5. Łowy na grubego zwierza
Pani Tańska miała wprawdzie siedemdziesiąt lat, ale była żywa jak wiewiórka; zawsze się śpieszyła, nigdy jednak nie wiedziała dobrze, dokąd i w jakim celu. Wychodziła z domu i przebiegłszy drobnymi kroczkami połowę ulicy, przystawała nagle i usiłowała sobie przypomnieć, dokąd jej tak śpieszno. Ponieważ nikt jej nie mógł objaśnić, a ona sama najmniej, powracała do domu. Bardzo czcigodna wiercipięta115. Skoro nie można się było z nią dogadać — bo gdy kto do Sasa, ona zawsze do Lasa116 — wtedy wołała płaczliwie:
— Dajcie mi spokój, ja mam przecież siedemdziesiąt lat!
Zupełnie inaczej działo się, gdy staruszka zjadała w chananejskiej117 obfitości potrawy zbyt zawiesiste, pieprzne i korzenne.
— Przecież babcia ma już siedemdziesiąt lat! — wołano ze zgrozą.
— No i co z tego? — wołała obrażona. — Czyż to taki wiek, aby nie można zjeść kawałka baraniny?
Trudno było dogadać się z panią Tańską, „Latającym Holendrem”118, bo ona zawsze miała rację i siedemdziesiąt lat, które wysuwała jak kolce.
Właśnie rozmyślała płocho119 i powiewnie nad tym, dokąd pobiec w jakiejś urojonej sprawie, gdy weszła Marcysia, jedna z najbardziej wymownych osobistości ostatniego stulecia.
— Proszę starszej pani, list przynieśli.
— Jaki list?
— Polecony, do panienki. Już pokwitowałam...
Babka zerwała się z fotela sprężystym ruchem kangura.
— Po coś to brała? Kto wie, co to za list? Może, nie daj Boże, z sądu?
— Gdyby był z sądu, to by go przyniósł policjant. Niech go starsza pani weźmie.
— Nie wezmę, nie chcę! Połóż go na komodzie... Jak myślisz, czy to od mężczyzny czy od kobiety?
Dziewoja120 powąchała list, silnie wietrząc121 jak ogar.
— Trudno poznać... Od mężczyzny pachniałby tytoniem, a od kobiety perfumami. A ten nie pachnie ani tak, ani siak.
Starsza pani spojrzała na list ponuro — jak na wroga, który się chytrze ukrył w kopercie. Nie lubiła listów, nienawidziła depesz122. Licho wie, kto pisze do jej wnuczki? Może to jakaś zasadzka? W tych czasach wszystko możliwe.
Jej ukochana wnuczka Stasia wyjechała na cały miesiąc do rodziców na zapadłą123 wieś na litewskich kresach.
— Może ten list wysłać do panienki? — spytała Marcysia.
— Jeszcze czego! — krzyknęła babka. — Niech sobie leży i czeka. Ma się dziewczyna struć jakąś złą wiadomością, to niech ją to spotka jak najpóźniej.
— A może to oświadczyny?
— Listownie? Czyś oszalała, babo? Ten, co się będzie oświadczał naszej panience, będzie tu, o, tutaj klęczał na obu kolanach i będzie skomleć, bo ja go wezmę na egzamin.
— Będzie miał czarną godzinę — mruknęła Marcysia.
List leżał na komodzie i spał. Powoli zarzucono go gazetami, a wreszcie o nim zapomniano.
Wnuczka pani Tańskiej powróciła po miesiącu i przez dwa dni opowiadała o wszystkim, co się dzieje na wsi. Była to dziewczyna dorodna, smukła, gibka124. Oczy miała przedziwne: ślicznie wykrojone, o orzechowym, złotawym połysku; włosy ciężkie, nieobcięte, bogatym węzłem zwieszające się na kark — musiały być ciężkie, bo miały gorący blask miedzi. Babka patrzyła na nią gorącym spojrzeniem, pełnym wielkiej miłości; ta smagła125 dziewczyna była jej oczkiem w roztrzepanej głowie. Wymogła na jej rodzicach ciężko parających się126 uprawą kawałka piaszczystej ziemi, że wnuczka będzie się chować127 przy niej i że ona wyda ją za mąż. Z tą sprawą wlokło się cokolwiek, pani Tańska bowiem najchętniej wydałaby ją za jakiegoś następcę tronu, jednakże cała dyplomacja bruździła128 zacnej babce i do tego mariażu129 nie doszło. Zwyczajnych, mniej świetnych konkurentów130 staruszka kładła na rozpalonym ruszcie i smażyła ich na piekielnym ogniu, tak że znikali czym prędzej z horyzontu. Każdy był dla jej wnuczki nieodpowiedni, więc panna Stasia ciężko, choć tajemnie, wzdychając, doszła do wieku dwudziestu pięciu lat. Czekała cierpliwie na tego, który się wreszcie spodoba kapryśnej babce. Wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi taki się jeszcze nie narodził.
Panna Stasia ukończyła wyższą szkołę rolniczą i miała kiedyś zająć się uprawą rodzinnej wsi. Na razie uprawiała babkę.
Gdy już zdała sprawozdanie o każdej główce kapusty i o zdrowiu każdego cielaka w majątku rodziców, zapytała od niechcenia:
— Babciu, nie było do mnie jakichś listów?
Babcia wzruszyła ramionami.
— Listów? Skąd do ciebie listy?
Sprzątająca Marcysia natychmiast podchwyciła wątek i wtrąciła:
— Jest list, proszę panienki. Nawet polecony.
— Czy babcia zapomniała? — zapytała wnuczka.
— Moje dziecko, przecież ja mam siedemdziesiąt lat! — z wielką goryczą odrzekła pani Tańska.
Panna Stasia szybko rozdarła kopertę i przebiegła list spojrzeniem.
— Matko Boska! — krzyknęła zduszonym głosem.
— Mówiłam, że jakieś nieszczęście — szepnęła babka. — Marcysiu, wody, prędko, wody, bo panience słabo.
Panna Stanisława oparła się ciężko o stół. Druga ręka, w której trzymała list, nieznośnie drżała.
— Och, babciu — mówiła złamanym, pełnym płaczu głosem.— Czemu mi babcia nie odesłała tego listu?
— Przecież ja mam siedemdziesiąt lat — jęknęła pani Tańska. — Co się stało?
— Stała się straszna rzecz... O Boże, jaka straszna! A ten list leży tu od miesiąca... Och, babciu... Jak mogłaś, jak mogłaś!...
— Co jest w tym liście? Mów prędko!
Panna Stanisława nie mogła jednak mówić prędko. W oczach miała łzy. Była blada i znękana.
— Miałam przyjaciółkę... Helenkę Bzowską...
