9. Uśmiech krwawego Heroda
W zawsze wesołych oczach Basi zjawiła się niezwykła powaga. Dziewczyna ucichła i często zapadała w zadumane milczenie. Przez pierwsze dni po mrocznej i smutnej rozmowie z panią Olszowską uśmiechała się z przymusem, choć wcześniej uśmiech zdawał się przyrośnięty na stałe do jej chłopięcej twarzy. Największe nawet zmartwienie nie mogło go z niej zetrzeć, rzęsiste łzy też nie dawały mu dać rady. Radość tkwiła głęboko w tym stworzeniu, kochającym cały świat i wszystko co na nim, więc teraz Basia jakby nieco przywiędła.
— Cios był zbyt gwałtowny — mówiła pani Olszowska do męża.
— Biedactwo kochane — szepnął pan Olszowski. — Trzeba odwrócić jej myśli i zająć czymś wesołym.
Basia jednak sama znalazła sobie zajęcie, zapaławszy niespodziewaną miłością do geografii. Wędrowała przez długie godziny po mapach, upodobawszy sobie podróże po krajach Ameryki Południowej. Przez dzicze, przez kamienne pustynie, przez puszcze buchające gorącem i przez zbałwanione rzeki w jedną noc wzdymające się mętną, wodną puchliną236 wiodły ją książki, wyszukiwane troskliwie. Oczami wyławiała z nich wszystkie wieści o tych „nieludzkich ziemiach”, a równocześnie palcem kreśliła na mapie obłędne drogi. Dziwne myśli, jak podzwrotnikowe237 motyle, latały nad jej zadumanym sercem.
— Szuka ojca na mapie — rzekł Olszowski do żony. — Serce się kraje, gdy się na to patrzy...
Pewnego dnia Basia zjawiła się w jego gabinecie.
— Mój wujaszku złoty — rzekła cichutko. — Czy ty znasz profesora Somera?
— Tego sławnego geografa? Znam. Czemu o to pytasz?
— Czy mógłbyś mi do niego napisać list polecający?
— A na cóż... — zaczął Olszowski, ale nie skończył. — Dobrze, dziecko! — dodał szybko. — Wiesz, gdzie mieszka?
— Wiem już od dawna.
Z listem gorąco napisanym Basia stanęła przed słynnym uczonym. Był to człowiek drobnej postaci, o przenikliwych oczach. Przewiercił nimi glob ziemski i wzrokiem dotarł do owych przepaścistych mroków, wśród których, w konwulsjach i w piekle ognia, z niewysłowionego cierpienia żywiołów rodziła się biedna Ziemia. Głośny na całym świecie geograf, ujrzawszy przed sobą zamiast nieznanej góry, co by mu wielką sprawiło przyjemność, drobną ludzką okruszynkę, zmarszczył czoło. Ludzie obchodzili go najmniej. Trzęsienie ziemi, porządny kataklizm238, rozpadnięcie się globu albo najazd oceanów na ziemskie padoły239 mogły mu zabrać odrobinę czasu, którego nie miał wiele — czego jednak chce ta mała?
Basia dygnęła ślicznie i podała mu list.
— Niech panienka siada, jeśli tylko jest na czym — rzekł opryskliwie240.
Nie było jednak na czym usiąść, bo cała pracownia zawalona była książkami i mapami. Gdyby nastąpił koniec świata i wszystko przepadło, pan profesor Somer, cudem jakimś ocalony, odtworzyłby go bez najmniejszego trudu wedle swoich map i biblioteki. Ponieważ w tej chwili nic światu nie groziło, zajął się czytaniem listu. Przerwał w połowie i spojrzał na Basię. Czytał dalej, jak gdyby już z większą uwagą. Skończył, zdjął okulary i milczał przez dłuższą chwilę.
— Bzowski... Bzowski... — zaczął mówić jakby sam do siebie. — Mój najlepszy uczeń... Adam Bzowski. Miło mi, moje dziecko, że cię widzę. Bardzo kochałem twojego ojca, bardzo... Byłby po mnie... Trudno! Nieszczęście. Czego chcesz się dowiedzieć, dziewczyno?
— Chcę się dowiedzieć, proszę pana profesora, dokąd naprawdę udał się mój ojciec i gdzie zginął — odparła Basia z powagą.
— Zaraz cię objaśnię.
Zręcznym ruchem nogi odrzucił na bok nikomu w tej chwili niepotrzebną Europę, zwalił na jakieś rupiecie Azję i wreszcie, jak Kolumb241, odnalazł koło pieca obie Ameryki.
— Zrozumiesz coś z tej mapy? — zapytał podejrzliwie.
Basia przejechała palcem przez Amerykę Południową i jednym tchem wyrecytowała nazwy wszystkich republik, w których jest zawsze gorąco i zawsze jest rewolucja.
Wielki geograf spojrzał na nią z nieukrywaną radością.
— Doskonale, mała kobieto! — krzyknął z zachwytem. — A teraz powiedz, gdzie się znajduje mój palec.
— W Ekwadorze!
— Twoja bystrość przynosi zaszczyt rodzajowi damskiemu. Osiem kobiet na dziesięć rzekłoby, że to Zakopane242, gdyż widać jakieś góry.
— To Andy243 — objaśniła Basia słynnego geografa.
— Zdaje mi się, że słuszność jest po twojej stronie! — śmiał się uczony.
Śmiał się jednak jakoś dziwnie — pokrywał śmiechem wzruszenie podczas wyimaginowanej244 podróży na grób ojca tej dziewczyny.
— Byłam tu już dziesięć tysięcy razy — rzekła Basia cicho.
Profesor spojrzał na nią ze szczerym zdumieniem, potem, zrozumiawszy, w jaki sposób i w jakim celu wędrowała po tej krainie, a także po wszystkich sąsiednich, spędził z ust uśmiech jak pszczołę i rzekł poważnie:
— To dolny Ekwador, bagnisty, zarażony malarią245 i gorączką... A tu górny, zagubiony wśród gór i przepaści. Po hiszpańsku: tierra fria — „zimna kraina”. Na te wyżyny zmierzał twój ojciec z dwoma francuskimi uczonymi.
— Po co?
— Po wiedzę. W kraju tym mieszka indiańskie plemię Jiwaro246, o którym krąży mnóstwo bajek i bredni. Nauka jest żelazną miotłą, co wymiata z umysłów ludzkich wszystkie plewy247. Dlatego wybrało się tam ich trzech, aby przez rok cały badać ten zakątek świata. Jeden z nich miał notować mowę i pieśni, drugi miał przynieść ścisłe wiadomości o wszystkim, co tam żyje i rośnie, a twój ojciec zamierzał zbadać samą ziemię, skały, góry i rzeki. Tymczasem... Czy będziesz odważnie słuchać, moje dziecko?
Basia skinęła głową z wielką powagą.
— Tymczasem podczas przejścia przez góry zerwała się na wielkiej wysokości ścieżka. Jeden z Francuzów ocalał, drugi zaś i twój ojciec... Panie Boże, daj im światłość wiekuistą... A tobie, dziewczyno...
— Panie profesorze — rzekła Basia głucho. — Czy to wszystko jest pewne?
— Takie sprawozdanie zdał ocalony. Udało mu się dotrzeć do ludzkich osiedli, do miasteczka Loi. Stamtąd powrócił do Paryża. Francuskie Towarzystwo Geograficzne powtórzyło jego sprawozdanie w urzędowym biuletynie248. To wszystko, co wiem.
— I nie szukano ich?
— Owszem, prowadzono poszukiwania jeszcze długo po katastrofie. Nie znaleziono śladu... Przepaści są żarłoczne. Jakieś straszliwe, górskie deszcze musiały pogrzebać tragedię wśród skał i kamieni. A dzisiaj... Dzisiaj mija już dziesięć lat... Głowa do góry, dziewczyno! Twój ojciec padł na posterunku jak żołnierz. Żołnierz nauki jest największym bohaterem. Nie zabija, szuka źródeł życia, chce rozszerzyć świat i wytycza drogi dla tych, co za nim przyjdą ze światłem. Bądź dumna ze swego ojca... Padł na szczytach, na których śmierć czyha, siedząc okrakiem... Czekaj, dziecko, coś ci jeszcze pokażę...
Zdjął ze ściany wielką fotografię, na której obok niego widać było sześciu młodych ludzi.
— To twój ojciec — rzeki zdławionym głosem. — Ten oto, z lewej strony...
