Awantura o Basię
1. Jeden pociąg przychodzi, a drugi odchodzi
Opowieść tę, tak prawdziwą jak wiosna i tak pełną radosnych uśmiechów jak pogodny dzień, musimy — z głębokim żalem serca — rozpocząć wspomnieniem zdarzeń bolesnych i smutnych. Jak spoza ciężkich, czarnych, burzliwych chmur słońce wreszcie jasną smugą wytryśnie i ozłoci ślady klęski i zniszczenia, tak i w tej opowieści przewalić się muszą chmury przez pierwsze stronice jak przez czyste obszary nieba. Jak w życiu, jak w życiu... Jedna szczęśliwa godzina rodzi następną, znaczoną łzami, aż smutek zelżeje i znowu przywoła jasną godzinę. Nie cenilibyśmy radości, gdyby była wiecznotrwała i snuła się nieprzerwanie. Gorycz bólu i dotkliwość cierpienia tym słodszą nam czynią radość, która się zjawi. Nie byłoby radości bez smutku. Nikt by nie wiedział, że to radość właśnie. Tym skwapliwiej1 witamy dzień, że przed nim snuła się mroczna, oślepła noc.
To, co się zdarzyło przed rozpoczęciem tej niezwykłej historii, było nocą, smutkiem i śmiertelną przygodą. Ponieważ serce nasze drży jeszcze na wspomnienie tego, co się stało, opowiemy krótko o wszystkim. Wystarczy niewiele słów, a każde będzie miało kształt łzy.
Nie można było odgadnąć, kim była młoda pani w żałobnej sukni, wiodąca za rękę małą, może pięcioletnią dziewczynkę. Wysiadła z pociągu na węzłowej stacji kolejowej, po której w różne strony czołgały się pociągi jak olbrzymie gąsienice. Świadkowie opowiadali, że śpieszyła się bardzo, pragnąc zdążyć do bufetu, gdzie chciała nakarmić dziewczynkę. Inni mówili, że w czasie podróży była dziwnie milcząca, a w jej dużych oczach znać było niepokój; wiozła roześmiane dziecko i jakąś wielką zgryzotę. Samotne kobiety w czerni nie wędrują zazwyczaj ze szczęściem w sercu. Nikt nie umiał powiedzieć wiele więcej o tej smutnej pani, bo chociaż współtowarzysze podróży odznaczają się nadmierną ciekawością, jej nie zadawano pytań. Blada, piękna twarz i zamglone oczy, jakby patrzące w pustkę, onieśmielały ludzi. Przysłuchiwano się jej rozmowie z dzieckiem, która była właściwie nieustanną gadaniną dziewczynki, przerywaną rzadko jej cichym słowem: „Tak, Basieńko!” albo: „Nie, moja maleńka!”. Ostatnie jej słowa, które słyszano, były zapowiedzią, że na najbliższej stacji dziewczynka dostanie mleka. Zaraz potem zdarzyło się nieszczęście. W skisłym, zadeszczonym mroku wieczornym pani ta obrała zły kierunek, być może też, że zamyślona nie zdawała sobie sprawy, że wychodzi z pociągu przez niewłaściwe drzwi. O Boże miłosierny! Jak grzmot toczący się po ziemi, jak zwierz straszliwy, dudniący potwornością żelaznego zgiełku2, wypadł z mroku pociąg. Kobieta w czerni ostatnim, okropnym wysiłkiem zdołała odrzucić dziewczynkę...
*
Odmówmy wszyscy cichutko modlitwę za bohaterską matkę, co ostatnim ruchem wyrwała swoje dziecko śmierci jak tygrysowi.
— Prędko! Ołówek i kawałek papieru! — zawołał zduszonym głosem lekarz, blady ze wzruszenia.
Marszcząc czoło, jak gdyby chciał sobie dokładnie przypomnieć zasłyszane słowa, pisał coś na kartce, którą podał urzędnikowi.
— To zdołała wyszeptać — rzekł głucho.
— Jakiś adres?
— Tak. Tam należy skierować dziecko. Biedna maleńka... Gdzie ona jest?
— W drugim pokoju.
— Co robi?
— Nie rozumie, co się stało... Wciąż pyta o matkę.
— Chodźmy tam do niej — rzekł lekarz bardzo cicho.
Dziewczynka spojrzała na wchodzących, jakby zdziwiona, że wśród nich nie było matki. Siedziała na krześle, odziana3 w niebieski płaszczyk. Spod miękkiej czapeczki wymykały się jasne, krótko przystrzyżone włoski. Gdyby nie sukieneczka, można by mniemać w pierwszej chwili, że to jasnooki, pucołowaty chłopczyk.
Trzech panów, jakby onieśmielonych, zatrzymało się przy drzwiach, które szybko za sobą zamknęli, a lekarz zbliżył się do dziewczynki. Patrzył na nią długo i długo nie przemawiał, jak gdyby słowa nie mogły przecisnąć się przez jego gardło. Wreszcie położył rękę na jej główce i lekko ją pogładził.
— Jak ci na imię, maleńka?
Dziewczynka spojrzała na niego zalękłym wzrokiem i nie odpowiedziała.
— Nie bój się, kochanie — mówił lekarz drżącym, miękkim głosem. — My wszyscy bardzo cię kochamy... Bardzo, bardzo... Pewnie masz na imię Marysia?
— Nie Marysia... — odpowiedziała cichutko.
— Więc Jadzia?
— Jadzia też nie...
— Może Basia?
Dziewczynka uśmiechnęła się.
— Tak. Basia ma na imię Basia.
— A jak dalej?
— Dalej nie wiem. Mamusia wie. Niech pan zawoła mamusię!
Lekarz przymknął oczy.
— Basieńko kochana... — zaczął mówić z trudem. — Twoja mamusia... Och, jaki Basia ma śliczny płaszczyk! A jakie włoski...
— Jak chłopczyk! — oświadczyła z powagą dziewczynka. — Mamusia mi obcięła.
— Tak, tak...
Pochylił się nad nią i otoczył ramieniem.
— Posłuchaj, Basieńko... Twoja mamusia odeszła...
— Ale zaraz przyjdzie?
— Nie, maleńka. Już nie przyjdzie...
— Czemu nie przyjdzie? Ja chcę spać!
— Bo twoja mamusia poszła daleko, bardzo daleko...
— Czemu daleko? Gdzie to jest: daleko?
— Poszła aż do nieba...
— Teraz przecież ciemno — mówiła dziewczynka, patrząc na niego podejrzliwie.
Lekarz stropił się4 i nieporadnie rozłożył ręce. W ten sposób można było wieść z dzieckiem rozmowę bez końca. Tarł ręką czoło i w ten starodawny sposób wygrzebał w stroskanej głowie myśl bardzo rozsądną.
— Zatelefonuję po żonę — rzekł do trzech panów, przysłuchujących się w milczeniu.
Nie upłynęło nawet pół godziny, a pani doktorowa znalazła się na miejscu smutnych wypadków. Objaśniona zwięźle szeptem o nieszczęściu i niedoli dziecka, załatwiła sprawę ze wzruszającą prostotą.
— Pójdziemy spać, maleńka! — rzekła do Basi głosem sprytnie udającym bardzo wesoły.
Dziewczynka dała znać uśmiechem, że nie mogąc dojść do ładu z jąkającym się mężczyzną, chętnie i bez protestów gotowa jest do gorącej przyjaźni z tą panią, odzianą podobnie jak jej matka.
Serduszko wiedziało o tym, że to ktoś inny i obcy, senne spojrzenie jednak nie umiało już dać sobie rady z mglistością zarysów. Pani doktorowa, kobieta zażywna5 i energiczna, czerstwością zdrowia przynosząca zaszczyt lekarskiej sztuce męża, wzięła dziewczynkę na ręce i ze wzruszającą tkliwością przytuliwszy do piersi, wyniosła ją z kolejowego budynku.
— Śpij, biedactwo — szepnęła, patrząc na dziecko.
Z niesłychanym zasobem miękkich słów, porównań, przenośni i przykładów, z całym arsenałem6 sposobów, znanych jedynie kobiecemu sercu, zdołała nazajutrz wyjaśnić dziewczynce, że jej matka nigdy już nie powróci. Basia pojęła tylko tyle, że ją okropnie skrzywdzono, o czym oznajmiła długim płaczem. Pani doktorowa usiłowała scałować łzy z jej ocząt, co musiało być pracą uciążliwą, gdyż i w oczach kobiety zaczęły się one gromadzić, gwałtowne i niepowstrzymane. Obie płakały cichutko, przytulone do siebie tak, że nie można by powiedzieć dokładnie, do której z nich która łza należy.
Innych rzeczy też jednak nie można było odgadnąć. Najściślejsze poszukiwania do niczego nie doprowadziły; nie znaleziono żadnych dokumentów w torebce nieszczęśliwej kobiety, a w wagonie żadnych walizek ani zawiniątek. Najrozsądniejsze wydawało się przypuszczenie, że albo ją okradziono w drodze, albo ta biedna pani, głęboko przejęta jakąś troską, pogubiła to, co ze sobą wiozła. Wiele słuszności mogło tkwić w przypuszczeniu, że jechała tam, gdzie ją wszystko oczekiwało. Nie znaleziono ani świstka papieru, tylko niewielką ilość pieniędzy i bilet kolejowy do Warszawy.
— Jakieś nieszczęście gnało tę biedaczkę — mówił lekarz. — Albo zapomniała o wszystkim, albo nie mogła myśleć o niczym innym. Niech ją Bóg przyjmie miłosiernie, bo bardzo musiała cierpieć. Całe szczęście, że miała jeszcze tyle sił, aby wyszeptać kilka słów.
Patrzył na kartkę, na której zanotował kilka wyrazów.
— Dość znane nazwisko — mówił jakby do siebie. — Jak myślisz? — zwrócił się do żony, na której kolanach siedziała dziewczynka — Co teraz należy zrobić?
Pani doktorowa spojrzała na Basię zamyślona. Zdawało się jej, że dziecko pojmuje roztropnie, iż o nim jest mowa, rzekła więc szybko:
— Pomówimy o tym później.
Dość niezdarna była dyplomacja dobrej kobiety, widać bowiem było, że umyślnie odwleka chwilę rozstania z dziewczynką. Usiłowała wmówić wszystkim, że należy czekać jakichś wieści od krewnych nieszczęśliwej pani w żałobie, którzy po przeczytaniu w gazetach wiadomości o okropnym wypadku zgłoszą się niewątpliwie, pojąwszy z opisów, kim była matka podróżująca z dzieckiem. Nikt się jednak nie pojawił. Minęło kilka dni, a znikąd nie nadszedł ani list, ani depesza.
— Trzeba dziecko odesłać pod wskazany adres — rzekł lekarz. — Dziwna rzecz, że ta osoba nie zgłosiła się sama. Przecież czyta chyba gazety.
— Jeśli jest osobą rozsądną, to nie czyta — mruknęła jego żona.
— Wszystko jedno. Dziecka przetrzymywać nie możemy.
— Czy tak bardzo ci przeszkadza to rozkoszne dziecko?
— Bynajmniej! Wcale mi nie przeszkadza! Cóż za przypuszczenie! Ty byś je, oczywiście, zatrzymała na zawsze.
— Och! Z największą radością!
— Wiem o tym, bo od kilku dni wyprawiasz przedziwne sztuki. Nie, moja kochana... Całym sercem do niego przylgnąłem, ale czas najwyższy, aby je odesłać. Jutro napiszę list wedle adresu, aby Basi oczekiwano na dworcu w Warszawie, a pojutrze dziewczynka pojedzie.
— Jak to „pojedzie”? Sama?
— Do Warszawy niedaleko. Wsadzi się ją do wagonu, odda pod opiekę podróżnych, a w Warszawie ją odbiorą. Adres jest wyraźny.
— Czy nie lepiej będzie wysłać ją pocztą? — zapytała pani doktorowa z irytacją.
— W Anglii zdarzył się taki wypadek...
— Ty byś nawet mnie wysłał pocztą...
— Niemożliwe. Poczta przyjmuje pakunki jedynie do dwudziestu kilogramów. Ciężary o wadze osiemdziesięciu wysyła się pociągiem towarowym... — odrzekł on z powagą.
Basia, nie wiedząc o tym, że jest przedmiotem burzliwych konferencji, przebrnąwszy przez kilka dni ponurych, rozpłakanych, bardzo dziwnych i strasznych, powróciła już do swego błękitnego kraju, nad którym uśmiecha się czyste niebo. Przez kilka dni szukała matki zdziwionymi oczami i czuła trwogę w serduszku. Wieczorem, zanim usnęła w ramionach pani doktorowej, zdawało się jej, że słyszy kroki mamusi, a raz jeden, że ją widzi. Potem, powoli, znana postać zaczęła się rozpływać w srebrzystą mgłę, zamazywać i niknąć. Zwalista postura7 tej pani, która ją całuje i pieści, zasłoniła swoim ogromem to wszystko, co się dotąd ukazywało tuż przed jej oczkami. Na świecie znowu zrobiło się niebiesko.
