12. Szukanie duszy

Pan Gaston Dimauriac był Gaskończykiem334, jak sławny poeta, muzyk, fizyk i rębajło335, Sawiniusz Herkules Cyrano de Bergerac336, właściciel największego nosa, jaki kiedykolwiek oglądano — tego, o którym powiedziano, że idzie przed swoim właścicielem o kwadrans drogi i dla którego trzeba będzie po śmierci nosala usypać osobny kopiec. Jak wszyscy południowcy pan Gaston odznaczał się niewyczerpaną ruchliwością ciała i kwiecistą barwnością stylu, przemawiał zaś równocześnie ustami, oczami i rękoma. Słowami migał jak szpadą, przypominając owego Gaskończyka, który grzmiał w liście: „Piszę do ciebie, trzymając pistolet w jednej ręce, a szablę w drugiej”. Zapalony entuzjasta tak się uradował niepewną wieścią o ocaleniu towarzysza i przyjaciela, że ani chwilę nie wątpił w jej prawdziwość. Uściskał Basię z rozrzewnieniem, zerwał z ruchliwych ust najpiękniejsze słowa i obsypał ją nimi jak różami. Z serdeczną wylewnością klepał po ramieniu Olszowskiego i oznajmił mu, że niezwykle kocha „dzielnych Polaków”.

Basia słuchała z wypiekami na twarzy nieustannego szumu słów pana Dimauriaca, wyławiając zachłannie te, w których jawił się jej ojciec.

— Czy żyje? — wołał pan Gaston. — Musi żyć! Taki nie zginie... Wydobył się spod gruzów kamieniska. O, dzielny człowiek!

— Jak to było, drogi panie? — pytał pan Olszowski.

— Źle było, nieszczęśliwie było! Pięliśmy się na koniach górską ścieżką pełną wyrw i rozpadlin337. Wcześnie rano, zaraz po wschodzie słońca. Ojciec tej panienki jechał pierwszy, za nim drugi nasz towarzysz, a ja na końcu, o kilka kroków w tyle, gdyż moje zwierzę miało zranioną nogę. Droga była zawsze niebezpieczna, tego dnia jednakże trudniejsza niż zwykle, bo śliska. Stąpaliśmy bardzo ostrożnie, byliśmy bowiem bez przewodnika... Spił się, zwierzę, i uciekł... Tam bardzo piją... Bzowski jednak naglił338, gdyż straciliśmy wiele czasu przez deszcze. Naprzód, naprzód! To było złe... Nasze dzielne konie musiały niejeden raz skakać przez rozpadliny, wielokroć musieliśmy zamykać oczy... Droga była ciężka, lecz cudowna. Chmury wlokły się pod nami, nad nami rozpościerał się błękit, wyprany w stu burzach i wysuszony na palącym słońcu. Chcieliśmy przed zachodem dotrzeć na szczyt góry, aby zejść na nocleg w dolinę leżącą mniej więcej w połowie naszej drogi. Po kilku godzinach dotarliśmy do miejsca prawie nie do przebycia. Trzeba było zawrócić, szukać jakiejś okrężnej trasy i stracić kilka dni. Zastanawialiśmy się nad tym, odpoczywając, bo nogi naszych zwierząt, ciężko objuczonych339, drżały ze zmęczenia. Wtedy stało się najgorsze: nie wiadomo skąd i kiedy zaczęła nas okrążać mgła, ciężka i zgniła; jakaś okropna, gęsta powódź, która zabrała góry, skały i cały świat, jakby to wszystko połknęła. Sytuacja stała się rozpaczliwa, bo z niewidzialnych gór zaczął sączyć się dotkliwy, przejmujący chłód. Po godzinie zdrętwieliśmy tak, że nie mogliśmy poruszać rękami.

— Och, ojczulku! — szepnęła Basia po polsku.

Dimauriac spojrzał na nią przenikliwie, jakby się chciał przyjrzeć obcym słowom, których nie pojmował. Musiał je jednak zrozumieć, gdyż pogładził dziewczynę miękko po głowie.

— Cicho, cicho, panienko... To jeszcze nie koniec... Teraz dopiero zaczęło się nieszczęście. Nie widzieliśmy nic na odległość ręki. Zdawało się nam, że jesteśmy nurkami na poszarpanym dnie morza. Wiedzieliśmy, że po lewej stronie znajduje się stroma ściana skały, a po prawej przepaść. Nie mogliśmy stać w miejscu, nie mogliśmy zdążać przed siebie. Na każdym zakręcie zygzakowatej ścieżki czyhała na nas skostniała na zimnie śmierć.

