7. Tak się musiało skończyć

— Babciu, chodź biegać — zaproponowała Basia pani Tańskiej.

— Moje dziecko, przecież ja mam siedemdziesiąt lat! — powiedziała pani Tańska z goryczą.

— No to co, że siedemdziesiąt lat! — rzekła Basia zuchwale.

Babka obstupuit176. Znieruchomiała na chwilę jak „Dafnis177 w drzewo bobkowe zamieniona”178, nagle jednak oczy jej rozbłysły.

— A wiesz, dziewczyno, że masz rację! — wykrzyknęła promiennie i rozpoczęła z Basią bieg na przełaj.

Dobiegłszy do kanapy rozpartej szeroko, padła na nią bez ducha, jak ów posłaniec179, co z Maratonu180 jednym tchem przybiegł do Aten. Słynny maratończyk nie zwalił się wprawdzie na kanapę, inne natomiast szczegóły w tym sportowym porównaniu są ścisłe.

Panna Stanisława, zwabiona hałasem, załamała ręce, splótłszy je w ósemkę.

— Na Boga, co babcia wyprawia?

— Nic nie wyprawiam... Młodnieję! — oświadczyła babka gromko. — Nie jestem jeszcze taka stara, aby trochę nie pobiegać.

— Przecież babcia ma siedemdziesiąt lat!

— Siedemdziesiąt? Może być! I cóż z tego? Byli tacy, co w moim wieku fikali koziołki...

Basia, dowiedziawszy się o tym, z niebiańskim zachwytem chciała właśnie namówić babcię do natychmiastowej demonstracji181 niesamowitej legendy, lecz w tym momencie wszedł pan Olszowski. Trzeba go było powitać z piskiem i rzucaniem się na szyję.

Tego dnia kończył się miesiąc pobytu Basi u panny Stanisławy, więc pisarz zjawił się po „odbiór pakunku”. Pilnował terminów co do godziny. Roztropny wyrok Salomonowy dwóch niepospolicie światłych182 mężów, którzy go wydali, trwał w swej mocy i dotąd nie budził żadnych zastrzeżeń. Ta wesoła historia trwała już od roku i obyła się bez tarć i niespodziewanych wybuchów. Olszowski zyskał sobie gorącą sympatię babci, która, chcąc mu ją okazać w sposób nieprawdopodobnie serdeczny, obiecywała niezmiennie, że przeczyta jego książki.

— Przeczytam je, drogi panie, kiedy będę chora. Jak długo jestem zdrowa, szkoda czasu.

— Oby ich droga pani wobec tego nigdy nie przeczytała! — śmiał się Olszowski.

— Bardzo rozumnie pan gada! — odpowiadała babka. — I za to pana lubię, i za miłość do Basi. Czy panu to dziewczynisko nie dokuczyło jeszcze? To dziwne! Ja jestem zmachana podczas jej pobytu jak koń po wyścigach. Wczoraj musiałam wyłazić na komodę, ale dziękowałam Bogu, że nie na szafę. A ten pański przeklęty pies wył z radości... Ten kundel ma pomieszanie zmysłów. Gdy nie szczeka, wtedy kradnie. A wie pan, kto tu był wczoraj z wizytą u Basi? Ten stary aktor, Walicki. Bardzo miły człowiek, tylko że służąca, która mu otwierała drzwi, zemdlała, bo taką zrobił minę. Czemu on wyprawia z gębą takie sztuczki? Jego też bardzo lubię. Zatrzymałam pana Walickiego na obiedzie, bo Basia nie chciała go wypuścić. Pytam go, czy cielęcina była dobra. Nie odpowiedział nic, tylko zazgrzytał, a Basia zaraz po nim. „To może sos się udał?” — ciągnę dalej za język tego mandryla. „Sos ten byłby dobry do zalepiania okien na zimę!” — odpowiedział głosem z brzucha. Bardzo zabawny jegomość... Stasia przepada za nim. Coś bym jeszcze panu powiedziała, ale się boję, że się pan wygada. Mężczyźni to straszni plotkarze... Kobieta nie zdradzi tajemnicy, nawet gdyby z niej pasy darto, ale mężczyźni...

— Au, au, au! — zawył przeciągle Kibic.

Pan Olszowski pomyślał, że to mądry pies.

— Przysięgam pani, że ja nie zdradzę! — rzekł z uśmiechem.