Wielkie zdarzenia nie mogły się zmieścić w jej serduszku; najmniej ją obchodziły długie narady tego pana z tą panią. Dopiero kiedy pani chwyciła ją nagle w objęcia i zaczęła głośno płakać, Basia, uznawszy, że przez kobiecą solidarność należy to również uczynić, beknęła, boleśnie pochlipując. Płakanie jest taką samą dobrą zabawą jak każda inna, jeśli tylko nie trwa zbyt długo, bo to nie ma wielkiego sensu. Trochę jednak popłakać zawsze można, tym bardziej skoro tej dobrej pani zdaje się to sprawiać przyjemność.
Łzy pani doktorowej padały jak deszcz z burzliwej chmury. Pan doktor wysłał list, dokładny, obszerny, najściślej opisujący wszystkie smutne wypadki, i prosił osobę, której Basia została powierzona, aby w środę o godzinie piątej po południu oczekiwała na dworcu, gdyż dziewczynka pojedzie sama. List był polecony, osobiście nadany przez lekarza, adres zaś podkreślony czerwonym ołówkiem, aby zwrócić uwagę poczty na jego ważność. Zachowane zostały wszystkie środki ostrożności.
— Dziecku nic się nie może stać — uspokajał żonę. — Jest nadzwyczaj roztropne i da sobie radę. A ty nie pojedziesz... Trzy razy byłaś w Warszawie. Dwa razy cię okradli, raz wpadłaś pod auto i złamałaś nogę. Teraz nie uszłabyś z życiem.
Pan doktor miał o stolicy dość ponure wyobrażenie.
Pani doktorowa, zamknąwszy się z Basią na tajnej naradzie gabinetowej, usiłowała jej wyjaśnić, jak ogromne czekają ją przedsięwzięcia. Uspokajała ją wymownie, że dzieci często podróżują same, nawet na ogromnych przestrzeniach, że dziecka nikt nie skrzywdzi, a w Warszawie zajmą się nią serdecznie. Dziewczynka słuchała uważnie i nie zgłosiła żadnego sprzeciwu. Owszem, to może być zabawne.
Narada trwała dwie bite godziny; uczestnicy wyprawy do bieguna północnego mniej są przewidujący niż pani doktorowa. Omówione zostały wszystkie — nawet najmniej prawdopodobne — wypadki, jak porwanie, uśpienie podróżnego za pomocą zatrutych papierosów i zepsucie się lokomotywy. Czarne słowa pani doktorowej przeleciały jak burza przez jasną głowinę i po chwili nie było po nich śladu. Jeden tylko kolorowy ptaszek latał nad dziewczynką i śpiewał o nadzwyczajnej podróży.
Dobra kobieta zaprowadziła Basię na dalekie miejsce poza miastem, gdzie rosły drzewa i stały krzyże, i tam, kazawszy jej uklęknąć, długo do niej mówiła szeptem, cudownie serdecznym. Słońce świeciło bladozłociście, a czerwone liście spadały z drzew z cichutkim szelestem. Basia powiedziała tak samo cichutko:
— Bądź zdrowa, mamusiu!
W środę, nakarmiwszy dziewczynkę na zapas tak obficie, jak gdyby miała przepłynąć Atlantyk8, przezorna pani zawiesiła na jej szyi tabliczkę z tektury i atramentowym ołówkiem napisała na niej adres „odbiorcy”. Ofiarowała jej małą torebkę, nadzianą po brzegi cukierkami, czekoladą i wszelką słodką pociechą cielęcych lat człowieka. Potem, na godzinę przed odejściem pociągu, rozpoczęła uroczystość pożegnania. Tych czułości, tych okrzyków, tych napomnień, tych łez i pocałunków, pocałunków i łez ludzkie pióro nie opisze. Małym urozmaiceniem tej ceremonii był wrzask burzliwy, nagły, huczący i najmniej spodziewany:
— Mężu! Jeśli temu dziecku coś złego się stanie, będziesz przeklęty!
Powiedziane — a raczej wykrzyczane — zostało to z taką mocą, że pan doktor zadrżał.
— Cóż mu się może stać, u Boga Ojca! — rzekł, ale dość niepewnie.
„Wyższych dziesięć tysięcy”9 miasteczka w skromnej liczbie ośmiu najważniejszych obywateli podzielało to roztropne zdanie. Wprawdzie Warszawa jest miastem żarłocznym, ale dzieci tam nie jedzą. Starano się żartobliwie uciszyć niepokoje pani doktorowej i dodać jej ducha, co było niejaką przesadą, sądząc bowiem z nadmiaru cielesnej powłoki i duch jej musiał mieć pokaźne rozmiary.
Wszyscy znali niedawne dzieje dziewczynki, więc tkliwość dla osieroconego dziecka, które — sądząc z żałobnego stroju jej matki — nie miało już zapewne i ojca, przywiodła wszystkich dobrych ludzi na dworzec kolejowy. Brak było jedynie pana starosty i fotografa, gdyby bowiem udało się te osobistości zaangażować do zespołu zebranego na dworcu, odjazd Basi nie różniłby się niczym od uroczystego wyjazdu ministra. Sprawiedliwie jednak przyznać należy, że jeszcze żadnego ministra na świecie nie żegnało tyle łez, ile ich popłynęło z oczu pani doktorowej. Ponieważ umysły zrównoważone przestrzegają dokładnych terminów wszystkich czynności, zacna10 kobieta zaczęła ronić łzy o godzinie drugiej piętnaście, na kwadrans przed odejściem pociągu. Przedtem postanowiła bacznym11, suchym okiem obejrzeć wszystko, co mogło mieć związek z podróżą. Energicznym krokiem pobiegła w stronę dychawicznie12 sapiącej lokomotywy, na żelaznego potwora rzuciła tylko pobieżne spojrzenie, lecz długim i przenikliwym zajrzała w oczy maszynisty. Zdumiał się nieco ten poczciwy człowiek, przewiercony na wskroś bystrym wzrokiem jak ostrym promieniem. Potem uczynił to, co mu się wydało najrozsądniejsze: wzruszył ramionami. A pani doktorowa, dojrzawszy zapewne w jego oczach powagę, pozbawioną wszelkiej lekkomyślności i skłonności do burzliwych awantur, poczęła przebiegać wagony i zaglądać we wszystkie przedziały. Wreszcie po długim wahaniu wybrała jeden.
Nie chcemy narażać na nagłe pęknięcie ani własnego, bardzo czułego serca, ani tkliwych serc czytelników, dlatego nie opiszemy sceny pożegnania. Miało ono być wprawdzie uroczystością zbiorową, cały jednak ceremoniał13 pogruchotała pani doktorowa. Nie miała własnego dziecka, więc niezmierzoną miłość, wypełniającą jej zacne serce, chciała dać na drogę biednej dziewczynce. Wyrywała ją z każdych ramion, nikomu nie pozwoliła jej pocałować, przerywając wszystkie czułości okrzykiem: „Czy chcecie zamęczyć dziecko?”. Tuliła ją i ściskała, z nadejściem zaś właściwej pory wybuchnęła płaczem. Na własnych rękach zaniosła ją do wagonu. Otarłszy wielkie łzy, ażeby nie kapały na słowa, rzekła do zgromadzonych w przedziale:
— Proszę państwa! Ta dziewczynka jedzie sama do Warszawy! Sama! A dlatego sama, że jest sierotą. Adres ma na piersi, na tekturowej kartce... Jedzenie w torebce. W Warszawie po nią się zgłoszą... Proszę na nią uważać, proszę się nią zaopiekować... Niech się nie zbliża do okna! Niech się nie zaziębi! Proszę pana, aby pan nie palił papierosów! Przecież przez dwie godziny może się pan powstrzymać! O, pani jakoś przyzwoicie wygląda... Niech pani na nią uważa... Proszę jej nie dawać owoców, bo pewnie nieumyte, a mój mąż mówi, że o cholerę14 łatwo... Czy mogę liczyć na wszystkich tu zebranych?
— Dobrze, dobrze, proszę pani — bąknął ktoś w imieniu społeczeństwa.
Pani doktorowa jednakże postanowiła zastosować na wszelki wypadek lekką groźbę:
— Bo inaczej Pan Bóg by was pokarał!
Zebrana gromadka zdumiała się, lecz pani doktorowa nie zwróciła na to uwagi.
— Maleńka — rzekła do dziewczynki. — Ci państwo zaopiekują się tobą. Ale jedz tylko to, co ja ci dałam, i nie bierz nic od nikogo. Nikomu dzisiaj wierzyć nie można. Aha! Gdyby ci się chciało... — (nachyliła się do ucha Basi i tłumaczyła jej coś bardzo zawile) — to powiesz to tej pani, a ona cię zaprowadzi. Pan konduktor! Dobrze, że pan tu przyszedł, panie konduktorze.
Uchwyciwszy go palcami za guzik od munduru, wyjaśniła mu dokładnie jego straszliwą odpowiedzialność i zaklęła na wszystkie moce niebiańskie i piekielne, aby co kwadrans zajrzał do przedziału.
Zirytowany gwizd lokomotywy i nawoływania wszystkich zebranych przed wagonem dały znać pani doktorowej, że rozpoczyna się ostatni akt.
Ktoś uniósł dziewczynkę na rękach, tak ażeby mogła wyjrzeć przez okno.
Pani doktorowa chciała jeszcze krzyknąć, ale nie mogła. Coś ją dławiło w gardle, więc tylko spojrzeniem wołała tak serdecznie... Tak serdecznie... Śliczna, jasna główka mignęła jak błysk odbity w lusterku. Zdawało się, że ktoś postawił kwiatek za szybą wagonu.
Kiedy zachłanny las połknął pociąg, pani doktorowa stała jeszcze, patrząc wzrokiem smutnym i jakby rozżalonym.
— Chodźmy już — rzekł lekarz.
— Przedtem jednak zażyj jakiś proszek na uśpienie sumienia. Mam takie przeczucie, że posłaliśmy to dziecko na zgubę, a moim przeczuciom możesz wierzyć. Czy przed trzema laty nie powiedziałam ci, że cię spotka nieszczęście, i czy nie złamałeś wtedy nogi?
— Złamałem nogę, bo na chodniku leżała pestka śliwki. Czemu nie przeczułaś, że ktoś będzie jadł śliwki? Twoje przeczucia są mizerne. Dziewczynka zajedzie zdrowa, bo ja mam takie przeczucie.
— A czemu ci, do których wysłałeś list, wcale ci nie odpisali?
— Najpierw dlatego, że są to Polacy, a Polacy rzadko kiedy odpisują na listy, a następnie dlatego, że nie mieli na co odpisywać.
— I Basia jedzie do takich barbarzyńców15, co nie odpisują na listy! Kto nie odpisuje na listy, może równie dobrze zagłodzić dziecko albo bić je przy każdej sposobności. No! Niechby coś podobnego doszło do mojej wiadomości! Uprzedzam cię, że za jakiś miesiąc pojadę do Warszawy, aby się przekonać, co tam wyprawiają z dziewczynką. Czego ta figura16 chce od ciebie?
— Jaka figura? A, ten...
Z uniżonym ukłonem zbliżył się do lekarza młodzian17, spowity omdlewającym zapachem zabójczych perfum.
— Właśnie szedłem do pana doktora — mówił z przejęciem. — Czy pan doktor nie byłby łaskaw odwiedzić babuni?
— Przecież byłem u niej przedwczoraj — odrzekł lekarz bez entuzjazmu. — Babunia zdrowa jak grenadier18.
— Być może. Babunia jednak doszła do przekonania, że ma solitera19, bo ją bardzo mdli.
— Chyba nie soliter, tylko te perfumy — mruknęła doktorowa.
— To siedemdziesiąta siódma przypadłość w tym roku — rzekł doktor. — Więc o co idzie?
— O jakiś środek na mdłości. Babunia od dwóch dni niczego nie bierze do ust, oprócz kapusty i kawałka wieprzowiny. Czy pan doktor będzie łaskaw?
— Będę łaskaw — rzekł doktor niecierpliwie. — Czekaj pan! Zaraz panu zapiszę.
Zaczął grzebać w kieszeniach i znalazłszy jakąś kartkę, szybko na niej pisał, używając torebki pani doktorowej jako podkładki.
— Ma pan, do następnej choroby wystarczy...
Zapowietrzony20 wnuk znękanej21 babuni wziął tę osobliwą receptę na jakiś niewinny środek i zdziwił się, że na odwrotnej stronie karteczki wypisany był warszawski adres. Pan doktor znany był jednakże z roztargnienia. A przed chwilą wydawał się jeszcze bardziej rozkojarzony niż zwykle.