— Znam ją!
— Znałaś ją, babciu... Wpadła pod pociąg... Jechała z córką... Mam fotografię tego dziecka... I to dziecko... O Boże miłosierny!
— Cóż z nim, mów prędko!
— Helenka miała jeszcze tyle sił i przytomności, że wybłagała, aby dziecko posłać do mnie. Prosi w tym liście, abym oczekiwała na dworcu... A to wszystko działo się przed miesiącem... Gdzie jest teraz to dziecko?
Pani Tańska była widocznie przerażona.
— To straszne... — szepnęła. — Co począć, co począć?
Zerwała się z fotela i zaczęła truchcikiem biegać dokoła pokoju. Nagle przystanęła i krzyknęła gromko131:
— Kto wysłał dziecko pociągiem?
— Żona jakiegoś lekarza... Natalia Budziszowa... List pisze jej mąż.
— Natalia Budziszowa ma rozum w niezupełnym porządku, skoro dziecko wysyła bez opieki. Adres jej jest?
— Jest...
— Piszmy do Natalii Budziszowej. Niech tu natychmiast przyjedzie. Można by zadepeszować, ale jeszcze się przerazi depeszy. A zresztą, pal ją licho! Niech się przerazi. Marcysia! Biegnij na pocztę i powiedz, że to musi być na jednej nodze... Jeszcze nie wszystko stracone. Chociaż mam siedemdziesiąt lat, jeszcze dam radę. Pisz depeszę!
Pani Stanisława, przejęta energią babki, rozgorączkowana i załzawiona, od razu zebrała całą odwagę. Napisała: „PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE TRAGICZNE NIEPOROZUMIENIE PRZYSŁANE DZIECKO PRZEPADŁO”. Sama pobiegła na pocztę.
Do późnej nocy pani Tańska omawiała to okropne zdarzenie.
— Musieli pisać w gazetach o tym wypadku, ale ja przez miesiąc rzadko je czytałam. Babcia nie czytała?
— Przecież ja mam siedemdziesiąt lat... — odparła babka. — Ani nie czytałam, ani nie słyszałam. Powiedz mi jednak, jak to się mogło stać, że dziewczynki nikt do mnie nie przyprowadził! Ten doktor pisze, że jego żona zawiesiła na jej szyi dokładny adres. Czy dziecko zgubiło karteczkę? A gdzie jest ojciec dziewczynki?
— To i o tym babcia nie słyszała? Opowiadałam babci...
— Przecież ja mam siedemdziesiąt... Zresztą wszystko jedno. Gdzie on jest?
— Mąż Helenki był znanym uczonym i wyjechał do jakiejś puszczy w Ameryce Południowej.
— Po co go aż tam zaniosło?
— Trzech ich pojechało na badania, nie wiem dobrze jakie. I o wszystkich trzech słuch zaginął.
— Zginęli?
— Nikt tego nie wie, lecz powszechnie utrzymuje się, że zginęli. Helenka nigdy nie mogła w to uwierzyć... Mieszkała w Gdyni132 i wciąż oczekiwała powrotu męża. Skąd się znalazła na tej stacji, na której ją spotkało nieszczęście, dokąd jechała, o tym wszystkim się dowiemy. A dziecko...
— Nie płacz!
— Muszę płakać. Biedna kobieta miała mnie jedną na świecie, nikogo poza tym — ani rodziców, ani krewnych. Podobno są jacyś, ale we Francji, bo jej matka była Francuzką. O babciu, babciu, jakie to wszystko straszne! Biedna! Biedna Basieńka!
— To dziecko ma na imię Basia? Tak jak ja... — mruknęła pani Tańska. — Może Bóg da, że ją znajdziemy.
Zdaje się, że zrozpaczona pani Tańska musiała się o to modlić długo w nocy, gdyż słychać było jej szepczący głos.
Nazajutrz, około południa, wpadła do jej mieszkania trąba powietrzna.
— Jestem doktorowa Budziszowa! — oznajmiła potężnie. — Co się stało?
— Nieszczęście! — rzekła pani Tańska.
Pani doktorowa, usłyszawszy o całej tragedii, chwyciła się rękoma za głowę.
— To pani wszystkiemu jest winna! — krzyknęła, dla wszelkiej pewności wskazując palcem nieszczęsną babkę.
— Przecież ja mam siedemdziesiąt lat... — zakwiliła133 pani Tańska.
— Tym bardziej jest pani winna. Od osoby w pani wieku można by oczekiwać odrobiny rozsądku.
— A pani ile ma lat?
— Czterdzieści dwa... Co to ma do rzeczy?
— To, że gdybym ja miała czterdzieści dwa lata, nie wysłałabym małego dziecka samego do Warszawy. Chyba że w dzieciństwie upadłabym ze schodów na głowę.
— Słusznie — rzekła pani Budziszowa ponuro. — Ale mój mąż...
— Niech panie dadzą spokój tym latom — mówiła panna Stanisława. — Radźmy, co robić, aby odnaleźć dziecko. Co pani napisała na kartce?
— To, co mój mąż zanotował: „Do panny Stanisławy Olszańskiej, Warszawa, ulica Zielna134 15”. Wprawdzie mój mąż napisał potem na swojej notatce receptę jakiemuś bałwanowi, ale ja miałam ten adres wyryty w duszy. Czy się zgadza?
— Wszystko się zgadza, a dziewczynki nie ma.
— Ktoś ją porwał, nic innego, tylko ktoś ją porwał.
— Cyganie135... — podszepnęła babka.
— Jacy Cyganie? Porwał ją ktoś na dworcu albo na ulicy, albo... Czekajcie! W przedziale siedział taki jeden, co trochę wyglądał na zbója. Były tam dwie bardzo przyzwoite panie i on. Musiałam stracić rozum, że tego nie zauważyłam od razu! Albo kat, albo morderca...
— Ja myślę — mówiła panna Stanisława — że dziewczynka wyszła na ulicę, ktoś się nią zajął i teraz sam nie wie, co z nią począć. Chociaż i w to trudno uwierzyć, gdyż albo dałby znać policji, albo ogłosił w gazetach.
Czyniono wszystkie prawdopodobne przypuszczenia i rozważano setki możliwości. Po dręczącej, kilkugodzinnej naradzie uchwalono: ogłosić w gazetach wiadomość o dziwnej zgubie i dołączyć do informacji zdjęcie Basi.
— Dziecko moje... — szepnęła pani Budziszowa, patrząc na fotografię.
Pani Tańska i jej wnuczka milczały, bardzo wzruszone.
Nagle pani doktorowa krzyknęła wielkim głosem:
— Znajdę ją, choćby pod ziemią!
Pani Tańska, ujęta tym zapałem, przebaczyła jej serdecznie ciężką uwagę o „odrobinie rozsądku”.