— Więc powiem panu... Moja Stasia przepada nie tylko za tym hebesem183 ze zbójecką gębą, ale i za panem!

— Nie może być!

— Może być, a pan poczerwieniał jak rak. Pewnie pan tymi swoimi książkami zawrócił dziewczynie w głowie. Teraz pan rozumie, dlaczego ja boję się je czytać? Miałam dwóch... Nie! O ile sobie przypominam, miałam trzech mężów, tylko mi się trochę rachunek pomieszał... Wystarczy! Czemu się pan śmieje? Mogę jeszcze wyleźć na komodę, mogłabym się machnąć kolejny raz za mąż.

— Niech się babcia machnie! — wykrzyknęła Basia z entuzjazmem.

— Słyszy pan? — śmiała się Tańska. — Bóg przemawia przez usta dziecka. Nie wiedziałam, że ten skarb tu się plącze.

Znakomity pisarz zamyślił się i patrzył w ścianę, jak gdyby działy się na niej niesłychane historie, pani Tańska zaś wpatrywała się w niego z czujną, łapczywą uwagą, jak rybak wpatruje się w spławik wędki: chwyciła ryba czy nie? Pani Tańska bowiem, pierwszorzędny dyplomata, miała swoje tajemne plany. Nikt o nich nie wiedział prócz kucharki, która przy tym ministrze grała rolę tajnego radcy. Była ona słynnym autorytetem w sprawach sercowych. Tępy człowiek, patrząc na świeżą polędwicę, pomyślałby głupio, że to tylko polędwica; w jej oczach przybierała ona kształt cierpiącego, krwawiącego serca, które nieszczęśliwa miłość przywiodła do ostatecznej zguby. Na tajemnych naradach z panią Tańską oświadczyła dobitnie, że prowadzenie dwóch domów dla Basi jest jawnym nonsensem i że panna Stasia powinna wyjść za pana Olszowskiego.

— To nic — mówiła roztropnym szeptem — że pan Olszowski nie ma uczciwego zajęcia i musi pisać książki. Gdyby trochę pochodził i poszukał, pewnie by znalazł jakąś pracę i wtedy by go odeszło to pisanie. Takie czasy, proszę wielmożnej pani, że człowiek czepia się byle czego i musi wymyślać różne figle-migle, a potem staje się pośmiewiskiem. W naszym domu wszyscy go palcami pokazują, a jedna pannica z trzeciego piętra zawsze na schody wybiega, aby go zobaczyć — jak cudaka. Niechby się tak ożenił z naszą panienką, zaraz by się to skończyło. Chłopisko musi być dobre, a wąs ma taki śliczny jak ten sierżant184, którego mi odbiła jedna małpa z ulicy Złotej185.

Babcia także zajmowała lekceważące stanowisko wobec literatury, pan Olszowski jednak bardzo się jej podobał. Nie był też w zamyśle babki do pogardzenia fakt, że na „wyprawnej”186 bieliźnie nie trzeba by zmieniać znaków. Inicjały187 Stasi i pana Olszowskiego były przecież te same. To też dobra wróżba. Dlatego, gdy Basia spędzała czas w jej domu, zapraszała go często, a on skwapliwie korzystał z tych zaproszeń. Gdy pochwalił jakąś potrawę, babcia objaśniała go szeptem:

— To Stasia robiła!

Panna Stanisława, usłyszawszy to pewnego razu, zaprotestowała gwałtownie:

— Po co babcia opowiada panu Olszowskiemu takie rzeczy? Przecież babcia wie, że nie ja to robiłam, tylko Marcysia.

— I co z tego? Mam siedemdziesiąt lat i mogłam zapomnieć. A zresztą, ja wiem, co robię... Ho, ho! Stary ze mnie wróbel!... Czy ty myślisz, że mężczyzna ma serce? Gadanie! Może czasem i ma, ale zawsze ma przede wszystkim żołądek.

— Ale co to wszystko ma znaczyć?

— Nic, nic... Dlaczego ma zaraz coś znaczyć? — chichotała babka, słynny dyplomata.

Słynny dyplomata — Talleyrand188 w kiecce — nie zauważyła, że Basia przysłuchiwała się pilnie jej naradom z tajnym radcą kuchennym. Któż by zważał na berbecia dokazującego z obłąkanym psem?