— Nie wydostaniemy się stąd! — rzekł nasz towarzysz.

— Musimy się wydostać! — krzyknął pani ojciec. — Przecież tą drogą, jeśli to można nazwać drogą, przejeżdżali Indianie i przebył ją samotny, biały człowiek: słynny podróżnik, Szwajcar Tschiffely340, „człowiek na dwóch koniach”. My wprawdzie zmierzamy dalej, ale co się udało jednemu, uda się i nam trzem.

Pani ojciec starał się podtrzymać w nas odwagę; nie mógł, niestety, powstrzymać nocy, która waliła się na nas jak okropny upiór, wysławszy przed sobą ową gęstą mgłę. Uradziliśmy gorączkowo, aby pozostawić konie i choćby czołgając się, powrócić w dość bezpieczne miejsce, w którym byliśmy przed trzema godzinami. Zwierzęta zdołają przetrwać tutaj noc, my nie. Zabraliśmy odrobinę zapasów i paliwa i ostrożnie, niemal po omacku, poczęliśmy iść krok za krokiem w dół. Było przeraźliwie zimno, a z nas pot lał się strumieniami. Pani ojciec, idąc znów na przedzie, dotykał ręką każdego kamienia jak ostrożnie stąpający ślepiec. Wszyscy trzej byliśmy niczym niewidomi... Zacisnęliśmy zęby i odbywaliśmy tę okropną wędrówkę w śmiertelnym milczeniu. Wokół też panowała absolutna cisza. W pobliżu gniazda śmierci milkną wszystkie głosy. Obyśmy byli nie słyszeli żadnego...

Pan Dimauriac otarł pot z czoła, przeżywając w opowieści ową godzinę.

— Usłyszeliście głos? — zapytał cicho pan Olszowski.

— Tak — rzekł ciężko Francuz. — Usłyszeliśmy ryk skalistej ziemi. Jakaś niewidzialna, straszliwa ręka, jakaś głucha moc uderzyła w górę, a ta cisnęła na naszą dantejską341 drogę niezliczoną masę skalnych odłamków. Góra ukamienowała nas. Po głuchym dudnieniu poznaliśmy, że toczą się na nas ruchome głazy. Usłyszałem nagły okrzyk ojca pani, jakiś rozpaczliwy rozkaz, dramatyczną komendę. Nie zrozumiałem jednak do końca, bo w tym momencie ugodził mnie w piersi kamienny pocisk. Nie wyobrażałem sobie większej ciemności niż ta, która nas otaczała, a jednak ogarnęła mnie jeszcze większa, już nieprzenikniona. Dopiero po dwóch dniach... Po dwóch dniach odnaleziono mnie, ale tylko mnie...

— A mój ojciec? Co się stało z moim ojcem?

— Nikogo nie było na zerwanej ścieżce, na okropnym osypisku. A z lewej strony była przepaść... Byłem chory, rozbity, półprzytomny, lecz ostatkiem sił domagałem się poszukiwań. Jestem dobrym i uczciwym towarzyszem, droga panienko... Moje sumienie jest czyste... Zostało zrobione wszystko, co w ludzkiej mocy... Niedaleko, pod skalnym rumowiskiem, odkryto naszego martwego towarzysza, pani ojca jednak nie znaleziono. Mnie zniesiono daleko, do Loi. Spędziłem tam trzy miesiące, wciąż mając nadzieję, że może jakiś ślad, może jakaś wiadomość... Musiałem wreszcie wracać... Niech mi pani wierzy, że z rozdartym sercem... Przez dziesięć lat nie mogłem znaleźć spokoju. Ostatni krzyk pani dzielnego ojca brzmiał w moich uszach: ostry, przenikliwy, rozdzierający krzyk. Aż oto nagle, po dziesięciu latach...

— Prędko, prędko! Niech pan mówi!

Dimauriac uśmiechnął się łagodnie.

— Czyż można mówić prędzej niż ja? Ale będę mówił jeszcze szybciej... Otrzymaliśmy wiadomość, najpierw mocno ogólnikową, potem bardziej zrozumiałą. Amerykański przyrodnik, zbierający okazy dla Muzeum Przyrodniczego w Nowym Jorku342, zasłyszał w mieście Guayaquil343, że we wnętrzu Ekwadoru, wśród szczepu Jiwaro, przebywa biały człowiek, który, niech to pani nie przeraża, żyje jak Indianie. Nie chcę mówić, jak wygląda to życie... Ponieważ Amerykanina poczęła dręczyć ta zagadka, a zmierzał właśnie na tereny Jiwaro, odbył swoją podróż pośpiesznie i niedawno przybył z powrotem do ekwadorskiej stolicy344 z tym tajemniczym człowiekiem. Miał ciężką przeprawę z Indianami, którzy go nie chcieli wydać, bo szkoda im było posłusznego robotnika, ale także dlatego, że żywią oni zabobonną345 cześć dla...