— Niech pani liczy i na mnie! — rzekła gorąco.
Ziemia, usłyszawszy, że trzy dzielne kobiety będą ją wywracały do góry nogami w poszukiwaniu Basi, cokolwiek struchlała. Najbardziej zdawała się lękać pani doktorowej, która oświadczyła, mocno uderzając się w piersi:
— Moja wina, że już dawno tutaj nie przyjechałam. Dziwne to było, że nie miałam od pani żadnej wiadomości, co mi nie dawało spać. Poza tym miałam przeczucia, złe i bolesne przeczucia. Zdawało mi się nieraz, że Basia nawołuje mnie rozdzierającym głosem. Ale cóż? Mąż mnie wyśmiał...
— Mężczyźni nie powinni mieć nic do gadania w takich delikatnych sprawach — rzekła głucho babka.
— Ale teraz ja będę miała do pogadania z mężczyzną — powiedziała pani doktorowa powoli i dobitnie.
Zdawało się, że jedno jej słowo tak się ostrzy na drugim jak nóż na nożu.
Zamieszkała u pani Tańskiej, która była kobietą dość zamożną, a ponieważ potrzeba jej było ruchu, miała obszerne mieszkanie. Tam z wielkim niepokojem oczekiwały odpowiedzi na ogłoszenie.
Już nazajutrz przyleciała pierwsza jaskółka, dama w czerwonym kapeluszu, i opowiedziała ponurą historię o jakimś Herodzie, który głośno zgrzytał zębami i naigrawał się z czegoś.
— I pani pozwoliła mu zabrać dziecko? — zapytała stalowym głosem pani Budziszowa.
— Któż mógł wiedzieć, co się stanie? — odparł czerwony kapelusz. — Przecież pani powiedziała osobiście i wyraźnie, że na dworcu zgłosi się ktoś po dziewczynkę.
Pani doktorowa spojrzała na nią spode łba.
— I cóż z tego? Pani jest kobietą czy pani nią nie jest?
— Jak pani widzi! Wąsów nie mam...
— Więc mogła pani lepiej pilnować dziecka, kierując się matczynym uczuciem! Zresztą nie ma o czym mówić... Poznałaby pani tego łotra?
— W każdej chwili. Takiej złodziejskiej gęby zapomnieć nie można...
— Znajdziemy go! — krzyknęła doktorowa, potrząsając słowami jak ciężkimi kajdankami.
Kapelusz zielony, który przybiegł w dwie godziny później, potwierdził sprawozdanie czerwonego i obiecał, że po schwytaniu porywacza dzieci zgłosi się natychmiast jako świadek wyrafinowanej zbrodni.
Cała sztuka w tym, aby schwytać zbrodniarza. Jednak powiadomione o wszystkim władze nie mogły sobie przypomnieć jego istnienia. Zdjęcia jego twarzy nie było w zbiorze podobizn słynnych przestępców. Trzeba było szukać na własną rękę. Babka Barbara ułożyła plan, a panna Stasia i doktorowa przebiegały miasto we wszystkich kierunkach. Panna Stanisława nie widziała nigdy zbójcy, więc w roli adiutantów136 krążyły z nią po mieście oba kolorowe kapelusze. Rozsrożone panie przeszukiwały ogrody i parki, zaglądając w twarz każdej dziewczynce, i odwiedziły wszystkie przytułki dla dzieci. Nigdzie nie było śladu Basi.
Pani doktorowa, odbywając w pojedynkę łowy na grubego zwierza i mało mając nadziei na spotkanie dziewczynki, patrzyła bystrym, choć czarnym wzrokiem we wszystkie męskie twarze. Cofał się niejeden mąż, nagle zalękły, poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie nieznajomej damy. Inni okazywali wielkie zdumienie, widząc, że ta, obejrzawszy ich uważnie, odchodziła z gniewem i z niedźwiedzim pomrukiem. Doktorowej przyszło na myśl, że może szuka nadaremnie, gdyż człowiek z twarzą zbrodniarza musiał zapewne już zostać powieszony albo zamknięty w więzieniu. Ożywiła ją resztka nadziei, że ze straszliwą chytrością ocyganił sprawiedliwość i że się sprytnie ukrywa.
Jednak pewnego dnia serce w niej na moment zamarło, a radość odjęła jej mowę — ale też na bardzo krótko. Na przystanku tramwajowym, w pełnym świetle słońca, obrażając świat swoim widokiem, stał zbrodniarz. Pani doktorowa, uciszywszy rozdygotane serce, zaczęła skradać się ku niemu ruchami pantery. Jednym skokiem znalazła się tuż obok, chwyciła go za kołnierz i rozdzierającym głosem zaczęła krzyczeć:
— Ratunku! Na pomoc! Ratunku!
Zdumieli się dobrzy ludzie, nie mogąc pojąć, dlaczego woła o ratunek ktoś, kto nie jest napastowany. Zrobiło się zbiegowisko i patrzyło z przejęciem na ponurą twarz człowieka, który — niebotycznie zdumiony — usiłował wydobyć się z drapieżnych szponów.
— Czego pani chce ode mnie? — ryknął wreszcie pan Antoni Walicki.
— Dziecko! Gdzie jest dziecko? Gadaj pan natychmiast albo pana uduszę! — z krzykliwym, lecz głębokim przekonaniem zagroziła mu doktorowa.
— Zamordował dziecko... Dziecko zamordował... — zaszemrało zbiegowisko.
— Z gęby widać, że to morderca!
— Policja! Policja!
— Gdzie dziecko? — zduszonym głosem pytała pani Budziszowa.
Biedny aktor, widząc, że zanim zdoła wyjaśnić całą historię, zostanie ciężko pobity przez tłum, mówił szybko:
— Dziecko jest zdrowe i bezpieczne... Niech pani nie robi awantur, to powiem... Chodźmy stąd!
Pani Budziszowa, zastanowiwszy się, rzekła:
— Dobrze!... Niech pan nie próbuje uciekać!... Trzymam pana za rękaw!
Aktor opuścił czym prędzej gorące miejsce, ciągnąc za sobą wczepioną w jego rękaw doktorową. Zatrzymała ona przejeżdżające auto i wtłoczyła w nie Walickiego jak pakunek.
— Dokąd mnie pani wiezie? — zapytał ze zgrzytaniem.
— To nie pańska sprawa!
Po niejakim czasie pan Walicki został postawiony przed sądem, któremu przewodniczyła babka. Panna Stanisława patrzyła na niego ze strachem, oba kapelusze z abominacją137 i ze zwycięskim uśmiechem. Doktorowa była prokuratorem.