Basia wpiła się spojrzeniem w jasną, szczerą, wesołą twarz. Wpatrywała się w nią tak mocno, że ta twarz zaczęła rosnąć, olbrzymieć i oto nagle dwie jasne źrenice zajrzały w oczy Basi.
— Tatusiu! — szepnęła dziewczyna rozdzierającym głosem.
Profesor Somer wyjął łagodnie zdjęcie z jej rąk.
— Nie trzeba... Maleńka, nie trzeba... Raczej uśmiechnij się do niego.
Jasna twarz ojca zapadła w oczy Basi i utrwaliła się w nich jak na płycie fotograficznej.
Modliła się tego wieczoru:
— Spraw, Boże jedyny, aby mu nie było zimno w tej przepaści... Niech go omijają wody i nie budzą go ze snu... Niech omijają go głazy lecące z urwiska... Niech ma grób spokojny na dalekiej, strasznej, obcej ziemi... Miej litość dla mojego biednego ojca, Boże Ojcze!
Do państwa Olszowskich powiedziała:
— Ja wiem wszystko!
Schowała atlasy i mapy, gdyż po ekwadorskim płaskowyżu mogła wędrować z zamkniętymi oczami.
Czekał ją jeszcze jeden obowiązek, bardzo pilny: odwiedzenia grobu matki i wizyta u pani Natalii Budziszowej, jej pierwszej opiekunki.
Obydwie długo klęczały przy grobie, starannie utrzymanym i ukwieconym.
— To pani o tym pamięta... — rzekła Basia ze wzruszeniem. — Jak ja mam pani dziękować?
Ujęła ręce doktorowej i przytuliła do swej twarzy.
— Daj spokój, dziecko! — broniła się gwałtownie pani Budziszowa.— To żadna zasługa... W naszym przeraźliwym mieście nie można gadać z żywymi, więc trochę radości znajdzie człowiek jedynie na cmentarzu. Zasadziłam tu kilka kwiatków, to i cóż?... Mam przynajmniej jakieś zajęcie.
— Przecież pan doktor... — bąknęła Basia.
— Pan doktor więcej się zawsze cieszy tyfusem249 niż mną. Poza tym gra w pikietę z aptekarzem, ładna spółka, co? A jako kibic asystuje im właściciel składu trumien. Ale, ale... Skoro już mowa o śmiertelnym towarzystwie, powiedz mi, co się dzieje z tym upiornym aktorem, co straszy w biały dzień?
— Z panem Walickim? — uśmiechnęła się Basia. — Co niedziela przychodzi do babci na obiad i kłócą się do wieczora. Bardzo się postarzał.
— A zębami zgrzyta?
— Już nie bardzo. Tylko w niedzielę.
Basia spędziła trzy pogodne dni u zacnej — choć skwaśniałej jak zwietrzałe, dobre kiedyś, wino — Budziszowej. Po czułym pożegnaniu trzeba było wracać.
— Trafisz chyba sama do Warszawy? — uśmiechnęła się doktorowa. — Nie potrzeba ci już kartki z adresem?
Basię oczekiwała w Warszawie smutna nowina.
— Walicki jest bardzo chory! — oznajmił jej pan Olszowski.
— O Boże! — zasmuciła się dziewczyna serdecznie. — Niedawno rozmawiałam o nim z panią Budziszową. Co mu jest?
— Ciężko zaziębił się gdzieś na swojej aktorskiej włóczędze. Zapalenie płuc, ale groźne. Zabrali go do szpitala.
— Czy można go odwiedzić?
— Nie tylko można, ale trzeba, Basiu! Ten biedny człowiek wciąż wypytuje o ciebie! Był tu Szot i opowiadał. Może tego nie pamiętasz, ale gdy byłaś chora przed dziewięcioma laty, ten przezacny człowiek włosy sobie wyrywał z głowy i przychodził codziennie.
— Pamiętam... Wykrzykiwał śmiesznie, aby mnie pocieszyć. Biedny, biedny Herod!
Pobiegła czym prędzej do babki, aby o nim pogadać. Pani Tańska była jak zgaszona pochodnia250 i dymiła złym humorem.
— Mówiłam mu: „Noś pan jesienią trykoty251! Odziewaj się ciepło!”. Mówiłam mu dziesięć razy i myślisz, że mnie posłuchał? Płaszczyk nosił, podszyty wiatrem, a buty miał... Wiesz, jakie miał buty? Przyszedł kiedyś, a ja patrzę: na dywanie kałuża... Ryby można było łowić... Powiadam mu: „Co to znaczy? Czemu pan nie wyciera nóg przed drzwiami?”. „Wycierałem, wycierałem — bredzi ten zbójca — ale nie udało się. Ta woda nie pochodzi z zewnątrz, to jest woda zaskórna, wypływa z wnętrza butów!”. Podnosi bezczelnie najpierw jedną nogę, a potem drugą i chwali się, że ma dziury w podeszwach. Chciałam zazgrzytać zębami, ale mnie uprzedził, a ja z nim nie wytrzymam konkurencji252. „Na sztuce się dorobiłem! — zaczął krzyczeć. — To są moje odznaczenia za waleczność! Tak za nią chodziłem, krok w krok, że zdarłem te śmieszne buty!”. Słyszałaś coś podobnego?
— Babciu... — rzekła Basia nieśmiało. — Trzeba mu było kupić nowe...
Pani Tańska spojrzała ponuro.
— Tak myślisz? — rzekła czarnym głosem.
Otworzyła z wielkim trzaskiem szafę i podniosła w ręku parę lśniących butów; po ich wielkości można się było domyślić, że pan Walicki żyje „na szerokiej stopie”253.
— Co to jest?! — krzyknęła gromko.
— Buty...
— Istotnie. Ślepy poznałby, że to buty. Kupiłam i mówię: „Weź je i noś w imię boże!”. A ten morderca omal mnie nie zabił. Krzyczał tak, że w całym domu zrobiło się zbiegowisko. „Nie potrzeba mi niczyjej łaski! — darł się jak opętany. — Jestem artystą, a nie żebrakiem! Niech je pani sama nosi, bo pani ma słoniowe nogi... I obie lewe!”. Słyszysz? Aha! I jeszcze gorsze rzeczy wygadywał. „Starożytne damy mają zwariowane pomysły. Może mi pani ofiaruje jeszcze jakieś swoje barchanowe254 majtadały255? Niech je pani da komuś innemu... Przydadzą się na namiot podczas ulewy!”. Potem trzasnął drzwiami i tyle go widziałam. Ot, biedaczysko!
— Babcia się rozgniewała?
— Za co? To jest człowiek jak łza i ma swój honor. Nagadał on mnie, nagadałam ja jemu i koniec... Smutno mi bez niego... A gdy się dowiedziałam, że chory, serce się we mnie ścisnęło... Pójdziesz tam do niego, Basiu?
— Idę jutro z panem Szotem.
— To dobrze, to bardzo dobrze! Powiedz mu, że chciałam jak najlepiej. A tego Szota zapytaj, czy czegoś Walickiemu nie potrzeba. Teraz nie będzie mógł robić awantur. Nieszczęśliwy pan Antoni... Gębę wykrzywia, a serce ma anielskie... Marcysia zapłakuje się w kuchni... Mówił jej, że przez milion lat będzie gryzła w piekle to, co podle ugotowała, i że będzie popijać smołą, a babina przepadała za nim. Zabrał ją raz do teatru, kiedy grał jakiegoś ducha, a Marcysia uciekła ze strachu. Za to chciał ją ucałować... Powiedz mu, Basiu, żeby prędko wyzdrowiał!
Pan Antoni Walicki, najstraszliwszy Herod wszystkich czasów, żywy upiór i wilkołak, prezes stowarzyszeń straszących duchów, herszt256 zbójców i krwawe widmo, nie miał jednak tego zamiaru. Dyszał ciężko i łowił powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Wodził ponurym spojrzeniem po pułapie, jakby ujrzał tam śmierć pod postacią pająka. Czasem pokrzykiwał głośno i zapewne ją odstraszył, bo długo czaiła się w mroku. Gorączka zjadała go uporczywie.
Przyjaciel Szot odwiedzał go często i wpatrywał się w niego smętnym, zbolałym wzrokiem. A pan Antoni zapytywał urywanym, spotniałym głosem:
— Co słychać w teatrze?