Urwał nagle, aby nie powiedzieć, komu dzikie szczepy nigdy nie wyrządzają krzywdy. Potem mówił szybko:

— Od niego samego nie można się było dowiedzieć niczego, lecz człowiek ten miał przy sobie dokumenty. Chyba jakaś iskierka świadomości nakazała mu je zachować. Indianie zresztą opowiedzieli, jak się wśród nich znalazł ten biały. Złożono jedno z drugim, przypomniano sobie, zbadano i nie ulega wątpliwości, że tym białym człowiekiem, co dziesięć lat spędził wśród jednego z najdziwaczniejszych i najmniej znanych plemion indiańskich, jest pani ojciec!

— Gdzie on jest w tej chwili?

— Właśnie oczekujemy dokładniejszych wiadomości, gdyż dotąd rozmawialiśmy jedynie przez kabel. Największym pokrzepieniem dla pani jest niezbity fakt, że ojciec żyje, ale i to niech będzie pociechą, że Francuskie Towarzystwo Geograficzne gorąco przejęło się jego sprawą. Zostało zarządzone wszystko, co powinno być przeprowadzone w imię uczciwej solidarności, która łączy ludzi nauki.

Zapowiadane przez Dimauriaca wieści nadeszły w niedługim czasie. W. S. Williams, ów Amerykanin, który poświęcił niezmiernie wiele trudu, aby odnaleźć Bzowskiego, swoje samarytańskie346 dzieło doprowadził do końca. W obszernym liście zdał sprawę uczonemu Paryżowi, który wysłał ową nieszczęsną ekspedycję; równocześnie zaś wiedząc, że Bzowski jest Polakiem, zawiadomił o wszystkim polskie władze konsularne347 w Nowym Jorku. Uratowany jest pod dobrą opieką.

Dimauriac przybiegł zdyszany do hotelu z tymi wiadomościami i wymachując rękami jak tonący, ogłaszał wielką nowinę.

— Amerykanin, o, dzielny Amerykanin! — mówił gorączkowo. — Dokonał wielkiej rzeczy... Poświęcił prawie dwa miesiące, aby pani ojca przewieźć do Nowego Jorku. Dobry człowiek, zacny człowiek!

— Czemu pan mówi: „przewieźć”? Czy mój ojciec nie mógł sam... — spytała Basia ciemnym głosem.

— Tak się tylko mówi, tak się mówi... Zresztą, niechże pani pomyśli: dziesięć lat pobytu poza życiem, wśród półdzikich, brudnych ludzi, w zapadłym, skalistym zakątku. Musiało mu nie być wesoło...

— Tak, tak... — rzekła Basia smutno. — Ale dlaczego mój ojciec nie umiał sam powiedzieć niczego o sobie?

Dimauriac spojrzał przenikliwym, porozumiewawczym wzrokiem na pana Olszowskiego, który, zrozumiawszy, że Francuz nie chce powiedzieć wszystkiego, zapytał szybko:

— Czy Williams pisze, w jaki sposób Bzowski ocalał?

— Pisze, pisze! — mówił Dimauriac gorączkowo. — Z tego, co zdołano wydobyć od Indian Jiwaro, wynika, że dwaj członkowie plemienia znaleźli go w wielkiej odległości od miejsca katastrofy. Dlatego nasze poszukiwania, ograniczone do niewielkiego terenu, nie mogły odkryć żadnych śladów. Złożywszy wszystkie szczegóły, Williams przypuszcza, że pani ojciec, uniesiony przez kamienistą lawinę jak przez wezbraną rzekę, znalazł się w jakiejś rozpadlinie. Był ranny i zakrwawiony, lecz odzyskawszy siły, zaczął iść przed siebie z rozpaczliwym uporem. Desperacja348 umie pokonywać najstraszniejsze przeszkody... Ucieczka przed śmiercią jest gonitwą nieprawdopodobną... Pani ojciec przeszedł drogę, której przebycie byłoby trudne dla dzikiego zwierza. Nigdy się nie dowiemy, jak mu się to udało!

— Dlaczego „nigdy”? Przecie ojciec opowie... — rzekła Basia ze zdziwieniem.