Rozprawa trwała krótko. Pan Walicki miał przez chwilę wrażenie, że znajduje się na scenie naprzeciw licznych widzów. Zabił spojrzeniem dwa kapelusze, na babkę zerknął ciekawie, na pannę Stanisławę z wielką sympatią, a czarnym wzrokiem na Budziszową. Objaśniony jej suchym jak pieprz głosem, dlaczego został wzięty w jasyr138, opowiedział o wszystkim.
— Te panie — mówił, wskazując lewym okiem na kapelusz czerwony, a prawym na zielony — pozostawiły dziecko bez opieki, więc ja się nim zająłem.
— Ach, to tak? — rzekła Budziszowa głucho.
— To nieporozumienie! — szepnęły boleśnie kapelusze.
— Panie zapewne są bardzo zajęte — wtrąciła babka. — Dziękuję paniom za pomoc w poszukiwaniach, ale nie możemy jej nadużywać. Żegnam panie!
Oba kapelusze wycofały się, uśmiechając się lekceważąco.
— Pani doskonale grałaby stare hrabiny! — rzekł z uznaniem Walicki.
Babcia usiłowała zarumienić się z wielkiego ukontentowania139 i skromnie przymknęła oczęta.
— Gadaj pan dalej! — krzyknęła Budziszowa.
Walicki barwnie wygłosił wielką opowieść o mleku i zamazanym adresie, o przenikliwych poszukiwaniach i o nieporównanej bystrości swego przyjaciela.
— Odczytaliśmy adres z największym trudem, bo zostało z niego zaledwie kilka liter. Muszą panie przyznać, że w pewnym sensie mój przyjaciel jest geniuszem.
— Pański przyjaciel jest kretynem — poprawiła Budziszowa. — Narobiliście bigosu140, jakiego świat nie widział. Kto to jest ten pan Olszowski?
— Gdyby pani znała literaturę ojczystą — odrzekł Walicki twardo i hardo141 — wiedziałaby pani, że to znakomity autor. Trudno jednakże żądać od kogoś, kto pisze ważne dokumenty ołówkiem chemicznym...
Na szczęście babka wdała się w tę sprawę i ugasiła pożar.
— Panie drogi! — rzekła. — Jest pan zacnym człowiekiem, chociaż stroi pan takie miny, jak gdyby pan zjadał dzieci na surowo. Zrobiło się trochę zamieszania, ale nie pan jest temu winien... Wszyscy jesteśmy winni, pan najmniej. Dziecko odbierzemy, a pan nas czasem odwiedzi, aby zobaczyć Basię. Nawet dzisiaj zostanie pan na obiedzie... Dobrze?
— Zależy, jaki obiad — odrzekł aktor ponuro. — Ja lubię jeść tłusto. I w spokoju! — dodał groźnie, spojrzawszy na doktorową.
Pani Budziszowa jednak była tak szczęśliwa, że aż osłabła. Usiłowała nawet uśmiechnąć się do Walickiego.
— Kto by to pomyślał! — rzekła z łagodnym uznaniem. — Gęba złodziejska, a serce dobre!
— Pan mi się bardzo podoba! — rzekła babka szybko, usłyszawszy lekkie zgrzytanie zębów.
Walicki spojrzał na nią podejrzliwie i zapytał niespodziewanie:
— Czy to obelga142, szanowna pani?
— Broń Boże! — mówiła pani Tańska gorąco. — Tylko pan jest bardzo podobny do mojego nieboszczyka męża.
Budziszowa przerwała te słodkie rozmowy machnięciem ręki.
— Jedno mnie dziwi — rzekła w zamyśleniu. — Czy ten pan Olszowski nie czyta gazet? Czy nie widział fotografii Basi?
— Możliwe — rzekł Walicki ponuro. — Literat czyta tylko to, co o nim napisali.
— W tym coś jest... — mówiła doktorowa sama do siebie.
Nagle zwróciła się do Walickiego:
— Panie? Czy pan przypadkiem nie zełgał143 wszystkiego?
Pan Walicki obejrzał się gwałtownie, jak gdyby szukając jakiegoś ciężkiego przedmiotu, aby zabić okropną istotę. Niczego w tym rodzaju nie było w pobliżu — tylko fortepian — więc wydał z siebie głos tak straszliwy, że babka cofnęła się z fotelem.
6. Nowy sąd Salomona144
Walicki stał przed Szotem i wwiercał w niego spojrzenie jak korkociąg; w jego oczach był bezmiar pogardy.
— Przez ciebie — mówił — omal nie skręcono mi karku. Przez ciebie stałem się pośmiewiskiem narodów. Przez ciebie zostałem sponiewierany. Ty marny Sherlocku Holmesie145, ty detektywie od czternastu boleści146, ty zakuta pało!
— Ha! — krzyknął w całym znaczeniu tego słowa zdumiony przyjaciel.
— Słusznie wstyd pali twoją bałwaniastą duszę. Coś ty odczytał na kartce?
— To, co na niej było napisane — odrzekł Szot zuchwale. — „Stanisław Olszowski, Chmielna 15”.
— Przeczytałeś: Stanisław? A wiesz, co to było, mandrylu147 afrykański? Tam było napisane: „Stanisławy”.
— Czy to być może?
— Teraz dalej. Przeczytałeś: Olszowski. Wtedy zapytałem się ciebie roztropnie, czy nie ma tam jeszcze czegoś po „i”? Dwa razy pytałem...
— Nieprawda! Tylko raz...
— Powiedziałeś, że niczego nie ma, a tam coś było. Były dwie litery: „ej”. Razem: „Do panny Stanisławy Olszańskiej”. Zniekształciłeś podstępnie piękną i miłą kobietę. A ulica wcale nie była „Chmielna”, tylko „Zielna”. Na kolana, magocie148 amerykański, i skomlij o przebaczenie.
— A to ci heca! — zdumiał się Szot.
Zdumiał się jeszcze bardziej, kiedy mu Walicki opowiedział wszystko ze szczegółami.
— I co teraz będzie? — zapytał.
— Będzie to, co być musi. Damska armia zorganizuje dziś wyprawę na Olszowskiego i odbierze mu dziewczynkę. Generałem tego wojska będzie babcia, której na imię Barbara, a wątpię, czy wiesz o tym, niedokładnie ochrzczony poganinie, że święta Barbara149 jest patronką ciężkiej artylerii. Olszowskiemu będzie gorąco!
— A jeżeli — zapytał Szot niepewnie — on nie zechce oddać dziecka? Coś słyszałem, że się zadurzył150 w nim na amen!
— Nie odda? Trzem kobietom? — usiłował zaśmiać się Walicki. — Człowieku! Jedna z nich chwyciła mnie za kark, a ja myślałem, że mi kręgosłup trzaśnie jak zapałka.
Szot zamyślił się.