Berbeć przeniósł się tego dnia do pana Olszowskiego z całym swoim żywym i martwym inwentarzem189. Pobyt u mężczyzny, któremu można było włazić na głowę i robić z nim, co tylko damska dusza zapragnie, uważała Basia za szczęśliwe wakacje. Z kobietami zawsze trudniej. Panna Stanisława zaczęła ją zapędzać do abecadła, a babka nauczała domowych porządków. Pani Tańska nigdy nie chorowała, raz jednak zmogło ją, gdy Marcysia, mając wtedy głowę nadzianą szczęśliwą miłością, wylała mleko na dywan. Babcia dostała gorączki i leżała trzy dni. Aż dziw, że nie wołała o lód na nieszczęsną głowę teraz, kiedy łajdacki pies Kibic, niemający zielonego pojęcia o wstydliwej skromności, w obliczu całego świata czynił rzeczy, o których w wytwornym towarzystwie mówić nie wypada. U pana Olszowskiego panowała złota, najbardziej złocista wolność. Można było śmiać się przez cały dzień i wywracać dom do góry nogami. Mężczyzna wcale się nie liczy! Nic mu to nie szkodzi, że Michałek wozi Basię na dywanie, a Kibic, nie mając nic lepszego do roboty, obgryza liście palmy. Poza tym w domu dobrego wujaszka wiedziono bujne życie towarzyskie. Wciąż ktoś przychodził, śmiał się, gadał i odchodził. Przyjaciele pana Olszowskiego byli najmilszymi ludźmi. Każdy zawsze coś przyniósł w kieszeni dla infantki190 Barbary, a jeden z nich namalował Basię na obrazie, który Kibic z zachwytem oszczekał. Rozkoszy było mnóstwo. Do największych należały wyprawy z wujaszkiem do parków i jazda automobilem191, o czym zawsze wiedziała stolica. Kibic bowiem, przez rozkosz pędu pozbawiony tej odrobiny zmysłów, którą posiadał, darł się jak opętany i szczekał na ludzi, na domy, na latarnie — na wszystko zresztą, z czego składa się świat.

Dniem niezapomnianym było dla Basi przedstawienie teatralne. Trochę jej było markotno192, że nie zabrano tego idioty Kibica, ale zapomniała o tym szybko, niebotycznie przejęta. Stała obok pana Olszowskiego, siedzącego w pierwszym rzędzie tuż przed samą sceną. Miała wypieki na twarzy, jak zresztą cała obecna w teatrze dzieciarnia. Czegoś podobnego jeszcze chyba nie widziano na świecie! W wielkim blasku zjawiły się tęczowe anioły i tak cudnie śpiewały, że pewnie niebo się otworzyło i było słychać, co się tam dzieje. Pastuszkowie przybieżeli i nawoływali się tak śmiesznie, że boki zrywać. Jeden wołał do drugiego: „Mój Macieju, ty nam powiesz, albowiem ty sam wszystko wiesz!”. Potem, gdy zasłona uniosła się w górę, pan Olszowski szepnął:

— Teraz uważaj, Basieńko!

Na tronie siedział straszliwy król Herod i tak nagle zaryczał, że wszystkie dzieci, jak zastrachane pisklęta, przytuliły się do swoich matek. Okropny to był widok! Srogi król toczył dookoła ponurym wzrokiem, jak gdyby szukał, kogo ma pożreć. Basia cofnęła się z lękiem i przylgnęła do pana Olszowskiego. Przecież ten zły król może tylko ręką sięgnąć i porwie ją jak kurczę. Dusza dziewczynki zaczęła szukać ciemnego zakątka i byłaby odwiecznym zwyczajem uciekła do najciemniejszego — w pięty — gdyby król Herod nie zazgrzytał. Uczynił to tak przeraźliwie, jak gdyby zgryzł garść orzechów. W ciemnej sali pisnęło przelękłe dziecko. A Herod znów zgrzytnął tak, że mu się z zębów posypały iskry, i zakrzyknął piekielnym głosem: „Jam jest król Herod, potężny pan świata!”.

Wtedy stało się coś niesłychanego!

Basia zaczęła słuchać jak oczarowana i nagle na jej zalękłej twarzyczce zjawił się szczęśliwy uśmiech.

— Wujcio! — pisnęła z radością.