Francuz, spostrzegłszy, że uniesiony potokiem słów, sam się wpędził w nieprzebyty gąszcz, zbladł i nagle zacisnął usta. Rozłożył ręce gestem bezradnej rozpaczy, wreszcie zaczął mówić powoli, jak gdyby każde słowo było cierniem, a on je sobie wyrywał z serca:

— Powiem... I tak to się wyda... Po co ukrywać? Pani jest dzielna, pani się nie przerazi. Pani ojciec stracił pamięć.

— O Boże! — krzyknęła Basia.

— Dlatego nie umiał powiedzieć o niczym. Odwagi, panienko, odwagi! Miał ciężko poranioną głowę, musiał poza tym przejść przez piekło trwogi, śmiertelnego strachu i ostatecznej rozpaczy. Może to go właśnie ocaliło... Gdyby nie ta nieświadomość, nie odważyłby się zapewne nigdy na przebrnięcie miejsc nieprzebytych, aż do jakiejś dzikiej ścieżki, którą chodzą Indianie. Serce mi się kraje, niech pani nie płacze...

Pan Olszowski tulił Basię w ramionach i uspokajał ją najtkliwszymi słowami. Jej dziecięca rozpacz trwała jednak niedługo. Smutek spłynął ze łzami — dziewczyna niespodziewanie przestała płakać, otarła oczy i rzekła twardo:

— Wujaszku, ja muszę jechać do Nowego Jorku!

— Wspaniale, wspaniale! — zawołał Dimauriac. — Łzami niczego się nie dokaże. Trzeba męstwa i siły. Ale jechać nie potrzeba! Nowy Jork zapytuje, co ma uczynić, dokąd wysłać pani ojca. Niech pani wyda polecenie: do Polski czy tutaj?

— Jak pan radzi? — zapytał pan Olszowski.

— Ja myślę, że na francuskim brzegu będzie prędzej, a pani zapewne tego pragnie.

— Tak, tak! — rzekła Basia gorąco.

Tych niewiele dni ciągnęło się jak smutek człowieka. Pan Olszowski wciąż gdzieś krążył z Francuzem, Basia zaś, nakazawszy sobie spokój, czekała. Z jej twarzy znikł uśmiech. Na duszę, młodą i rozpromienioną, spłynęła jakaś mroczna powaga. Wszystko, co nie było myślą o jej ojcu, krążyło dokoła niej — jakby w mglistym oddaleniu. Jej serce było pełne gorącej miłości dla tego nieszczęśliwego człowieka, którego nie widziała od dziesięciu lat, a który teraz jawił jej się nieustannie przed oczami. Najwyraźniej widziała go wtedy, gdy je zamknęła. Oto biegnie, zakrwawiony, z obłędem w spojrzeniu, przez zatracone bezdroża, a śmierć bieży za nim, wietrząc krwawe ślady. Ściga go jak ogar zaszczutego jelenia, a on, kalecząc palce, czepia się śliskich, ruchomych głazów i korzeni krzów349. Jest głodny, wyczerpany i zziębnięty na kość; chłepce wodę z burzliwego potoku, gasząc pożar gorączki. Coś woła, krzyczy, czasem szloch wyrywa się z jego piersi...

— Och, ojczulku, ojczulku! — szepce dziewczyna.

Dokoła niej szumi, gada, dźwięczy i dzwoni najpiękniejsze miasto świata, jego promienista stolica. Noc w nim stroi się w brylanty świateł, bucha świetlistymi fontannami, puszy się350 szaleństwem przepychu. W tym oślepiającym blasku nie widać poczwarnej nędzy śpiącej w zaułkach mroku, na dalekich przedmieściach. „Najciemniej jest zawsze pod latarnią!” — powiada chiński mędrzec. Burzliwy zgiełk, triumfalny hymn miasta, głuszy każdy jęk i nieśmiałe westchnienie. W natłoku przedziwnych woni zatraca się ostry, zgniły zapach nędzy. Wielkie, niezmierne miasto krwawi posoką351 zuchwałych świateł i nie zważa na to, że gdzieś, zaułkami, sączy się prawdziwa krew. Potęga stąpa ciężko, głośno, dysząc nielitościwie na serca przerażonych i skowyczących z bólu. Jak w każdym olbrzymim mieście, w każdym niepoliczonym, dzikim zbiorowisku. Aż podziw bierze, że po tym mieście — świetnym i okrutnym, słonecznym i złym, odzianym w jedwabie i łachmany, bohaterskim i nędznym — krąży piosenka łaskawa, skrzydlata i lekka. Lata ona jak ptak nad pobojowiskiem. Słychać ją mimo piekielnego zgiełku. Czasem jest ona jedyną skargą głodnych, jedynym pocieszeniem smutnych, jedynym słowem oniemiałych z rozpaczy. Basia widzi to wszystko, słyszy to, lecz widzi jak przez opar352, słyszy jak z oddalenia. Odnosi wrażenie, jak gdyby znalazła się samotna wewnątrz dyszącego ogniem wulkanu. Pan Olszowski, patrząc w milczącej trosce na jej wyciszenie i zadumę, usiłował wszystkimi sposobami odwrócić jej myśl, z nagła dojrzałą jak owoc w cieplarni, zająć ją czym innym i rozpogodzić. Dziewczyna była mu wdzięczna za te serdeczne starania, lecz ze smutnym uśmiechem, z cudowną delikatnością wypraszała się od wszystkich rozrywek. Oczekiwała przyszłych zdarzeń ze zdumiewającym spokojem. Nosiła go na twarzyczce, w głębi serca jednakże czaił się niepokój i zgryzota, wlana w formę tego serca jak roztopiony ołów — w jakim stanie znajduje się jej biedny ojciec? Czy poczciwy Dimauriac powiedział wszystko? Czy nie ukrył najgorszego w miękkim zakątku litościwego współczucia? Bała się pytać pana Olszowskiego, który zapewne wiedział o wszystkim.