— Wiesz co, Antosiu? — mówił z wahaniem. — Ja pobiegnę do Olszowskiego.
— Po co?
– Uprzedzę go... To zacne chłopisko... No i obiecał mi rolę... Ty nie pójdziesz?
— Nigdy! — ryknął Walicki. — Ja mam dość. Ty nie znasz pani doktorowej.
Szot zakręcił się na pięcie i przepadł.
Łatwiej było dostać się do oblężonej twierdzy niż do mieszkania Olszowskiego. Bramy strzegła Walentowa. Jeden rzut oka na tę rycerską postać wzbudziłby śmiałą myśl w każdym historyku, że Troja151 nie zostałaby zburzona, gdyby zamiast starożytnych bohaterów strzegła jej bram zawzięta, stuoka152 pani Walentowa. Mucha nie mogła przelecieć niezauważona. Dzielna kobieta spoglądała podejrzliwie nawet na listonosza, wietrząc, czy nie jest on chytrze przebranym napastnikiem. Nic dziwnego zatem, że Szota przyjęła spojrzeniem tak parzącym jak pokrzywa; dopiero gdy ten przysiągł, że jest sprzymierzeńcem i nadciąga z pomocą, Walentowa po porozumieniu się z panem Olszowskim wpuściła go niechętnie do twierdzy.
— Przyjdą niedługo! — szepnął Szot panu Olszowskiemu.
Wyjaśnił mu, jak z „panny Olszańskiej” wykoncypował153 błędnie „pana Olszowskiego”, i zapowiedział najście pani Tańskiej i pani Budziszowej.
— To wszystko nic mnie nie obchodzi! — rzekł w podnieceniu pan Olszowski. — Niech udowodnią, że na kartce napisany był adres tamtej pani.
— Doktorowa potwierdzi — zauważył Szot.
Olszowski wiedział, że jego prawa do dziecka, oparte na pomyłce, są żadne. Rozum mówił mu roztropnie, że nie ma rady i że Basię trzeba będzie oddać, lecz serce buntowało się gwałtownie. W sercu tym Basia rozparła się w pełnej chwale. Olszowski przylgnął do złotej dziewczynki i drżał na myśl, że mu ją odbiorą.
— Basia jest zupełną sierotą — pocieszał się skwapliwie — a ta jakaś panna Stanisława Olszańska nie jest krewną. Nie posiada żadnych praw do dziewczynki... Wprawdzie matka Basi ją prosiła o opiekę, ale tak twierdzi jedynie pani doktorowa... Nie ma żadnego dokumentu, stwierdzającego to ponad wszelką wątpliwość. Ho, ho! To tak łatwo nie pójdzie! Będę walczył... Będę walczył! — krzyknął głośno, spojrzawszy na Basię, rozbawioną i szczęśliwą.
Dziewczynka czuła się w tym domu jak w siódmym niebie. Opiekowano się nią jak królewną, wszystko było na jej zawołanie. Znoszono jej lalki i książeczki z obrazkami, słodycze i fatałaszki. Jej najbardziej fantastyczne rozkazy spełniano z radością. Ponieważ wyraziła głośne i namiętne uznanie jakiemuś kundlowi widzianemu na ulicy, już nazajutrz kupił jej wujcio pieska, małego foksteriera, noszącego dziwaczne imię Kibic. Było to indywiduum154 zmyślne i dotknięte obłędem radości. Już w wieku ośmiu miesięcy zdradzał niepospolity spryt urwipołcia. Czarnymi paciorkami mądrych ślepiów spenetrował od razu wszystko i znał wybornie sztukę wykradania rzeczy smakowitych. Kierując się wielką przemyślnością, pojął bez dłuższych namysłów, że jedyną istotą ważną w tym domu jest Basia; że pan Olszowski jest u niej pod pantoflem155, a z Michałkiem bardzo liczyć się nie trzeba. Wobec tego Basi „przysiągł miłość, szacunek i posłuszeństwo bez granic”, poza tym gotowość stoczenia w jej obronie walki na śmierć i życie z najpotężniejszym wrogiem. Ponieważ żaden potężny wróg dotąd się nie zjawił, Kibic zaprawiał swego rycerskiego ducha we wrzaskliwym oszczekiwaniu szafy i pieca, dwóch nieczułych bałwanów. Na każdy odgłos jeżył włosy na karku, aby w ten sposób przerazić cały świat. Nie robiło to najmniejszego wrażenia na Basi, która tego straszliwca miętosiła na wszelkie możliwe sposoby, jej jednak wolno było wszystko. Na jej cześć Kibic wywijał czasem wspaniały „taniec ogona”, który polegał na zawrotnym kręceniu się w kółko i chwytaniu zębami tej krótko obciętej psiej ozdoby. Wrzask psiaka i obłąkane, radosne okrzyki Basi tworzyły orkiestrę wręcz jerychońską156, gdyż mury drżały. Kibic wałęsał się za dziewczynką jak cień; w metodzie tej było wiele miłości, ale i wiele sprytnego wyrachowania, dość często bowiem zdarzało się, ze Basia miała w rączce czekoladę. Po krótkiej chwili Kibic umiał ją wycyganić w sposób oburzający. Był to wyjątkowy obwieś157 i zapowiadało się, że w najbliższej przyszłości wyrośnie na zbrodniczą znakomitość. Tymczasem wprawiał się w swoim rzemiośle, rozdzierając puchowe poduszki i gryząc dywany oraz pantofle. Sprawiedliwie należy przyznać, że lalki Basi tarmosił na jej wyraźne żądanie, oboje bowiem chcieli dojść koniecznie, co każda z nich ukrywa w swoim wnętrzu. Każda cierpiała też na „rozdarcie brzucha”.
Szczęście Basi było w tych warunkach całkowite i doskonałe. Dzień był pełen śmiechu i radości, a kończył się długą i bardzo złożoną ceremonią udawania się na spoczynek. Tylko wujcio posiadał przywilej układania księżniczki do snu. Musiał siedzieć przy niej i trzymać jej rączki w swojej ręce, przemawiając pieszczotliwie i obiecując na następny dzień niezmierne, dotąd nie widziane, rozkoszne awantury. Gdy Basia łaskawie usnęła, pan Olszowski odchodził na palcach, a na straży pozostawał Kibic, gotów do zrobienia piekielnego hałasu, gdyby ktoś zbliżył się do najjaśniejszej panny Barbary.
W niezmąconą, jasną pogodę tego żywota musiało wkraść się coś chmurnego, gdyż wujcio Olszowski od kilku dni stracił ochotę do zabawy. Michałek siedzi cicho, w kuchni też jest jakoś dziwnie. Jeden Kibic machnął krótkim ogonkiem na wszystkie tajemnicze sprawy tego świata i wśród namiętnej żądzy przygód, oszalały wiercipięta, umoczył nosek w kałamarzu158 pana Olszowskiego, co Basię doprowadziło do „pękania ze śmiechu”.