Przyjaciel opowiadał o blaskach i nędzach umiłowanego przybytku sztuki, udając beztroską wesołość. Nagle ujrzał na cmentarzysku twarzy Walickiego gwałtowne skrzywienie, znając zaś jej obłędną wymowę, zdumiał się:
— Czemu się cieszysz, Anteczku?
— Cieszę się... — mówił ciężko stary Herod — bo zbliża się wielka, wielka przyjemność... Tylko czekam, aby umrzeć... Tej samej nocy tak będę straszył tego ananasa dyrektora, że albo osiwieje, albo ucieknie z domu...
— Warto, warto! — rzekł Szot z uznaniem. — To partacz257, nie dyrektor. Ale ty, Antoni, nie umrzesz... Mowy nie ma!
— Umrę, umrę, choćby z grzeczności... Nie mogę robić zawodu doktorom, którzy już podpisali wyrok. Aha, Szot!
— Słucham cię, bracie!
— Poduszkę możesz zabrać sobie... Kołdrę też... Tylko nie sprzedawaj, opryszku jeden, bo się spijesz... Znam cię. Za to musisz przed karawanem258 nieść wszystkie moje ordery...
— Jakie ordery?
— Te wszystkie gwiazdy, które widziałem w biały dzień, kiedy byłem głodny... I te wszystkie krzyże...
— Przestań, Anteczku, masz gorączkę...
—- Zawsze miałem gorączkę, przez całe życie... Porządny aktor musi mieć zawsze gorączkę... Ile razy wchodzi na scenę... A ja przez czterdzieści lat... Ale za to Heroda grałem, że palce lizać!
— Morowo odstawiałeś Heroda! — rzekł Szot z zapałem. — I ducha ojca Hamleta! Już nikt tak nie zagra!
Stary aktor przymknął oczy z zachwytu. Śmierć zaszyła się w jakiś ciemny kąt, a promień słońca wpadł przez okno ze złotą radością. Szpitalny pokoik napełnił się zgiełkiem i wrzawą259: „Walicki! Walicki!”. To galeria260 tak klaszcze i woła, i domaga się ukazania się aktora przed kurtyną261.
— Szot... — szepnął stary Herod.
— Jestem...
— Wszystkie fotografie dasz Basi... Słyszysz?
— Słyszę... Basia przyjdzie tu jutro!
Walicki otworzył oczy szeroko i zawołał jasnym głosem:
— Przyjdzie? O przyjacielu... Szot, ja muszę się ogolić!
Nadobnie ogolony, z podnieceniem w oczach, oczekiwał jej nazajutrz od samego rana.
Basia zjawiła się po południu z bukiecikiem jesiennych fiołków, uroczysta i jakby trochę zalękła. Szot, czekający na nią przed bramą, rzekł smutno:
— Bardzo jest źle, ale proszę się uśmiechać...
— Ja nie mogę.
— Trzeba! Trzeba się uśmiechać.
— Dobrze! — powiedziała Basia.
Zmartwiała na krótką chwilę, ujrzawszy wujaszka Walickiego zamienionego w ponury cień, lecz gdy dostrzegła jego nieludzką radość, uśmiechnęła się rozrzewniająco. Chciał wyciągnąć ręce w jej stronę, ale nie mógł.
— Basiu! — szepnął. — Basieńko!
— Wujaszku złoty! — mówiła dziewczyna drżącym głosem. — Wszystko będzie dobrze... Wszyscy się modlą za twoje zdrowie. I babcia, i ciocia... I Marcysia się modli i płacze...
— Nareszcie zupa będzie posolona, jeśli łzy do niej leje... Dobrze, że przyszłaś... Teraz, Basiu, spokojnie umrę... Bardzo na ciebie czekałem... Szot, nie podsłuchuj... Chcę jej coś powiedzieć...
Przyjaciel usunął się na palcach w stronę okna i patrzył na ogród. Basia usiadła przy łóżku.
— Pochyl się nade mną... Tak!... Nie mogę mówić... A chciałbym ci powiedzieć, drogie dziecko... Że cię bardzo... Bardzo kocham... Nie mam na świecie nikogo... Wszyscy odeszli... Sam jak palec... Nikt nigdy... Nie przytulił twarzy do mojej twarzy... Tylko ty... Pamiętasz? Na dworcu... Przed dziesięcioma laty...
— Pamiętam...
— Nigdy tego nie zapomniałem... Pan Bóg cię zesłał... Bo mi było w sercu strasznie ciemno... A ja mam serce... To wygląda na kłamstwo, ale mam...
— Ja wiem o tym!
— To dobrze... Pamiętaj o mnie, dziecinko... Choćby niedługo, ale pamiętaj... To tak strasznie smutno pomyśleć, że nikt nigdy nie wspomni.
Basia zaczęła mówić szybko, gorącym szeptem, że nie tylko ona, lecz że kochają go wszyscy i nigdy, przenigdy o nim nie zapomni, ale niepotrzebnie o to prosi, bo wyzdrowieje.
Herod przymknął oczy i słuchał chciwie.
Zdawało mu się, że jest śmiertelnie znużonym262 wędrowcem, co wyczerpany legł pod drzewem, na którym śpiewa ptak. Pachną mocno fiołki, pachną aż do upojenia, a łaskawe, wiosenne słońce ogrzewa jego zgrabiałe z zimna ręce. Dotyk słońca napełnia go niewysłowioną błogością... Jest mu ciepło, jest mu niezmiernie dobrze... Promień pieszczotą ogrzewa jego dłonie. Spojrzał na nie, otworzywszy z trudem oczy, i ujrzał, że to nie słońce — to Basia położyła na nich swoje dziecinne, małe rączęta.
— Basiu... — szepnął jakby zdumiony. — O, jak ciepło... Tak... To przecież wiosna...
Dziewczyna spojrzała z rozpaczą w stronę Szota.
Czemu Herod mówi o wiośnie? Zapada właśnie jesienny mrok. Co mu się roi?
A Walicki mówi zdyszanym szeptem:
— Jest mi dobrze... Strasznie byłem zmęczony... Tyle lat, tyle lat... Serce spalone na popiół... Wszystko spalone. Bo ja zawsze całą duszę... Całą duszę wkładałem w to, co było... Co było piękne... Basiu, jesteś tu?
— Jestem! — odpowiedziała zdławionym głosem.
— Nie odchodź... Całe życie sam... Niech przynajmniej teraz... Nie boisz się mnie?
— Wujaszku!
— To dobrze... Ja tylko na twarzy... Ale w duszy... O Boże, Boże miłosierny!...
W okrzyku tym było tyle skargi, tyle prośby, tyle jęku i tyle łez, że napełnił on cały pokój. Cisza, która potem zapadła, była jakaś niezmiernie poważna i uroczysta. Bladość pokryła twarz i serce dziewczyny. Stała bezradna i zalękła wobec czegoś wielkiego i wzniosłego. Biedny człowiek wzywał Boga głębokim jękiem duszy.
— Zasnął... — szepnął Szot.
Basia podniosła się z krzesła i patrzyła z niewysłowioną tkliwością na tę twarz brzydką, chmurną, wymęczoną i zmiętą. Jej pierwszy opiekun, udręczony cierpieniem, leżał bezbronny — Łazarz i Hiob, dopraszający się jednego ciepłego słowa. Chciała mu ich powiedzieć milion.
— Śpi... — powtórzył Szot.
Nagle Basia chwyciła jego rękę.
— Niech pan patrzy!... — szepnęła.
Poorana zmarszczkami, groźna twarz krwawego Heroda uległa jakiejś gwałtownej przemianie: wygładziła się, pojaśniała i chyba przez niepojęty cud opromieniła się jasnym, dobrym, łagodnym uśmiechem. Złoto tego niespodziewanego uśmiechu ukazało się na jego bladych ustach. Ponury straszliwiec uśmiechał się, szczęśliwy, och, jak bardzo szczęśliwy!
Musiał umrzeć, aby się uśmiechnąć...
10. „Intryga263 i miłość”264
Basia wracała do domu jak półprzytomna. W swoim króciutkim życiu widziała już śmierć dwa razy, a myślała wciąż o trzeciej: w przepaści dalekiej ziemi. Dwa razy dotknęła jej ręką. W tej chwili niosła w oczach ostatni, dobry uśmiech znużonego człowieka, który tym uśmiechem witał spokój wieczysty i niezmącony.