Serce w niej zamarło na moment, gdy pan Olszowski powiedział do niej wzruszonym głosem:

— Basieńko, jutro pojedziemy do Hawru353.

— Ojciec?

— Tak. Pan Dimauriac jedzie z nami. Dobry człowiek.

Dzień był jakiś zły i jadowity. Wiatr zamiatał morze i tłamsił wodę — czarną i zbełtaną 354w gniewnym rozruchu.

— Boję się — szepnęła Basia do pana Olszowskiego.

— Czego, drogie dziecko?

— Spotkania... Nie pozna mnie... Nie widział mnie tyle, tyle lat... Ale ja go poznam... Nie wiem, jak wygląda, a jednak go poznam.

— Odwagi, panno Barbaro! — mówił gorąco Dimauriac.

Okręt, zdyszany, ciężko robiący bokami355, zdrożony356 potwór, właził do portu ostrożnie, jakby z namysłem. Przylgnął do kamiennego brzegu i dyszał.

Basia przytuliła się mocno do ramienia pana Olszowskiego i rozgorączkowanym, płonącym wzrokiem patrzyła na potok ludzi, który wytrysnął z boku okrętu. Podniósł się zgiełk i wrzawa; okrzyki radości wytryskiwały jak race, powitania grzmiały śmiechem. Jakaś panienka rzuciła się na szyję starszej pani i śmiała się, płacząc równocześnie. Ktoś, kto był jeszcze na pokładzie, nie mogąc wydostać się przez zatłoczoną okrętową kładkę, posyłał komuś na brzegu pocałunki. Ten śmiał się głośno i wołał.

Basia szukała spojrzeniem, lecz nie mogła dostrzec tego kogoś, kogo pozna oczami duszy. Coraz jest przestronniej na pokładzie, coraz mniej ludzi na brzegu, lecz jego jeszcze nie ma.

— Pójdę na okręt — rzekł drżącym głosem Dimauriac — proszę tu pozostać.

Minęło pół godziny, ciężkiej, wlokącej się na ołowianych nogach.

Na okrętowej kładce ukazało się trzech ludzi. Pan Dimauriac i jakiś drugi człowiek wiedli ostrożnie trzeciego. Ten patrzył przed siebie upartym spojrzeniem, nie zważając na własne ruchy. Szedł jak automat, powoli, jakby bezwiednie.

Serce Basi załopotało i coś ją ścisnęło w gardle. Z najboleśniejszym wysiłkiem wydobyła z niego cichy, lecz jakby zakrwawiony, rozdzierający okrzyk:

— Ojciec!

Chciała wyrwać się Olszowskiemu i pobiec na wąską kładkę, lecz on powstrzymał ją z trudem.

