Rozdział drugi
W kilka tygodni potem znalazłem się wieczorem na ulicy.
Wróciłem z jednego z cmentarzy, gdzie usiłowałem napisać artykuł do dziennika. Na robocie tej zeszło mi do dziesiątej, ściemniło się całkiem i zamknięto bramę. Byłem bardzo głodny. Owych dziesięć koron nie stało mi na długo i od trzech niemal dni i nocy nie miałem nic w ustach. Czułem osłabienie, byłem znużony pisaniem, a w kieszeni prócz złamanego scyzoryka i pęczka kluczy nie miałem nic, ani öre.
Po zamknięciu bramy powinienem był udać się do domu, do opuszczonej pracowni blacharskiej, gdzie mi pozwolono przebywać, ale czułem taką odrazę do pustki i ciemności mej stancyjki, że ruszyłem ma oślep przed siebie, minąłem ratusz i dotarłem aż do portu, gdzie siadłem na ławce przy głównym dojeździe kolejowym.
W tej chwili nie trapiło mnie nic, odczuwałem spokój i patrzyłem na piękny port widniejący w półciemku. Dawnym obyczajem chciałem zabawić się odczytaniem napisanego już ustępu, który wydał się memu udręczonemu mózgowi najlepszą z napisanych kiedykolwiek rzeczy. Dobyłem rękopis i trzymając go tuż przed oczyma, przebiegałem kartkę za kartką. Znużony, dałem wreszcie pokój, schowałem papiery i zapatrzyłem się na morze, ścielące się cicho, granatowe, podobne do perłowej masy. Obok mnie przelatywały bezgłośnie ptaki. Nieco dalej patrolował policjant, poza nim nie było nikogo, a w porcie panowało milczenie.
Przeliczyłem ponownie swe mienie. Posiadałem złamany scyzoryk, pęczek kluczy, ale ani jednego öre. Nagle dobyłem z kieszeni papiery, prawie mechanicznym ruchem, nerwowym, bezwiednym gestem wyszukałem czystą, niezapisaną kartkę... licho wie, skąd się wziął ten pomysł... zrobiłem małą tulejkę, zamknąłem starannie, tak że się wydawała pełna, i rzuciłem na bruk. Wiatr potoczył ją dalej i wreszcie legła spokojnie.
Głód żarł mi kiszki, ja zaś patrzyłem na tulejkę pełną, zda się, srebrnych monet i wmawiałem w siebie, że tak jest w istocie. Doprowadziłem do tego, iż siedząc wyprostowany, starałem się odgadnąć kwotę. Jeśli zgadnę, myślałem... będzie moja. Wyobraziłem sobie, że na dnie leżą małe monety dziesięcioörowe, na wierzchu zaś grube, rowkowane po brzegach korony. Cała tulejka pieniędzy! Patrzyłem, wybałuszając oczy, i podmawiałem się sam, by iść i skraść ją.
Nagle policjant zakaszlał, ja zaś, o dziwo, uczyniłem to samo. Wstałem i zakaszlałem trzy razy, tak by usłyszał. Gdy się zbliży, niezawodnie chwyci co prędzej tulejkę. Radowałem się naprzód z figla, zacierałem ręce i kląłem pod nosem siarczyście. Ładną pewnie zrobi minę ten drań. Niechże go diabli porwą na samo dno piekła po tym figlu! Głód upoił mnie, zataczałem się po prostu.
W parę minut później nadszedł policjant, stukając podkówkami po bruku i rozglądając się wokoło. Ruchy miał powolne, bowiem cała noc była przed nim. Zobaczył tulejkę, dopiero stanąwszy nad nią. Stanął i patrzył, wydała mu się cenna... może zawierała małą sumkę?... Podniósł... Hm... lekka... bardzo lekka... Może zawierała kosztowne pióro czy ozdobę do kapelusza?... Otwarł ją ostrożnie wielkimi rękami i zajrzał do środka, ja zaś śmiałem się, bijąc się po kolanach, śmiałem jak szalony. Ale z gardła nie dobył się ani jeden dźwięk, śmiech mój był cichy, hektyczny i przypominał spazm łkania...
Zadudniło znowu po bruku, policjant zwrócił się ku placowi Kolejowemu, ja zaś siedziałem z oczyma pełnymi łez i dyszałem ciężko, porwany gorączką wesołości. Zacząłem głośno mówić, opowiadałem sobie sam o tulejce, naśladowałem ruchy biednego policjanta, patrzyłem we własną próżną dłoń i powtarzałem po kilka razy, jak to kaszlał, odrzucając tulejkę! Do tych słów dodawałem inne, opatrywałem je podniecającymi epitetami, przekręcałem zdania i zaostrzałem ich znaczenie. Zakaszlał: khe... khe... khe... śmiałem się.
Wysilałem się na przeróżne warianty i wesołość moja ustała dopiero po długim czasie. Potem zapadłem w miły bezwład senny, któremu nie stawiałem oporu. Ciemność zgęstniała, lekki wiatr wzburzył perlistą toń morza. Okręty o masztach rysujących się na niebie przybrały wygląd czarnych potworów, stroszących sierść i czyhających na mnie. Nie bolało mnie nic, głód przycichł, zamiast tego uczułem miłą pustkę, nie doznawałem wrażeń, rad, że mnie nikt nie widzi. Położyłem nogi na ławce, w tej pozycji delektując się najlepiej poczuciem osamotnienia. Umysłu nie przysłaniała mi żadna chmurka, żadna dolegliwość, żadna chętka ni pożądanie. Leżałem z otwartymi oczyma, nie czując samego siebie, daleki wszystkiemu i szczęśliwy.
Nie przeszkadzał mi żaden ton. Łagodna ciemność skryła świat przed mymi oczyma i pogrzebała w pełnym ukojeniu. W uszach szumiała mi tylko monotonnie cisza. Czułem, że gdy spłynie głęboka noc, potwory owe wessą mnie w siebie i poniosą morzem do dalekich krajów, gdzie nie ma ludzi. Zawiozą mnie do zamku księżniczki Ylajali, gdzie mnie otoczy wspaniałość, jakiej nikt jeszcze dotąd nie znał. Ona będzie siedziała w błyszczącej sali, gdzie wszystko będzie z ametystów, na tronie pokrytym żółtymi różami, poda mi, gdy wejdę, dłoń i powita jako rycerza przybywającego do jej państwa. Gdy uklęknę, wyzna, iż szukała mnie od lat dwudziestu, przyzywając do siebie każdej nocy księżycowej, płacząc, gdym był smutny, i podszeptując mi sny cudowne, gdym zasypiał... Ujmie mą dłoń i powiedzie krużgankami pełnymi wiwatujących ludzi, przez śliczne ogrody, gdzie będzie igrać i śmiać się trzysta pięknych dziewcząt, i doprowadzi do innej sali, gdzie wszystko będzie zrobione z połyskującego szmaragdu. Słońce zalewa krużganki rozbrzmiewające chóralnym śpiewem, fala woni płynie ku mnie, trzymam jej dłoń w swojej dłoni, czuję rozkosz czaru w krwi, otaczam ją ramieniem, a ona szepcze: „Nie tu, chodźmy dalej”. Docieramy do czerwonej sali, gdzie wszystko jest rubinem i upojeniem, w którym tonę. Czuję jej ramię na szyi, jej oddech na mojej twarzy szepcze: „Witaj mi, ukochany... całuj mnie... jeszcze... jeszcze...”.
Widzę z mej ławki gwiazdy przed oczyma, a myśli pędzą kędyś w huraganie światłości. Zapadłem w sen, z którego zbudził mnie nagle policjant. Siedziałem, przywołany niemiłosiernie do życia i nędzy. Zdziwiłem się zrazu głupkowato, że oto siedzę pod gołym niebem, potem jednak ogarnął mnie smutek i żal, iż jeszcze żyję. Deszcz spadł podczas mego snu, przemokłem na wskroś i czułem ostry chłód w członkach. Ciemność tak się zwiększyła, że z trudnością mogłem dostrzec stojącego przede mną policjanta.
— Taaak! — powiedział. — Wstańże pan...
Podniosłem się niezwłocznie, byłbym również usłuchał, gdyby mi się kazał położyć. Byłem przygnębiony, bezsilny, a w dodatku odczułem zaraz głód.
— Niechże pan zaczeka, głupcze jeden!... — zawołał za mną policjant. — Zostawił pan kapelusz... Taaak... teraz może pan iść...
— Wydało mi się zaraz, żem czegoś zapomniał... — wyjąkałem półprzytomnie — dziękuję... dobranoc!
Ruszyłem chwiejnie w drogę.
Ach, gdybyż choć odrobinka chleba! Taki cudny, mały żytni bocheneczek, który można pogryzać, idąc ulicą. Szedłem, dumając nad takim chlebem, który by można właśnie teraz jeść. Głód mnie dręczył, pragnąłem śmierci, roztkliwiłem się i zapłakałem. Moja nędza nie miała końca. Nagle stanąłem, tupnąłem w bruk i zakląłem. Jakże to mnie nazwał? Głupcem? Pokażę ja temu draniowi, co znaczy nazwać kogoś głupcem! Zawróciłem biegiem, pieniąc się ze złości. Po chwili potknąłem się i upadłem, ale nie zważając na to, wstałem i popędziłem dalej. Dotarłszy do placu dojazdowego, zesłabłem do tego stopnia, że nie mogłem zawlec się do portu. Wśród drogi minął także gniew. Stanąłem, dysząc ciężko. Czyż nie było obojętne, co powiedział taki sobie prosty policjant? No tak... ale nie sposób znieść wszystko obojętnie!... To prawda, przerwałem sobie... tylko... trzeba zważyć, że nie stać go na nic innego! Uznałem to usprawiedliwienie za wystarczające i powtórzyłem sobie, że widać nie stać go na nic innego. Zawróciłem ku miastu.