2. Słowa ważne należy ryć w miedzi, a nie na papierze
Basia siedziała w przedziale wagonu jak skowronek wśród puchaczy. Podróżni zawsze na początku są napuszeni i dopiero po niejakim czasie układają pióra, aby je nastroszyć znowu, ile razy ktoś nowy wchodzi do przedziału. Wtedy wszyscy, jak gdyby zmówieni, milkną i starają się przybysza odstraszyć. Ponieważ o tych obyczajach wszyscy wiedzą, nikt sobie zatem wiele nie robi z groźnych min i bezwstydnie zajmuje wolne miejsce. Podróżni zazwyczaj przypatrują się sobie spode łba, wedle ceremoniału zachowanego od czasu wynalezienia kolei żelaznej. Tym razem zaniedbano lekkomyślnie ten roztropny obyczaj, gdyż wszyscy obserwowali dziewczynkę. Zainteresowanie tą okruszyną było tak żywe, że zapomniano również o wzajemnych pytaniach: „Czy pan(i) daleko jedzie?”. Z podnieconego przemówienia pani doktorowej wiedziano, że mała zmierza do Warszawy, nie miało więc sensu pytanie jej o cel podróży. Wiele jednak w tym wszystkim było punktów niewyjaśnionych: dlaczego ten berbeć22 jedzie sam, kim jest wymowna dama, która im groziła boskim skaraniem, skąd tak gwałtowna troska o dziecko nazwane sierotą? Z tych tajemnych zagadnień wypłynie oczywiście jeszcze kilka innych.
W przedziale siedziały dwie panie i jeden pan. Basia, skulona w kąciku, była czwarta. Panie nie wyglądały na wielkie damy i różniły się zaledwie tym, że jedna miała czerwony kapelusz, a druga zielony. Poza tym nie posiadały cech wybitnych i jaskrawych, którymi mogły się odróżnić w gromadzie stu tysięcy innych pań. Obie miały oblicza pomazane margaryną uśmiechu i musiały mieć te same przyzwyczajenia, nie upłynęło bowiem pół godziny, a obie wydobyły z koszyczków smakowite zapasy i zaczęły jeść. Jest to sprawa godna podziwu filozofa — o ile nam jednak wiadomo, dotąd żaden filozof nie usiłował rozwikłać tego zagadnienia — dlaczego ludzie podróżujący zawsze jedzą. Są dane, że jedzenie, szczególnie jajek na twardo, znakomicie skraca podróż i jest wybornym23 lekarstwem na jej rozciągliwą nudę. Należy przyznać, że obie panie — i kapelusz zielony, i kapelusz czerwony — jadły z mniejszym entuzjazmem, niżby się tego można było spodziewać. Czyniły to raczej w celu podtrzymania dobrego zwyczaju. Tajemnicza dziewczynka pozbawiała je apetytu.
Naprzeciwko Basi, tuż przy oknie, siedział jedyny w tym damskim zgromadzeniu mężczyzna. Byłoby przesadą nazwanie go egzemplarzem okazałym. Nie ulega wątpliwości, że wielki rzeźbiarz grecki Fidiasz24 nie zatrzymałby się na widok tej postaci i nie złapałby się z zachwytu za głowę. Jegomość25 był mocno zażywny, tak że przy każdym gwałtowniejszym ruchu twarz jego oblewała się czerwienią. Na twarzy tej malowała się żywa niechęć do całego świata i niezadowolenie z jego urządzeń; wzrokiem, wyraźnie jadowitym, spojrzał na obie damy i wzruszył ramionami, z czego można było domyślić się, że wzruszenie prawego ramienia przeznaczone było dla kapelusza czerwonego, lewe zaś skrzywiło się na obraźliwą intencję kapelusza koloru szpinaku. Następne spojrzenie byto tępym sztyletem, który zagroził morderstwem Basi, resztę zaś zerknięć, chmurnych i zabarwionych smołą26 piekielną, rozdzielił sprawiedliwie pomiędzy okno, drzwi, lampę, lustro i hamulec bezpieczeństwa. Ukończywszy tę rewię27, oddzielił się od życia i jego małych spraw, nieczuły na wszystko, i z pasją godną lepszej sprawy chwycił gazetę leżącą obok. Można było oczekiwać, że po chwili czasopismo, dotknięte jego spojrzeniem, zatli się i zacznie dymić albo roić się od straszliwych morderstw i nieszczęśliwych wypadków. Ów dziwny jegomość przypominał żywo żelazny imbryk28, w którym bulgoce ukrop wody. Należy dodać, że wprawdzie dość rzadko, ale za to gwałtownie zgrzytał zębami.
Kapelusz czerwony, zauważywszy bystrze te wewnętrzne niepokoje miotające jegomościem, spojrzał wymownie na kapelusz zielony, który wydał westchnienie, jak gdyby chcąc powiedzieć:
— Świat, moja pani, przepełniony jest wariatami!
Obie damy wykreśliły natychmiast owego mruka29 z towarzyskiego zespołu i uznawszy, że już najwyższy czas zająć się dziewczynką, rozpoczęły wywiad:
— Może zdejmiesz płaszczyk, kochanie — zaproponowała czerwona papryka.
— Tak, tak, bardzo tu gorąco — oznajmił zielony szpinak.
— Dobrze! — zgodziła się Basia.
Oba zabójcze kolory pochyliły się nad nią, pomagając jej w zdejmowaniu okrycia, co zwróciło uwagę wroga całego świata. Rzucił on na obie damy spojrzenie nadziane siarką, dynamitem i gazem trującym, po czym z trzaskiem zmiął gazetę, czym całej ludzkości dał do zrozumienia, że uczciwy człowiek w tych warunkach czytać nie może, więc czytać nie będzie.
— Przecież panu nie przeszkadzamy! — rzekła cierpko dama w czerwieni.
—To się tylko pani tak zdaje — odrzekł ponury człowiek.
Sprawiał wrażenie, jakby wydobył z gardła nie głos, lecz nastroszonego jeża.
— Dziecko ma swoje prawa! — ogłosił szpinak.
— Dziecko nie ma żadnych praw, bo nie spełnia żadnych obowiązków! — krzyknął ponury.
Zdawało się, że nie słowa padły na obie damskie, urocze głowy, lecz grad wielkości kurzych jaj.
Oba wspaniale barwne kapelusze pominęły milczeniem straszliwie głębokie spostrzeżenie niedźwiedzia, uwagę ich bowiem zajęło odkrycie owej tajemniczej kartki, zawieszonej na mocnym sznureczku na piersiach dziewczynki.
— To ten adres... — szepnęła papryka.
— Ciekawe, bardzo ciekawe! — odszepnął szpinak.
Szpinak to jarzyna, która nie jest zdolna do uwag godnych uwiecznienia.
Obie damy odczytały kilka słów z niecierpliwą ciekawością, dość zachłannie, od razu jednak okazały sobie wzajemne rozczarowanie. Nazwisko i adres nie były czymś nadzwyczajnym.
— To ty, maleńka, nie masz rodziców? — zapytała jedna dama. Basia spojrzała na nią, jakby nie rozumiejąc pytania. Jegomość-chmura gradowa ni stąd, ni zowąd zaczął bębnić palcami o szybę, dając tym do poznania wszystkim obecnym, że zaczyna się w nim przewracać zirytowana wątroba.
— Pewnie nie ma — objaśniła druga dama. — Przecież ta pani mówiła, że to sierota. A powiedz mi, dziecko, czy ta pani, co cię tu przyprowadziła, to twoja ciocia?
— Ciocia! — zgodziła się dziewczynka.
Zielone spojrzało na czerwone.
— Jacy to dzisiaj ludzie, moja pani — rzekła dama do damy.
— Najbliższa krewna, a dziecko samo puszcza w daleką podróż. Z kartką, proszę pani, wysyła jak zająca... Ale krzyczeć to umie, że nie daj Boże!
Czarny jegomość wpadł bez rozumnego powodu w jakieś nagłe delirium30, gdyż przejechał ręką po włosach, zburzywszy ich przyrodzoną, leniwą spokojność, i zaczął gwałtownie poruszać szczękami, jak gdyby żuł kawałek kalosza lub twardy rzemień. Czynność ta była tak zajmująca, że Basia, spojrzawszy na niego, nie mogła już oderwać wzroku od tej maszynerii. Nagle, ku niezmiernemu zdumieniu obu pań, nastrojonych smętnie jak smutno grające basetle31, zaśmiała się jasnym, perlistym śmiechem i pisnęła:
— Ja też tak!
Ponieważ młode osoby posiadają w wysokim stopniu małpie zdolności naśladowania, zaczęła poruszać szczękami, całkiem zgrabnie marszczyć czoło, po czym, zerwawszy z głowy berecik, przejechała rączką po jasnych włosach. Była to zabawa tak wspaniała, że cały świat razem z damą w czerwieni i z damą w zieleni nie był wart już uwagi.
Jegomość-widmo znieruchomiał na moment i rozwarł oczy w przeraźliwym zdumieniu, co przez dziewczynkę zostało przyjęte z zachwytem, bo i ona starała się wydobyć z ocząt wzrok dziki i straszliwy. Zgrzytnął zębami, a Basia uczyniła to samo, zresztą dość marnie i bez należytego efektu, ze względu na mizerny stan uzębienia.
Jegomość-upiór stężał nagle i znieruchomiał.
— Jeszcze, jeszcze! — prosiła dziewczynka.
— Dziwne dziecko — oświadczył kapelusz czerwony.
— Pomylone dziecko! — krzyknął człowiek-cmentarz. — Cóż dziwnego? Dziewczynka!
Słowem tym, rzuconym pogardliwie, dotknął obie damy jak rozpalonym żelazem.
— Więc cóż z tego, że dziewczynka? Co się panu w tym nie podoba? Nie wolno się dziecku śmiać?
— Wolno, ale nie ze mnie.
Nie wypowiedział tych słów, lecz je ulepił z gorącej smoły.
— Korona panu z głowy nie spadnie! Dobry człowiek sam zabawiłby dziewczynkę i uśmiałby się razem z nią. Nie bój się, maleńka...
— Ja się nie boję! — oznajmiła Basia. — Zrób to jeszcze... — zaproponowała serdecznie mordercy niewinnych dzieci.
Herod32 w okularach żachnął się i chciał zazgrzytać pełnym uzębieniem, ale zatrzymał się w samą porę.
— Powiedz tym paniom, aby one też się trochę pokrzywiły!— rzekł zjadliwie.
Zdawało się, że nie powiedział tych słów, lecz je z wielkim sykiem wypuścił z syfonu33 pełnego wody sodowej.
Obie damy spojrzały z największym niesmakiem na zgrzytającego awanturnika, a potem porozumiewawczo na siebie. Czerwony kapelusz dotknął nieznacznie palcem czoła, z czego kapelusz zielony łatwo pojął, że ponurego jegomościa należy uważać za człowieka, któremu brak piątej klepki. Jak wszystkim wiadomo, do prawidłowego rozporządzania rozumem konieczna jest pełna liczba klepek — pięć. Zatrwożone tym odkryciem i przejęte współczującą troską o dziewczynkę, panie starały się nakłonić ją do zerwania wszelkich towarzyskich stosunków z tym Madejem-zbójem34. Kapelusz czerwony rzekł bardzo przymilnie:
— Odsuń się, moje dziecko, bo pewnie przeszkadzasz temu panu...
— Nie trzeba drażnić tego pana — pouczył także Basię kapelusz zielony.
Widać było od razu, że dobre rady zostały zmarnowane; dziewczynka była zachwycona człowiekiem poruszającym szczękami i wciąż rzucała mu uśmiechy w błogiej nadziei, że i on wreszcie, wedle sprawiedliwych reguł gry, też się roześmieje. Pan jednak patrzył w okno i zdawał się liczyć słupy telegraficzne — tak się w tym zapamiętał, że Basia postanowiła zwrócić na siebie jego uwagę, więc pociągnęła go za połę35 ubrania.
— Skaranie boskie! — wrzasnął ów jegomość. — Czego ten pędrak36 chce ode mnie?
— Śmiać się! — pisnęła nieustraszona Basia.
Obie panie zmartwiały, przeświadczone, że ten Iwan Groźny37 jednym uderzeniem pięści zamorduje dziewczynkę. Istotnie, miał śmierć w oczach, ale nie zabił Basi. Najpierw prychnął jak nosorożec, gdy wynurzy pysk z wody, potem spojrzał spode łba na dwa kolorowe kapelusze. Uderzywszy zębami o zęby, wykrzesał z nich iskry, które prysnęły w kształcie słów.
— Takie dzieci nie powinny znajdować się w przedziale... Takie dzieci powinno się wieszać za nogę na sznurku za oknem wagonu... Jeśli ta pannica natychmiast nie zaprzestanie swoich igraszek...