Francuz i ten drugi, nieznany człowiek szli niezmiernie powoli. Na Boga! Kiedyż wreszcie przejdą przez ten pomost, taki krótki, a tak długi jak most przez przepaść życia do wieczności? Już są blisko. Pan Dimauriac ma łzy w oczach i krople potu na czole, lecz Basia tego nie widzi. Całą duszę zamieniła w jedno spojrzenie, a tym spojrzeniem, jak płomieniem, ogarnęła ojca. Jej ojciec jest bladym widmem. Ta bladość ma odcień żółty, jakby starej kości słoniowej. Ojciec powinien mieć czterdzieści lat, lecz jego siwa głowa srebrzy się sędziwością osiemdziesięciu. Twarz ma nieruchomą, jakby ściętą na mrozie — na takiej twarzy nigdy nie jawi się uśmiech, musiałby zamienić się w lód. Oczy, wielkie, jakby nadmiernie rozszerzone, patrzą, lecz nie widzą. Dusza człowieka mieszka zawsze w oczach, w tych oczach nieszczęśliwych jej nie ma. Świecą się, lecz zgasły. Na świat spoglądają dwie jasnoniebieskie, okrągłe drobiny lodu. Z takich oczu nigdy nie wypływa ani uśmiech, gdy dusza ludzka przeżywa pogodny dzień, ani łza, gdy przeżywa pochmurną noc. Spojrzenie ich zmieniło się w nieżywą obojętność. Widziały takie okropności, że nie chcą niczego zobaczyć, aby nie ujrzeć wspomnienia. Dusza tego człowieka poniosła okropną klęskę i rozsypała się w gruzy. Czasem śmiertelnie pobije ją trwoga, czasem jakiś ból ponad ludzką miarę, czasem tęsknota. Niejeden raz marnieje i w gruz się sypie dusza więźnia, niejeden raz śmiertelnym, nieprzeniknionym mrokiem okryje się dusza człowieka, który ujrzał śmierć oko w oko i poczuł jej oddech.

Basia wyciągnęła drżące ręce, jakby w rozpaczliwym błaganiu o jedno słowo, o jeden uśmiech, o jedno spojrzenie. Ten człowiek nie odpowiadał. Przytuliła się do niego spazmatycznym357 ruchem, a on ją odsunął od siebie niecierpliwym gestem, jak gdyby mu zasłaniała to, na co patrzył nieruchomym spojrzeniem.

Tej rozdzierającej scenie zaczęli się przyglądać przechodnie.

— Chodźmy stąd — szepnął Dimauriac.

— Czy ja będę potrzebny? — zapytał obcy człowiek.

— To pielęgniarz... — objaśnił Francuz. — Jak pan rozkaże, panie Olszowski?

— Ja będę pielęgnować ojca! — odpowiedziała Basia szybko.

Uczyniła taki ruch, jakby strząsała z siebie wszystką słabość, roztkliwienie i udrękę. Pan Olszowski patrzył na nią z podziwem. Nie wiadomo, za jaką okropną cenę kupiła od własnego serca uśmiech, który się niespodziewanie zjawił na jej twarzy. Nie wiadomo, skąd drobne, wątłe, niewyrośnięte stworzenie — niedbały jeszcze projekt pełnego człowieka — zdobyło siłę, pewną siebie i hardą. Wobec dwóch mężczyzn — niezdecydowanych, zatrwożonych i wzruszonych — Basia objęła przodownictwo. Otoczyła ojca ramieniem ufnie, śmiało i bez lęku.

— Chodźmy, tatusiu! — rzekła z niewysłowioną słodyczą.

— W jakim języku przemawia ta młoda miss358? — zadał pytanie Amerykanin.

— Po polsku.

— On czasem mówi — szepnął do Dimauriaca. — Nikt jednak tego języka nie rozumie. Jest to jakaś dziwaczna mieszanina. Pan Williams twierdzi, że są w niej słowa hiszpańskie, indiańskie i jeszcze inne, których rozpoznać nie umiał.

— A czemu on czyni takie dziwne ruchy rękami?

— Pan Williams mówił, że to z nawyku. U Indian plótł kapelusze, pan wie: „panama”359, z takiej cienkiej słomki. Poza tym jest łagodny jak dziecko. Dobry człowiek, tylko że umarł za życia...

Basia prowadziła ojca do auta, ująwszy go pod rękę. Nie stawiał żadnego oporu, raz tylko przystanął i obejrzał się, jak gdyby szukał znajomej twarzy pielęgniarza.

Zachowywał się istotnie jak dziecko — potulne i posłuszne. Basia zdrętwiała na chwilę, gdy w hotelu usłyszała jego głos. Był sam w pokoju i mówił do siebie; ściszonym, miękkim, jakby obolałym głosem wymawiał dziwaczne słowa bez ładu i składu. Zdawało się, że chore dziecko prosi o coś pokornie, lecz nie ma nadziei, aby je wysłuchano. Mocny skurcz zdławił dziewczęce serce. Szybko otarła łzy, zanim weszła.