Miły Boże! — pomyślałem ze złością. — Do czegóż to możesz dojść? Jakże ci przyszło na myśl latać po nocy wśród deszczu! Głód żarł mnie straszliwy, tak że nie miałem chwili spokoju. Przełykałem raz po raz ślinę, by się nasycić, i trochę zelżało. Niedostateczne odżywianie w ciągu kilku tygodni odebrało mi siły. Marzyłem o pięciokoronówce, która by pozwoliła mi przetrwać ten okres niedostatku, tak by się wzmocnić, zanim nadejdzie drugi. Najgorzej było z plecami, kłucia w piersiach mogłem się pozbyć na chwilę przy pomocy kaszlu lub skulenia się naprzód, ale na plecy i ramiona nie było rady.
Dlaczegóż, u licha, nie czyniło się wokoło mnie jaśniej? Wszakże miałem takie samo prawo do życia jak antykwariusz Pascha i ekspedytor okrętowy Hennechen. Wszakże miałem barki jak olbrzym i parę silnych rąk do pracy, tak że nawet starałem się o rąbanie drzewa w Mollenstraede celem zarobienia na życie. Starałem się o mnóstwo zajęć, słuchałem mnóstwa wykładów, pisywałem artykuły i po całych dniach i nocach uczyłem się jak szalony. Żyłem przy tym jak skąpiec, chlebem i mlekiem w chwilach dostatku, chlebem, gdym miał mało, a głodowałem, gdym nie miał nic. Wszakże nie mieszkałem we wspaniałych apartamentach o mnóstwie komnat, ale na poddaszu warsztatu blacharskiego, z którego zeszłej zimy wszyscy uciekli, bo śnieg padał do wnętrza. Nie mogłem się zorientować w tym wszystkim.
Dumałem o tych sprawach po drodze, bez śladu złośliwości, zawiści lub goryczy.
Stanąłem pod składem farb i usiłowałem odczytać napisy na szczelnie zamkniętych puszkach. Ale było zbyt ciemno. Rozgniewany na siebie za ten nowy, niemądry koncept, zapukałem kilka razy w szybę i poszedłem dalej. Po chwili ujrzałem w ulicy policjanta, przyspieszyłem kroku, zbliżyłem się doń i powiedziałem bez żadnego powodu:
— Jest dziesiąta.
— Nie, jest druga! — odparł zdumiony.
— Jest dziesiąta... dziesiąta! — zawołałem wściekły, zacisnąłem pięści i przystąpiwszy blisko, powtórzyłem: — Niech pan sobie zapamięta, że jest dziesiąta... dziesiąta!
Stał, namyślając się przez chwilę, patrzył na mnie osłupiały, potem zaś rzekł z cicha:
— W każdym razie, sądzę, czas, byś pan wrócił do domu. Czy odprowadzić pana?
Dobroć ta rozbroiła mnie, uczułem łzy w oczach i odparłem pospiesznie:
— Nie, dziękuję panu. Za długo widać byłem w kawiarni. Dziękuję stokrotnie!
Przyłożył dłoń do hełmu, gdym odchodził. Dobroć jego oszołomiła mnie i zapłakałem z żalu, że nie posiadam pięciu koron, by mu je dać. Przystanąłem, patrząc, jak idzie swoją drogą, uderzyłem się w czoło i płakałem coraz to mocniej, w miarę jak się oddalał. Wypominałem sobie moje ubóstwo, przezywałem się najrozmaiciej, wymyślałem dziwaczne, a ubliżające wyzwiska i obsypywałem się nimi. Trwało to aż do samego domu, a gdym stanął pod nim, spostrzegłem, że zgubiłem klucze.
— Oczywiście... — rzekłem do siebie z goryczą. — Dlaczegóż bym nie miał zgubić kluczy? Mieszkam w domu mieszczącym w parterze stajnię, a na piętrze warsztat blacharski. Bramę zamykają na noc i nikt a nikt nie może mi otworzyć. Dlaczegóż bym wobec tego nie miał zgubić kluczy? — Byłem mokry jak pies, głodny, odrobinkę głodny, a także bolały mnie trochę... śmiesznie mnie bolały kolana. Czemuż bym tedy nie miał zgubić kluczy? Właściwie wszyscy powinni by się wynieść z domu do Aker34 w chwili, gdym przyszedł, chcąc wejść do wnętrza. Roześmiałem się, zatwardziały głodem i poczuciem upadku.
Słyszałem uderzenia kopyt końskich i widziałem w górze me okno, ale nie mogłem otworzyć bramy i wejść. Znużony i rozgoryczony postanowiłem wrócić do portu i szukać kluczy.
Deszcz zaczął znowu padać i niebawem uczułem wilgoć na ramionach. Pod ratuszem przyszła mi dobra myśl, wszakże mogłem wezwać policję, by mi otworzyła bramę.
Zwróciłem się niezwłocznie do policjanta i poprosiłem gorąco, by mi otwarł, o ile może.
— Hm... oczywiście... chętnie... — powiedział, ale nie mógł, gdyż klucze znajdują się w oddziale tajnej policji.
Spytałem, co mam zrobić.
— Hm... najlepiej iść do hotelu i tam spędzić noc.
— Nie mogę iść do hotelu, albowiem zabrakło mi pieniędzy. Zabawiłem się w kawiarni... no i oczywiście... rzecz jasna.
Staliśmy chwilę na schodach ratusza. Namyślał się, patrzył na mnie, deszcz zaś lał jak z cebra.
Potem poradził, bym się zgłosił do dyżurnego i oświadczył, że jestem bezdomny.
Bezdomny? Nie wpadło mi to do głowy... Świetna myśl, u kata! Podziękowałem policjantowi za doskonałą radę i spytałem, czy mogę po prostu wejść i zgłosić się jako bezdomny.
— Oczywiście, całkiem po prostu.
— Nazwisko? — spytał dyżurny.
— Tangen... Andrzej Tangen.
Nie wiem, czemu skłamałem. Myśli me fruwały wokół i poddawały więcej konceptów, niźli mogłem zużytkować. Wymyśliłem błyskawicznie to zgoła obce nazwisko i rzuciłem je bez namysłu. Łgałem bez potrzeby.
— Zawód?
Znaczyło to tyle co wyrzucenie na bruk. Zrazu zamierzałem zrobić się powroźnikiem, ale nazwisko nie było odpowiednie, a przy tym miałem okulary na nosie. Należało iść bezczelnie przebojem, postąpiłem przeto krok naprzód i rzekłem uroczyście, z naciskiem:
— Dziennikarz.
Dyżurny drgnął, nim zanotował, ja zaś stałem przed balaskami jak bezdomny radca dworu. Nie obudziłem podejrzenia, dyżurny zrozumiał, dlaczego zawahałem się z odpowiedzią. Jakaż dziwna rzecz... dziennikarz w ratuszu, bez dachu nad głową!
— W którym piśmie pan pracuje, panie Tangen?
— W „Kurierze Porannym” — odparłem. — Niestety, zabawiłem zbyt długo w kawiarni...
— To nie należy do rzeczy! — przerwał i dodał z uśmiechem: — Gdy młodzi hulają... natenczas... rozumiemy to dobrze! — Potem zwrócił się do policjanta i rzekł: — Proszę zaprowadzić pana do oddziału zarezerwowanego... — Skłonił się uprzejmie i dodał: — Dobranoc!
Moja bezczelność przejęła mnie zimnym dreszczem.
Zacisnąłem pięści, by dodać sobie odwagi.
— Gaz świeci się35 przez dziesięć minut! — oświadczył policjant w drzwiach.
— A potem gaśnie?
— Tak, potem gaśnie.
Siedząc na łóżku, usłyszałem, jak przekręcono klucz w zamku. Jasna cela miała nader miły wygląd, uczułem się całkiem dobrze i zacząłem nasłuchiwać szmeru deszczu na dworze. Trudno było sobie coś lepszego wymarzyć. Moje rozradowanie wzrastało. Siedząc na łóżku z kapeluszem w ręku i oczyma utkwionymi w kinkiet gazowy na ścianie, rozpamiętywałem dzieje tego mego pierwszego zetknięcia się z policją. Po raz pierwszy, a tak ich okpiłem! Dziennikarz Tangen... czy tak? Potem zaś „Kurier Poranny”! — To trafiło w samo serce... To do rzeczy nie należy... nieprawdaż? W wizytowym stroju siedziałem do drugiej w Stiftgaardzie... potem zgubiłem klucze... no i portfel z kilku tysiącami!... Proszę zaprowadzić pana do oddziału zarezerwowanego...
Nagle płomyk zgasł w sposób przedziwny — od razu, bez zmniejszania się. Znalazłem się w zupełnej ciemności, nie mogłem zobaczyć własnej dłoni ani białych ścian celi... słowem, niczego. Nie było nic do zrobienia prócz spania, przeto rozebrałem się.
Ale nie mogłem zasnąć. Przez jakiś czas leżałem zapatrzony w ciemność, w ową nicość masywną, a bezdenną, której nie sposób pojąć. Była ciemna i gnębiła mnie nad wszelki wyraz. Zamknąłem oczy, zacząłem półgłosem nucić i rzucać się dla rozrywki po pryczy, ale nic nie pomagało. Ciemność pochwyciła w szpony moje myśli i nie dawała mi chwili spokoju. Może teraz właśnie rozpływam się w niej i jednoczę się z nią? Siadłem i zacząłem bić wokoło ramionami.