Zanim pan Olszowski zdołał ją powstrzymać, Basia jak sarenka przebiegła przez kilka stopni wiodących na scenę i z krzykiem rzuciła się w ramiona zdumionego Heroda. Berło193 wypadło z jego krwawej ręki, dzikie spojrzenie przybrało wyraz cokolwiek głupawy, a gębę otworzył szeroko. Wszystkie dzieci w teatrze znieruchomiały, ujrzawszy ten czyn nadludzkiej odwagi, bo przecież Herod jednym kłapnięciem paszczy pożre tę głupią dziewczynkę. Straszny król jednak tak całkowicie otumaniał, że zapomniał o swoich obowiązkach i zamiast schrupać niewinne stworzenie bez soli i pieprzu, zawył nadludzkim głosem:

— Basia!

Zrobił się nieprawdopodobny rwetes194 i tumult, gdy dziewczynka jednym skokiem znalazła się na kolanach krwawego straszliwca i w radosnym opętaniu pociągnęła za jego kruczoczarną brodę, spoza której, jak zza burzliwej chmury, ukazało się przerażone oblicze Walickiego, najbardziej krwawego Heroda wszystkich czasów.

W gazetach napisano o tym zdarzeniu, a Walicki przez cały tydzień nie pokazywał się ludziom na oczy.

— Jaki z ciebie łapserdacki Herod! — mówił do niego przyjaciel Szot. — Nawet dziecka nie przestraszysz!

— Poznała mnie po zgrzytaniu... — odrzekł Walicki śmiertelnie smutnym głosem.

Pan Olszowski serdecznie go przepraszał i pocieszał.

— Nawet ja pana nie poznałem — mówił. — Ale to dziecko tak pana kocha, że rozpoznałoby pana nawet w przebraniu diabła. Pan jest świetnym aktorem, a Basia jest nieznośną dziewczynką.

— Wczoraj kilkoro pędraków omal nie zemdlało na widowni! — rzekł z dumą Walicki.

Basia, której pan Olszowski wytłumaczył, że nie wolno było króla Heroda ciągnąć za brodę, wycałowała oblicze aktora, odnosząc dość niejasne wrażenie, że całuje szczotkę ryżową, więc morderca niewinnych młodzianków rozrzewnił się i obiecał, że już będzie dobry i nie będzie dybał195 na niewiniątka.

Babcia Tańska tak się śmiała z tej awantury, że kucharka musiała ją mocno trzymać, aby się kobiecina nie rozleciała. Przyszedłszy jednak do równowagi i do przyrodzonego rozsądku, udzieliła panu Olszowskiemu zbawiennych rad.

— Po co pan smarkulę prowadzi do teatru? Co to za pomysł? Ja byłam w teatrze po raz pierwszy, gdy doszłam do pełnoletniości, a przecież zemdlałam, kiedy na scenie jakiś dziki Murzyn zadusił swoją biedną żonę.

— Otello196! — śmiał się pan Olszowski.

— Ach, to pan zna tę sztukę? — zdziwiła się babcia, patrząc na niego z szacunkiem. — Myślałam, że już wszyscy zapomnieli o tym sztuczydle, bo to przecież grali przed pięćdziesięciu laty. Gdyby to teraz wystawiali, ten Walicki nie tylko że zadusiłby niewinną kobietę, ale by jej jeszcze dla wszelkiej pewności poderżnął gardło scyzorykiem. Zaprosiłam go na niedzielę na obiad, ale pod warunkiem, że przyjdzie z przyprawioną brodą. A wie pan, co mi ten Herod odpowiedział? Powiada: „To zbyteczne, proszę pani! U pani i bez tego można często znaleźć włos w zupie!”. Taki opryszek! Ale ja go lubię... Pan też niech przyjdzie, bo będzie indyk. Rodzice Stasi przysłali... Pewnie zdechł, bo teraz na indyki przyszła jakaś cholera, ale kto nie wie, ten zje.

Pan Olszowski nie zjadł jednakże indyka ani też pan Walicki nie przyczepił sobie sztucznej brody, bo stało się nieszczęście.

W piątek wieczorem zadzwonił telefon w mieszkaniu pani Tańskiej.

— Basia zachorowała! — mówił zdławionym głosem pan Olszowski. — Niech panna Stanisława...

— Już jedziemy! — krzyknęła babcia, nie pozwoliwszy mu dokończyć.

Panna Stasia nie mogła za nią nadążyć. Starowinka biegła przez ulice, nie zwracając na nic uwagi, byle szybko znaleźć auto. Po upływie dziesięciu minut zapytała, zdyszana:

— Co się stało, na Boga?