Przemawiała do niego z niewysłowioną słodyczą, krótkimi, niewymyślnymi zdaniami. Nie odpowiadał. Czasem przechylił głowę, jakby nasłuchiwał dalekiego echa, lecz na nieruchomej twarzy nie znać było żadnego błysku. Brał z jej ręki jedzenie i połykał je w pośpiechu, nie zważając, co zjada. Potem zapadał w kamienność i tylko przebierał szybko palcami, plotąc urojone kapelusze.

Pan Olszowski, bardzo zgryziony, naradzał się ze wzruszonym do głębi Francuzem..

— Taki umysł, taki człowiek! — biadał Dimauriac. — Światło w nim zgasło jak w lampie. Biedny on i biedna dziewczyna... Lecz jaka dzielna! Co mówili lekarze?

— Co mogli powiedzieć? Gwałtowny uraz psychiczny, poza tym, sądząc z głębokich blizn na głowie, katastrofa fizyczna.

— A jaka jest nadzieja?

— Jeśli orzeczenie, że „jednak cuda się zdarzają”, jest szczątkiem nadziei, w takim razie szczątek ten istnieje. Niech go Bóg ma w swojej opiece.

— Tak, ale i tę dziewczynę — rzekł Dimauriac wzruszony.

Po długiej naradzie postanowiono przewieźć nieszczęśliwego człowieka do Paryża, a stamtąd do kraju. Niespodziewanie sprzeciwiła się Basia.

— Za nic nie zawiozę ojca do Paryża. Trwoży go każdy hałas, wzdryga się, gdy trzasną drzwi. Zostawcie mnie z nim samym.

— Niemożliwe! — krzyknął pan Olszowski.

— Czemu niemożliwe? Wujaszku, ja już nie jestem dzieckiem. To on raczej jest dzieckiem, w tej chwili moim dzieckiem. Najpierw szukałam ojca, teraz będę szukać jego duszy... Osiądę z nim na jakiś czas w zacisznej miejscowości, najlepiej nad morzem, i będę tak długo patrzeć w jego nieruchome oczy, aż mnie ujrzą... Nie bój się o mnie... Wytrzymam! Jestem zdrowa i silna, a to jest mój ojciec.

Żadne namowy nie mogły przekonać Basi. Ponieważ lekarze nie sprzeciwili się temu zamiarowi, musiał wreszcie ustąpić i pan Olszowski. Uczynił to z lękiem i z wahaniem, otrzymawszy jednak uroczystą obietnicę Dimauriaca, że będzie z Paryża czuwał nad dziewczyną, zgodził się na jej wyjazd do Saint-Malo360. Nie byłby może nigdy tego uczynił, lecz zajrzawszy głęboko w jej oczy, zobaczył w nich powagę rozumnej, dorosłej kobiety. Tliło się w nich to niewypowiedziane, tkliwe ciepło, które jest najcudowniejszą treścią spojrzeń matczynych. Przez kilka dni zdołał też dostrzec, że nieszczęśliwy człowiek uznał Basię za swoją najwyższą władzę. Ożywiał się jakimś cieniem życia, gdy ona była przy nim, zapadał w odrętwienie, gdy tylko wyszła.

— Ją można zostawić samą! — oświadczył z entuzjazmem Dimauriac. — Będę przyjeżdżał co tydzień i donosił panu o wszystkim. Niech pan wraca spokojnie, drogi mistrzu.

— Niech pan mnie wezwie natychmiast, gdyby coś zaszło — prosił Olszowski.

Do Basi powiedział:

— Ufam ci, drogie dziecko... Twoje serce wie najlepiej, co należy czynić... Bądź zdrowa!

— Nie tak, najdroższy wujaszku! Powiedz raczej: „Niech będzie zdrów”.

— O tak, o tak! — rzekł Olszowski, gorąco całując jej skłopotaną głowę.

W cichym, portowym miasteczku — starym gnieździe pirackim — Basia osiadła ze swoim biednym „dzieckiem”. Ze współczującym zdumieniem patrzono tam, jak codziennie rano płowa, cudzoziemska dziewczyna prowadzi pod rękę dziwnego, milczącego człowieka. Prześliczna miejscowość obwiedziona jest murem, tak szerokim i potężnym, że mogą się na nim minąć dwa wozy. Mur ten jest doskonałą drogą, która wije się nad wodą o zielonym połysku. Morze jest tu huczne, szturmujące przypływami. Brzeg usiany głazami odsłania się podczas odpływu tak, że suchą nogą można przejść daleko. Zielona radość wałęsa się po tej szmaragdowej fali i oznajmia swą obecność krzykiem mew. O porannej i wieczornej godzinie fale nadciągają z daleka i śpiewają uroczyste hymny na cześć poety Chateaubrianda361, który ze swojego grobu na wyniosłej górze słucha muzyki wód.