Nerwowy nastrój pogorszył się, a moja desperacka obrona była daremna. Stałem się łupem najdziwaczniejszych fantazji, koiłem się sam, nuciłem pieśni do snu i potniałem z wysiłku, pragnąc zażyć spoczynku. Wlepiałem oczy w tę ciemność, jakiej dotąd nigdy w życiu nie widziałem. Niewątpliwie była to rzecz zgoła nie spotykana, żywioł rozpaczny36, nieznany dotąd nikomu. Opadły mnie głupie myśli, drżałem przed wszystkim. Zaabsorbowany zostałem małą dziurką w murze tuż przy łóżku. Był to ślad gwoździa, drobna szczerba w murze. Dotykałem jej, dmuchałem do środka, próbowałem zbadać jej głębokość. O, nie była to niewinna dziurka, ale przeciwnie, tajemniczy, złowrogi otwór, którego należało się strzec. Ogarnięty strachem, musiałem wstać i przy pomocy złamanego scyzoryka zmierzyć jej głębokość, by się przekonać, że nie sięga aż do sąsiedniej celi.
Położyłem się, chcąc zasnąć, ale w rzeczywistości jeno po to, by dalej walczyć z ciemnością. Deszcz ustał, nie dochodził żaden odgłos, przez pewien czas nasłuchiwałem niecierpliwie kroków przechodnia i w końcu pochwyciłem stąpanie, zapewne policjanta. Naraz strzepnąłem palcami. Co znowu u licha? Wydało mi się, że znalazłem nowe słowo, jakiego nie ma dotąd w żadnym języku. Siadłem i powiedziałem:
— Kubona. Na miły Bóg... ma głoski jak każde słowo... a ty, człecze, odkryłeś owo słowo o niesłychanej gramatycznej doniosłości... Kubona!...
Ujrzałem je wypisane jaskrawo w ciemności.
Siedziałem z otwartymi oczyma, radowałem się odkryciem, a śmiech mnie rozpierał. Potem zacząłem szeptać, mógł bowiem ktoś podsłuchać, a chciałem zachować odkrycie w tajemnicy. Ogarnął mnie upojny szał głodu, czułem pustkę zupełną, nic mnie nie bolało, a myśli rozpętały się do reszty.
Zadumałem się cicho nad znaczeniem mego słowa, a czyniłem przy tym dziwaczne skoki pojęciowe. Słowo to nie musi znaczyć ani Bóg... ani Tivoli... a bezczelność popełniłby ten, kto by je wyłożył jako... oględziny bydła... Zacisnąłem pięści i spytałem: — Kto to powiada? — W gruncie rzeczy znaczenie było nawet niekonieczne... kłódka... lub... wschód słońca. Nietrudno odnaleźć znaczenie dla tak wspaniałego słowa, trzeba tylko dać sobie folgę37 i przespać się przedtem.
Leżałem śmiejąc się z cicha, ale nie mówiłem nic i nie decydowałem. Po chwili uczułem zdenerwowanie. Nowe słowo zaczęło mnie dręczyć, wracało, ogarnęło w końcu wszystkie myśli i zaniepokoiło. Wiedziałem, czego nie oznacza, ale nie postanowiłem, co ma oznaczać. Była to kwestia uboczna! Tak sobie powiedziałem głośno i powtórzyłem to raz jeszcze, chwytając się za ramię. Dzięki Bogu, słowo zostało odkryte... a to rzecz główna. Ale uwzięło się, by mi nie dać zasnąć, szukałem znaczenia i żadne nie było dość dobre. Wstałem, schwyciłem się oburącz za głowę i powiedziałem:
— Nie... niemożliwe, by znaczyło... fabryka tytoniu lub... wychodźstwo!... Za to nie biorę odpowiedzialności. Winno ono raczej znaczyć coś duchowego... — oczywiście... jakieś uczucie lub nastrój.
Dumam nad tym i naraz wydaje mi się, że ktoś wtrąca swe trzy grosze w te roztrząsania. Pytam więc:
— Co proszę? Nie, trudno o większy idiotyzm... przędza? Idź pan do diabła! Nie ma obowiązku oznaczać przędzy, bowiem oponuję przeciw temu. Jestem odkrywcą i mam wszelkie prawo nadać mu dowolne znaczenie, o ile zaś wiem, nie zadecydowałem jeszcze...
Mieszało mi się coraz bardziej w głowie. W końcu wyskoczyłem z łóżka, by znaleźć wodociąg. Nie byłem spragniony, tylko głowa mi pałała i bezwiednie pożądałem wody. Napiłem się, woda mnie ochłodziła i zacząłem walczyć z całej mocy o sen. Zamknąłem oczy i ległem bez ruchu na kilka minut, pocąc się i czując łomot krwi w żyłach. Ha... to paradne, jak zaglądał do tulejki! Zakaszlał przy tym. Ciekawym, czy też jeszcze chodzi tam i z powrotem... czy siada na mojej ławce... granatowo-perliste morze... okręty...
Otwarłem oczy, na cóż je bowiem zamykać, skoro nie śpię! Zobaczyłem tę samą straszną ciemność, tę samą czarną wieczność, którą myśli moje daremnie starały się rozproszyć i pojąć. Z czymże ją porównać? Wysilałem się na odnalezienie słowa dość czarnego dla jej określenia. Musiało być tak srodze czarne, by przy wymawianiu czerniło usta. O Boże, jakże było ciemno! Przyszło mi na myśl to, com widział w porcie — owe czarne potwory-okręty, czyhające na mnie. Miały mnie wessać w siebie i ponieść daleko przez czarne krainy, gdzie nie było ludzi. Wydało mi się, że jestem na pokładzie, że pociąga mnie woda, że płynę wśród chmur... że spadam... spadam!... Krzyknąłem przeraźliwie, chwytając się łóżka. Odbyłem niebezpieczną podróż, rzucony niby garść czegoś w powietrze. Dotknąwszy ręką twardej pryczy, uczułem się ocalony!
— Tak się dzieje w chwili śmierci — powiedziałem sobie — teraz umrzesz! — Leżałem przez chwilę, rozmyślając, że umrę. Potem siadłem i spytałem ostro: — Kto powiedział, że mam umierać? Wszakże odkryłem słowo i sam rozstrzygnę, co oznacza!...
Słyszałem siebie mówiącego i wiedziałem, że fantazjuję. Szaleństwo moje było to delirium bezsiły i wyczerpania, ale zachowałem pełną świadomość. Nagle błysnęło mi, żem oszalał. Przejęty strachem, wyskoczyłem z łóżka. Zatoczyłem się do drzwi, czyniłem wysiłki, by je otworzyć, rzuciłem się na nie kilka razy celem wyważenia ich, uderzyłem głową o ścianę, krzyknąłem z bólu, gryzłem sobie palce i kląłem...
Była zupełna cisza. Mury odrzucały jeno moje własne słowa. Niezdolny rzucać się dłużej po celi, padłem na ziemię. Nagle ujrzałem wysoko w górze przed oczyma szary kwadrat pośród ściany, przebłysk bieli... przeczucie jej ledwo... był to świt. Odetchnąłem z uczuciem rozkosznej ulgi. Przylgnąłem do podłogi, płacząc z radości odkrycia błogosławionego kwadratu światła, łkałem z wdzięczności, rzucałem przez powietrze całusy ku oknu, słowem, zachowywałem się jak szaleniec. Jednak i w tej chwili wiedziałem, co czynię. Znikło od razu przygnębienie, rozpacz i ból, w myśli nie miałem już tęsknoty za niespełnionym jakimś pragnieniem. Siadłem na podłodze, złożyłem ręce i czekałem na powrót dnia.
Cóż za noc przeżyłem!
— Czyż nikt nie usłyszał hałasu? — spytałem zdumiony. Zajmowałem, co prawda, oddział zarezerwowany ponad salą innych więźniów, byłem, jak się to mówi, bezdomnym radcą dworu. W najlepszym nastroju, zapatrzony w coraz bardziej jaśniejący kwadrat, zabawiałem się udawaniem radcy dworu, nazywałem się... von Tangen... wyrażałem się urzędowym stylem. Nie przestałem fantazjować, tylko nerwowość ukoiła się po trosze. Ach, czemuż uczyniłem tak głupio, zostawiając w domu czy gubiąc portfel z pieniędzmi? Pytałem, czy nie będę miał zaszczytu położyć pana radcy dworu do łóżka. Z wielką powagą i zachowaniem ceremoniału podszedłem do pryczy i ległem.
Pojaśniało tak, że mogłem dostrzec zarysy celi, a w chwilę potem nawet wielką, ciężką klamkę. Zabawiało mnie to. Znikła jednostajna, drażniąca, gęsta ciemność, mogłem widzieć siebie, to uspokoiło moje wzburzenie i niebawem uczułem, że powieki mi zapadają...
Uderzono kilka razy w drzwi, zerwałem się, wyskoczyłem z łóżka i wdziałem ubranie, mokre jeszcze od wczoraj.
— Musisz się pan zgłosić na dole u dyżurnego! — przykazał policjant.
Ach... znowu będą formalności... — pomyślałem przerażony.
Zszedłem do wielkiej sali, gdzie siedziało trzydziestu czy czterdziestu mężczyzn, a wszyscy bezdomni. Jednego po drugim wzywano do protokołu i każdy dostawał kartkę na jadło. Dyżurny mówił ustawicznie do stojącego obok policjanta:
— Czy dostał kartkę? Dobrze... proszę pamiętać, by każdy dostał kartkę. Przyda im się to... przyda, jak widzę.
Stałem, patrzyłem na te kartki i pożądałem swojej.
— Andrzej Tangen, dziennikarz!
Przystąpiłem z ukłonem.
— Ach, drogi panie, jakże pan się tu dostał?