— To co będzie?! — krzyknęła pierwsza dama.
— Będzie nieszczęście! — warknął.
— Niech pan to powie jej, nie nam! — krzyknęła druga dama.
— Dlaczego pan zwraca się do nas?
— Mówię głośno i po polsku, a kto chce, niech słucha.
— Pan nie jest zbyt uprzejmy... Zresztą dość spojrzeć... Pan utopiłby to niewinne dziecko w łyżce wody.
— Trzeba było tę operację zrobić znacznie wcześniej, bo teraz już za późno. Chińczycy są mądrym narodem, bo topią dziewczęta zaraz po urodzeniu. Szkoda, że szanowne panie nie urodziły się przypadkiem w Chinach...
— Gbur38! — krzyknął kapelusz czerwony, który od nagłych wzruszeń wydawał się jeszcze czerwieńszy.
Kapelusz zielony nie rzekł ani słowa, lecz z lodowatą powagą, zacisnąwszy usta, chwycił Basię i posadził ją przy sobie. Basię bawiły serdecznie te niewinne przekomarzania się starych, więc uśmiechała się bez przerwy.
Ponury człowiek, uwolniony od wszelkich napaści, zgrzytnął raz jeszcze, ażeby mieć ostatnie słowo, i znowu wetknął nos w gazetę.
Ponieważ pociąg zatrzymał się na stacji i krzykliwe chłopaki, drąc się wniebogłosy, oznajmiały całemu jadącemu światu, że mogą mu zaoferować mleko, herbatę, pomarańcze i lemoniadę, czerwony kapelusz orzekł, że trzeba dziewczynkę napoić ciepłym mlekiem.
— Pij prędko! — rzekła dama.
— Kiedy gorące — odpowiedziała Basia.
— Nie grymaś... Prędko... Prędko!
Basia ujęła szklankę i chciała ją podnieść do ust. Wtedy stało się małe na pozór, lecz wielkie w rzeczywistości, nieszczęście: całą szklankę mleka wylała na kartkę zapisaną ołówkiem chemicznym39. Szklanka upadła na podłogę wagonu, a Basia w nagłej rozpaczy, chcąc zetrzeć mleko z sukienki, przejechała ręką po kartce, ścierając i pracowicie rozmazując litery. W pierwszej chwili nikt tego nie zauważył, jegomość bowiem wpadł w zadumę jak w czarną smołę, oba zaś damskie kapelusze zajęte były biadaniem i trajkotaniem na temat niezgrabnego gapiostwa dziewczynki.
— Ach, ty niezdaro! — krzyknęła jedna dama.
Ponieważ Basia przerażona była i nieszczęsnym wypadkiem, i ostrym krzykiem, uczyniła w zamieszaniu rzecz najstraszliwszą: przelazłszy szybko po ławce, przytuliła się nagłym ruchem do pożeracza dzieci, jak gdyby oddając się pod jego opiekę.
— Ma pani wdzięczność! — krzyknęła dama numer dwa.
Czarny jegomość — o dziwo! — wcale nie wybuchnął ani nie wyrzucił Basi przez otwarte okno, lecz zachichotał jak puszczyk albo mizerny szatan.
— To całkiem roztropne dziecko — rzekł zjadliwie.
Damy spojrzały ponuro, lecz zachowując rozprawę na najbliższą przyszłość, zajęły się teraźniejszością.
— Odjeżdżamy! — ogłosiła dama zielona. — Niech pani zapłaci za mleko... No i za szklankę.
— Dlaczego ja?
— Dlatego, że to był pani pomysł. Ja nie dawałabym dziecku gorącego mleka. Licho wie, co to za mleko.
— Najpewniej kozie! — zauważył kąśliwie Herod.
— Mogę zapłacić za mleko — gniewnym głosem oznajmiła czerwona. — Owszem, bardzo proszę. Stać mnie jeszcze, aby nakarmić sierotę, ale za szklankę niech pani zapłaci.
Cudowna zapowiadała się awantura, bo dama, zielona na kapeluszu, stała się zielona i na obliczu, całą jednak zabawę popsuł jadowity jegomość, który najmniej spodziewanie wpadł w wisielczy humor40 i zaczął się śmiać. Wprawdzie tych bulgotań, rżenia, pomruków i ryków w najniższej, jakiejś grobowej tonacji nie można było uważać za śmiech ludzki, obie damy, spostrzegłszy jednak, że impertynencki41 barbarzyńca czyni sobie z nich szatańskie igraszki, pogodziły się czym prędzej. Tak skłóceni Grecy zawierali przymierze, gdy nadciągali Persowie4243. Zapłaciły szybko po połowie i usiadły zdyszane.
— Wróć tutaj! — krzyknęła dama, która zapłaciła za mleko.
— Po co? — rzekła ta, która zapłaciła za szklankę. — Niech tam siedzi... Swój zawsze swego znajdzie...
Stropiona dotąd dziewczynka nagle zaśmiała się głośno, co obie panie przejęło zgrozą; żadna z nich nie dostrzegła, że człowiek-niedźwiedź trącił Basię nieznacznie łokciem w bok. Niewinne dziecko w błogiej nieświadomości zawarło pakt z czortem.
Był to czort przemyślny, którego złodziejskiemu spojrzeniu widocznie nic ujść nie mogło, nagle bowiem zaczął z wielkim zainteresowaniem przyglądać się tekturowej tabliczce, zawieszonej na piersiach dziewczynki. Tabliczka ta przedstawiała żałosny widok. Z wielu liter ocalały tylko niektóre, inne spłynęły we łzawych, czarnoniebieskich smugach. Aby odczytać treść tych słów, trzeba by być wielkim uczonym, który umie rozszyfrować egipskie hieroglify44. Na tabliczce pozostały zniekształcone nonsensy, cały zaś tekst, jako rozmazana plama, mieścił się na rękawie dziewczynki.
— To bardzo zabawne! — mruknął czarny charakter.
Damy spojrzały na siebie, aby oznajmić bez słów, że do pomieszania zmysłów — jako bezpłatny, nadprogramowy dodatek — należy gadanie z samym sobą.
— Co zabawne? Powiedz! — pisnęła Basia.
Upiór z pociągu nie zaszczycił jej jednak odpowiedzią, lecz zmrużywszy oczy, patrzył na obie damy. Przez dłuższy czas mieszał arszenik45 z żółcią, sokiem z cebuli i wieloma innymi żrącymi płynami. Uznawszy wreszcie, że trucizna gotowa, nalał ją w każde wymówione słowo.
— Szanowne panie — rzekł głucho, jakby mówił z trumny — obiecały zająć się tą pannicą?
Damy usiłowały nie odpowiadać, jednak wymowna46 natura nie mogła tego zdzierżyć.
— I cóż z tego? — zapytał kapelusz czerwony, wyraźnie lekceważąc gadającego diabła.
— Do Warszawy niedaleko — mruczał wilkołak. — Któż się nią zajmie na dworcu?
— A cóż to pana obchodzi? Skąd się pan zrobił nagle taki troskliwy?
— Przyjdą po nią! — powiedziała twardo dama zielona.
— Aha! Przyjdą... A jeżeli nie przyjdą?
Człowiek-koszmar milczał przez chwilę, a potem rzekł z nietajoną radością:
— Jeżeli nie przyjdą, będą szanowne panie miały ładny bal, powiadam! Cała rodzina będzie się mogła uśmiać... Ha, ha! Gratuluję szanownym paniom...
— Co to wszystko ma znaczyć? Może pan łaskawie objaśni?
— Ja nie jestem encyklopedia — zachichotał pomylony pasażer.
Istotnie, mało przypominał poważną encyklopedię, raczej książkę o diabłach i czarownicach.
Damy znowu spojrzały po sobie, jak gdyby jedna chciała zapytać drugą, o czym mówi ten dziki narwaniec — dlaczego ma być „ładny bal”? Ten złośliwy pawian albo wie o czymś, albo wymyślił głupią jakąś sztuczkę.
— Będzie przedstawienie! — krzyknął on nagle takim głosem, że Basia poczęła trząść się w napadzie niepowstrzymanej radości.
— To złe dziecko — szepnęła dama do damy. — Mam dość tej całej zabawy!
Ponieważ w tkliwym jej sercu zrodził się jakiś dziwny niepokój, druga dama zauważyła to bystrym spojrzeniem i zaraziła się nim jak odrą.
— Ten dzikus wplącze nas w jakąś awanturę, zobaczy pani. Żebym tak zdrowo dojechała do Warszawy!
— Myśli pani, że to nieczysta historia?
— Nie myślę, tylko jestem pewna. Dziecko z kartką na piersi, krzykliwa jakaś opiekunka... Dziwne i niezbyt przyjemne... A skąd można wiedzieć, czy ten tu nie jest jakąś podstawioną figurą? Czemu pani wstaje? Warszawa dopiero za jakiś kwadrans...
— Przy wyjściu zawsze jest tłok... Wolę czekać na korytarzu.
— W takim razie ja z panią...
Udając, że się nie spieszą, zebrały swoje manatki i przygotowały się do wyjścia.
— Do widzenia dziecinko — rzekła dama.
— Bądź zdrowa — rzekła druga.
— Do widzenia! — zawołała Basia, miłująca cały świat.
— Moje uszanowanie! — ryknął człowiek z czarnym sercem.
— Nikt od pana nie żąda uszanowania — rzekła jedna pani stanowczo i dobitnie.
— Cofam, cofam! — wrzasnął człowiek-skorpion.
Gdy pociąg zaczął podskakiwać na skrzyżowaniach szyn przed stacją, ponury jegomość podniósł się i mruknął:
— Niech się panna ubiera...
— Daj mi płaszczyk — rzekła Basia.
Wilkołak chciał zgrzytnąć zębami, ale nie zgrzytnął.
— Czy wiesz, że mógłbym cię udusić?
— Uduś! — krzyknęła Basia z zachwytem.
— Wdziewaj płaszcz! — mruknął. — Teraz beret... Już wszystko?
— Dziękuję — rzekła dziewczynka i do słowa dodała uśmiech. — Idziemy?
— Ja z tobą? — zdumiał się herszt zbójców.
— Chodź — szczebiotało dziecko, ująwszy go za rękę.
Tak go to zdumiało, że zapomniał wrzasnąć. W niebotycznym roztargnieniu zniósł ją w morderczych rękach z wagonu i postawił na ziemi.
Podróżni opuścili pociąg w pośpiechu, nikt jednak nie zdołał prześcignąć czerwonego i zielonego kapelusza, które gwałtownie zmierzały ku wyjściu.
Człowiek-potwór, trzymany za rękę przez Basię, począł szukać dookoła spojrzeniem tego kogoś, kto ma zabrać dziewczynkę. Dokoła było pusto. Ostatni podróżny podreptał, dźwigając ciężką walizę.
— Chodź — wołała Basia. — tu zimno!
— Poczekamy! — odpowiedział krokodyl. — Mnie zaczyna być gorąco.
Wrósł w ziemię i szukał oczami.
— Ha, ha! — zawył nagle. — Ładny bal!
Przechodzący urzędnik kolejowy spojrzał na niego z wesołym zaciekawieniem.
— Kto miał tutaj czekać na ciebie? — zapytał człowiek-straszydło.
— Nie wiem, kto miał czekać...
— Pan czy pani? Odpowiadaj!
Basia zrobiła obrażoną minę, uważając to niemądre pytanie za napaść na prostej drodze.
— Nie odpowiadasz? Oczywiście... To najwygodniej! Udaje dziecko, a sprytna jak stara baba. Zostańże tutaj sobie i czekaj. Za stary jestem na niańkę.
Wyrwał rękę z jej rączki i uczynił dwa kroki. Basia pobiegła za nim i chwyciła go obiema dłońmi za poły płaszcza.
Pasja, ta, którą nauka przypisuje nie wiadomo czemu szewcom, nazywając ją „szewską pasją”, usiłowała zatrząść nim gwałtownie. Obejrzał się i ujrzał niebieskie oczęta, pełne ogromnego zdumnienia i żałosnego wyrzutu. Ach, cóż za przewrotna istota, jakie chytre dziewczynisko! Przytuliła twarzyczkę do jego szorstkiej ręki, a on nie znosi żadnych tkliwości i głupich przymilań. Jest zły, wściekły, rozżarty47 i, gdyby nie było na świecie piwa, piłby ludzką krew. Dlatego krzyknął groźnie:
— Jeśli się rozpłaczesz, to cię zmiażdżę!
Potem, zgrzytnąwszy zębami, objął ją ramieniem i niósł, bo do wyjścia było daleko. Lewą ręką dźwigał walizkę. Tak okropnie był rozgniewany, że nawet nie zauważył, jak przytulił swoją krokodylą gębę do jej zziębniętej twarzyczki.
— Drapiesz! — rzekła Basia.