Dziewczynka była bardzo chora. Leżała rozpalona i niewiedząca o świecie. Krótko obcięte, płowe włoski, rozrzucone na białej poduszce, wyglądały jak żytni197 wianuszek dokoła głowy. Rozchylone usteczka z trudem piły powietrze.

Pan Olszowski miał przerażenie w oczach i patrzył z niepokojem na lekarza, pochylonego nad Basią.

— Zapalenie płuc... — szepnął ten ostatni po chwili.

— O Boże! — jęknęła panna Stanisława.

Babka spochmurniała. Spojrzała na lekarza i spytała groźnie szeptem:

— Czy pan jest dobrym lekarzem?

Lekarz spojrzał na nią z głębokim zdumieniem.

— Mam wrażenie, szanowna pani...

— Bo jeżeli sam pan nie poradzi, zawezwie się dwóch... Trzech...

— Myślę, że ja wystarczę, jeśli jednak szanowna pani...

— Daj pan spokój z tą „szanowną panią”... Niech się pan nie gniewa. Gadam głupstwa ze strachu, bo ja mam siedemdziesiąt lat. Czy to groźne?

— Nie będę ukrywał...

Pani Tańska załamała się i tak nagle osłabła, jak gdyby jej podcięto nogi.

— Panie doktorze... — mówiła słabiutkim, wymęczonym szeptem. — Niech pan ratuje to dziecko... To sierota... I cała nasza pociecha.. . Bóg panu zapłaci... No i ja też!... Niech ją pan ratuje!

— Uczynię, co tylko jest w ludzkiej mocy — odrzekł lekarz, wzruszony. — Śliczne, biedne dziecko!

Spojrzał z żywym współczuciem na trzy zalękłe twarze i serdecznie, zachęcająco uśmiechnął się do każdej.

— Proszę mną rozporządzać... — mówił. — Zjawię się o każdej porze, w każdej chwili.

Potem odbył długą naradę z babką w osobnym pokoju.

Nie było można przenieść dziecka do mieszkania pani Tańskiej, więc dom Olszowskiego zamieniono w sanatorium, na którego czele stanęła ona. Po krótkiej, zalękłej chwili słabości odzyskała swoją czerstwą198, wspaniałą energię. Juliusz Cezar199 w najsroższej bitwie z Wercyngetoryksem200 nie dowodził genialniej niż ona. Siódme poty biły na Michałka, a panna Stanisława i Olszowski przypominali Murzynów z najczarniejszych czasów niewolnictwa. Dzielna starowina walczyła o życie dziecka z dziką pasją. Gdyby mogła była ujrzeć na własne oczy wciąż zbliżającą się śmierć, byłaby jej porachowała kości201. Przez kilka nocy nie zmrużyła oka, czujna na każdy szelest i na każde, najcichsze westchnienie Basi. Nie trzeba mu było mierzyć gorączki jakimś głupim termometrem — wrażliwa jak najczulszy przyrząd, kobieca ręka pani Tańskiej, położona na piersi dziecka, zdawała się nieomylna. Sędziwa202 matka kilkorga dzieci znała dobrze wszystkie podstępne sposoby śmierci i wszystkie metody unikania jej pajęczych zasadzek.

Wspaniałe, wilcze, zawsze gotowe do śmiertelnej walki macierzyństwo obudziło się w niej raz jeszcze. Gorącym blaskiem rozzłociła się iskra w spopielałym życiu. Tylko ona naradzała się z lekarzem, tylko ona tkwiła przy drobnej, bezbronnej istocie jak żołnierz na warcie — opanowana, rozumna, zbrojna w siwe doświadczenie. Wesołe jej oczy spoglądały teraz twardo i ostro.

— Nic tu po was! — rzekła do panny Stasi i do Olszowskiego.

Oni też czuwali ustawicznie. Panna Stasia miała podkrążone z bezsenności oczy, a Olszowski, milczący i ponury, nie wiedział, co ze sobą począć. Teraz zrozumiał, jak bardzo kochał to dziecko. Nie mógł ani czytać, ani pisać. Patrzył rozrzewnionym, najtkliwszym wzrokiem na tego bezbronnego ptaka, nad którym pływa śmierć — bystrooki jastrząb. Czasem wybiegał na godzinę, aby zanieść wiadomość Walickiemu, Szotowi i swoim przyjaciołom. Babce całował ręce i bez jednego słowa cisnął je do swoich piersi.