Wyjaśniłem całą rzecz, opowiedziałem tę samą co w nocy historyjkę, łgałem jak najęty z całą szczerością.
— Niestety, zbyt długo zasiedziałem się w kawiarni... zgubiłem klucz od bramy...
— Hm... — uśmiechnął się. — Tak bywa czasem. Czyś pan dobrze spał?
— Jak radca dworu... — odrzekłem. — Jak sam radca dworu!
— Cieszy mnie to! — rzekł wstając. — Do widzenia!
Odszedłem.
Gdzież karta, gdzież moja karta?! Od długich trzech dni i nocy nie miałem nic w ustach! Bodaj kawałek chleba! Nikt mi jednak nie wręczył karty, a nie śmiałem o nią prosić. Wzbudziłoby to zaraz podejrzenie, zaczęto by grzebać w mych sprawach osobistych, dowiedziano by się, kim jestem, i przyaresztowano by mnie za fałszywe zeznania. Podniosłem głowę, przybrałem minę milionera, założyłem ręce za klapy surduta i wyszedłem z ratusza.
Słońce dogrzewało, było około dziesiątej, a plac Younga roił się od ludzi. Dokądże iść? Uderzyłem po kieszeni i wyczułem rękopis. Około jedenastej chciałem iść do redaktora. Stanąłem przy balustradzie, spoglądając na ruch uliczny, a odzież moja zaczęła parować. Zjawił się głód i jął kąsać, kłuć i szczypać boleśnie. Czyż w istocie nie miałem ani jednego przyjaciela lub znajomego, który by mi pomógł w tej opresji? Wysilałem pamięć, by znaleźć kogoś, kto by mi pożyczył dziesięć öre, i nie mogłem znaleźć. Dzień był przecudny, słońce nieciło jasne blaski, niebo podobne szafirowemu morzu lśniło ponad górami...
Bezwiednie skierowałem się ku domowi.
Byłem bardzo głodny. Znalazłem na ulicy wiór, zacząłem go żuć i ból minął. Ach, czemuż nie pomyślałem o tym prędzej?
Brama stała otworem, a parobek stajenny pozdrowił mnie jak zawsze.
— Śliczna pogoda! — zauważył.
Potwierdziłem, nie wiedząc, co mówić dalej. Czyż prosić go o pożyczenie korony? Wiedziałem, że uczyniłby to chętnie w razie możności. Pewnego razu napisałem mu list.
Stał, dławiąc się czymś, co chciał rzec.
— Śliczna pogoda... — powtórzył. — Właśnie też mam płacić gospodyni. Czyby pan nie był łaskaw pożyczyć mi pięciu koron? Tylko na kilka dni. Już nieraz robił mi pan tę przysługę.
— Nie! Nie mogę na razie, Jensie Olai! — odrzekłem. — Może po południu... zobaczę... — powiedziawszy to, wstąpiłem chwiejnym krokiem na schody.
Rzuciłem się na łóżko i wybuchnąłem śmiechem. Cóż za iście świńskie szczęście! Uprzedził mnie i uratował honor. Pięć koron? Niechże cię, człecze!... Mogłeś mnie równie dobrze prosić o pięć akcji kuchni parowej albo willę w Aker!
Na myśl o tych pięciu koronach coraz większa wesołość mnie rozbierała. Co za szelma... pięć koron! Dobrze trafił, bałwan!... Poniosła mnie wesołość... Pfe!... cóż to za wstrętny odór kuchenny! Czuć, zdaje mi się, kotlety wieprzowe... jeszcze z czasu obiadu... pfe! Otwarłem okno, by wypuścić nieznośny fetor, i zawołałem:
— Kelner, pół porcji befsztyka, ale zaraz! — Zwróciłem się do stołu, owego stołu, który, pisząc, musiałem podtrzymywać kolanami, i powiedziałem z ukłonem: — Czy pan pozwoli szklankę burgunda? Nie? Nazywam się Tangen, radca dworu, Tangen... Niestety, zbyt długo zabawiłem w kawiarni... zginął mi klucz od bramy... — Myśli me rozproszyły się znowu na cztery wiatry. Wiedziałem, że mówię bez związku, słyszałem i rozumiałem każde słowo. Rzekłem sobie: — Pleciesz bez sensu! — Ale nie mogłem nic na to poradzić! Wydawało mi się, że mówię przez sen. Głowę miałem lekką, nie bolało mnie w niej nic, nic nie uciskało, a w duszy jaśniała bezchmurna pogoda. Płynąłem dokądś bez oporu, niezdolny sterować sobą.
— Proszę... proszę!... Jak widzisz, Ylajali, wszystko z rubinów. Chodźże, Ylajali... dywan puszysty pod twymi nogami. Jakże ciężko oddycha! Pocałuj mnie, jedyna... jeszcze raz... jeszcze... Ramiona twe jak bursztyn, usta płoną... Kelner, zamówiłem befsztyk!...
Słońce świeciło jasno, na dole konie chrupały owies. Siedziałem, ssąc wiór drzewa, wesoły, swobodny jak dziecko. Czułem przy sobie ciągle rękopis, nie uświadamiając sobie tego jasno. Instynkt mówił mi, że jest, tętniło mi to we krwi. Na koniec dobyłem go.
Zmókł trochę, przeto położyłem go na słońcu i zacząłem chodzić po pokoju. Jakże przygnębiająco wyglądał! Po podłodze walały się skrawki blachy, nie było natomiast krzesła ani gwoździa w ścianie. Wszystko zastawiłem i przejadłem. Został stół i kilka pokrytych kurzem arkuszy papieru. Prócz tego stara, zielona, pożyczona od Hansa Pauli kołdra... Ach, prawda... Hans Pauli... Trzasnąłem palcami... on mi dopomoże! Przypomniałem sobie jego adres. Jakże mogłem go zapomnieć! Weźmie mi niezawodnie za złe, żem się doń od razu nie zwrócił. Włożyłem kapelusz, zebrałem kartki rękopisu i zszedłem na dół.
— Słuchaj no, Jensie Olai! — zawołałem do stajni. — Pewny jestem, że będę mógł przysłużyć się wam dziś jeszcze!
Pod ratuszem spostrzegłem, że minęła jedenasta, toteż postanowiłem przede wszystkim iść do redakcji. Stojąc u drzwi biura, stwierdziłem, że papiery w porządku, wygładziłem je, schowałem do kieszeni i zapukałem. Serce biło mi mocno, gdy wchodziłem.
„Nożyczkarz” siedział jak zawsze na swoim miejscu. Spytałem o redaktora. Nie odpowiedział. Wycinał drobne wiadomości z pism prowincjonalnych.
Ponowiłem pytanie i przystąpiłem bliżej.
— Redaktor jeszcze nie przybył! — oświadczył wreszcie, nie patrząc na mnie.
— A kiedy będzie?
— Nie wiem... nie mogę panu powiedzieć...
— Jak długo jest otwarta redakcja?
Na pytanie to nie dostałem odpowiedzi i musiałem odejść. „Nożyczkarz” nie spojrzał na mnie przez cały czas, poznając mnie, widać, jeno po głosie. Tak więc źle byłem zapisany, że nie zadawano sobie nawet trudu odpowiedzi. Może działo się to z polecenia redaktora? W istocie, po owym genialnym felietonie za dziesięć koron znosiłem mu mnóstwo bibuły, co dnia niemal dając mu rzeczy bezwartościowe, które musiał czytać i zwracać. Widocznie w ten sposób chciał się mnie pozbyć. Ruszyłem tedy do Homansby.
Hans Pauli Pettersen był studentem pochodzenia chłopskiego, mieszkał na poddaszu czteropiętrowego domu i cierpiał niedostatek. Ale ile razy miał koronę, nie szczędził jej nigdy. Wiedziałem, że ją dostanę, czułem niemal w dłoni monetę. Szedłem, ciesząc się z góry posiadaniem tej korony. Zastałem bramę domu zamkniętą i musiałem dzwonić.
— Chcę widzieć się ze studentem Pettersenem — rzekłem, wchodząc — wiem, gdzie jego pokój.
— Student Pettersen? — rzekła odźwierna. — Ten, który mieszkał na poddaszu? Wyprowadził się... nie wiadomo dokąd, ale prosił, by mu listy posyłać do Hermansenów, Toboldstraede... — dziewczyna wymieniła numer domu.
Pełen wiary i nadziei poszedłem na sam koniec Toboldstraede dowiedzieć się adresu Hansa, było to bowiem jedyne wyjście. Po drodze minąłem cieśli pracujących przy budowie nowego domu. Wybrałem z kupy świeżych wiórów dwa czyste skręty. Jeden wziąłem w usta, drugi zaś schowałem na potem. Idąc dalej, jęczałem z głodu. W oknie piekarza zobaczyłem wielki dziesięcioörowy chleb, największy, jaki można dostać za tę cenę.
— Przychodzę dowiedzieć się o adres studenta Pettersena! — powiedziałem, przybywszy.
— Berndt, Ankerstraede 10. W podwórzu. Czy pan tam idzie? W takim razie może by pan zechciał wziąć z sobą kilka listów?
Wróciłem tą samą drogą, minąłem ponownie cieśli, trzymających teraz między kolanami garnki z doskonałą, gorącą strawą, kupioną w kuchni parowej, minąłem piękny chleb w oknie i dotarłem wreszcie półżywy do wskazanej ulicy. Drzwi stały otworem, z mozołem wdrapałem się na strych, trzymałem w ręku listy, by je od razu oddać Hansowi i w ten sposób wprawić go w dobry humor. Pewny byłem, że nie odmówi pomocy, usłyszawszy, w jakim położeniu się znajduję; miał on, jak już podkreśliłem, bardzo miękkie serce.