Tak była zamyślona, że nieostrożnie przechodziła przez jezdnię w niebezpiecznych miejscach. Nagle usłyszała zdyszane sapanie i gniewny, rozkrzyczany warkot automobilu, który z największym trudem zatrzymał się tuż przed nią. Posypał się w jej stronę grad gwałtownych okrzyków. Oprzytomniawszy, zaczęła biec w stronę chodnika. Uniknąwszy śmierci, nie zdołała jednak umknąć przed policjantem, który stanął przed nią z marsową265 miną.
— Czy panna nie ma oczu? — zadał jej dość ironiczne pytanie, gdyż dwoje oczu patrzyło w niego z pokornym lękiem. — Trzeba będzie zapłacić złotówkę... Ma panienka pieniądze?
Basia miała pieniądze i już chciała otworzyć torebkę, lecz zatrzymała się. Pokorny lęk ciężkiego przestępcy nagle gdzieś się zapodział, a bezczelna damska figura, mącąca haniebnie prawidłowy ruch uliczny, spojrzała bystrze na pogodne oblicze przedstawiciela porządku publicznego i rzekła:
— Dobry wieczór, panie Michale!
Granatowy człowiek otworzył szeroko urzędowe usta i jakby stężał — tak samo jak żona Lota, gdy została zamieniona w słup soli. Przez jezdnię przemknęło, chytrze i podstępnie, co najmniej dziesięciu lekkomyślnych Lechitów266, zanim policjant odzyskał mowę i buchnął okrzykiem jak fontanna:
— Panna Basia!
Zdawało się przez chwilę, że w obliczu niesfornego267 świata, mającego skłonność do wpadania pod auta, zbrojny mąż zacznie całować rączki dziewczyny. Pohamował się jednak i tylko oczami krzyczał, że nie mogła go spotkać większa przyjemność i że dawno nie zaznał wspanialszej radości. Tego nie mogły mu zabronić żadne przepisy. Dawny Michałek, wierny sługa pana Olszowskiego, ósmy brat śpiący, trzeci z kolei opiekun Basi, jej czciciel i adorator268, a obecnie godny podziwu rycerz, przypasany do rewolweru i pałki, otworzył po raz drugi cudowną gębę, tym razem w szerokim uśmiechu. Druga dziesiątka niesfornych Lechitów, korzystając z tego otumaniałego stanu przedstawiciela władzy, przebiegła przez jezdnię w niedozwolonym miejscu.
— O, jak się cieszę... O, jak panienka wyrosła... — mówił szybko granatowy mąż. — Teraz nie mam czasu na rozmowę, ale czy mogę przyjść do państwa?
— Musi pan przyjść! — rzekła Basia serdecznie. — Do widzenia!
— Chwileczkę! — mówił czujny żuraw. — Panno Basiu... Proszę się nie gniewać... Ale złotóweczkę trzeba zapłacić!...
Basia zapłaciła złotóweczkę z największą powagą, pan Michał wyprostował się i zasalutował elegancko.
— Proszę się pięknie kłaniać...
Nie wymienił tej szczęśliwej osoby, gdyż zawładnąwszy już zmąconymi zmysłami, dostrzegł dwudziestego pierwszego niesfornego Lechitę, który, korzystając z zamieszania, przebiegał przez jezdnię, i zatrzymał go, uczyniwszy dwa jelenie susy.
Basia ujrzała go po raz drugi na pogrzebie Walickiego.
Piękny to był pogrzeb. Nie było żadnej rodziny nad grobem, ale odprowadzali go wierni, najwierniejsi przyjaciele. Pan Olszowski przemówił wzruszająco. Szot łkał, wtuliwszy głowę w ramiona. Pani Tańska patrzyła na trumnę twardym wzrokiem, lecz przyśpieszony oddech zdradzał, że jakaś burza kotłuje się w jej sercu. Ktoś rzucił do otwartego grobu mizerną wiązankę kwiatków, lecz zebranych ogarnął podziw, gdy pani Tańska wzięła z rąk zapłakanej kucharki dość pokaźne zawiniątko i pochyliwszy się nad grobem, złożyła je u stóp trumny. Nikt nie śmiał zapytać, czym obdarzyła starego aktora na podróż w niebiosa. Jedna Basia wiedziała, że to te błyszczące, nowiutkie buty... W nich stanie sobie dumny pan Antoni przed boskim tronem i olśni całe niebo. Umarli aktorzy spojrzą z zazdrosnym podziwem i rzekną: „Aleś się, bracie, wyelegantował269!”. A najbardziej zdumiony będzie sławny artysta teatralny, pan Trapszo270, który swoje dyrektorskie obuwie zszywał białą nitką i czernił je potem umiejętnie, albowiem wielka chwała rzadko wędruje przez świat w całych butach.
Pani Tańska, dowiedziawszy się o ostatnim uśmiechu krwawego Heroda, rzekła krótko:
— Zawsze wiedziałam, że to był oszust. Na gębie miał cmentarz, a śmiał się do środka.
Pomodliła się jednak gorąco, aby mu Pan Bóg przebaczył to ponure szachrajstwo271. Potem kazała przyjść Szotowi.
— Niech pan w każdą niedzielę pojawi się na obiedzie! — rozkazała szorstko. — Niech pan wpadnie, bo nie mam się z kim kłócić.
— Ale ja jestem spokojnym człowiekiem, szanowna pani!
— Nic nie szkodzi. Przy mnie zrobi się pan awanturnikiem... Będę miała jakieś zajęcie, bo żyję za długo i straszliwie mi się nudzi. A mam jeszcze cztery zęby!
Tymi czterema zębami usiłowała rozgryźć twarde zagadnienie: co się właściwie dzieje z Basią. Dziewczyna zmizerniała i straciła żywy humor, który był źródłem wesołego zamieszania w domu. Pan Olszowski był zaniepokojony. Basia, odwiedziwszy jeszcze dwa razy profesora Somera, zaczęła wysyłać jakieś tajemnicze listy i jakieś zagadkowe odpowiedzi zaczęły przychodzić do niej. Najdziwniejsze było to, że dziewczyna najwidoczniej korespondowała z Paryżem, stamtąd bowiem docierała poczta zwrotna. Nikt nie chciał wypytywać jej o te sprawy.
— Musi wiedzieć, co robi! — rzekła pani Olszowska. — To nie jest głupia dziewczyna.
Pani Tańska, usłyszawszy o tym, od razu odnalazła prawdziwy powód tajemniczej korespondencji:
— Musiała się zakochać w kimś, kto przebywa we Francji!
— Ależ, babciu, cóż za pomysł! — wybuchnęła pani Olszowska.
— Pomysł nie najgorszy — odrzekła babcia. — Daleko nie szukając, ja sama zakochałam się we Francuzie.
— W kim?
— W Napoleonie III272. Byłabym nawet napisała do niego list, ale nie umiałam po francusku. A Basia umie. Zobaczycie, że z tego będzie awantura.
Basia miała wprawdzie kłopoty romansowe273, ale na rodzinnej ziemi. Zajmowały one południową stronę jej serca, tę jeszcze dziecinną i pogodną, bo w jego północnej części gromadziły się chmury i latały ponad nią troski.
Cała szkoła wiedziała o „śmiertelnej” miłości i krwawym współzawodnictwie genialnego Juliusza, który umiał naprawiać dzwonki, i wieszcza Zygmunta, oblewającego siódmymi potami każdy rym niezliczonych wierszydeł. Basia zapomniała o nich obu podczas chmurnych dni, wśród których był ten jeden, wydęty jesiennym wiatrem i pomazany skisłym, deszczowym mrokiem: dzień odlotu wędrownego żurawia, biednego Heroda, na wyraj274 w niebieskiej krainie. Prędko jednak obaj wielbiciele wyskoczyli jak dwa szatany z magicznego pudełka. Dwa cienie wędrowały za Basią niezmordowanie i czaiły się na jej drodze — jeden po lewej, drugi po prawej stronie ulicy. Udawała, że ich nie widzi. Ponieważ jednak nie można było przejść obojętnie wobec tak niezmiernej miłości, moknącej na deszczu i wytrwale prażącej się na słońcu, czasem — bardzo rzadko — ofiarowała zagadkowe spojrzenie lewym okiem geniuszowi od dzwonków, a prawym — geniuszowi od pisania wierszy. Ten łaskawy wzrok został na wieki wieków zasuszony w poemacie275 Zygmunta, z którego dotarł do nas zaledwie szczątek:
Uśmiechnęła się do mnie — o serce, ratunku!