Siwy człowiek, którego dusza ulotniła się, siadał na zrębie muru, a obok niego dziewczyna z chłopięcą twarzą. Kładła rękę na jego dłoni i mówiła cichutkim głosem:

— To morze.

Potem, gdy mewa rozdzierającym wrzaskiem chciała przekrzyczeć szum wody, dodawała:

— To jest ptak.

Siwy człowiek nasłuchiwał w milczeniu. Czasem spojrzał na nią jakby pytającym wzrokiem, a ona, ze zmartwiałym ze wzruszenia sercem, patrzyła w jego nieruchome oczy, jak gdyby chcąc w nich wyczytać bezradne pytanie. Raz do niej przemówił. Słowa były miękkie i okrągłe, lecz niezrozumiałe — jak gdyby szczebiotało dziecko. Nie bał się jej i niekiedy zdawało się, że szuka jej oczami.

Po kilku dniach sam ujął rękę dziewczyny i skierował się na schody, wiodące na gościniec362 muru. Słuchał chciwie szumu morza, zwróciwszy twarz ku słońcu.

— To jest słońce — uczyła Basia niemowlęcą duszę.

Tej nocy przeżyła jednak śmiertelną trwogę. Około godziny jedenastej spuszczony z łańcucha wicher zaczął hulać po morzu i zwalił się w niespodziewanym szturmie363 na ciche miasteczko. Basia posłyszała krzyk w pokoju ojca. Zerwała się z łóżka i wbiegła ze światłem. Biedny człowiek stał, trupio blady, przytulony do ściany i ręką tak osłaniał głowę, jak gdyby ją chronił przed czymś, co na nią spada. Gdy poczuł dotknięcie ręki, przylgnął do niej z głębokim, rozdzierającym jękiem.

— Tatusiu, tatusiu — mówiła Basia. — Nie bój się... Jestem przy tobie... To nic... To tylko burza...

Ułożyła go w łóżku, drżącego z powodu tajemniczego lęku. Gładziła jego czoło, perlące się wielkimi kroplami potu. Przemawiała do niego cichutko i słodko, jak gdyby uspokajała dziecko, aż wreszcie usnął. Nie śmiała się poruszyć, ponieważ przez sen trzymał kurczowo jej rękę.

Nazajutrz przybył Dimauriac. Spojrzał bacznie na Basię, potem zbliżył się do Bzowskiego i wyciągnął ku niemu dłoń. Tamten obrzucił go bezbarwnym wzrokiem i podniósł rękę machinalnie.

Francuz napełnił pokój radosną wrzawą słów, a Bzowski, przechyliwszy głowę, słuchał, wodząc za nim nieruchomymi oczami.

— Zdaje mi się, że się rozpoczyna cud! — szepnął Dimauriac. — Wie pani, kto na świecie jest mędrszy od największych uczonych? Miłość! A pani jest cała miłością, mała, dobra kobieto!

Basia miała jej w sobie tyle, że ta miłość przelewała się przez brzegi serca. Wzruszenie ogarniało ludzi w małym miasteczku, w którym wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Prości ludzie — rybacy, surowi i roztropni — kłaniali się z szacunkiem tej dziewczynie, która niezmordowanie, z anielską cierpliwością rozmawia z siwym, wynędzniałym człowiekiem.

Otoczyła ramieniem jego szyję i opowiada mu coś cienkim głosem rozśpiewanego ptaka. Morze jest dzisiaj jak szmaragdowa, soczysta łąka, na której pasie się żarłoczny wiatr. Słońce bucha złocistą radością.

Siwy człowiek patrzy na wodę z uporczywym natężeniem. Coś się w nim dzieje, coś się przewala i łamie. Mocuje się ze sobą jak Jakub364 z aniołem. Zdaje się, że pragnie uchwycić coś, co mu się wymyka i wyślizguje jak trzepocąca się ryba. Nagle zwraca twarz ku Basi i z niesłychaną intensywnością wpatruje się w nią bez końca. Potem ostrożnie, miękko, z wahaniem kładzie rękę na jej dłoni. Wyłamuje jakieś słowo w skale, wygrzebuje je z krwawiącym trudem. Wreszcie je wymawia:

— Basia... To jest Basia...

Złote niebo nagle się otwarło i Basia ujrzała przez słoneczne opary dobrą, promiennie uśmiechniętą twarz Boga.