Zdumiona jest cokolwiek, że wujcio nie zdradza ochoty do takiej samej reakcji. Przyszedł do niego jakiś pan, którego sobie Basia mętnie przypomina, i obaj bardzo żywo o czymś rozprawiają. Ponieważ jest to grubym nietaktem z ich strony, więc Basia usiłuje się obrazić, a Kibic wrzaskliwie daje wszystkim obecnym do zrozumienia, że nie należy tajemniczo szeptać, skoro w towarzystwie znajduje się dama.
Nagle pan Olszowski chwyta Basię, podnosi ją w górę i tuli w ramionach.
— Basieńko! — rzekł. — Czy bardzo kochasz wujcia?
Czułe serce Basi nie umie chować w sobie zawziętości, więc dziewczynka przytuliła się do swojego najukochańszego wujcia i tak go ściskała, tak ściskała, że temu dorosłemu panu wycisnęła jakąś wilgoć z oczu.
Szot patrzył wzruszony i uśmiechał się rzewnie.
— Nie dam cię, nie dam cię, maleńka! — szepnął gorąco pan Olszowski.
W tej chwili spojrzał zalękły w stronę drzwi. Obaj zaczęli nasłuchiwać.
Na schodach słychać było jakiś niezwykły tumult159 i rejwach160. Najpierw zagrzmiał wielki głos Walentowej jak ryk gadającej basem armaty. Odpowiedziały mu trzy inne, cokolwiek cieńsze wprawdzie, lecz szybkostrzelne. Początkowo brzmiały z osobna, potem związały się razem i splątały w nieharmonijny chór. Znowu ochrypły bas przykrył je i stłumił, jakby ktoś na tryskającą licznymi strugami fontannę położył ciężki kamień, lecz napór głosów był tak silny, że solo161 dzielnej pani Walentowej zaczęło chwiać się, słabnąć i konać jak zamierające echo. Zgiełk nie ustawał. Musiano tam na schodach grozić sobie zadawaniem mąk i gwałtowną śmiercią, trudno bowiem było przypuścić, że w ten namiętny sposób rozmawiano o pogodzie.
— Przyszli! — jęknął Olszowski.
— Kto to przyszedł? — zapytała Basia z nagłym zainteresowaniem.
— Słuchaj, Basieńko... To po ciebie przyszli... Nie rozumiesz, ale to wszystko jedno... Powiedz mi tylko... Zastanów się i powiedz: czy chcesz odejść od wujcia?
— Nie chcę! — z należytą energią oświadczyła Basia.
— Basiu, zrozum, jeśli cię zapytają, czy chcesz odejść, co powiesz?
Dziewczynka długo gryzła to pytanie jak gorzką czekoladę i nie wiedząc, co ma odpowiedzieć, zaczęła całować twarz pana Olszowskiego.
— I ja mam oddać to dziecko? — krzyknął on. — Czy pan widzi, jak ona mnie kocha?
— Widzę — odrzekł cicho Szot. — Ale jej nie będą pytali...
W tej chwili do pokoju wśliznął się blady ze wzruszenia Michałek, który stał na straży na wysuniętej placówce162.
— Już są pod drzwiami — oznajmił szeptem. — Walentowa nie dała rady, bo są trzy. Trzem babom nie poradzi... Co robić, proszę pana?
— Weź Basię, ukryj się z nią w gabinecie i ani mru-mru... Nie! Czekaj... Ja tracę głowę, panie Szot... Niech pan idzie z dzieckiem... Michałek będzie strzegł drzwi.
— Czy pan myśli się bronić? — zapytał Szot gorączkowo.
— A co? Będę się bronił! — krzyknął Olszowski. — To przecież napad!
— Ja nie śmiem radzić, panie autorze, ale może będzie lepiej, jeśli się wszystko odbędzie bez głośnej awantury. Skandal panu nie pomoże, a drogą traktatów163 może da się cokolwiek uzyskać. O, dzwonek!...
Chwycił Basię i znikł za drzwiami. Kibic wahał się przez chwilę, czy szukać zaczepki z tym kimś na zewnątrz czy wziąć udział w ucieczce swojej pani. Drzwi jednak już się za nią zamknęły, a nikt nie pomyślał o ich otwarciu; wobec tego zawył przeciągle, rozdzierająco cienkim skowytem, pełnym niewysłowionej żałości i poczucia krzywdy. Głos ten musiał przyprawić o gniew wrogą armię, czekającą za drzwiami na ich otwarcie. Jak nieprzyjaciel, nie otrzymawszy odpowiedzi na wezwanie do poddania twierdzy, zaczyna taranami164 szturmować165 jej bramy, tak poczynali sobie też najeźdźcy. Ponieważ było mało prawdopodobne, aby przywlekli ze sobą tarany i wieże oblężnicze166, należało przypuścić, że hetman167 ich tłucze o drzwi pięściami, odgłosy bowiem były dudniące.
Michałek zerknął w rozpaczy na swego pana, a ten spojrzał bladym wzrokiem na chłopaka.
— Rozbiją drzwi! — szepnął Michałek ze zgrozą. — Niech pan krzyknie, aby poszły precz!
Pan Olszowski, zrozumiawszy, że Szot miał wiele słuszności, doradzając unikanie głośnej awantury, myślał przez chwilę, a potem rozkazał z rezygnacją:
— Otwórz, Michałku!
Chłopak, jak wierny żołnierz, dzielący nieszczęsny los dowódcy, podszedł ze spuszczoną głową spełnić rozkaz.
Przez otwartą bramę twierdzy wtargnęła burza: na czele dreptała szybkimi kroczkami babka, wódz zastępu. „Z racji wieku i urzędu ten zaszczyt jej się należy”. Za nią maszerowała twardym krokiem pani Budziszowa. Mówiono kiedyś, że „Trawa nie porośnie tam, gdzie uderzył kopytem koń tatarski”168. Gdyby na posadzce mogła wyróść trawa, marny byłby jej los po przejściu pani Budziszowej. Panna Stanisława szła w straży tylnej — najcichsza ze wszystkich i jakby zalękniona.
Olszowski stał na środku pokoju, na oko spokojny, lecz z burzą w sercu. Był blady i dość ciężko oddychał. Jako człowiek wytworny nawet wobec wroga, pochylił głowę w ukłonie i rzekł głosem wprawdzie mało serdecznym, lecz pełnym szacunku:
— Witam panie! Chociaż jestem zdziwiony...