Bowiem cóż to jest uśmiech? To pół pocałunku!
Ponieważ na znak obłędnej wręcz radości z tego samego powodu trudno było Juliuszowi naprawić wszystkie dzwonki w mieście, ten nieszczęśliwy człowiek, którego serce było młotkiem Neffa (zobacz w podręczniku fizyki), postanowił oblec w krwawiące ciało wszystkie swoje groźby. Szczegóły tej ponurej sprawy wyszły na jaw za pośrednictwem kuzynki Juliusza. Opowiedziała ona zrozpaczonym szeptem całej szkole o serdecznej męce naprawiacza dzwonków, który pewnego dnia, chmurny jak noc i Achilles276 w pierwszej pieśni Iliady277, uderzył z mocą ręką o stół i zakrzyknął słowami Mickiewicza278: „Trzeba tę rzecz skończyć! Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć!”279.
Po czym posłał sekundantów280 Zygmuntowi.
Przyszło ich dwóch, a chociaż dzień był słoneczny, poecie zrobiło się czarno przed oczami. Obaj byli mroczni jak dwa postne dni, a tak od nich wiało śmiercią, jak zapach kiszonej kapusty wionie ze starej beczki.
— Wiesz, o co idzie... Szkoda marnować słów, zresztą Julek zabronił nam wymawiać imię jednej osoby, które jest dla niego święte. Stanąłeś na jego drodze, więc jeden z was musi zginąć.
— W takim razie on zginie! — krzyknął poeta nawet dość potężnie, niewątpliwie jest jednak prawdą, że to nie on krzyknął, lecz strach, który w nim mieszkał.
— To się jeszcze pokaże — zaśmiał się jeden z sekundantów i zmierzył Zygmunta uważnym wzrokiem, jak gdyby zdejmował na oko miarę na trumnę.
— Raz kozie śmierć! — oświadczył drugi.
Nie wiadomo dobrze, co w tej śmiertelnej sprawie miała do roboty koza. Ponure oświadczenie brzmiało na pozór bez sensu, lecz groźny posłaniec, z obojętnością potraktowawszy kozę, z takim naciskiem wymówił słowo „śmierć”, że wykrzyknik po nim przybrał widomy kształt cyprysu281, smutnego drzewa rosnącego nad grobem. O to szło!
Cała sprawa toczyła się w największej tajemnicy, dlatego tylko jeden z kolegów o niej nie wiedział, bo na swoje nieszczęście był chory. Wlokła się ona przez dwa tygodnie. Naradzano się nad wyborem broni uśmiercającej całkowicie i bez nadziei ratunku. Codziennie któryś z dobrych towarzyszy podsuwał inny sposób zakatrupienia przeciwnika. Jednym z najznakomitszych — lecz, niestety, niewykonalnym — był pomysł, aby do pudełka włożyć jadowitą kobrę, przy czym obaj śmiertelni wrogowie mieli na pięć minut wsunąć równocześnie ręce do strasznego pojemnika. Kogo wybierze wąż, to sprawa jego i losu. Nie można było też urządzić przeciwnikowi kęsim282 ani z pomocą broni siecznej, ani palnej, gdyż nie było sposobu jej zdobycia. Odpadł doskonały pomysł, aby obaj wrogowie zanurzyli równocześnie głowy pod wodą; wygrałby ten, który by miał dłuższy oddech. Taki pojedynek — wyborny w lecie — był dość ryzykowny w listopadzie. Z miłości można umrzeć, rzecz jasna, ale po co się zaziębić?
Głucha wieść zaczęła krążyć po szkole:
Skończone! Będzie amerykański pojedynek... Straszny pojedynek...
Już nie czterech — po dwóch z każdej strony, ale trzydziestu sześciu sekundantów — po osiemnastu na głowę, wymyśliło jeden z najokropniejszych pojedynków, jaki zanotowano w awanturniczych dziejach świata. Obaj rywale złożyli ponurą przysięgę, że od dnia 13 — trzynastego! — listopada, od godziny dziewiątej rano przestaną przyjmować pokarmy. Nie wolno im wziąć do ust niczego prócz wody. Wszystkie możliwe szachrajstwa zostały przewidziane. Woda musi być wprost z kranu i nie wolno w niej przemycać chytrze żadnych pożywnych, rozpuszczalnych dodatków. Kto zginie, ten zginie. Trudno. Kto wytrzyma, będzie zwycięzcą. Każdemu z przeciwników przysługuje prawo kapitulacji. Może się stawić przed śmiertelnym trybunałem283 i ogłosić: „Dłużej nie mogę! Poddaję się!”. Przez to samo, jako pobity, zejdzie z drogi zwycięzcy i nie wolno mu już nigdy współzawodniczyć w „wiadomej” sprawie.
Cała klasa Basi śledziła z niewypowiedzianym wzruszeniem dzieje tego pojedynku. Na nią samą patrzono z zazdrosnym podziwem.
— Jakaś ty szczęśliwa! — mówiono.
— Zielonooka jest już cała zielona z zazdrości!
— Ależ to wszystko nie ma sensu! — mówiła Basia, nieco bez przekonania.
Ogarnął ją jednak wielki niepokój, gdy trzeciego dnia zaczęły krążyć po szkole biuletyny.
— Zygmunt omal się nie przewrócił...
— Julek jest blady jak śmierć...
Zielonooka Wanda uśmiechała się z politowaniem i wzruszała ramionami.
Czwartego dnia wpadła do szkoły Ewcia Szczepańska z przerażającą wieścią:
— Wiecie? Zygmunt jest umierający!
— O Boże! — krzyknęła Basia. — Co robić, radźcie, co robić?
— A cóż ty możesz zrobić? To jest honorowa sprawa! Nie mieszaj się do tego...
Basia pobiegła do pani Tańskiej i zrozpaczonym głosem opowiedziała jej o wszystkim.
Pani Tańska pomyślała głęboko i rzekła:
— Najlepiej by było, aby obaj skapieli284, bo o dwóch idiotów byłoby mniej na świecie!
— Jak babcia może tak mówić?
— Mogę, bo sama znam taki wypadek. Gdy byłam młoda, zakochał się we mnie jeden brunet, na którego nie chciałam patrzeć, bo nie cierpię brunetów. Wtedy przysiągł, że tak długo będzie stał na jednej nodze przed moimi oknami, aż się nad nim zlituję. Stał tak przez pięć dni i przez pięć nocy! Jednego dnia na lewej, drugiego na prawej nodze. Cała okolica zjeżdżała się, aby zobaczyć wariata...
— I co, i co?
— I nic. Kiedy mnie tak wzruszył, że już, już chciałam za niego wyjść, ten drab stanął na obydwóch nogach i ożenił się z moją przyjaciółką, która płakała z rozczulenia nad jego poświęceniem.
Nazajutrz wybuchła awantura wśród chłopców, ponieważ wyborny poeta istotnie zemdlał w szkole i odwieziono go do domu. Na żadne pytania jednak nie odpowiadał i zacisnąwszy zęby, nie chciał jeść.
— Ja pójdę do jego rodziców i wszystko powiem! — oznajmiła Basia.
— Może tak będzie najlepiej — zgodziły się zalękłe dziewczęta.— Ale poczekaj do jutra... On się podda.
Zielonooka wtrąciła lekceważąco:
— Albo zmądrzeje!
— Poddał się Zygmunt! Zygmunt się poddał! — zakrzyknął następny dzień.
Ale to nie było poddanie się, tylko nieczysta sprawa. Leżący na łożu głodnej boleści poeta otrzymał przez posłów tajemniczy list. Przeczytał go mętnym wzrokiem, potem ryknął: „Jeść? Jeść!”. Ani nie stanął przed trybunałem, ani nie poddał się uroczystemu ceremoniałowi. Rzucił się na jedzenie łapczywie jak tygrys.
— Niesmaczne! — stwierdziła klasa Basi.
— On mówi zapewne, że jedzenie jest smaczniejsze — rzekła piękna Zielonooka.
— Wanda coś wie... — poszedł szept po szkole.
Zielonooka wydobyła z torebki papier i powiedziała niedbale:
— Napisał dla mnie wiersz...