— W twojej intencji48 nie będę się przecież golił, ty... Ty... Jak ci na imię?
— Basia.
— Ty... Ty... Basiu!
3. Polowanie na pana z ulicy Chmielnej49
Człowiek-upiór był zasadniczo człowiekiem nieszczęśliwym, a na dodatek aktorem w teatrze. Nic mu się w życiu nie udawało, co go nastroiło wojowniczo wobec całego świata, jak gdyby cały świat był temu winien. Dlatego stroił takie okropne miny — aby przerazić Europę i Amerykę. Całe szczęście, że ani Europa, ani Ameryka nie wiedziały o tym, że ściągnęły na siebie niechęć owego męża50. W teatrze też mu się nie wiodło; jego nieforemna postać nie nadawała się do ról znakomitych bohaterów, odznaczających się zawsze na scenie wspaniałością gestu i pięknem oblicza. Jedynie król Ryszard III51 w tragedii Shakespeare’a52 ma prawo nosić garb i chromać53 na jedną nogę — i w tej roli pan Walicki, gdyż tak brzmiało jego nazwisko, mógłby odnieść zwycięstwo, odmieniwszy cokolwiek swoją postać. Nigdy jednak nie dano mu jej odegrać. Powierzano mu role małe, ale należycie krwawe. Ponieważ miał w spojrzeniu śmierć, a głos wychodził z niego jak z grobu, grywał wszystkich opryszków54, zbójców, morderców i innych przeraźliwców. Wiadomo było powszechnie, że skoro Walicki ukaże się na scenie, musi się w sztuce zdarzyć nieszczęście i że będzie miał na koncie dwa lub trzy trupy. Jego słodkim i tajemnym marzeniem było odegranie postaci szlachetnej, nadobnie55 mówiącej wierszem, ale nie dożył tego. „Czyż pan zmysły postradał? — mówiono mu. — Z tą diabelską gębą chce pan grać anioła?”. Pan Walicki jęczał głucho i wychodził na scenę ze sztyletem lub trucizną, którą komuś wsypywał do napoju. Grywał w drugorzędnych teatrach, w srogich i krwią ociekających sztuczydłach56, lub wałęsał się po dalekiej prowincji. Historia teatru zanotuje jednakże jedną rolę, w której nikt go nie zdołał przewyższyć. Do tej roli pożyczano Walickiego do największych nawet teatrów, gdy grano wspaniałą i nieśmiertelną tragedię Shakespeare’a pod tytułem Hamlet57. Hamletowi w tym utworze ukazuje się duch jego zamordowanego ojca i przemawia do niego. Tego ducha odgrywał Walicki nieporównanie: wydawał z siebie głos tak ponury, tak czarny, tak grobem pachnący, tak przejmujący, że trwożny dreszcz przebiegał po słuchaczach. Zdarzyło się jednego razu, że stojący za kulisami58 strażak, usłyszawszy nagle obok siebie ten głos, zemdlał z przerażenia. Był to największy triumf w życiu Walickiego. Z lubością59 zatem używał tego śmiertelnego głosu i na codzienny użytek, co było z jego strony lekkomyślnością, gdyż trwożliwą kobietę lub dziecko mógł doprowadzić do konwulsji.
Powracał on właśnie z kilkudniowej wycieczki teatralnej, pozostawiwszy w małych miasteczkach po dwa, a w większych po trzy trupy, ale wielki sobie zyskał rozgłos, chociaż teatr zbankrutował. Walicki miał małe mieszkanko w Warszawie, zajmowane do spółki z młodym aktorem Szotem; był to aktor początkujący i grywał role niewymagające zbytniego wysiłku. Wchodził na scenę i mówił uroczyście: „Jaśnie panie, powóz zajechał!”. I to było zazwyczaj wszystko. Z wdziękiem też wnosił tacę z kieliszkami lub listem. Mówiono o nim, że nigdy nie wchodzi na scenę z próżnymi rękami. Walicki nigdy nie zgrzytał na niego zębami ani nie mordował go spojrzeniem. Szot bowiem był serdecznym, wesołym chłopcem, zawsze uśmiechniętym i zadowolonym z życia. Wierzył w swoją przyszłość i śmiał się, chociaż często był głodny.
Właśnie przyszywał sobie guzik do kamizelki, gdy usłyszał gwałtowne kopnięcie nogą w drzwi i rozpaczą wydęty głos Walickiego:
— Otwieraj!
— Otwórz sam! — odkrzyknął. — Drzwi nie są zamknięte!
Przyjaciel wrzasnął raz jeszcze okropnym basem60:
— Otwieraj, łotrze!
Szot mało sobie robił ze zbójeckich okrzyków, na moment jednak przestał szyć, bo inny głosik, cienki jak jedwabna nitka, powtórzył z piskiem:
— Otwieraj, łotrze!
Wiedział o tym, że Walicki potrafi swój głos, gruby jak lina okrętowa, zmienić w cienki sznurek, ale żeby aż do tego stopnia... Zaciekawiony otworzył drzwi i cofnął się o dwa kroki. Walicki patrzył na niego ponuro, a dziewczynka na jego ręku, we wszystkim go naśladująca, usiłowała też okrutną miną dać wyraz swojemu niezadowoleniu.
— Antoś! — krzyknął Szot. — Żebym tak zdrów był... Gdzieś to znalazł?
— W pociągu — odrzekł Walicki okopconym głosem. — Bierz ją!
Basia, ujrzawszy wyciągnięte po siebie ręce, otoczyła ramieniem szyję Walickiego, jako swego zaufanego opiekuna, zobowiązanego do obrony.
— Nie bój się — mówił aktor jako tako ludzkim głosem. — To dobry wujaszek.
— Dobry... — przyznała Basia i po krótkim wahaniu została przejęta przez Szota i postawiona ostrożnie na ziemi.
— Zmachałem się... — grzmiał Walicki. — Pędrak jest ciężki.
— Kto pędrak? — zapytała Basia.
— Kobieto, przestań i daj mi odpocząć! Zajmij się nią... Zaraz ci wszystko opowiem.
Wesoły Szot zdjął z Basi płaszczyk i posadził ją na krześle. Ujrzawszy zamazaną kartkę, roześmiał się głośno. Dziewczynki nie trzeba było namawiać dwa razy do śmiechu, więc w smętnym pokoju na trzecim piętrze zrobiło się dość wesoło.
Walicki opowiedział towarzyszowi o całej awanturze, rozdzielając zdania sapaniem, pomrukami, okrzykami i zgrzytaniem. Basia zaś pomagała z całej duszy.
— To strasznie wesoły berbeć! — rzekł Szot z serdecznym uznaniem, patrząc na pucołowatą, zarumienioną twarzyczkę. — A może głodna? Mam śledzie i odrobinę wódki. Nie rób takich min, bo przestraszysz dziecko!
— Ja? Przestraszyć? Zaraz ci pokażę.
Wybrał ze swego repertuaru61 taką minę, która poczciwemu człowiekowi mogła podnieść wszystkie włosy na głowie; wyszczerzył zęby, oczy skrzywił zezem i wydał z siebie pomruk rozsrożonego niedźwiedzia. Basia pisnęła z zachwytu i podskoczywszy, zbliżyła twarz do jego poczwarnego62 oblicza, udając, że go straszy.
— Widziałeś? Wcale się mnie nie boi — rzekł Walicki z żalem w głosie.
— Wcale się nie boję! — potwierdziła Basia.
— A kochasz tego pana? — zapytał Szot.
— Bardzo kocham! — ogłosiła z entuzjazmem.
Stary aktor usiłował spojrzeć na nią czule, ale nadaremnie czynił z gębą rozmaite sztuki. Zdawało się, że się zawstydził.
— Dziecko musi być zmęczone, niech się prześpi, a my pogadamy — powiedział cicho.
Zdjął nieszczęsną kartkę z jej szyi i razem z przyjacielem rozpoczął usilne namowy, aby wytłumaczyć dziewczynce, że przyzwoite, rozsądne osobistości w jej wieku powinny pokrzepić snem nadwątlone w podróży siły. Basia jednak starała się wytłumaczyć im na swój sposób, że poznawszy tak miłego młodzieńca, jakim jest pan Szot, nie myśli marnować czasu na sen. Ma być wielka, roześmiana zabawa i jakaś huczna awantura63, połączona ze skakaniem przez krzesła i łapaniem za nogę. Pan Szot, młodzieniec roześmiany i pełen ochoty do życia, wybornie się do tego nadaje.
— Widziałeś coś podobnego?! — krzyknął Walicki.
— Sam byłem taki! — zawołał Szot radośnie.
— Jaki byłeś? — zainteresowała się ciekawa dziewczynka.
— Basiu — rzekł Walicki, usiłując uczynić głos wielce przymilnym. — Czy pójdziesz spać, jeśli ci opowiem bajkę?
— Pójdę!
— No, to jazda!
— Miarkuj się — zaśmiał się Szot. — Przemawiasz do kobiety!
Walicki zabił go na krótki czas morderczym spojrzeniem i czym prędzej przygotował posłanie na ceratowej kanapie. Ułożył na niej dziewczynkę i rzekł:
— Śpij teraz spokojnie!
— A gdzie bajka? — zawołała Basia z rozżaleniem.
— Natychmiast opowiedz bajkę! — krzyknął Szot. — Nie wolno cyganić64!
— Dam ja ci bajkę, ty koniu! — zamruczał aktor. — Jaką chcesz bajkę, Basiu, wesołą czy smutną?
— I wesołą, i smutną!
Walicki zerkając w stronę przyjaciela, czy się z niego nie naigrawa65, zaczął opowiadać ni w pięć, ni w dziewięć. Przypomniawszy sobie co prędzej kilka bajek, pomieszał je jak groch z kapustą, pozszywał je niezręcznie i stworzył jakiś piekielny utwór, nadziany diabłami i gadającymi zwierzętami. Dziewczynka słuchała uważnie, wkrótce jednak jej wybitny umysł zrozumiał, że miły wujaszek szachruje66, a jej dobry smak okazał wyraźne zniechęcenie.
— E! Taka bajka... — powiedziała sennie.
— Śpi! — szepnął Szot. — Uważaj teraz, abyś nagle nie zazgrzytał.
— Powinienem ci kark skręcić — mówił Walicki, jak tylko umiał najciszej — bo mnie kompromitujesz przed dzieckiem, ale to sobie odłożę na później. Dawaj tę kartkę!
Basia spała, zarumieniona, z rozchylonymi ustami; krótkie jasne włosięta były w straszliwym nieładzie.
„Boże, jakie to śliczne!” — pomyślał stary aktor z rozrzewnieniem, patrząc na nią równocześnie zbójeckim wzrokiem. Myśli pana Walickiego były zupełnie inne niż jego okrutne spojrzenie.
— Nic z tego nie można odczytać — mówił cicho Szot. — Przynajmniej bardzo mało.
Pochylił się nad kartką pani doktorowej jak przyrodnicy nad mikroskopem.
— Same łzy! — mruknął aktor. — Ty masz lepsze oczy... Jaka to może być litera?
— W każdym razie wielka litera, bo i plama większa. Może to być „T”, może być „P”. Czekaj! To jest z całą pewnością „t”, małe „t”... Druga litera z rzędu. Przypuściwszy, że jest to imię tajemniczej osoby, należy pomyśleć, jakie imiona mają literę „t” — drugą z kolei.
— Wiem! — oznajmił Walicki zduszonym głosem. — „Ptolomeusz”67! To musi być chyba „Ptolomeusz”.
— Drugą literą w słowie „kretyn” jest „r”. Zapamiętaj to sobie, bo ci się to przyda do prywatnego użytku. Czyś ty upadł w młodości ze schodów na głowę? Skąd „Ptolomeusz”? Jaki „Ptolomeusz”?
— Słyszałem kiedyś o takim imieniu.
— Słyszałeś, kreaturo68, w teatrze o królewskiej dynastii egipskiej Ptolomeuszów.
— Być może... W każdym razie słyszałem. Bądź mądrzejszy!
— Będę mądrzejszy. To może być „Stefan”.
— O! To bardzo pomysłowe, przyznaję.
— Ale to nie jest „Stefan”...
— Czemu uciekasz z dobrego śladu?
— Prosta rzecz! Rozmazany „Stefan” utworzyłby plamę z sześciu liter, byłby krótki, a długonoga litera „f” spłynęłaby bardzo w dół. „Stefan” mi nie odpowiada, ze „Stefana” nie jestem zadowolony. O osły dardanelskie69! Przecież to jest „Stanisław”.
— Dlaczego „Stanisław” jest lepszy?
— Bo plama rozciąga się wzdłuż, jest potężna i może pokryć dziewięć liter.
— Nie mam nic przeciwko „Stanisławowi”, tym bardziej że jedna litera jest wysoka. To „ł”!