— Ładnie nas pan wita — rzekła babka z przekąsem. — Najpierw jakaś koszmarna czarownica napada nas w bramie z miotłą w ręku, potem każą nam czekać przy drzwiach, a teraz namówił pan tego kundla, by wył.
— Michałku, zabierz psa! — zawołał Olszowski. — Czym mogę paniom służyć? Nie ukrywam, że jestem nieco zdziwiony tą nagłą wizytą.
—Tere-fere! — krzyknęła Budziszowa. — Konfitury pięknych słówek może pan sobie darować. Mów pan prędko: gdzie jest dziecko? Gdzie jest Basia?
— Basia jest u mnie — rzekł twardo Olszowski. — I pozostanie u mnie!
Doktorowa chciała krzyknąć, ale ją „zatkało”. Podniosła jedynie obie ręce w górę na znak przeraźliwego oburzenia i spojrzała na babkę. Pani Tańska przyglądała się przez długą chwilę Olszowskiemu i rzekła spokojnie:
— O tym dopiero pogadamy, ale na siedząco. Chyba pozwoli pan usiąść starej babinie, skoro nie udało się panu zgładzić jej przy pomocy tej czarownicy z miotłą?
Olszowski czym prędzej podsunął jej krzesło i szerokim gestem zaprosił resztę armii do zajęcia miejsca. Panna Stanisława usiadła, doktorowa wolała pozostać w stojącej gotowości do boju.
— Dlaczego pan chce zatrzymać dziecko? — zapytała pani Tańska.
— Bo je kocham! — odrzekł gwałtownie znakomity pisarz.
— Kocha je pan? To bardzo ładnie... Nie każdy mężczyzna jest potworem, czasem zdarzy się taki jak pan. Cóż z tego jednak? Dziecko dostało się do pana przez pomyłkę...
— Nic o tym nie wiem. Proszę szanownej pani... Oto tu jest kartka...
— Ja ją pisałam! — zawołała Budziszowa, odzyskawszy głos.
— Być może, lecz na tej kartce można odczytać wyraźnie mój adres!
— Niech pan nie udaje głupiego — mówiła doktorowa. — I pan wie, i my wiemy, w jaki sposób nazwisko „Olszańska” zostało przerobione na „Olszowskiego”. Niech pani babcia zwróci temu panu uwagę...
— Ja zwracam panu uwagę — rzekła babcia — że jeżeli ten kundel nie przestanie wyć za drzwiami, to się stanie nieszczęście. Poza tym myślę, że pan jest rozumnym człowiekiem. Podobno pisze pan książki. Wprawdzie żadnej z nich nie czytałam, bo ja mam siedemdziesiąt lat i tych waszych nowoczesnych hokus-pokus nie rozumiem, ale przypuszczam, że do napisania najgłupszej książki trzeba mieć odrobinę oleju w głowie. Moja wnuczka — mówiła, wskazując laską pannę Stanisławę — opowiada, że pańskie książki są bardzo piękne.
— Ależ, babciu...
— Mówiłaś, więc się nie zapieraj. Wspominam o tym dlatego, że jeżeli ten pan potrafi pisać mądre książki, w takim razie będzie miał też dość rozumu, aby oddać dziecko, które do niego nie należy. Basia została powierzona mojej wnuczce.
Pan Olszowski spojrzał szybko na śliczną panienkę, która skinęła głową, aby stwierdzić, że najsłodszy miód prawdy spływa z ust jej babki.
— To dziecko — rzekła cicho panna Stanisława — jest dzieckiem mojej najwierniejszej przyjaciółki i jedynie ja mam obowiązek otoczenia go opieką. Niech pan nie czyni trudności... Jestem wzruszona pańskim przywiązaniem do Basi, sam pan jednak przyzna, że jako mężczyzna nie będzie pan umiał jej wychować...
— Nauczy ją palić cygara i pić wódkę! — wtrąciła ironicznie pani Budziszowa. — A gdy mu ta zabawa spowszednieje169, wyrzuci dziecko na mróz.
Olszowski spojrzał na nią chmurnie, ale czym prędzej zwrócił się do panny Stanisławy.
— Wychowanie tego dziecka powierzę mojej ciotce — rzekł spokojnie. — Może pani być pewna, że Basi nigdzie nie będzie lepiej niż u mnie.
Pani Tańska uderzyła laską o podłogę.
— Więc pan dziecka nie odda?
— Nie mogę, szanowna pani.
— Tak?! — krzyknęła doktorowa. I nabrawszy w płuca powietrza, wydała z siebie głos donośny i potężny:
— Basiu! Basiu! Chodź tutaj! Ciocia przyszła!
Odpowiedział jej pisk za drzwiami. Zanim Szot, nasłuchujący odgłosów burzy, zdołał powstrzymać dziewczynkę, Basia pchnęła drzwi i stanęła w nich, mocno zaciekawiona.
— Jest, jest! — wołała doktorowa i wyciągnęła ku niej ręce. — O Basieńko!
Czy głos pani Budziszowej był zbyt donośny i gruby, czy też obecność nieznanych osób przestraszyła dziecko — tego dojść niepodobna. Dość, że Basia pędem podbiegła do Olszowskiego i schroniła się w jego ramionach.
— Oto jest odpowiedź Basi! — zawołał Olszowski triumfalnie.
— Nie poznajesz mnie, dziecinko? — zapytała najsłodszym głosem Budziszowa. — To ja, ciocia!
Basia spojrzała kącikiem ocząt, nie zdoławszy zaś odszukać w pamięci wizerunku tej dziwnej pani, objęła rączką szyję swojego obrońcy i przytuliła twarz do jego twarzy.
— Otumanił niewinne dziecko — rzekła doktorowa z rozpaczą. — Nie ma innej rady, proszę pani babci, tylko trzeba iść po policję.
Babka nie odpowiadała, patrząc z tajemniczą zadumą na tego miłego pana i na śliczne dziecko, serdecznie się do niego tulące.
— Czymże pan ją karmi? — zapytała ku powszechnemu zdumieniu.
Olszowski spojrzał na panią Tańską życzliwie i szybko zaczął wymieniać przedziwne nazwy potraw.
— Za wiele słodyczy, ale na ogół dobrze — oświadczyła babka.
— Kupiłem sobie podręcznik o karmieniu dzieci! — zawołał Olszowski. — Zresztą Walentowa...
— To ta z miotłą? Rozumiem... Ale na dłuższą metę wychowanie będzie chodziło obłąkanymi drogami. Któregoś dnia ta dama z miotłą nakarmi dziecko baraniną w kapuście i trzeba będzie wołać doktora. Niech pan pomyśli o tym, co będzie dalej.
— Mówiłem już... Moja ciotka...
— Czy to panna?
— Tak, proszę pani.
— A skądże panna może znać się na chowaniu dzieci?