Przyszła taka jedna noc, ta najgorsza, podczas której śmierć waha się: odejść czy pozostać? W pokoju Basi czuwała pani Tańska z lekarzem, który nie odchodził ani na chwilę. Olszowski siedział w gabinecie z panną Stanisławą i czekał. Milczeli oboje, patrząc sobie w oczy w nagłym przerażeniu, ile razy usłyszeli jakiś szmer.

Nad ranem babka stanęła we drzwiach. Miała promienie w oczach.

— Uratowana! — ogłosiła jakby z radosnym jękiem.

Olszowski tkwił przez moment na miejscu, jak gdyby nie mógł się poruszyć, a potem, zerwawszy się niespodziewanie, chwycił zdumioną babkę w ramiona i zaczął ją całować. Śmiał się, chociaż miał łzy w oczach.

— O babciu! Babciu! — gadał ze zdyszanym pośpiechem.

Pani Tańska, śmiejąc się, usiłowała wydobyć się z jego uścisku.

— Niech pan przestanie całować starą babę! Wprawdzie jestem przystojna, ale już dość... Już dość! A idźże pan do licha!

Babcia, wytrwawszy na pozycji prawie że straconej, zaczęła odsypiać wszystkie noce, pozostawiwszy na straży swoją wierną gwardię. Panna Stasia spędzała przy Basi całe dnie, zaś Olszowski z pielęgniarką — noce. Łajdacko mądry Kibic, osowiały203 dotąd i smutny na wygnaniu w kuchni, zrozumiał, że można już zawyć radośnie, i został dopuszczony do dziewczynki. Zanim zdołano go powstrzymać, w obłąkanym napadzie radości polizał jej nos i policzek, bladziutki jak mgiełka. Zrzucony przemocą z łóżka, wykonał wspaniały „taniec ogona”, bardzo wymyślny i urozmaicony.

Basia wracała do zdrowia powoli i zdawało się, że z promienistą ciekawością rozgląda się po świecie. Na jej ustach zakwitł uśmiech jak krokus. Potem zaczęła szczebiotać.

— Prędko wyzdrowieje, bo dużo gada — oświadczyła babka. — Prawdziwa kobieta, musi sobie odbić wszystkie stracone słowa.

Potem zaczął przychodzić wujcio Herod Walicki, aby i panna Stasia, i Olszowski mogli odpocząć. Urządzał dla Basi całe przedstawienia, wywracał oczami, ruszał uchem i włosami i zgrzytał tak cudownie, że dziewczynka płakała z radości.

Jednego dnia z obiadu u pani Tańskiej przyszli wszyscy troje razem.

— Co się tam dzieje, u Boga Ojca! — zapytała babka w przedpokoju.

Z pokoju Basi wylatywał ryk rozsrożonej burzy — słychać było bulgotanie piorunów i poświsty wichru, głuche warczenia lwa oraz przeciągły skowyt wilka.

— To Walicki! — szepnął pan Olszowski.

— Dziecko umrze ze strachu — krzyknęła babka.

— Niech babcia słucha... — rzekła panna Stasia.

— Jeszcze, jeszcze! — wołała Basia. — To było bardzo śmieszne!

Walicki odsapnął i znowu zaczął:

— Uważaj, dziewczyno! Teraz będzie z Króla Lira204. Wielki monolog205, ha! Tamto było z Hamleta.

Rozległ się przeraźliwy jęk potwornej skargi, a słowa kapały jak łzy wielkości młyńskich kamieni.

— Oszalał stary Herod! — rzekła babka.

— Nie, droga pani! — mówił rozrzewniony Olszowski. — Każdy chwali Pana Boga, jak umie. Był taki kuglarz206-prostaczek, co się modlił pokazywaniem swoich sztuk. Ten biedaczysko nie umie się radować, bo i skąd weźmie odrobinę śmiechu? Chciałby rozweselić dziecko, więc mu wygłasza najwspanialsze tyrady207 i poświęca się, byle ono się śmiało, O, jakiż to dobry, dobry człowiek! Zróbmy trochę hałasu, bo mu będzie przykro, żeśmy słyszeli.

Gdy weszli, stary aktor spojrzał na nich podejrzliwie, czerwony i zasapany.

— Pan byłby doskonałą niańką — rzekła serdecznie panna Stasia. — Dziecko jest rozradowane...

— U ludożerców zrobiłby karierę — mruknęła babcia.

Uśmiechnęła się jednak do zacnego aktora.