— Tak. Widać dość wyraźnie „ł”, a nad jedną literą, prawie w środku, ocalała kropka. Rozsądni ludzie, biegli w ortografii, stawiają kropki nad chudą literą „i”. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w tym atramentowym sosie utonął jakiś „Stanisław”. Teraz to nawet wyraźnie widać! Bądź pozdrowiony, „Stanisławie”...
— A dlaczego ten „Stanisław” wygląda jakoś dłużej, jakby się rozpędził? Coś tu musiało być poza ostatnią literą!
Badali obaj bardzo długo wątpliwe miejsce, kręcąc głowami, co bardzo pomaga przy myśleniu, bo porusza mózg.
— Nic nie widać — rzekł Szot. — Basia musiała rozmazać „Stanisława” rękawem. Więc „Stanisław”?
— Zrobione! Nie może być inaczej. To doskonała zabawa takie odgadywanie. Przyznam się, że się po tobie nie spodziewałem takiej bystrości. Na oko blondyn-idiota, a jednak... Spokojnie! Dziecko śpi... Szukaj dalej.
— Dalej jest łatwo. W tym miejscu ocalały całkowicie cztery litery, widzisz? „Olsz”...
— To głowa nazwiska, do nóg niedaleko.
— I nogi też widać: „ski”.
— Cała trudność, aby ujrzeć brzuch tej szlachetnej osoby. Ilu liter brak w środku?
— Chyba dwóch, na więcej nie ma miejsca. Zresztą po co długo myśleć! To jest „Olszewski”.
— Bardzo do niego podobny... Więc razem byłoby: „Stanisław Olszewski”. Mamy go!
— Jeszcze go nie mamy. Przyznaję, że „Olszewski” sam się naprasza, aby go wciągnąć do tej awantury, jednakże równie dobre do tego prawa może mieć jakiś pan „Olszowski”. Olszowskich może być w stolicy tyle samo, co Olszewskich, a Olszewskich prawie tyle, co olch na naszej rodzonej ziemi.
— Zabiłeś mi olchowego klina w głowę.
— Jest nadzieja, że klin puści pędy, bo olchy lubią wodnisty grunt. Nie dotykaj tego ciężkiego przedmiotu, bo ja rzucę w ciebie butem. I nie przerywaj mego wspaniałego rozumowania. Musimy się zastanowić, czy w brzuchu tego męża tkwi „e” czy „o”.
— Zastanówmy się! Jak ty myślisz?
— Ja myślę, że rozmazane „e” byłoby chude, rozmazane „o” musi zostawić plamę okrągłą, wcale kształtną, taką właśnie jak ta. Dziewięć przeciwko jednemu, że to jest „o”. Ten tajemniczy pan ma brzuch zaokrąglony. Zgódźmy się, że „Olszowski”, ale to jeszcze nie wszystko. Skąd my możemy wiedzieć, czy to przypadkiem nie jest pani „Olszowska”?
— Jak to skąd? Przecież wyraźnie widać „ski”.
Szot pokręcił głową, niezadowolony.
— Przyznaję, ale po ostatniej literze jeszcze coś pływa w atramencie. Co to może być?
— Czy ja wiem? Pewnie zakrętas.
— Ktoś zakręca cudze nazwisko w kozi ogon? Przyznaję, że mnie to cokolwiek niepokoi, ale zbadamy jeszcze tę sprawę; najpierw musimy odczytać adres, a ten jest bardzo zapłakany.
— „Warszawę” widzę wyraźnie: „...szawa”.
— Może być także „Nieszawa”70.
— Nie może być, bo ta trajkocząca dama, która wsadziła Basię do pociągu, ogłosiła, że ją wysyła do Warszawy. Trudno było nie słyszeć, bo słychać było w całym pociągu. „Warszawa” nie ulega żadnej wątpliwości. Szukaj ulicy. Długa czy krótka?
— Raczej krótka. Gdyby to była „Aleja Jerozolimska”71, trzeba by na jej zamazanie dwóch litrów mleka, a dziewczynka wylała jedynie szklankę. Poczekaj no! Coś tu świta na tej ulicy. Początku nie widać, bo błoto, ale u wylotu jest nieco czyściej. Mam, jak Pana Boga kocham, mam! Widzisz?
— Mało widzę, ale będę usiłował ci uwierzyć. Czy to długie i chude nie jest przypadkiem literą „l”?
Szot otarł pot z wysilonego czoła, bowiem jego bystry rozum dawał mu znać w ten sposób, że jest u kresu wysiłku. Wpatrzył się drapieżnym wzrokiem w niebieską plamę, w której jak rybki w mętnym jeziorku pływały litery. Oczyścił tekturę pazurkiem i szukał w odmęcie.
— Widzę! — szeptał gorączkowo. — Widzę zarysy kilku liter. I kropkę nad jedną z nich!
— To „i”!
— Genialnie to pomyślałeś, pało zakuta! Nie przeszkadzaj. Jest!
— Co jest? — spytał głucho Walicki.
— Jest: „...ielna”?
— Co znaczy „ielna”?
— Cóż może oznaczać innego niż „Chmielna”?
— Mógłbyś być detektywem — mruknął przyjaciel z głębokim uznaniem. — Ha! Pan Stanisław Olszowski mieszka przy ulicy Chmielnej. Patrz! Jak ona rozkosznie śpi i nie wie, że odszukaliśmy jej opiekuna, może wuja, może stryja? Jak jednak znaleźć tego ananasa72 przy ulicy Chmielnej? Numeru nie widać?
— Nie widać. Coś takiego połamanego tkwi tutaj, co przypomina „7”, ale to niepewne.
— Jedna cyfra?
— Musiały być ze dwie, ale połączyły się w jedną plamę. Cyfry są symbolem oszczędności...
— Więc jakże znajdziemy tego pana? Trzeba będzie wzdłuż całej ulicy Chmielnej chodzić od domu do domu. Ładna robota mnie czeka...
— Nie rób tego, bo gdy cię zobaczą z taką gębą, włóczącego się od domu do domu, zaaresztują cię. Szukajmy inaczej. Zbiegnij, bracie, na dół do sklepiku i pożycz książkę telefoniczną.
Aktor stropił się.
— Do sklepiku nie pójdę! — oświadczył ponuro. — Mam tam zamazaną hipotekę73, za masło i herbatę.
— Słusznie. Ja też tam nie pójdę z tych samych powodów, ale na pierwszym piętrze mieszka dentysta.
— A czy to bezpiecznie pójść do dentysty? Ha! Czego człowiek nie zrobi dla dziecka...
Po chwili przyniósł opasłą księgę, którą zaczęli przeglądać z gorączkowym pośpiechem.
— Olszewskich jest około pięćdziesięciu płci obojga, ale żaden się nie nadaje. Jest nawet i Stanisław, ale nie mieszka przy Chmielnej. Całe jego szczęście... Policzymy Olszowskich. Anteczku, mam, mam!
— Trzymaj go! No i jakże?
Szot czytał: „Olszowski Stanisław, literat, ul. Chmielna 15”.
— Literat? — zdumiał się Walicki. — Ależ ja go znam! To znakomity pisarz, grałem w jego sztuce.
— To ten? Patrzcie, patrzcie! Taki głośny, taki sławny, a tak długo trzeba było go szukać. Rozumiem nawet i tę siódemkę; ta żyrafa nie jest wcale siódemką, lecz jedynką. Wszystko się doskonale zgadza, pierwszorzędnie się zgadza.
Walicki zazgrzytał zębami z wielkiej radości.
— Kamień spadł mi z serca — mówił, patrząc na śpiące dziecko.
— Gdybyśmy byli nie odnaleźli tego pana, trzeba by było odwieźć małą do miasta, w którym wsadzono ją do pociągu, albo prosić o pomoc policję. A wiesz, co uczyniłbym najchętniej?
— Jako człowiek o wybitnej inteligencji nie odgadnę nigdy, o czym może myśleć istota na niższym stopniu rozwoju.
Stary aktor z ponurą twarzą puścił mimo uszu wesołą uwagę przyjaciela. Mówił w zamyśleniu, patrząc w okno:
— Najchętniej porwałbym tę dziewczynkę... Sam jestem na tym bożym świecie... Nigdy mi się nie wiodło... Nędzarz, łapserdak74, Łazarz75 i Hiob76 w jednej osobie... Zawsze w jakiejś ciemnej norze, zgryziony77, skwaśniały i zły... Ja już samą gębą straszę ludzi. To nie twarz, to gniew żywiołów... Czy uśmiechnął się ktoś kiedyś do mnie? Nie pamiętam. Może to dziecko, może ta dziewczynka uśmiechnęłaby się... O, gdybym był bogaty, gdybym mógł ją odziać i nakarmić... Basia... Basia... ma na imię Basia. Czy ty wiesz, że to niewinne stworzenie, to jedyne dziecko tuliło się do mnie? A ja odwracałem twarz, żeby jej nie przerazić... Biedactwo drogie! Promyczek, złoty promyczek... O, gdybym ją mógł zatrzymać! Kamienie tłukłbym na drodze, pracowałbym jak czarny wół... Gdyby... Ale nie ma o czym mówić. Nie śmiej się ze mnie, chociaż to wszystko razem jest bardzo śmieszne...
– Ja wcale się nie śmieję! — szepnął młody aktor, patrząc na nieoczekiwane wzruszenie dobrego człowieka, który udawał krokodyla. — Ja się nie śmieję... To naprawdę rozkoszne dziecko i niech je Bóg zachowa.
Milczeli przez długą chwilę, potem stary aktor, ciężko westchnąwszy, rzekł:
— Trzeba ją będzie zaprowadzić do pana Olszowskiego...
— Jeszcze dzisiaj?
— Tak, dzisiaj. Nie ma jeszcze ósmej. Trzeba koniecznie, bo gdzie ją przytulimy?... Na tym barłogu78? Czym ją nakarmimy? Śledziem?
— O, zbudziła się! — zawołał Szot.
Basia przetarła ręką oczki i rozejrzała się, jakby pragnąc sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Ujrzawszy ponurą i straszliwie wykrzywioną gębę swego starego przyjaciela, uśmiechnęła się do niego rozkosznie i wyciągnęła ku niemu ręce, wołając:
— Chodź, chodź tutaj!
Stary niedźwiedź zarumienił się jak panna z wielkiego szczęścia i tak zgrzytnął z radości zębami, że aż dziw, iż nie posypały się iskry.
4. Wielki pisarz i mała dziewczynka
Znakomity pisarz, autor dramatu Dzbanek bez ucha i wielu powieści, wśród których najgłośniejszą była Srebrna topola, wrócił do domu po północy. Był w kiepskim humorze, gdyż nudził się rozpaczliwie na premierze dramatu, w którym dziadek zamordował wnuczkę, a to drobne rodzinne nieporozumienie spowodowało samobójstwo dwóch osób, a jedną doprowadziło do pomieszania zmysłów. „Tylko sufler79 uszedł z życiem”. Poza tym padał deszcz, a dozorca długo nie otwierał bramy.
Pan Olszowski wszedł cicho do mieszkania, aby nie zbudzić swojego służącego, młodego chłopaka — niezmiernie sympatyczną, wesołą kreaturę – który zwał się Michaś. O nazwisku nie wspominamy, gdyż nie zaważyło ono na historii świata. Delikatność jego pana, stąpającego na palcach, by nie zmącić spoczynku przyjemnego urwipołcia80, była cokolwiek zbędna. Michaś spał tak mocno, że mógłby zrobić karierę jako ósmy brat śpiący81. Gdyby nagle zaczęto wzywać ludzkość na Sąd Ostateczny, wszyscy zerwaliby się na równe nogi, na Michasia jednak musiałby Archanioł82 trąbić kilka razy i to bardzo potężnie. Pan Olszowski mógł śmiało wejść z wielkim hałasem.
Sławny autor wszedł do sypialni, zapalił lampę i ziewnąwszy rozdzierająco, począł leniwym ruchem zdejmować odzienie. W tej chwili zwrócił przypadkiem spojrzenie na łóżko, swoje rodzone łóżko, i krzyknął. Jak gdyby nie dowierzając własnym oczom, przetarł je i spojrzał raz jeszcze — w jego łóżku, szeroko rozrzuciwszy rączki, spała najróżowszym ze snów mała, śliczna dziewczynka.
— Muszę mieć halucynacje83! — rzekł zdumiony pan Olszowski do jeszcze bardziej zdumionego pana Olszowskiego.
Obaj ci zdumieni panowie w jednej osobie stanęli bezradni nad przedziwnym widowiskiem. O halucynacji nie mogło być mowy, bo jeśli nawet śpiąca dziewczynka była złudzeniem wzrokowym, najoczywistszą oczywistością były sukienka, płaszczyk, torebka i inne fatałaszki84 damskiego rodu, porządnie ułożone na fotelu. Proste rozumowanie nasuwało przerażający wniosek, że i dziewczynka jest prawdziwa.