Jedna z koleżanek chwyciła gwałtownie poemat i odczytała go zdumionemu społeczeństwu. Basia słuchała ze ściśniętym sercem. Ona zna ten wiersz... Napisany był dla niej. Podły poeta wydarł — jak serce — jej imię z utworu i na tym miejscu zasadził Zielonooką. Ach, to tak? Przez jedną chwilę Basia chciała się rozpłakać, ale czy warto? Dlaczego jednak tak postąpił?
„Chyba głód pomieszał mu zmysły” — pomyślała gorzko.
Całą klasę zastanowił triumfalny uśmiech Zielonookiej; namiętny szept oznajmił, że dziewczyna musiała maczać palce w tej „intrydze i miłości”. Wreszcie się wydało, wszystko się wydało! Od zarania285 dziejów nie zdarzyło się, aby cokolwiek mogło się ukryć w żeńskiej szkole. Wierne koleżanki Basi przeprowadziły dochodzenie — długie i cierpliwe. Siostra Zygmunta, wyłupiastooki pędrak z czwartej klasy, sprzedała zbrodniczą tajemnicę za dwanaście czekoladek. Dreszcz przebiegł przez wiele oburzonych serc, gdy stało się wiadome, że Zielonooka napisała list do marnego poety i przesłała go przez jego wyłupiastooką siostrę. W liście tym wyśmiała krwawo jego opętaną miłość do Basi i wśród zatrutych kwiatków słów posłała mu własne — zapewne zielone — serce. Nie dbała o niego, lecz dopuściła się potwornej zdrady, byle dokuczyć Basi. Ach! Niektóre dziewczęta miały łzy w oczach. Święta kobieca solidarność została znieważona. Przyjaźń sponiewierana. Serce podeptane. Zielonooka nie zważała jednak na nic. Ośmieliła się oświadczyć głośno wobec trzech koleżanek, przejętych zgrozą:
— Jeżeli mi się będzie podobało, to i Juliusz będzie leżał u moich stóp!
Pięknie to było powiedziane, prawie jak w teatrze, lecz każde słowo toczył286 robak.
Basia, dowiedziawszy się o tym, spojrzała na nią wyniośle, z królewską obojętnością.
— Ta pani zbiera same tandety! — powiedziała. — Wszystko z drugiej ręki... Powinna przeczytać Zemstę287, gdzie opisana jest walka o mur graniczny. Fredro288 mówi tam: „Bo nie będę z ziemi zbierał, co Milczkowi289 z nosa spadło!”.
— Świetnie jej powiedziałaś! — orzekła klasa. — W pięty jej poszło!
Milcząca wojna, strzelająca huraganowym ogniem spojrzeń i raniąca, białą pogardą, trwała nieustannie i nie było widać jej końca. Zbliżał się jednak dzień imienin przełożonej szkoły, damy wielce czcigodnej i bardzo kochanej. Świętowano go zawsze w sposób nadzwyczaj uroczysty: graniem, śpiewaniem i deklamacją290, lecz świetnością świetności były żywe obrazy. Czcigodna dama musiała przez cztery bite godziny słuchać i patrzeć, co napełniało jej serce wzruszającą radością, a głowę — trzydniową migreną291, uroczystość ta bowiem stwarzała znakomitą sposobność do publicznego pokazania wszystkich talentów szkoły, w której było siedem słowików śpiewających, osiem cudownych deklamatorek, cztery pianistki i dwie dziewczyny, które umiały dręczyć skrzypce do siódmych potów. Krople spływały po tym cudownym instrumencie muzycznym, a struny straszliwym beczeniem ogłaszały przerażonemu światu, że są baraniego pochodzenia. Każdy talent pragnął dać znać o sobie w tym radosnym dniu. Primadonną292 ceremonii była jednak zawsze Zielonooka. Nikt nie mógł dać rady tej ślicznej dziewczynie, posągowo pięknej. Nie posiadała żadnych talentów: kot śpiewał lepiej od niej, a głuchoniemy umiejętniej deklamował, w żywych obrazach była jednakże niedościgniona. Toteż tłumiony niepokój ogarnął klasę. Bez niej się nie obejdzie, bez tej zdrajczyni! Któż ją zastąpi w uroczystej apoteozie293, wymyślonej wspaniale przez nauczycielkę literatury? Na środku sceny, na podniesieniu, ma stać nieruchomo bóstwo z płonącą pochodnią w dłoni. Jedna z artystek, wpatrzona w nie, wygłosi na klęczkach wiersz, po czym bóstwo, które musi być nad wyraz piękne, pochyli przed przełożoną „oświaty kaganiec294”295, jak żołnierz skłania sztandar przed wodzem. Nikt inny nie mógł być bóstwem, tylko ona, Zielonooka... Wszystkie dziewczęta wiedziały o tym i ona sama również. Kącikiem oka patrzyła drwiąco na koleżanki, zbijające się w gromadki i naradzające się szeptem. Zdawała sobie sprawę, że kozy muszą przyjść do woza.
Przyszły, z trudem wymawiając słowa:
— Czy będziesz bóstwem?
— Nie wiem... zastanowię się... — odrzekła Zielonooka niedbałym tonem.
— Musisz!
— Wcale nie muszę i zrobię, jak mi się będzie podobało.
Dziewczęta były bliskie płaczu. Co będzie, jeżeli zażąda, jak książę Bogusław Radziwiłł296 od Kmicica297, aby klasa przed nią uklękła, a ona nogą dotknie czyjegoś czoła?
Zielonooka postanowiła okrutnie igrać z zalękłym sercem całej klasy, nagle jednak, po rozmowie z nauczycielką, zmieniła zamiar.
— Będę bóstwem! — oświadczyła łaskawie.
Nikt nie mógł dojść, skąd ta niespodziewana wspaniałomyślność. Żadna z dziewcząt nie wiedziała bowiem, że nauczycielka, opisując scenę, powiedziała:
— Ty staniesz nieruchomo, a przed tobą uklęknie Basia Bzowska...
— Basia? — krzyknęła Zielonooka.
— Czemu się tak dziwisz? Basia wybornie mówi...
— Ja się nie dziwię, proszę pani... Ja się bardzo cieszę!
O przewrotności!
Basi było najzupełniej obojętne, przed kim uklęknie. Zawezwany pilną sztafetą Szot pracowicie i umiejętnie prowadził próby i kierował tłumem. Teatr ten żywo przypominał dom wariatów, więc nieznacznie tylko różnił się od prawdziwego przybytku sztuki dramatycznej.
Przedstawienie było świetne. Wiele osób płakało z rozczulenia, ale nigdy razem — zawsze z osobna. Gdy śpiewała Zosia, płakała mama Zosi i jej dwie ciotki; po czym szybko ocierały łzy, bo zaczynała grać na skrzypcach Irena. Wtedy z kolei obowiązek rzewnego łkania spadał na jej mamę i trzy kuzynki. W ten sposób, powoli, wszyscy odpłakali swoje, nikt nie został pominięty i cała publiczność była bardzo zadowolona.
Dreszcz przebiegł przez salę, gdy już przebrzmiały wysokie, kocie śpiewy i gdy wszystkie baranie kiszki skrzypiec wypłakały swe skargi. Teraz odbędzie się „uroczysty finał”. Po podniesieniu zasłony blask padł na scenę. Zielonooka, jako bóstwo, promieniała majestatem298; w oczach miała zielone błyskawice, a na czole królewską dumę. Odziana była w powiewne szaty, lekkie jak obłok. Basia, klęcząca przed nią pokornie, wzniosła ku niej błagalnie ręce, wołając:
— „Ty światło szerzysz, o dostojna pani, ty nas ku zorzy299 prowadzisz z otchłani, ty swą pochodnią precz odgarniasz mroki, ku prawdzie wiodąc zawsze nasze kroki!”.
— Zniżyć pochodnię! — ostrym szeptem rozkazał Szot spoza kulisy.
Zastygła w swej pysznej pozie Zielonooka, wpatrzona w pokorną Basię, napawała się triumfem. W dumnym zapamiętaniu zapomniała o roli. Usłyszawszy przenikliwy rozkaz Szota, opuściła płonącą pochodnię tak szybko...
Krzyk przerażenia i gromadny jęk wybuchły na zatłoczonej sali. Czcigodna przełożona zemdlała. Dziewczęta pisnęły płaczliwie. Powiewne szaty bóstwa oświaty zapłonęły żywym ogniem.
— Pali się, pali się! — krzyknęło sto zrozpaczonych głosów.