— Panie Antoni — rzekła. — Niech pan jutro do mnie zajdzie, będą pączki.

— Nie mam armaty — odrzekł Walicki głucho. — A pączki u pani przypominają armatnie pociski. Ale przyjść mogę... — dodał śmiertelnie smutno. — Wszystko mi jedno, od czego umrę...

Tego wieczoru słońce zachodziło bogato, jak gdyby zamierzało ogrzać pokrytą śniegiem ziemię. Złotą, drżącą smugą czepiało się dachów, jakby chciało się tą pajęczą nitką związać ze światem, na który czyhała noc. Babka podreptała do domu, po raz pierwszy wiedząc dokładnie, dokąd się śpieszy. Panna Stasia usiadła z jednej strony przy łóżku Basi, a Olszowski z drugiej. Było bardzo cicho i przytulnie. Kibic w głębokiej zadumie rozmyślał przy ciepłym piecu o ważnych psich sprawach.

— Dobrze ci, Basieńko? — spytał pieszczotliwie Olszowski.

— Byczo208! — odrzekła Basia.

— Co takiego? Co to znaczy: „byczo”? Kto cię tego nauczył?

— Wujcio Herod. A bo co? A o cioci Stasi mówił: „morowa209 dziewica”. To bardzo śmieszne! I jeszcze mówił, że „zje diabła, kto da babci radę!”.

Olszowski spojrzał na pannę Stanisławę.

— Słyszy pani, co ten bęcwał210 wygaduje przed dzieckiem?

Panna Stasia uśmiechnęła się ślicznym uśmiechem.

— Ja się nie obraziłam za „morową dziewicę”... Będziesz już spać, maleńka?

„Maleńka” wcale nie chciała spać, bo głęboko nad czymś rozmyślała. Patrzyła bardzo poważnym wzrokiem to na wujcia, to na ciocię i zdawało się, że coś sobie uparcie przypomina. Wreszcie położyła jedną rączkę na dłoni Olszowskiego, drugą na ręce panny Stanisławy i mówiła cichutko:

— Ciociu Stasiu...

— Co, Basieńko?

— Coś ci powiem... Czemu ty się z nim nie ożenisz?

— Z kim?! — zduszonym głosem wykrzyknęła panna Stasia.

— Z nim... Z wujciem... Mówię ci: ożeń się!

Zrobiło się tak cicho, że słychać było stukot jakiegoś serca.

Pan Olszowski dziwnie pobladł i lekko, pieszczotliwie położył rękę na ręce panny Stanisławy.

— Ja robię zawsze wszystko — mówił wzruszonym głosem — co każe Basia.

— Ja też... — szepnęła panna Stasia po dłuższej chwili.

— To ja już będę spać! — oświadczyła Basia.

Minęło pierwsze to wiosenne rano,

Gdy się spod śniegu wychylił pierwiosnek,

Patrząc na ziemię, słońcem malowaną,

Pełną uśmiechów i ptaszęcych piosnek.

Z wiosennym wiatrem radość wciąż przylata,

Niebo się rzeką rozlewa błękitną,

Miłością wzbiera wielkie serce świata,

A ludzkie serca tak jak kwiaty kwitną.

Zbierzmy, dziewczynko, kolorowe kwiatki,

Co przystroiły wszystkie łąki boże,

Potem je zanieś na grób swojej matki,

A ja tę książkę obok nich położę.

Mateczka twoja cicho się obudzi,

Potem czym prędzej twe przeczyta dzieje,

A gdy się dowie, żeś wśród dobrych ludzi,

Wtedy, szczęśliwa, w głos się roześmieje.

A my pójdziemy dalej, coraz dalej,

Na świat daleki i na świat szeroki,

I tak będziemy razem wędrowali,

Jako po niebie wędrują obłoki.

Minął poranek, minęła godzina,

Co tak beztrosko jak ptaszek świergota;

Z Basi się duża zrobiła dziewczyna:

W głowie zielono, a serce ze złota.

Autora ciężka czeka teraz praca,

Bo czytelniczek tak woła gromada:

„Niech pan wierszami głowy nie zawraca

I co się stało, prędko opowiada!”.

Dobrze już, dobrze! Lecz niech spokój będzie,

Bo, jak rzekł mędrzec rozgadanej pannie:

„Biedny jest autor, gdy pod drzewem siędzie,

Na którym wróble krzyczą nieustannie!”.