Biały koń
Tak się tęskniło
nad rzeką zgniłą.
Słońce wschodziło
i zachodziło.
Przez ciemnogrodzkie
bulwary mokre
chodził pod rękę
idiota z łotrem;
i naradzali
się, że aż miło,
jakby ten światek
cofnąć do tyłu;
potem zwracali
się do rycerza:
— Czy już nadjeżdża?
— Nie, nie nadjeżdża.
— A może jednak?
A w międzyczasie
zjechał karnawał
w złotej kolasie.
By lśniły w lodu
taflę lustrzaną,
rude pochodnie
pozapalano.
Pokryta ludźmi
cała Ciemnawka.
Wszyscy wołają:
— Cóż za ślizgawka!
— Co za bufety!
— I lodowisko!
— My się ślizgajmy!
— Chociaż tak ślisko!
Para za parą,
chaîne z prawej rączki,
my się ślizgajmy
jak te zajączki.
Nawet pustelnik
(zwan Smutne Oczy)
do swoich kapci
łyżwy przytroczył;
lecz — niezwyczajny —
na lodzie zemdlał,
potem na wieki
wpadł do przerębla.
I nagle — jak to
dziwnie się składa —
sygnał na wieży:
Trata tatata.
Trata tatata,
trata tatata,
ach, już nadjeżdża
Ojczyzny Tata,
ach, już nadjeżdża
Tata Ojczyzny,
który uleczy
rany i blizny.
Nadjechał. W siodle
wspiął się postacią
i: — Bracia! — zaczął,
ale się zaciął.
— Ten... tego... bracia...
lata... mordęgi... —
i ucho potarł,
bo mróz był tęgi.
Ciemnogrodzianie
stali na lodzie,
w zwykłym ordynku:
łotr przy idiocie,
pętak ze szpiegiem,
mętniak z faszystą,
a okultysta
z surrealistą,
kociak przy bubku,
koło chłoptasia.
A cisza była
jak makiem zasiał.
Takim się chwilom
cisze należą.
A Lis podawał
chleb na talerzu
i sól przy chlebie
w misce głębokiej.
— Witamy Ciebie!
Amen i Okay.
Że chwila była
nie byle jaka,
rycerz wciąż trąbił
tratatatata.
«Nemezis... Jowisz...»
(tratatatata)
«Zegar dziejowy...»
(tratatatata)
Że dźwięki trąby
były ogromne,
wciąż było słychać
tylko tę trąbę.
I coraz prędzej
uszy pocierał
Biały Generał!
Piękny Generał!
Tu wyżej w siodle
wspiął się postacią
i znowu zaczął,
i znów się zaciął:
— Tentego... bracia...
gdy pod Marengo... —
Mówił językiem.
Pocierał ręką.
— Zegar dziejowy...
chwila dziejowa... —
Tu wodze puścił,
trąc uszy oba.
Tratatatata
Tratatatata,
chwila gorąca,
lecz lodowata;
uszy jak maki
zielone kwitną.
Wtem koń się potknął
i wykopyrtnął;
na lód upadli
po jakiejś desce
pan razem z koniem,
koń razem z jeźdźcem,
z tego powodu,
że Białe Zwierzę
miało trzy nogi,
jedną protezę.
— Bracia!!! — Zawalił
tu z trzaskiem lód się
i potonęli
w jednej minucie
ludzie-upiory,
ludzie-koszmary,
chaîne z prawej rączki,
para do pary,
w Ciemnawce mętnej,
w mazi głębokiej,
z cichym lamentem.
Amen i Okay.
Została tylko
ciemność i mżawka.
Ale pod lodem
płynie Ciemnawka.