W zielonych oczach bóstwa zamigotał śmiertelny strach. Wszyscy tak osłupieli, że nikt nie rzucił się na ratunek. Nie! Nie wszyscy... Basia zerwała się z klęczek kocim ruchem i parząc sobie ręce, zaczęła z jakąś oszalałą pasją zrywać z bóstwa płonące szmatki. Zdarła zasłonę i zaczęła dławić300 ogień.
— Panie Szot! — krzyknęła przeraźliwie.
Szot wyskoczył spoza kulis i błyskawicznym ruchem zdjąwszy z siebie frak, użył go nadzwyczaj sprawnie do gaszenia pożaru, po czym, porwawszy nieszczęsne bóstwo na ręce, wyniósł je ze sceny.
Basia stała na niej blada, dysząc ciężko. Ze zdumieniem patrzyła na swoje ręce, jakby chcąc zbadać, dlaczego ją tak straszliwie pieką.
11. Głos z zaświatów
W dwa tygodnie później poparzona Zielonooka przyszła do poparzonej Basi. Podeszła ku niej nieśmiało i bez jednego słowa wyciągnęła ręce. Chmurne oczy Basi pojaśniały i spojrzały ze słodyczą. Dłonie miała jeszcze w bandażach, więc je podniosła powoli, lecz już po to, ażeby przytulić Wandę, szlochającą na jej piersi.
— Przestań... przestań... — mówiła Basia. — Bo i ja się chyba rozpłaczę.
Groźba była łatwa do spełnienia, bo łzy zaczęły płynąć same. Nie ma bardziej niesfornych stworzeń niż damskie łzy, szczególnie te, które wypływają z rozczulenia. Żadnym sposobem nie dadzą się zatrzymać. Inżynierowie na próżno łamią sobie głowy nad wynalezieniem tamy przeciwko takim łzom.
Zielonooka oznajmiła Basi, że zawdzięcza jej życie i że do końca tego ocalonego życia nigdy tego nie zapomni. Basia uznała to za przesadę i powołała się na obowiązek bliźniego, który powinien gasić lekkomyślną osobę, usiłującą usmażyć się na befsztyk po angielsku. Zielonooka, pragnąc pokazać, że jest innego zdania, ujęła delikatnie ręce Basi i niespodziewanie podniosła je do swoich ust. Twarz Basi pokrył purpurowy rumieniec, jak gdyby ona z kolei pragnęła spłonąć żywym ogniem. Czym prędzej więc obie otworzyły ślozociąg (czuła odmiana wodociągu!) i lały łzy na pożar serc. W tym oczyszczającym ogniu narodziła się — jak salamandra — wielka przyjaźń na śmierć i życie, trudno bowiem wymyślić coś jeszcze poza śmiercią i życiem. Gdyby można było siłę zaklęć i rozmach pocałunków zmienić na energię, starczyłoby jej na napęd do lokomotywy na trasie Warszawa — Otwock301.
Gdy się w nich ukoiły302 serca, a dusze ułożyły skrzydła jak ptaki po burzliwej podróży, Zielonooka rzekła cichutko:
— Czy mi przebaczysz Zygmunta?
— Zygmunt jest dla mnie powietrzem! — rzekła Basia cichym głosem.
— A ja myślałam... O, jak to dobrze! Dla mnie też... To wierszokleta! Wiesz, w kim się teraz kocha?
— Jest mi to obojętne... Nie pragnę wiedzieć... Ale w kimże takim?
Zielonooka wyszeptała jakieś nazwisko, które powitał wybuch śmiechu.
Jedna pani Tańska nie była zbyt zachwycona bohaterskim czynem Basi. Znając Zielonooką z opowieści, orzekła sucho:
— Trzeba było pozwolić, aby się trochę przyrumieniła.
— Ależ, babciu! — zawołała ze zgrozą pani Olszowska. — Jak można tak nie mieć serca?
— Nie gadaj głupstw! Ja mam serce z masła, ale nie cierpię pychy u młodych dziewcząt. Czy ja byłam pyszna z powodu mojej urody? Zapytaj tych, co mnie znali, gdy miałam piętnaście lat... Z daleka przyjeżdżali ludzie, aby mnie zobaczyć.
Ponieważ ci wszyscy naoczni świadkowie dawno już pomarli, nie można ich było wyciągać z grobów w tak drobnej sprawie, tym bardziej że nierównie ważniejsza zjawiła się na horyzoncie. Na adres pana Olszowskiego przyszedł list z uroczystym napisem głoszącym, że wysłano go z ambasady francuskiej. Ambasada pytała pana Olszowskiego, czy prawdziwa jest wiadomość, że w jego domu znajduje się panna Barbara Bzowska, od dawna poszukiwana w całej Francji. W piśmie tym oznajmiono powściągliwym stylem, że trzy listy w tej samej sprawie, wysyłane do Basi na adres niejakiej pani Tańskiej, u której poszukiwana osoba miała znaleźć schronienie, pozostały bez odpowiedzi.
Rada familijna303, zwołana w gwałtownym trybie, miała burzliwy przebieg. Pan Olszowski, patrząc przenikliwie na panią Tańską, zapytał znienacka:
— Czy babcia otrzymała jakieś listy z francuskiej ambasady?
— Być może... — odrzekła babcia. — Cóż jednak obchodzi kogo moja poufna korespondencja z ambasadorem? Owszem, pisał do mnie, ale...
— Ale co?
— Ale ja tego wcale nie czytałam!
— Na Boga, czemu?
— Bo nie umiem po francusku.
— A dlaczego babcia mi o tym nie mówiła?
— Po co? Zresztą nieboszczyk Walicki mi odradził, a to był mądry człowiek. Oboje przeglądaliśmy te listy i wyczytaliśmy razem tylko dwa słowa: „Barbara Bzowska”. Wtedy Walicki zakrzyknął: „Ho! Ho!”. Gadaliśmy o tym długo i doszliśmy do wniosku, że się Francuzom zachciało Basi. Co miałam robić? Miałam ją oddać Francuzom jak Józefa304 Egipcjanom? „Niech pani spali te listy, aby ślad nie został!” — mówił Walicki.
— I babcia spaliła?
— Nie tylko spaliłam, ale kazałam Marcysi rozsypać popiół na cztery wiatry.
— Skaranie boskie — mruknął pan Olszowski. — Czy babcia wie, dlaczego Francuzi szukają Basi?
— A skądże ja mam wiedzieć? Ja mam osiemdziesiąt lat! — krzyknęła babcia triumfalnie. — Dlaczego szukają?
— Bo Basia dostała spadek we Francji!
Pani Tańska zerwała się z krzesła.
— Nie może być! A dlaczego od razu tego nie napisali?
— Zapewne napisali... Tylko że po francusku.
— Głupstwo zrobiłam, ale to Herod winien, nie ja. Mów prędko!... Czy już przepadło?
— Nic nie przepadło.
Prawdziwa babka Basi, Francuzka, która wyszła za Polaka naturalizowanego305 we Francji, odziedziczyła po śmierci męża duży majątek. Umarł on w Indochinach306, gdzie przebywał na rządowej posadzie. Babka, tknięta melancholią po jego śmierci, żyła w całkowitym odosobnieniu, cokolwiek zdziwaczała, osnuta smutkiem jak pająk swym przędziwem307. Jej córka i wnuczka, o której wiedziała, mieszkały w dalekiej Polsce. W swojej samotni, w dalekim zakątku świata, nie słyszała nic o tragedii zięcia ani śmierci matki Basi. Dopiero dziwaczny przypadek zapukał do jej serca... Basia, dowiedziawszy się od profesora Somera o adresie pana Gastona Dimauriaca, ocalałego towarzysza wyprawy jej ojca, zaczęła wymieniać z nim owe tajemnicze listy, które tak niepokoiły panią Tańską. Wypytując o dzieje ojca, napisała niejedno o sobie i o swojej francuskiej babce. Znał tylko jej nazwisko. Przypadek, największy autor świata, sprawił, że pan Dimauriac żonaty był z panną, której rodzice znali doskonale babkę Basi. Powróciwszy z Indochin, zamieszkała w ustronnym308 domku koło Fontainebleau309. Francuski uczony, wzruszony smutną dolą nieznanej polskiej dziewczynki, wybrał się niezwłocznie do leciwej, zdziwaczałej z powodu osamotnienia damy i zdołał obudzić jej śpiące serce. Stara kobieta słuchała w smutnym, gorzkim zdumieniu, jakie okropne spustoszenie poczyniła śmierć w jej najbliższym otoczeniu. Ocknęła się i przemyła łzami zasnute melancholią oczy. Wysłano list do ambasady francuskiej w Warszawie z prośbą o znalezienie Basi. Ponieważ w owym czasie Olszowscy przebywali za granicą, Basia przeniosła się do pani Tańskiej, więc ten adres znał pan Dimauriac i tam skierowano urzędowe epistoły310, które uległy zagładzie w ogniu. Dopiero czwarty list odnalazł Basię u Olszowskich. Mowa w nim była o śmierci prawdziwej babki i o testamencie, który lwią część ogromnego majątku przyznawał dziewczynie.