Na jego drzwiach obok biletu: „H. P. Pettersen stud. teologii” znalazłem kartkę z napisem: „Wyjechał do domu”.
Siadłem, gdzie stałem, na ziemi, ogłupiały, strasznie słaby i do cna wyczerpany. Powtórzyłem kilka razy: — Wyjechał... wyjechał do domu. — Potem zamilkłem. Ani łzy w mym oku, ani myśli, ni uczucia nie było w duszy. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywałem się w listy, nic nie czyniąc. Przetrwałem tak bez ruchu dziesięć, dwadzieścia minut, a może dłużej, niemal śpiąc skutkiem oszołomienia. W końcu wstałem, usłyszawszy kogoś na schodach, i powiedziałem:
— Mam dwa listy do studenta Pettersena.
— Wyjechał do domu — rzekła kobieta — ale wróci po wakacjach. Mogę mu listy przechować, jeśli pan zechce.
— Dziękuję, bardzo dobrze. Otrzyma je po powrocie, a mogą zawierać coś ważnego. Do widzenia!
Stanąwszy na chodniku, powiedziałem, zaciskając pięści:
— Wiedz, miły Panie Boże, że jesteś... no, mniejsza z tym!... — Zgrzytając zębami, podniosłem głowę i kiwając nią, dodałem wściekły: — Jesteś... niech mnie diabli wezmą... jesteś...
Postąpiłem kilka kroków i zmieniając nagle postawę, złożyłem ręce, przechyliłem na bok głowę i spytałem słodkim, nabożnym głosem:
— Czyś się doń już zwracał, moje dziecko?
Brzmiało to fałszywie.
Należało mówić uroczyściej, z większym uszanowaniem, a więc rzekłem jeszcze raz z całą czołobitnością:
— Czyś się doń już zwracał, moje dziecko?
Pochyliłem głowę i odparłem smutnie:
— Nie!
Znowu fałsz.
— Jakże możesz tak łgać, błaźnie jeden? Winieneś powiedzieć: Tak! Musisz przy tym wyrzec owo słowo płaczliwie, chlipiąc z żalu. Powtórz jeszcze raz... no, teraz lepiej. Tylko musisz westchnąć głucho jak ochwacony koń... Taak... dobrze!
Kroczyłem, pouczając samego siebie, tupałem, gdy mi nie szło, i wymyślałem sobie od bałwanów, a przechodnie oglądali się za mną, patrząc ze zdumieniem.
Ssąc ciągle wiór, słaniałem się ulicami, jak tylko mogłem najprędzej, i zaszedłem bezwiednie na dworzec kolejowy. Zegar kościoła Zbawiciela pokazywał wpół do drugiej. Zadumałem się. Pot spływał mi z czoła, zalewając oczy. — Chodź na chwilkę do portu... — powiedziałem do siebie — ...to znaczy, jeżeli masz czas! — Złożyłem sobie ukłon i ruszyłem w stronę wybrzeża.
Okręty kołysały się na lekko zmarszczonej toni, wszędzie panował ruch, wyły syreny, tragarze dźwigali skrzynie, z promów dolatywały przyśpiewki. Handlarka ciastek siedziała pochylona nad swym towarem, rozłożonym z grzeszną wprost pobudliwością na małym stoliku. Odwróciłem z obrzydzeniem głowę. Powietrze zakażone było odorem jadła... pfe! Zwróciłem się do jakiegoś siedzącego człowieka i przedstawiłem mu dobitnie owo nadużycie ze strony handlarek łakoci, których wszędzie pełno... Nieprawdaż? Musi to chyba przyznać... Ale zacny człowiek domyślił się, że tu coś nie w porządku, wstał, zanim skończyłem zdanie, i odszedł. Poszedłem za nim, chcąc go za wszelką cenę przekonać, że jest w błędzie.
— Choćby ze względu na przepisy sanitarne... — powiedziałem, uderzając go po ramieniu.
— Wybaczy pan, jestem tu obcy — rzekł — i nie znam przepisów sanitarnych.
To mówiąc, patrzył na mnie z przerażeniem.
Ach, był obcy, to zmieniało postać rzeczy. Spytałem, czy nie mógłbym mu czymś służyć... oprowadzić po mieście... Sprawi mi to wielką radość, a nie będzie nic kosztowało...
Ale widocznie chciał się mnie pozbyć, gdyż przeszedł prędko na przeciwległy chodnik.
Wróciłem do mej ławki i usiadłem. Ale wielka, skrzypiąca opodal kataryna wprawiła mnie w nerwowy niepokój. Metaliczne tony wydzwaniały strzępy utworu Webera38, a mała dziewczynka śpiewała smutnym głosem. Żałosne akordy przejęły mnie na wskroś, nerwy mi się rozedrgały jakby pod wpływem rezonansu, a w chwilę potem padłem na ławkę, skomląc i wtórując muzyce. Do czegóż się nie dochodzi, gdy głód przyciśnie! Uczułem, że dźwięki te biorą mnie w siebie, roztapiają, że płynę wraz z nimi, płynę wysoko ponad góry, wznosząc się tanecznymi kręgami w jaśniejące wyże...
— Grosik! — usłyszałem głos dziewczynki. — Jednego öre... — ujrzałem przed sobą blaszany talerzyk.
— Dobrze! — zawołałem bezwiednie, wstałem i zacząłem szukać po kieszeniach. Ale dziewczynka myślała, że z niej żartuję, przeto odeszła szybko bez słowa. Ta milcząca cierpliwość przygnębiła mnie, wolałbym raczej usłyszeć połajankę. Zdjęty bólem przywołałem ją z powrotem i powiedziałem, że nie mam dziś öre, ale nie zapomnę o niej... Spytałem o imię, pochwaliłem, że ładne, i przyrzekłem pamiętać... do jutra tedy...
Czułem, że mi nie wierzy, choć nie rzekła słowa, i rozpłakałem się z żalu, że nie znajduję wiary u małego dziecka. Przywołałem ją raz jeszcze, rozpiąłem surdut i chciałem jej dać kamizelkę.
— Dostaniesz coś — zawołałem — zaczekaj chwilę!
Ale nie miałem kamizelki.
Jakże mogłem jej szukać? Wszakże od wielu już tygodni nie byłem jej właścicielem. Dziwna ułuda! Dziewczynka, nie czekając dłużej, odeszła szybko, a ja nie mogłem na to nic powiedzieć. Ludzie zbiegli się wkoło mnie, rozebrzmiały śmiechy, podszedł także policjant i spytał, co zaszło.
— Nic — objaśniłem — nic a nic! Chciałem tylko dać tej małej kamizelkę dla ojca... nie wiem, co w tym jest śmiesznego... mogę iść do domu i wziąć drugą...
— Nie rób pan awantur na ulicy! — rozkazał policjant. — Taak... teraz marsz! — popchnął mnie z lekka, a potem zawołał: — Czy to pańskie papiery?
— Ach... u kroćset... to moje artykuły, rzecz niezmiernej wagi! Jakże mogłem być tak nieostrożny?
Wziąłem rękopis, upewniłem się, że wszystko w porządku, i co prędzej, nie spoglądając za siebie, ruszyłem wprost do redakcji. Na kościele Zbawiciela była właśnie czwarta.
Zastałem biuro zamknięte. Ześliznąłem się jak złodziej po schodach i przystanąłem bezradny w bramie. Co robić? Dumałem, oparty o mur, spoglądając na chodnik. Zobaczyłem na ziemi błyszczącą szpilkę, podniosłem ją. Ileż bym dostał za guziki surduta, gdybym je odpruł? Zresztą, może to zbyteczne? Guziki — to jednak rzecz potrzebna. Obejrzałem jeden po drugim i zauważyłem, że są niemal nowe. Doskonała myśl. Odpruję je złamanym scyzorykiem i zaniosę do lichwiarza. Nadzieja sprzedania guzików ożywiła mnie i powiedziałem sobie: — Uszy do i góry... jakoś to będzie! — Rozradowany, zacząłem niezwłocznie odcinać guziki, mówiąc jednocześnie w myśli:
— No, widzi pan, zubożałem trochę... chwilowa niedola... zużyte, powiada pan? Nie należy używać fałszywych wyrażeń. Któż, u diabła, zużywa mniej ode mnie guziki? Nigdy nie zapinam surduta... to moja oryginalność, moja osobista cecha... O, nie... jeśli pan nie chce... to nie! Rad bym dostać tylko dziesięć öre... najwyżej dziesięć... Na miły Bóg, któż pana przymusza? Niech pan zamilknie i da mi spokój. Ano, dobrze... niech pan wezwie policję. Zaczekam tu nawet, aż pan przyprowadzi policjanta. Nic nie skradnę... Teraz żegnam... żegnam! Nazywam się, wiedz pan, Tangen... zabawiłem się trochę w kawiarni...
Usłyszałem czyjeś kroki na schodach, momentalnie odzyskałem poczucie rzeczywistości, poznałem „Nożyczkarza” i schowałem guziki do kieszeni. Chciał mnie minąć, nie odpowiadając na ukłon i patrząc na swe paznokcie, ale zatrzymałem go, pytając o redaktora.
— Nie ma go... — odparł.
— Kłamie pan! — zawołałem tak arogancko, że aż się sam zdziwiłem. — Muszę się z nim widzieć. Mam coś ważnego w sprawie Stiftsgaardu.
— Powiedz to pan mnie.
— Panu? — spytałem, mierząc go spojrzeniem.
To pomogło. Wrócił ze mną na górę i otwarł drzwi. Uczułem duszę na ramieniu. Zacisnąłem zęby dla dodania sobie odwagi, zapukałem i wszedłem do prywatnego gabinetu redaktora.
— Dobry wieczór! A, to pan? — rzekł uprzejmie. — Proszę siadać.