„Może ja wszedłem do cudzego mieszkania?” — pomyślał pan Olszowski, ratując tym nieprawdopodobnym przypuszczeniem swój zdrowy rozum od nagłej zagłady.
Rozejrzał się i pojął wyraźnie, że znajduje się we własnym domu. W straszliwym poruszeniu wszystkich władz umysłowych zaczął sobie przypominać gwałtownie, czy wśród dalszej i bliższej rodziny nie ma przypadkiem takiej dziewczynki, którą ktoś bez uprzedzenia przysłał do niego z niepotrzebną wizytą. Policzył szybko wszystkie figury w galerii krewnych i nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek słyszał o tej istocie. Z bliższej rodziny posiada jedynie ciotkę. Wszystko przemawia przeciwko temu, aby ta różowa drobina była jego ciotką. Ciotka ma metr osiemdziesiąt siedem wzrostu i malutkie wąsiki, tak że przy nieznacznej zmianie charakteryzacji mogłaby być napoleońskim grenadierem. Kimże zatem, do stu tysięcy książek, jest ta bezczelna dama, zajmująca jego łóżko?
Ogarnęła go taka piekielna furia85, że chciał potrząsnąć śpiącym maleństwem i krzyknąć:
— Proszę natychmiast opuścić moje mieszkanie!
Ostatek wzburzonego rozsądku powstrzymywał go jednakże przed tym gwałtownym czynem. Rozum wytłumaczył mu szybko i dobitnie, że — jak to stwierdzają najwięksi uczeni — młode osoby, szczególnie zaś płci żeńskiej, nagle zbudzone, podnoszą niezrozumiały wrzask i czynią okropny harmider86, najczęściej oblany łzami. Mała dziewczynka, jeśli jest odpowiednio uzdolniona w tej mierze, potrafi narobić takiego krzyku, że cały dom stanie na nogi. Wobec tego pan Olszowski myślał, że sam rozpłacze się z rozpaczy.
„To ten opryszek Michaś winien jest wszystkiemu!” — pomyślał gwałtownie i pobiegł budzić chłopaka.
Ponieważ żadne słodkie namowy, żadne rozsądne perswazje87, żadne zaklęcia i groźby nie zdołały zdrowo śpiącego Michasia doprowadzić do przytomności, zirytowany pan Olszowski chwycił dzbanek z wodą i obfitą strugą skropił niewinną głowę młodziana. Chłopakowi musiał przyśnić się potop, bo krzyknął potężnym głosem i chcąc ujść mokrej zagładzie, zerwał się z posłania. Rozespana dusza nie chciała jednak w żaden sposób wejść z powrotem w jego ciało, chociaż było którędy, bowiem rozwarte usta serdecznie rozziewanego Michasia tworzyły szerokie wrota. Pan Olszowski stracił wiele czasu, zanim ospałego ducha wegnał w słaniające się ciało, które, otarłszy oczy, objawiło przeraźliwe zdumienie.
— Czy się pali? — krzyknął obudzony chłopak.
— Chodź ze mną — mówił gorączkowym szeptem pan Olszowski, idąc do sypialni.
Tragicznym ruchem wyciągnął rękę w stronę swego łóżka i spytał groźnie:
— Kto to jest?
— Basia — odpowiedział chłopak. — A bo co?
— Basia? Jaka Basia? Odpowiadaj, trutniu88, bo będzie nieszczęście. Kto ją tu położył do mego łóżka?
— Ja! A bo co?
— Ty położyłeś?... Dobrze, dobrze, coraz lepiej! Skąd ją wziąłeś? Słuchaj, chłopcze, mów prawdę, bo ci wydrę serce.
Groźba była tak okropna, że Michaś, który właśnie ziewał, z wielkim stukiem kłapnął zębami.
— Za co, proszę pana? Przecież dziecko chciało spać. Tak była śpiąca, że leciała przez ręce. Co miałem robić?
— Ale skąd ją wziąłeś?
— Znikąd jej nie brałem. Przyszło wieczorem dwóch panów z teatru...
— Jakich panów, z jakiego teatru?
— Jeden młody, z przedziałkiem, a drugi starszy i strasznie zły. Tego starszego to ja znam, bo grał wtedy, kiedy wystawiali pana komedię. Walicki się nazywa. Przyprowadzili dziecko i ten starszy mówił, że pan o wszystkim wie i że to bardzo nieładnie, że pan nie czekał na dworcu. Co ja miałem robić? Ten starszy zgrzytał zębami i powiedział, że mnie udusi, jeżeli małej nie wezmę i nie dam jej jeść. Przez godzinę tu siedzieli, a ten stary pilnował, żeby z dzieckiem było wszystko w porządku. Mówił, że się pan bardzo ucieszy, bo to wyjątkowo dobra dziewczynka, a pan jest jej wujem.
— Że ja jestem wujem? — zduszonym głosem rzekł pan Olszowski. — I ty, czorcie, uwierzyłeś w to wszystko?
— Czemu nie miałem wierzyć? — sennym głosem odpowiedział Michaś. — Chciałem ją położyć na dwóch fotelach, ale ten stary zaczął krzyczeć na cały dom, że pan może spać na fotelach, ale ona musi w łóżku, bo to delikatne dziecko.
Pan Olszowski chwycił się obiema rękami za głowę.
— Idź spać! — krzyknął. — Jutro o tym pogadamy!
Polecenie było spóźnione, bo Michaś już spał, stojąc. Usłyszawszy rozkaz, resztką przytomności zaczął iść przed siebie.
— Uważaj, szafa! Nie tędy, wstrętny chłopcze...
Michaś jak lunatyk89 minął mebel i trafił w drzwi.
„Na poduszkę siedmiu braci śpiących!”— jak mówi Dickens90. Jeszcze się nie położył, a już spał.
Znakomity autor przedstawiał widok godny pożałowania. Otumanionym91 wzrokiem patrzył na śpiącą dziewczynkę i usiłował myśleć, co zrobić z tym fantem92. Jakiś zwariowany aktor przyprowadził mu dziecko. Albo się pomylił, albo uczynił nierozumny żart. Wszystko to się, oczywiście, wyjaśni, ale dopiero jutro. Lecz co robić w tej chwili? Należałoby pójść spać — pan Olszowski jednak mniemał93 słusznie, że oka nie zmruży. Różni ludzie różne rzeczy znajdowali we własnych łóżkach, ale jest to rzecz niesłychana, aby we własnym łóżku znaleźć jakieś nieznane dziecko. Spojrzał na nie pochmurnie i usiłował przypomnieć sobie, czy go gdzieś przypadkiem nie widział. Nie, nie mógł widzieć, byłby je bowiem pamiętał. Dziecko jest śliczne. Rozchyliło usteczka i śpi cudownie spokojnie.
— Jutro będziemy rozmawiali, moja panno! — rzekł cicho.
Rozejrzał się — zatroskany — rozmyślając, gdzie by ją ułożyć. Ten bałwan Michaś tak chrapie, że szkoda fatygi94, aby go budzić raz jeszcze, a sprawa z przygotowaniem posłania jest bardzo złożona. Machnął więc ręką, zgasił światło i przeszedł do gabinetu, w którym sporządził sobie jakie takie legowisko.
Miał dość burzliwe sny, zdawało mu się bowiem, że jest w ogromnym teatrze, a na każdym krześle siedzi dziecko. Aktorzy spływają ze sceny na skrzydłach, każdy bierze jedno, leci do domu i kładzie dziecko w swoim łóżku. Na tym łóżku gniotą się już chyba tysiące dzieciaków i nagle wszystkie zaczynają drzeć się opętanym wrzaskiem. Pan Olszowski, przerażony, usiłuje uciec, ale jakiś stary aktor chwyta go za nogę i kąsa ogromnymi zębami. Pisarz zrywa się z posłania w wielkim przerażeniu i otwiera szeroko oczy. Nie widzi gryzącego go w łydkę aktora, ale wyraźnie słychać dziecięcy, wysoki głosik, pełen chichotów i rozradowanych okrzyków.
„Ki diabeł?”95 — myśli pan Olszowski w zdumieniu.
Naraz przypomina sobie wszystko i rozumie, że ta rozkrzyczana rzeczywistość znajduje się naprawdę w jego domu. Po cichu zbliża się do drzwi i zaczyna nasłuchiwać. W kuchni odbywa się jakieś nadzwyczajnie wesołe zebranie: mała dziewczynka czyni piskliwy zgiełk, ten drab96 Michaś buczy i huczy przedziwnie, a jakiś trzeci głos, najwyraźniej damski, wtóruje im dyszkantem97. Tak tam jest wesoło, że niedługo rozpoczną się tańce. Znakomity autor, niewyspany i zły, zajrzał przez uchylone drzwi i ujrzał „hultajską”98 trójkę, złożoną z Basi, Michałka i żony dozorcy — osoby miłej, lecz tak obszernej, że dokoła niej mogłoby maszerować wojsko. Widać, że Michaś, nie umiejąc sobie dać rady z dziewczynką, zawezwał pogotowie ratunkowe w osobie pani Walentowej. Pan Olszowski zadzwonił niecierpliwie.
— Przyprowadź tutaj to dziecko! — krzyknął w stronę roześmianego Michasia.
Chłopak wepchnął Basię do gabinetu, sam zaś wolał zniknąć w bezpiecznym oddaleniu. Dziewczynka wbiegła szybko i zrozumiawszy z dotychczasowych doświadczeń, że znalazła się w gronie bardzo przyjemnych i życzliwych ludzi, po króciutkiej chwili wahania zaczęła wspinać się na kolana ozdoby literatury ojczystej. Przyjrzała się ciekawie nasrożonej twarzy „nowego pana” i najwyraźniej kpiąc sobie z tej srogości, nadstawiła policzek.
— Pocałuj mnie! — powiedziała.
Pan Olszowski zdumiał się i przez krótką chwilę podobny był do posągu żony Lota99, zamienionej w słup soli.
— Pocałuj mnie! — powtórzyła Basia, ale już z akcentem zniecierpliwienia.
Znakomity pisarz machinalnie dotknął ustami jej płowej100 główki. Dość mizerny był to pocałunek. Basia jednak przyjęła go łaskawie za dobrą monetę i przyzwoliła na dłuższą rozmowę. Była ona jednostronna, gdyż pan Olszowski cierpliwie pytał, a Basia odpowiadała śmiechem albo chwytaniem go za wąsy. Okazało się na żywym przykładzie, że powiedzenie „Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu” nie jest pozbawione sensu. Niczego nie można się było dowiedzieć od tej dziewczynki. Było jej dobrze, co dnia zmieniała miejsce pobytu, każdy odnosił się do niej życzliwie, więc wszystko było w porządku. Po co sobie zawracać głowę czym innym? Wobec tego i pan Olszowski zrezygnował z dochodzenia i gorzko uśmiechnięty przyglądał się temu tajemniczemu dziecku. Owszem, jest śliczne i niezmiernie miłe, co on jednak ma z nim zrobić? U siebie, na kawalerskim gospodarstwie, nie może go zatrzymać, należy więc czym prędzej czynić poszukiwania i oddać je, komu należy. Michałek wspomniał o aktorze Walickim. Co to za aktor? Pan Olszowski nie mógł sobie przypomnieć, ale zapewne łatwo go odszuka. Ostatecznie policja odnajdzie wszystko.
Tak głęboko rozmyślał nad tymi sprawami, że nawet nie zauważył, iż dziewczynka, ująwszy go za rękę, zaczyna go prowadzić. Szedł za nią machinalnie i czynił, co mu kazała. Na jej żądanie musiał ją podnieść, aby się mogła przejrzeć w lustrze, musiał wyjmować książki z biblioteki, aby ich mogła dotknąć, musiał wreszcie obejrzeć jej torebkę i jakiś kawałek tektury. Nagle okazał żywe zainteresowanie. Na tekturze, zamazanej i smętnie zalanej atramentową cieczą, ujrzał wypisane wyraźnie swoje nazwisko i adres. Nie wiedział o tym, że Szot naprawił uszkodzone litery i wyrył je z naciskiem — jakby w spiżu101. Przyglądał się bezradnie tej kartce, obracał ją na wszystkie strony i tyle wiedział potem, co przedtem.
— Awantura arabska102! — rzekł sam do siebie. — Co ja mam zrobić? — krzyknął głośno.
— Skakać! — poradziła mu Basia.
Rada była bardzo rozumna, lecz dorośli ludzie sami nie wiedzą, czego chcą. Ten duży człowiek nie zdradzał wcale ochoty do skakania. Przypiął się do telefonu i szturmował wszystkie teatry, szukając aktora Walickiego. Odpowiedziano mu, że łazi taki po bożym świecie, nikt jednak nie wie, gdzie mieszka i czy przypadkiem nie włóczy się po prowincji.
