pokazałem nawet palcem na ten czerwony punkt, na różę na dywanie, skinąłem jeno głową... ot tak... Pani wie, o której róży mówię, ale boisz się i nie chcesz, bym się zbliżył. Nie pojmuję, jak mogłaś tak bezlitośnie nazwać mnie wariatem. Wszakże sama w to nie wierzysz... prawda? Pewnego razu w lecie, dawno już temu, byłem trochę szalony, pracowałem ciężko i ile razy zamyśliłem się zanadto, zapominałem o porze obiadowej. Trwało to dzień w dzień, powinienem był pamiętać, a ciągle zapominałem. To prawda, jak Bóg na niebie! Niech się nie ruszę z tego miejsca, jeśli kłamię! Nie miała pani racji, pogardzając mną, bowiem nie czyniłem tego z nędzy. Mam kredyt, znaczny kredyt u Ingebreta i Grawesena, często miewam też dużo pieniędzy i jedynie przez zapomnienie nie kupuję jedzenia. A pani nie mówi nic, nie odpowiada, nie rusza się od kominka? Pani czeka, bym sobie poszedł?

Zbliżyła się szybko. Wyciągnęła rękę i spojrzała podejrzliwie. Czy jej to przyszło lekko, czy może uczyniła tak, by się mnie pozbyć? Otoczyła mnie ramieniem, a oczy jej napełniły się łzami. Stałem patrząc. Podała mi usta, ja zaś wiedziałem na pewno, że jest to jeno ofiara, środek zakończenia wszystkiego.

Powiedziała coś, co brzmiało jakby: „Mimo wszystko kocham cię!”, ale powiedziała to tak cicho i niewyraźnie, żem się mógł przesłyszeć. Przycisnęła mi się silnie do piersi, zarzuciła oba ramiona na szyję, stanęła nawet na palcach, by lepiej sięgnąć, i czekała.

Pełen obawy, że zmusza się do tych objawów czułości, rzekłem tylko:

— Jakże pani teraz piękna!

Nie powiedziałem ani słowa więcej, cofnąłem się i wyszedłem, idąc tyłem. Ona zaś została w pokoju.