Byłbym wolał, by mnie wyrzucił za drzwi. Łzy mi napłynęły i rzekłem:
— Bardzo przepraszam...
— Niech pan siada — powtórzył.
Siadłem i powiedziałem, że mam nowy artykuł i bardzo mi zależy, aby się ukazał w tym właśnie piśmie. Dodałem, że jest starannie opracowany i włożyłem weń sporo wysiłku.
— Przeczytam go... — powiedział, biorąc rękopis. — Pan pisze wszystko z wysiłkiem! Jest pan zbyt gwałtowny, gorączkowy. Szkoda, ale panu brak rozwagi, spokoju. No, ale to nic, przeczytam... — dodał, zwracając się do stołu.
Widziałem to i nie śmiałem prosić o koronę. Czyż mu powiedzieć, dlaczego jestem zbyt gorączkowy? Pomógłby mi niezawodnie, jak już nieraz.
Wstałem. Hm... gdym był niedawno, skarżył się na brak funduszów i chcąc mi dać pewną kwotę, musiał dopiero posyłać inkasenta po pieniądze. Może i tym razem sprawa miała się podobnie... Nie... nie... zresztą widziałem, że jest zajęty...
— Czym mogę panu jeszcze służyć? — spytał.
— O... nic już, nic... — rzekłem, starając się mówić pewnym głosem. — Kiedy się mogę zgłosić?
— Kiedyś przechodząc tędy za kilka dni... kiedykolwiek zresztą...
Nie śmiałem wyrazić prośby. Dobroć tego człowieka wydała mi się wprost bezgraniczna i chciałem ją uszanować. Wolałem już zginąć z głodu. Wyszedłem.
Na ulicy napadł mnie głód i pożałowałem gorzko, żem opuścił biuro, nie poprosiwszy o koronę. Dobyłem wiór, zacząłem go ssać i doznałem znowu ulgi. Czemuż nie uczyniłem tego wcześniej? Czyniłem sobie wyrzuty, że mogłem myśleć o naciąganiu zacnego człowieka i wprowadzaniu go w kłopot. Wyzywałem się ordynarnie. Cóż za bezczelność biec do niego i skakać mu do oczu z tego jeno powodu, że jesteś nędzarzem, potrzebującym marnej korony! Marsz prosto przed siebie! Prędzej, prędzej, obwiesiu... dam ja ci nauczkę!
Zacząłem biec, by się ukarać, przebyłem w podskokach kilka ulic, podniecany bezgłośnymi okrzykami, ile razy chciałem stanąć. Dotarłem w ten sposób do Pilestraede. Gdym się wreszcie zatrzymał, wyjąc z gniewu, że nie mogę i biec dalej, drżący na całym ciele padłem na jakieś schody! — Nie! Nie! — krzyknąłem na siebie i wstałem, chcąc sobie dokuczyć. Zmuszałem się do stania, śmiałem się i delektowałem własnym upadkiem. W końcu po kilku minutach dałem sobie skinieniem przyzwolenie na spoczynek i usiadłem, wybierając jak najniewygodniejsze miejsce.
Miły Boże! Cóż to za rozkosz siedzieć! Ocierałem pot i dyszałem ciężko, łykając powietrze. Nabiegałem się niemało, ale kara była słuszna. Skądże mi przyszła pokusa proszenia o koronę? Zacząłem mówić do siebie łagodnie, dawać sobie macierzyńskie upomnienia, rozczuliłem się, uczułem znużenie i zapłakałem. Było to wewnętrzne, ciche łkanie bez jednej łzy.
Siedziałem tak przez kwadrans albo dłużej. Ludzie chodzili tam i z powrotem, ale nikt mi się nie naprzykrzał. Dzieci igrały wokoło mnie, a w koronie drzewa po drugiej stronie ulicy śpiewał ptak.
Zbliżył się wreszcie policjant i spytał:
— Czemu pan tu siedzi?
— Czemu? — odparłem. — Bo mi się tak podoba!
— Obserwuję pana od pół godziny i pan tu siedzi przez ten cały czas.
— Mniej więcej! Czym jeszcze mogę służyć? — Wstałem rozgniewany i poszedłem dalej.
Dotarłszy do placu Targowego, obejrzałem się za siebie w ulicę.
— Bo mi się tak podoba! — powtórzyłem. — Cóż za głupia odpowiedź? Należało powiedzieć, żem wyczerpany, trzeba było kwilić, narzekać... Jesteś osłem i nie nauczysz się nigdy obłudy... Z wyczerpania, z głodu... trzeba było rżeć jak koń!
Pod strażnicą pożarną zatrzymał mnie nowy pomysł. Strzeliłem palcami, wybuchnąłem śmiechem, który zdumiał przechodniów, i powiedziałem:
— Musisz udać się do pastora Lewisona. Musisz to koniecznie zrobić. Tak, spróbuj. Cóż masz do stracenia? Taka śliczna pogoda!
Wszedłem do księgarni Paschy, znalazłem w skorowidzu adres pastora i ruszyłem w drogę. — Ano, niech będzie — rzekłem sobie — tylko bez dowcipów. Sumienie, powiadasz? Jesteś zbyt biedny, by mieć sumienie... głupstwo sumienie... Jesteś głodny, przychodzisz w sprawie ważnej, najważniejszej dla człowieka. Tylko musisz zebrać się w kupę i płakać jak się patrzy. Jeśli tak nie zrobisz, nie pójdę z tobą ani kroku dalej! Po wtóre, doznajesz pokus, walczysz nocami z potęgą ciemności, z wielkimi, straszliwymi potworami, łakniesz wina i mleka, a nic nie dostajesz. Do tego doszło. Wyszła ci ostatnia kropla oliwy w lampie, ale ufasz łasce bożej, nie zatraciłeś wiary! Załam ręce i przybierz taką minę, jakbyś z wielkiego zapału stał się szatanem. Dodaj, że o ile idzie o Mammona39, to nienawidzisz go z całej duszy, i to w każdej postaci... Inna rzecz, gdyby szło o śpiewnik za kilka koron na pamiątkę...
Na drzwiach pastora przeczytałem: „Godziny urzędowania od 12 do 16”.
— Teraz powaga! — rzekłem sobie. — Zbierz się w garść! — Ruszyłem jeszcze parę razy głową... i zadzwoniłem do prywatnego mieszkania.
— Czy mogę się widzieć z panem pastorem? — spytałem służącą, niezadowolony, że nie sposób wpleść w te słowa imienia bożego.
— Wyszedł do miasta... — odparła.
Wyszedł... wyszedł! To niweczyło cały plan, przecięło wszystko, com sobie wykombinował. Na cóż mi się zdała ta długa droga? Stanąłem osłupiały.
— Czy jakaś ważna sprawa? — spytała dziewczyna.
— O, nie... nie! — powiedziałem. — Tylko Bóg dał tak śliczną pogodę, że przyszła mi chęć złożenia wizyty panu pastorowi.
Staliśmy naprzeciw siebie. Wypinałem pierś, by zauważyła surdut zapięty szpilką, prosiłem ją oczyma, by zrozumiała, o co idzie, ale wszystko spełzło na niczym.
— Śliczną Bóg dał pogodę, to prawda... a czy pani pastorowa również wyszła?
— Jest w domu, ale cierpi na gościec40, leży na kanapie i ruszyć się nie może... Czy zostawi pan jakąś wiadomość... jakąś kartkę?
— Nie... nie... Często odbywam takie przechadzki dla zdrowia. Doskonale to robi po obiedzie.
Zawróciłem ku miastu. Na cóż by się zdało dłużej paplać? Przy tym uczułem zawrót i bałem się zemdleć. Godziny urzędowania od 12 do 16. Spóźniłem się i godzina łaski minęła.
W Stortorwie siadłem na ławce pod kościołem. Ach, jakże czarno było wokół mnie! Nie płakałem, byłem zbyt słaby. Cierpiąc ogromne męki, siedziałem bezradny, nieruchomy i głodowałem. Musiałem dostać chyba zapalenia płuc, bo w piersiach paliło mnie straszliwie. Żucie wiórów już nie pomagało, a męczyło jeno szczęki. Zaprzestałem walki i poddałem się. Poza tym gniotła mnie w żołądku łupina pomarańczy, znaleziona na ulicy i połknięta chciwie. Byłem chory. Tętnice w przegubach rąk nabrzmiały sino.
Czegóż się mogłem spodziewać? Biegałem cały dzień za koroną, by się dłużej utrzymać przy życiu. Czyż nie jest to obojętne, kiedy nastąpi to, co ma nastąpić? Gdybym był porządnym człowiekiem, poszedłbym do domu, legł na łóżku i czekałbym końca. Wyjaśniło mi się w głowie. Nadeszła jesień, wszystko zamierało i ja też miałem umrzeć. Próbowałem najróżniejszych środków, sięgałem po ratunek, gdzie się dało. Zabawiałem się sentymentalnie tą myślą, a ile razy wpadła mi jakaś nadzieja ratunku, odpychałem ją, mówiąc sobie: — Głupstwo... wszakże już zaczęło się konanie! — Postanowiłem napisać kilka listów i być gotowy. Chciałem umyć się starannie, zasłać porządnie łóżko... pod głowę wziąć kilka arkuszy czystego papieru... najczystszą z posiadanych rzeczy... potem rozłożyć zieloną kołdrę...
Zielona kołdra! W jednej chwili oprzytomniałem, krew uderzyła mi do głowy, a serce zaczęło bić gwałtownie. Wstałem, życie wróciło we mnie, powtarzałem raz po raz: — Zielona kołdra!... Zielona kołdra! — Ruszyłem żwawo, jakby szło o doścignięcie kogoś czy czegoś, i niebawem stanąłem pod blacharnią.