Basia nie opuszczała Olszowskiego ani na chwilę. Ogromnie się jej podobał ten wysoki pan, który tak zabawnie wykrzykuje do czarnego pudełka. Ze wszystkich dotąd spotkanych ten był najprzyjemniejszy, tak samo przyjemny jak Michałek.
Pan Olszowski był sławnym pisarzem, nie wiedział jednak ani w ząb, co zrobić ze smarkulą, kręcącą się jak wrzeciono103, zadającą sześćdziesiąt pytań na godzinę i śmiejącą się z najrozsądniejszych odpowiedzi. Zawezwał więc na naradę panią Walentową, która wtoczyła się do pokoju jak ciężka armata na pozycję i udzieliła mu zbawiennych rad.
— Wszyscy w całej kamienicy mówią, proszę łaski pana, że pan powinien zatrzymać to dziecko! — rzekła uprzejmie.
— Jakże to: wszyscy?! — wykrzyknął pan Olszowski. — A któż o nim wie?
— Wiedzą, wiedzą... Już wczoraj, kiedy dziewczynkę przyprowadzili, niektórzy przychodzili ją oglądać. A dzisiaj, kiedy pan jeszcze spał, była tu cichaczem cała procesja104.
— O Boże! — jęknął pan Olszowski. — Czy pani oszalała? To dziecko przyprowadzono do mnie przez pomyłkę!
— Czy przez pomyłkę czy nie, tego już ja nie wiem. Ale wiem, że Pan Bóg je tu przyprowadził, aby pan miał weselsze życie. To słońce, a nie dziewczynka! I pan chce ją oddać?
— A cóż ja z nią będę robił?! — krzyknął Pan Olszowski.
— Jeżeli pan jest bez serca, to ją pan wyrzuci na bruk105, a wtedy ręka boska ciężko pana skarze; ale jeżeli ma pan sumienie, to ją pan wychowa.
— Wychowam? Przecież mi ją odbiorą!
— Niech spróbują! — zagrzmiała opasła106 dama tak potężnie, że znakomity autor cofnął się jak przed ryczącym naporem burzy. — Każdy zleci ze schodów na złamaną gębę. O, niech pan patrzy, jak się to do pana tuli, jak ptaszyna — dodała głosem już mniej grzmiącym.
Pan Olszowski, zrozumiawszy, że kamienica przyjęła Basię skwapliwie na swoje kamienne łono, postanowił działać na własną rękę. Zobowiązał dzielną panią Walentową do czułej opieki nad dzieckiem, zleciwszy to samo Michasiowi pod groźbą lania, sam zaś udał się na poszukiwania. Obszedł wszystkie teatry, wszędzie pytając o Walickiego. Owszem, znano go i pan Olszowski przecież powinien go znać — aktora ze swojej sztuki. Zaczął sobie mętnie przypominać, że istotnie widział oblicze, które wedle powszechnego opisu było smutne jak cmentarz o północy. Trzeciego dnia dopiero poznał jego adres i pobiegł tam czym prędzej. Jakiś młodzieniec wyjaśnił mu, że Walicki wyjechał z wędrownym teatrem na Kresy107, a wróci za miesiąc. Pan Olszowski jęknął głucho.
— A jak się miewa Basia? — spytał go nagle blond młodzian.
Znakomity pisarz rzucił się na niego jak tygrys.
— Czyje to dziecko?! — krzyknął.
Szot opowiedział, co wiedział: że to sierotka, znaleziona w pociągu, wysłana z kartką na szyi pod adresem pana Olszowskiego; że biedne dziecko byłoby zginęło, gdyby nie Walicki, który je odprowadził.
— Ależ to jakaś straszna pomyłka! — mówił gorączkowo autor. Ja nie mogę trzymać u siebie tej dziewczynki.
— To sierota... — rzekł cicho Szot.
— Być może, ale co ja mam z tym wspólnego? Czy panowie dobrze odczytali kartkę?
— Adres nie ulega żadnej wątpliwości. Zbadaliśmy to starannie. Ja myślę, że to dobry los obdarzył pana tym ślicznym dzieckiem. Mój przyjaciel Walicki zazdrościł panu serdecznie.
— Tak pan myśli? Pan Walicki mi zazdrości? No to sprawa jest prosta: niech sobie panowie wezmą tę dziewczynkę.
Wesoły pan Szot bardzo spoważniał.
— Panie autorze! — mówił drżącym głosem. — Niech nam pan wierzy, że gdyby istniał chociaż cień możliwości, przygarnęlibyśmy to dziecko obiema rękami. Ale...
— Ale co?
— Ale... — mówił Szot z trudem — Ale... My sami jesteśmy często głodni... A dziecko, przecież chyba pan wie... I to jeszcze takie...
— Przepraszam pana — rzekł autor, nagle wzruszony. — Bardzo serdecznie przepraszam... Widzi pan... Taki nagły kłopot... Więc jestem nieco kwaśny. Dziecko jest rozkoszne! Przyznam się panu, że pokochałem tę kruszynę... A jeśli szukam tych, do których ona należy, to raczej z troski o dziewczynkę. Ja nie umiem sobie dać z nią rady i nie wiem, jak się wychowuje dziecko.
— Ech! — zawołał już weselszy Szot. — Pan wszystko potrafi, pan jest genialnym człowiekiem.
Pisarz zarumienił się lekko.
— Przesada, młodzieńcze, przesada! — rzekł z tajoną radością. — Ale zrobimy tak: ja zatrzymam dziecko u siebie, nie przerywając poszukiwań, gdyż twierdzę z całą pewnością, że w tym wszystkim tkwi jakaś niewytłumaczona pomyłka. Będę szukał powoli i z rozmysłem. Wprawdzie życie moje będzie wywrócone do góry nogami, ale trudno... Pan mówi, że to sierota?
— Wedle wiedzy mego przyjaciela zupełna sierota. Ktoś obcy wsadził ją do wagonu i polecił ludzkiej dobroci. Ostatecznie można byłoby poszukać na tej stacji.
— I tam poszukam. Do widzenia, drogi panie... Jest pan zacnym człowiekiem.
— Pan jest zacniejszym!
— Wobec tego zdaje mi się, że pan dostanie rolę w mojej nowej sztuce — zawołał autor.
— O Boże — rzekł Szot, składając ręce jakby w zachwycie.
Gdy Olszowski wrócił do domu, Basia przyjrzała mu się uważnie i zapytała, nadąsana:
— Gdzie byłeś?
Znakomity autor zaczął jej tłumaczyć długo i szeroko, że chodził po lesie i szukał grzybów.
— Ty coś kłamiesz! — rzekła ona, kręcąc główką. — A gdzie grzyby?
Ponieważ nie mógł znaleźć w kieszeni grzybów, kłamstwo było oczywiste i oto ku swojemu niezmiernemu przerażeniu autor wielu książek mocno się zaczerwienił.
Basia prowadziła „całe gospodarstwo”, więc pan Olszowski, wyszedłszy rano, nie mógł, wróciwszy w południe, poznać swojego domu. To już nie był dom, lecz bigos hultajski: wszystko w nim wędrowało z miejsca na miejsce, każde krzesło łaziło z kąta w kąt, a książki zmieniały miejsce pobytu według uznania dziewczynki. Urwipołeć Michałek nie tylko jej nie przeszkadzał w tym piekielnym zajęciu, lecz znakomicie pomagał. Jego przeraźliwa zuchwałość, zrodzona z uwielbienia dla Basi, doprowadziła do tego, że jednego wieczoru rzekł do swego rodzonego chlebodawcy:
— Mógłby pan trochę wcześniej wracać do domu, bo Basia się gniewa, jak pana długo nie ma...
Pan Olszowski w nagłej furii cisnął w niego trzynastym tomem encyklopedii, ale nie trafił. Nie da się jednak zataić, że nazajutrz wrócił już o zmierzchu i asystował przy układaniu księżniczki Barbary do snu. Ucałowała go mocno, zarzuciwszy rączki na jego szyję, a potem szepnęła mu do ucha:
— Coś ci powiem!
— Co mi powiesz, maleńka?
— Będziemy mówić pacierz.
Znakomity autor wypchnął za drzwi Walentową i rzekł cicho:
— Dobrze, Basieńko. Zmówmy pacierz...
— To uklęknij!
Ukląkł przy jej posłaniu, a ona przy nim. Pan Bóg wychylił się z nieba i nasłuchiwał, uśmiechnięty, jak dziecko gada do niego niezdarnie poplątane słowa — jakąś swoją własną modlitwę, bez ładu i składu108, jakby ptak świergotał.
— Już koniec! — oznajmiła z triumfem Basia. — Możesz wstać.
Ale pan Olszowski jeszcze klęczał i coś szeptał. Od wielu, wielu lat ani nie klęczał, ani nie szeptał, więc pewnie dlatego podniósł się z niejakim trudem.
Również z trudem czynił poszukiwania. Jakoś mu się odechciało... Nie miał zresztą czasu, gdyż obiecał solennie109, złożywszy przed Basią siedemdziesiąt siedem przysiąg, że napisze dla niej prześliczną książeczkę, ale taką „aby była śmieszna, że aż strach!”. Ponieważ nigdy nie pisał takich książeczek, więc szło mu niesporo. Jednak każdego poranka odczytywał jej głośno to, co napisał wieczorem.
Zdawało się, że kilkuset widzów w teatrze nie umiało się tak głośno cieszyć, jak to potrafiła panna Barbara. Skakała i biła brawa, piszcząc z nieludzkiej radości. Rzucała się na szyję poecie, całując go z całej duszy, a on czerwienił się i tak był uradowany, jakby go uwieńczono wieńcem laurowym110. Ta wspaniała ceremonia kończyła się niezmiennie każdego ranka wpadaniem sobie w objęcia i tańcem dokoła pokoju.
Cała kamienica wiedziała, że pan Olszowski przepada za Basią, a Basia żyć nie może bez pana Olszowskiego.
Cudownie czarujący był cały ten miesiąc, tyle już bowiem minęło od owego pamiętnego wieczoru, kiedy Basia odbyła wjazd triumfalny do mieszkania autora. Pan Olszowski myślał ze wstydem o tym, że chciał się pozbyć tego dziecka. Dawno zaprzestał wszelkich poszukiwań i już sobie ułożył, że zamieszka razem z wąsatą ciotką, aby oddać Basię w kobiece ręce — w słusznej obawie, że sam rozpuści ją jak dziadowski bicz111. Z niezmiernym trudem udało mu się jeszcze jako tako ocalić resztki swej powagi i wpadał w pasję, kiedy widział uśmiechy tego draba Michałka; ów baszybuzuk112 śmiał się najwyraźniej w kułak113, słuchając zza drzwi, jak jego sławny pan tłumaczy się przed Basią: a gdzie był, a co robił, a czemu ma zziębnięty nos?
Jasno się zrobiło w życiu pana Olszowskiego. Zdawało mu się, że przez szarzyznę chmur przedarł się złoty promień słońca i lata po jego mieszkaniu. Jakoś mu się teraz lepiej pisało, śmiał się częściej, a tak serdecznie jak nigdy.
Basia siedziała właśnie na jego kolanach i jechała truchtem114 jak na koniu, gdy Michaś wychylił się zza drzwi.
— Czego chcesz, kreaturo? — zapytał go wesoło pan Olszowski. Michaś nie odpowiadał, lecz dawał jakieś nieme znaki.
— Basiu! Michałek stracił mowę! — zawołał autor.
Chłopak powtórzył swoje znaki i mrugnął znacząco.
„Co mu się stało?” — pomyślał pan Olszowski.
— Czego chcesz? — zapytał, wyszedłszy do niego.
Michaś był najwyraźniej poważny i drżącymi rękami podał mu gazetę, bez słowa pokazując w niej jakieś miejsce.
—To Basia! — szepnął zdumiony autor. — Co to jest?
Na fotograficznej odbitce Basia śmiała się śmiechem „z całego serca”, a pod zdjęciem gruby druk wołał czarnym głosem:
„Zginęła pięcioletnia dziewczynka o imieniu Basia. Ktokolwiek wiedziałby coś o niej, proszony jest usilnie o natychmiastowe zgłoszenie się...”.
Gazeta wypadła pisarzowi z rąk. Usłyszał cichy szept chłopaka:
— Czy my ją musimy oddać, proszę pana?
— Nigdy! — krzyknął znakomity autor, jakby nagle obudzony. — Do mnie ją przysłali, u mnie zostanie. Powiedz Walentowej...
— Ona już wie... Stoi z miotłą w bramie, a co się ktoś zbliży, chce go bić. Cały dom już wie! Będzie wojna, proszę pana!
Pan Olszowski nie słyszał, gdyż wpadłszy do pokoju, porwał Basię w objęcia i przycisnął ją do piersi.
— Udusisz mnie, ty wariacie! — resztką tchu krzyknęła dziewczynka.