— Jeśli jestem dobrze poinformowany, wnuczka szanownej pani też jest panną.
— Tak, ale ja jestem babką! Ja własnego tałatajstwa170 wychowałam siedmioro — zawołała pani Tańska. — Wychowam i tego bąka171.
Olszowski zrozumiał, że w łaskawym zainteresowaniu czcigodnej matrony172 mieści się wiele chytrości. Chciała go opleść pajęczyną i chwycić Basię jak muchę.
— Być może — rzekł posępnie. — Ale ja dziecka nie oddam.
— Chodźmy po policję! — krzyknęła doktorowa. — To wariat! Basiu, pójdziesz z ciocią?
— Nie pójdę! — oznajmiła Basia spoza głowy Olszowskiego. Trzy kobiety zaczęły spoglądać na siebie bezradnie, wreszcie pani Tańska powiedziała:
— Czy pan pozwoli, abyśmy się naradziły w przyległym pokoju?
Nie czekając na odpowiedź, wskazała laską swojej armii drzwi na lewo. Olszowski został sam z Basią w ramionach i tulił ją przez chwilę gorąco do piersi. Potem zawołał ściszonym głosem:
— Panie Szot!
— Wyrwała mi się... — zaczął aktor.
— Niech ją pan weźmie i lepiej pilnuje. Te panie naradzają się.
Czekał cierpliwie przez pół godziny, nasłuchując zmąconych głosów damskiego sejmu. Narady musiały być burzliwe i namiętne, czasem bowiem tryskał w górę podniecony głos pani Budziszowej i słychać było uderzenie o podłogę marszałkowską173 laską babci.
Wreszcie otworzyły się drzwi i kobiety wyszły z powagą. Pani Tańska, zająwszy swoje dawne miejsce, ogłosiła urzędowym głosem:
— Panie Olszowski! Sprawa jest przykra, a wobec pańskiego uporu niemal rozpaczliwa. Pan nie chce oddać dziecka, a my je musimy odebrać. Mogłybyśmy oczywiście zażądać pomocy prawa i jak pani doktorowa słusznie twierdzi, „dokończyłby pan swe życie w kajdanach, na więziennej słomie”... Uczyniłybyśmy tak niewątpliwie, gdybyśmy miały do czynienia z brutalem. Ja jednak wzięłam pana w obronę, bo jestem wzruszona pańskim przywiązaniem do dziecka.
— Dziękuję — bąknął Olszowski.
— Nie ma za co... Zdaje się, że jest pan porządnym człowiekiem, chociaż w tamtym pokoju kurz leży co najmniej od dwóch tygodni, a nad piecem jest pajęczyna... Policja tutaj na nic. Będzie awantura i więcej gadania, niż potrzeba. Aktorzy narobili bigosu, ale po co my wszyscy mamy się ośmieszać na scenie? My posiadamy do dziecka prawo formalne, pan powołuje się na prawo serca. Czy nie uważa pan, że można by tę sprawę załatwić ugodowo?
— W jaki sposób? — spytał Olszowski z niepokojem.
— Przez sąd polubowny174. Zaprosimy dwóch niezainteresowanych ludzi i niech nas sądzą. Przecież to chyba uczciwe?
Olszowski zamyślił się głęboko. Rozumiał dobrze, że ta rozsądna staruszka mówi mądrze i że jego sprawa będzie przegrana, jeśli ją będzie sądzić prawo. Pomyłka wyjdzie na jaw, doktorowa złoży przysięgę i będzie po wszystkim: odbiorą mu Basię na zawsze. Jego serdeczne przywiązanie i jego miłość nie wzruszą prawa, za to w sądzie polubownym można pokładać jaką taką nadzieję.
Potarł gwałtownie ręką czoło.
— Niech się pan nie upiera — usłyszał tuż przy sobie cichy, głęboko wzruszony głos panny Stanisławy. — To dziecko jest i tak już bardzo nieszczęśliwe, po cóż jeszcze wnosić w jego smutne życie niezgodę, spory i jałową wojnę? Ja widzę, jaki pan jest dobry... Niech Bóg panu zapłaci za miłość do tej maleńkiej... Dlatego nie chciałabym, abyśmy się rozeszli w gniewie... Może się uda znaleźć jakieś możliwe wyjście z tej niemożliwej sytuacji...
— Słyszy pan? — huknęła Budziszowa, bliska łez z wielkiego rozczulenia. — Sama mądrość mówi przez tę panią.
— Ona ma to po mnie — rzekła skromnie babcia.
— Więc jakże, drogi panie? — spytała prawie szeptem panna Stanisława.
Olszowski był blady i miał taką minę, jakby nasłuchiwał głosów z daleka.
— Dobrze! — rzekł krótko.
— Gdybym nie miała siedemdziesięciu lat, zakochałabym się w panu! — ogłosiła babcia. — Zresztą bardzo mi pan przypomina jednego mego kuzyna, który spadł z konia i skręcił sobie kark.
— Co mam zrobić? — spytał Olszowski niecierpliwie.
— Niech pan zaprosi jednego ze swych przyjaciół i przyjdzie do mnie jutro o piątej. Ja zaproszę kogoś z naszej strony. Ale, ale... Czy pan da mi słowo, że pan dziecka nie ukryje ani go nie wywiezie?
— Babciu! — krzyknęła panna Stanisława.
— Zdarzały się już takie wypadki — tłumaczyła pani Tańska. — Mnie też chciano porwać... Wprawdzie miałam wtedy już dwadzieścia lat, ale chciano. No, już dobrze, dobrze... Niech pan tylko nie daje Basi tyle słodyczy. Lepiej raz na dziesięć dni, na przeczyszczenie. Ja dożyłam siedemdziesięciu lat, bo dawniej... Ale to wszystko jedno.
Wyrok sądu polubownego:
„Zważywszy trudną do rozwikłania zawiłość sporu i obustronną dobrą wolę, mającą na względzie jedynie szczęście dziecka, my, podpisani, orzekamy: Barbara Bzowska ma przebywać — aż do dnia uzyskania pełnoletności lub odnalezienia bliższej rodziny — przez miesiące parzyste u Stanisława Olszowskiego, a przez miesiące nieparzyste u Stanisławy Olszańskiej. Obu stronom przysługuje prawo zamiany tych terminów, przedłużania ich i skracania po uprzednim porozumieniu. Zarówno p. Olszowski, jak i p. Olszańska przyrzekają dziecku najtroskliwszą opiekę i usilne starania o zdrowie jego duszy i ciała. W razie sporów, które nie mogą być przewidziane, obie strony wezwą zawsze sąd polubowny.
Podpisano:
Ksiądz Mikołaj Mościcki175, proboszcz
Kornel Makuszyński, powieściopisarz”.