Bez chwili wahania z silnym postanowieniem zwinąłem kołdrę Hansa Pauli. Jeśli to mnie nie uratuje — pomyślałem — chyba świat się zawali. Czułem się wyższy ponad wszelkie skrupuły, wygnałem je precz i basta! Nie byłem świętym ani bohaterem cnoty, posiadałem jednak rozsądek...
Z kołdrą pod pachą udałem się na Stenersstraede 5.
Zapukawszy, wkroczyłem po raz pierwszy do wielkiej, nieznanej sali. Dzwonek u drzwi wykonał kilka desperackich skoków ponad moją głową. Jakiś mężczyzna wyszedł z bocznego pokoju i stanął przed ladą, ruszając pełnymi ustami.
— Chciałbym dostać pół korony na zastaw okularów! — powiedziałem. — Wykupię je za kilka dni.
— Co? Nie! Wszakże to stalowa oprawa?
— Stalowa.
— Nie mogę.
— Naturalnie. Pomyliłem się. Tu mam oto niepotrzebną kołdrę. Może zechce pan ją kupić.
— Posiadamy właśnie mnóstwo pościeli... — rzekł, gdym rozwijał kołdrę, potem zaś, spojrzawszy, dodał: — Nie, daruje pan. Ta kołdra na nic mi się nie przyda.
— Pokazałem panu gorszą stronę. Na drugiej jest o wiele lepsza.
— Tak... tak... ale nie kupię. Nikt panu za to nie da nawet dziesięciu öre.
— Oczywiście, zniszczona... ale sądzę, że poszłaby wraz z innymi starymi kołdrami na aukcji.
— Nie... nie...
— Dwadzieścia pięć öre! — powiedziałem.
— Nie chcę tego widzieć na oczy... proszę zabrać...
Zwinąłem kołdrę i wróciłem do domu.
Udawałem przed samym sobą, jakoby nic nie zaszło, starannie wygładziłem kołdrę na łóżku, zacierając ślady postępku. Dopuszczając się tego łajdactwa musiałem być niespełna rozumu i im dłużej nad tym myślałem, tym więcej nabierałem pewności. Był to atak słabości, omdlenia woli i na szczęście skończyło się na niczym. Czując, że to źle, zacząłem od okularów. Cieszyło mnie bardzo, że nie splamiłem ostatnich godzin życia tego rodzaju grzechem.
Ruszyłem z powrotem do miasta.
Siadłszy na ławce pod kościołem Zbawiciela, zwiesiłem głowę i zasnąłem, znużony ostatnim wysiłkiem, chory i na pół martwy z głodu.
Chciałem tu spędzić godzinę, gdyż było tu nieco jaśniej niż w domu, a także, przebywając na świeżym powietrzu, czułem mniejszą duszność w piersiach. Dość było czasu do powrotu.
Walczyłem ze snem i bólem. Wziąłem z ziemi kamyk, potarłem i włożyłem w usta, by mieć coś na języku. Potem nie ruszałem się, nie mrugałem nawet oczyma, a wokół chodzili ludzie, turkotały pojazdy, tętniły kopyta i brzmiały głosy.
Mogłem jeszcze popróbować z guzikami, ale to na nic, zresztą czułem się chory. Mimo wszystko doszedłem do przekonania, że dobrze będzie wstąpić po drodze do lichwiarza, „własnego lichwiarza”, gdyż i tak musiałem iść tamtędy.
W końcu wstałem i ruszyłem chwiejnie ulicą. Paliło mnie czoło ponad brwiami, czułem dreszcze, toteż pospieszałem ile sił. Ponownie ujrzałem piekarnię z bochenkiem chleba w oknie. Postanowiłem nie zatrzymywać się, a jednocześnie błysło mi, że mógłbym wstąpić i poprosić o kawałek chleba. Był to jeno błysk. Pfe! Potrząsnąłem głową i poszedłem, drwiąc z siebie samego. Wiedziałem, że na nic się nie zda prosić w tym sklepie o posiłek.
W pasażu Repslagierskim stała w bramie parka i szeptała. Nieco dalej wyzierała z okna dziewczyna. Szedłem spokojnie, jakby dumając nad czymś, a dziewczyna wyszła na ulicę.
— Cóż słychać z tobą? — spytała. — Czyś chory? Ach, miły Boże, co za twarz! — Dziewczyna cofnęła się pospiesznie.
Stanąłem nagle. Cóż się stało u licha z moją twarzą? Czyż naprawdę zaczynałem już konać? Dotknąłem dłonią policzków. Byłem chudy, w istocie chudy, a policzki moje przypominały parę spodków, obróconych dnami do wewnątrz. Miły Boże! Poszedłem dalej.
Ale niebawem przystanąłem znowu. Musiałem być oczywiście strasznie chudy i mieć zapadłe oczy. Jakże wyglądałem, u diaska? Diabli mnie brali ze złości na myśl, że jeszcze za życia głód mnie tak zohydził. Wściekłość mnie ogarnęła, muskuły zadrżały. „Ach, miły Boże, cóż za twarz!” Jak to? Żyłem tu, mając niepośledni mózg i pięści zdolne do starcia w proch posługacza publicznego, a głodowałem w Chrystianii aż do zohydzenia swojej zewnętrznej postaci! Cóż to? Czyżem nie pracował dzień i noc jak koń dorożkarski, czy nie uczyłem się aż do utraty oczu i pomieszania zmysłów... i cóż, do stu diabłów, przyszło mi z tego? Nawet ulicznice uciekały, nie chcąc na mnie patrzeć! Ano, trzeba zrobić koniec... rozumiesz... koniec... Niech szlag wszystko trafi! Wściekłość moja wzrastała, zgrzytałem zębami z niemocy, płakałem, kląłem i wlokłem się, nie zwracając uwagi na ludzi. Jąłem się znowu dręczyć, uderzałem z rozmysłu czołem o latarnie, wbijałem paznokcie w dłonie, gryzłem szaleńczo język, gdy nie wymawiał wyraźnie słów, i śmiałem się jak wariat, ile razy poczułem ból.
— Ale cóż mam zrobić?! — krzyknąłem w końcu, tupiąc w bruk. — Co mam począć?
Minął mnie jakiś pan i rzekł z uśmiechem:
— Każ się pan zamknąć!
Spojrzałem. Był to słynny w mieście lekarz chorób kobiecych, przezwany „Księciem”. I on nawet nie poznał się na mym stanie, mimo że go ongiś znałem, ściskałem jego dłoń... Zamilkłem. Zamknąć? Tak... miał rację... byłem szalony. Czułem szaleństwo we krwi, uświadomiłem sobie, że opanowało mózg. Taki miał być tedy mój koniec? Ach... tak! Powlokłem się dalej... W ten sposób miałem zejść ze świata...
Zatrzymałem się po chwili.
— Nie, nie zamykać! — zawołałem. — Wszystko, tylko nie to! — Ochrypłem niemal ze strachu. Podniosłem głowę i błagałem: — Nie zamykać... nie, nie! — Musiałbym siedzieć gdzieś, pewnie jak na ratuszu, w celi bez śladu światła. — Nie... nie! Wszakże miałem jeszcze inne wyjście. Postanowiłem gorliwie i wytrwale, bez fałszywej pychy chodzić od domu do domu. Na przykład właściciel składu nut, Eisler... wszakże nie byłem jeszcze u niego. Znajdzie się rada... musi się znaleźć! Tak mówiłem do siebie, idąc i płacząc ze wzruszenia. — Wszystko, tylko nie zamknięcie!!
Eisler? A może to palec opatrzności? Nie darmo wpadło mi jego nazwisko. Mieszkał wprawdzie daleko, ale mimo to postanowiłem iść powoli, odpoczywając. Znałem ten sklep, bywałem tam za szczęśliwych czasów i kupowałem nieraz nuty. Wszakże mogłem go poprosić o pół korony. A może będzie mu przykro, przeto poproszę o całą.
Wszedłem do sklepu i spytałem o szefa, po czym zaprowadzono mnie do biura, gdzie siedział mężczyzna pięknie, modnie ubrany i przeglądał papiery.
Wybąknąłem przeproszenie i przedłożyłem prośbę. Zmuszony jestem zwrócić się doń... nie potrwa długo, a zwrócę... gdy tylko dostanę honorarium za artykuły... uczyniłby mi wielką przysługę...
Nim skończyłem, zwrócił się do pulpitu, potem zaś spojrzał z ukosa, potrząsnął piękną głową i rzekł:
— Nie! — nie dodał poza tym ani słowa.
Nogi ugięły się pode mną, tak że musiałem chwycić brzeg małej politurowanej szafki, by nie upaść. Należało spróbować jeszcze raz. Dlaczego przyszło mi na myśl właśnie jego nazwisko tam daleko, pod redakcją „Ojczyzny”? Szarpnęło mnie kilka razy w lewym boku, pot wystąpił... Odchrząknąłem i powiedziałem, że w istocie źle mi się powodzi, jestem trochę chory, ale mimo to za kilka dni zwrócę niezawodnie pieniądze... Ponowiłem prośbę.
— Drogi panie — rzekł — czemuż pan przychodzi akurat do mnie? Jest mi pan zupełnym X wprost z ulicy. Niech się pan uda raczej do redakcji, gdzie pana znają.
— Tylko na dziś... na ten wieczór... — powiedziałem. — Redakcja zamknięta, a ja jestem bardzo głodny.
Potrząsnął głową i trząsł nią jeszcze w chwili, kiedy ujmowałem klamkę.
— Żegnam pana! — powiedziałem.
— Więc nie był to palec opatrzności — powiedziałem do siebie z goryczą — tylko mój własny koncept...
Wlokłem się z jednej dzielnicy do drugiej, odpoczywając tu i ówdzie na schodach. — Ach, żeby mnie tylko nie zamknięto! — Wspomnienie celi ścigało mnie przeraźliwie, nie dając chwili spokoju. Ile razy zobaczyłem policjanta, zbaczałem w najbliższą ulicę, by uniknąć spotkania. — Teraz odliczmy sto kroków — powiedziałem sobie — i spróbujmy szczęścia... Musi się przecież udać.
Był to mały sklepik z bielizną, nieznany mi zupełnie. Za ladą stał jeden tylko człowiek, w głębi widniało biurko, nad nim napis na porcelanie, a wokół półki obładowane towarem. Zaczekam, aż wyjdzie ostatni klient, młoda roześmiana dama z dołeczkami na buzi. O, jakże musiała być szczęśliwa! Mając surdut zapięty szpilką, nie chciałem zwracać na siebie uwagi, ale odwróciłem się.
— Czym mogę służyć? — spytał kupiec.
— Czy zastałem szefa? — rzekłem.
— Jest na wycieczce w Istunheimen... — odparł. — Czy sprawa osobista?
— Idzie tylko o kilka öre na jedzenie... — szepnąłem, próbując się uśmiechnąć — jestem głodny, a nie mam nic.
— Obaj jednakośmy bogaci... — rzekł, porządkując paczki przędzy.
— Ach, niech mnie pan nie odprawia z niczym! — zawołałem, czując zimny dreszcz. — Umieram niemal z głodu. Nie jadłem już od kilku dni.
Z całą powagą, nie mówiąc słowa, zaczął przewracać kieszenie, potem zaś spytał, czy nie wierzę.
— Idzie o pięć öre... — rzekłem. — Za kilka dni zwrócę dziesięć.
— Kochany panie, czy pan chce, bym okradł kasę? — spytał porywczo.
— Tak! — odrzekłem. — Niech pan weźmie pięć öre z kasy!
— Ani mi się śni! — burknął, a potem dodał: — Dość mam tego... żegnam pana!
Wyśliznąłem się na ulicę chory z głodu i czerwony ze wstydu. Gdzież koniec nędzy? Zaiste, stoczyłem się już zbyt nisko. Trzymałem się przez całe lata na powierzchni, przetrwałem niejedną trudną chwilę, a teraz oto jestem brutalnym, natrętnym żebrakiem. Ten jeden dzień poniżył od razu wszystkie moje myśli, zbezcześcił mi bezwstydem duszę. Nie zawahałem się korzyć przed kramikarzem i płakać. I cóż mi z tego przyszło? Wszakże mimo to nie miałem kawałka chleba, zyskałem jeno wstręt do samego siebie. Tak... należało skończyć ze wszystkim! Niedługo zamkną bramę domu, przeto musiałem spieszyć, by znowu jak ubiegłej nocy nie spać w celi ratusza...
To mi dodało sił, pod żadnym warunkiem nie chciałem się znaleźć w ratuszu. Kolana uginały się pode mną, ręką przyciskałem lewy bok, by stłumić trochę ból, i słaniałem się dalej, utkwiwszy oczy w chodnik, by uniknąć pozdrawiania znajomych. Tak dotarłem do strażnicy pożarnej. Była dopiero siódma na kościele Zbawiciela, przeto miałem jeszcze trzy godziny do zamknięcia bramy. Jakże niepotrzebnie się trwożyłem!
Niczego tedy nie zaniedbałem, uczyniłem, co było w mojej mocy, a mimo to przez cały dzień nie poszczęściło mi się ani razu. Gdybym to komuś opowiedział, nie uwierzyłby, gdybym napisał, posądzono by mnie o łgarstwo. Nic a nic! Nie było tedy rady. Przede wszystkim nie należy się teraz rozczulać. Pfe! To wstrętne... zaręczam... że mam wstręt do siebie!... Zgasła ostatnia nadzieja... Choć... może mógłbym w stajni skraść garstkę owsa? Był to błysk jeno, wiedziałem bowiem, że stajnia zamknięta.
Zniosłem i to spokojnie i wlokłem się dalej ślimaczym krokiem w stronę domu. Po raz pierwszy w ciągu dnia uczułem pragnienie i obejrzałem się za wodą. Ale zbyt znacznie oddaliłem się od bazaru, a do prywatnego domu nie śmiałem wstąpić. I tak za kwadrans będę u siebie — pomyślałem — a przy tym nie wiadomo, czy nie zwymiotuję wody. Mój żołądek nie znosił już niczego, nawet ślina wywoływała kurcze.
Ach prawda... guziki! Nie próbowałem sprzedać guzików. Stanąłem i uśmiechnąłem się. Może była jeszcze nadzieja. Nie zostałem definitywnie skazany na zagładę! Dostanę na pewno dziesięć öre, jutro zdobędę jakoś jeszcze dziesięć, a w czwartek otrzymam może honorarium za artykuł. Przetrzymam... jakoś to będzie! Dobyłem guziki z kieszeni i idąc, oglądałem je, w oczach pociemniało mi z radości i nie widziałem już wcale ulicy.
O, jakże dobrze znałem lokalnego lichwiarza, mego krwiożerczego przyjaciela! Wszystko, com posiadał, ulubione drobiazgi, pamiątki, ostatnia książka, wszystko przeszło w jego ręce. Często w dniach aukcji zachodziłem do niego i radowałem się, gdy moje książki kupowali ludzie sympatyczni. Aktor Mogelsen kupił mój zegarek i z tego byłem niemal dumny. Kalendarz, wskazujący daty całego roku, z moim pierwszym wierszem, stał się własnością pewnego znajomego, zaś płaszcz utknął w pracowni fotografa i figurował na zdjęciach. Nie mogłem nic tym faktom zarzucić.
Wszedłem, dzierżąc w dłoni guziki. Lichwiarz siedział przy biurku i pisał.
— Zaczekam! — powiedziałem, nie chcąc mu przeszkadzać i wywoływać niezadowolenia. Słowa me brzmiały tak głucho, żem ich niemal nie poznał po dźwięku, a serce biło młotem.
Podszedł jak zawsze uśmiechnięty, oparł dłonie na ladzie i wlepił oczy w mą twarz, nic nie mówiąc.
Oświadczyłem, że mam coś bezużytecznego, co mi jeno zawadza w domu... Może zechce kupić tych oto kilka guzików?...
— Jak to? Guziki? — spytał, spoglądając na moją dłoń.
— Kilka öre tylko... ile pan sam uzna... na ile oceni...
— Guziki? — zawołał, wlepiając we mnie zdumione oczy. — Guziki?...
— Idzie o cygaro czy coś podobnego. Przechodziłem właśnie tędy i zajrzałem....
Roześmiał się i wrócił do pulpitu, nie rzekłszy słowa. Stałem rozczarowany. Nie miałem co prawda wielkiej nadziei, a jednak sądziłem, że jakoś ocaleję. Ten śmiech był mi wyrokiem śmierci. Oczywiście, okulary też nie zdadzą się na nic... — pomyślałem.
Mimo to zdjąłem je i oświadczyłem, że daję je w dodatku...
— Idzie mi o dziesięć öre, a nawet pięć tylko... o pięć...
— Wie pan przecież, że za okulary nie mogę nic dać — rzekł lichwiarz — mówiłem to już panu dawniej.
— Potrzeba mi marki41 na wysłanie pilnego listu, którym42 już napisał — rzekłem głucho. — Idzie o markę listową za dziesięć czy nawet pięć öre... wedle pańskiego uznania.
— Idź pan, idź już, na miły Bóg! — zawołał, czyniąc odmowny gest.
— Tak... tak... nie ma rady! — powiedziałem sam do siebie, wdziałem bezwiednie okulary, zabrałem guziki i wyszedłem, powiedziawszy: „Dobranoc!” i zamknąwszy za sobą jak zawsze drzwi. Nie było tedy rady! Stojąc w klatce schodowej, spojrzałem jeszcze raz na guziki i mruknąłem: — Dziwne, że nie chciał ich wziąć! — Nie mogłem tego zrozumieć!
Stałem zatopiony w myślach, gdy nagle ktoś przebiegł koło mnie, potrącając mnie z lekka. Przeprosiliśmy się nawzajem i spojrzeliśmy na siebie.
— A, to ty? — spytał nagle, poznając mnie i zawracając. — Jakże strasznie wyglądasz! Coś tam robił?
— Miałem różne sprawy... I ty udajesz się, jak widzę, do starego.
— Tak. Coś mu przyniósł?
Zadrżały pode mną kolana, obróciłem się do ściany i wyciągnąłem poza siebie dłoń z guzikami.
— Cóż to, u licha! — zawołał. — Ach, widzę, że doszło do ostateczności!
— Bądź zdrów... — powiedziałem, chcąc odejść, bo łkanie rozdzierało mi piersi.
— Zaczekaj chwilę! — powiedział.
Na cóż miałem czekać? Wszakże sam niósł coś do zastawu... może pierścionek zaręczynowy... może głodował od kilku dni... lub był winien gospodyni czynsz?...
— Dobrze... zaczekam, o ile się prędko załatwisz.
— Naturalnie! — powiedział, ujmując mnie za ramię. — Tylko nie ufam ci, jesteś idiota, przeto musisz iść razem ze mną.
Domyśliłem się, co chce uczynić, uczułem dumę i wstyd i powiedziałem:
— Nie mogę. Przyrzekłem być o wpół do ósmej przy Bernt-Ankerstraede.
— O wpół do ósmej? Teraz jest już ósma. Oto zegarek, który ma powędrować do zastawu... Marsz, głodomorze... prędzej... dostaniesz pięć koron!
Pchnął mnie przed sobą.