Pana Olszowskiego pouczono, że Basia powinna wybrać się do Francji i tam, korzystając z opieki polskiej ambasady i odpowiedniego prawnika, zakończyć zawiłe sprawy spadkowe, tym bardziej skomplikowane, że dziewczyna była nieletnia.
Basia nie zdradzała najmniejszej chęci wyjazdu, energicznie buntowana zresztą przez panią Tańską.
— Strzeż się podróży koleją! — mówiła babka. — Raz już ci się nie udało i gdyby nie Walicki, byłabyś skapiała, a Walickiego już przecież nie ma. Zresztą zginiesz w Paryżu... To musi być straszne miasto. Opowiadają, że tam jest podobno więcej aut niż w Warszawie i że koni wcale nie ma, bo je Francuzi dawno już zjedli. Koni nie ma, słyszałaś coś podobnego? Ciekawam, z czego też oni w Paryżu robią serdelki?
Basia nie obawiała się aut, lecz smutku. Kochała tu wszystkich gorącą miłością. Tutaj, między nimi, przekonała się, że ludzie są jednak dobrzy, a ci, o których opowiada się, że są źli, bywają raczej nieszczęśliwi. Mówił jej jednego razu pan Olszowski:
— Za złe mi biorą to, że w moich książkach roi się od ludzi dobrych, jasnych i miłosiernych, a przecie z palca sobie tego nie wyssałem. Zresztą odczuwam wielką litość dla złych, z rozmysłem natomiast sławię promienistą dobroć. Urojeni ludzie z książek wychodzą z nich jak duchy wywołane z nicości i wchodzą w ludzką gromadę. Serce ludzkie jest tak dziwne, że więcej wierzy jasnemu urojeniu niż mętnej, czarnej, rzeczywistości; więc moi dobrzy ludzie z książek, korzystając z tego przywileju, szerzą wieści o istnieniu dobra i o potrzebie miłosierdzia. Moje powieści wędrują pomiędzy rzesze311, niechże zatem świecą, niech grzeją, lecz niech nie straszą i nie burzą naiwnej, prostej wiary w serce człowieka.
Basia wierzyła w nie głęboko. Osobiście mogła zaświadczyć, że nie spotkała jeszcze złych ludzi. Oczywiście, kiedyś ich spotka, świat bowiem nie jest rajem; to pewne, że gdzieś istnieją, w jakichś zaułkach życia. Los mógł ją — ślepe, bezbronne dziecko — skierować w ich stronę. Więcej jednak musi być na bożym świecie istot dobrych i miłosiernych, skoro dziewczynka wypchnięta w ludzką gromadę natknęła się właśnie na nich. Z gorącej wdzięczności utrwali w sobie wiarę w dobrego człowieka i wiary tej nie zachwieje w niej nawet krzywda, którą jej może kiedyś wyrządzić zły człowiek. Pan Olszowski, umiejący patrzeć w głębię ludzkich serc, pouczał ją, że rzadkością jest człowiek, który rodzi się zły. Gniewu i złości uczy głód, nieszczęście, niesprawiedliwość i podłość. Wstrętna ohyda nędzy, której nie powinno być na tym radosnym świecie, jest najstraszliwszym nauczycielem zła, więc kto nędzę wygania z ziemi, kto jej ze słodyczą ociera łzy, kto jej ogrzewa zimne serce, ten czyni rzecz najszlachetniejszą — zasypuje źródło zła.
Dziewczyna zamyśliła się głęboko.
Dotąd cały jej majątek stanowiły współczujące serce i ta odrobina słonecznej radości, którą oddałaby na każde zawołanie nieszczęśliwego człowieka. Nie pożywiłby się nią, lecz ogrzałby się w jej promieniu. Teraz jest inaczej, teraz posiada pieniądze, za które można kupić całą górę chleba. Jej mądry nauczyciel, Olszowski, mówił:
— Najsłodszym chlebem jest ten, którym można nakarmić głodnego, a trucizną i twardą skałą, przez przekleństwo zamieniony w kamień — ten chytrze ukryty, gromadzony zachłannie, pleśniejący bezużytecznie.
Basia mało wiedziała o straszliwym morzu nędzy — krwawej, głucho milczącej, zrozpaczonej i ogarniającej cały świat. Zbyt wielkie to były sprawy dla dziewczęcego serca. To ogromne, martwe morze śmierci i opuszczenia nie było widoczne dla jej oczu, patrzących niedaleko. Pan Olszowski wie o nim i inni także. Ona jednak — jeszcze dziecko — zdaje sobie sprawę, że nawet tuż-tuż, o dwa kroki, w malutkim kole jej życia, dzieje się jakaś piekąca niesprawiedliwość. Obok siebie, na swojej króciutkiej drodze, spotyka spojrzenia głodne i śmiertelnie smutne, bose nogi, zziębnięte ręce, obszarpane łachmany... Przecież i pan Walicki — dobry, och, jak dobry człowiek — nie miał butów. On jednak był mocny i zahartowany, a to drobne dziecko, drżące na mrozie i skostniałe, które często widuje pod bramą, nie jest ani mocne, ani zahartowane. Przypomina bezbronnego ptaka, nad którym krąży na czarnych skrzydłach straszliwy jastrząb: śmierć. Więcej jest takich dzieci niż wróbli.
Serce Basi spoważniało w zadumie. Nieśmiało wsunęła się do pracowni pana Olszowskiego i niepewnie powiedziała:
— Wujaszku, czy ja będę miała prawo zrobić z tym spadkiem, co mi się podoba?
— Oczywiście — odrzekł pan Olszowski. — W odpowiednim czasie...
— To dobrze... To tylko chciałam wiedzieć...
— Pamiętaj, dziecko — dodał on szybko — że możesz zawsze zostać u nas. Jak długo nie oślepnę lub nie rozchoruję się ciężko, wystarczy dla nas wszystkich.
— Wiem o tym! — rzekła Basia ze wzruszeniem. — A czy pomożesz mi, wujaszku, rozporządzić tym majątkiem?
— Z całego serca. Czy masz jakieś plany?
— Mam wiele planów. Daj Boże, żeby tylko wystarczyło — zaśmiała się Basia.
W tej chwili zapukano do pracowni.
— Telegram do Basi! — oznajmiła z wielkim przejęciem pani Olszowska.
Dziewczyna z lękiem otworzyła ten dziwny papierek, który z równą obojętnością ogłasza szczęście i śmierć.
— Jezus Maria! — krzyknęła zduszonym głosem, podając telegram zalęknionemu panu Olszowskiemu.
Pan Gaston Dimauriac donosił w krótkich słowach, że nadeszły nieokreślone wiadomości o ojcu Basi:
JEŚLI NIE TRAGICZNA POMYŁKA MOŻLIWE ŻE ŻYJE PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE
Basia, blada jak giezło312, stała przez chwilę nieruchoma, oddychając szybko. Potem, z niespodziewanym wybuchem płaczu, przytuliła się do pani Olszowskiej, oparłszy głowę na jej piersi.
— Cicho, cicho, drogie dziecko — uspokajała ją pani Olszowska, sama bliska rozpłakanego rozrzewnienia.
Dzięki połączonym wysiłkom obojga małżonków udało się uciszyć rozełkaną dziewczynę.
— Ja już od dawna nie mogłam sobie dać rady... — spowiadała się Basia. — Nie wiem czemu. Mój ojciec śnił mi się i wciąż powracał we śnie... Powiedzcie mi, czy to naprawdę możliwe, aby jeszcze żył?... Czy jest prawdopodobne, że nie odkryto jego śladów przez dziesięć lat?!
— Możliwe, Basieńko — pocieszał ją pan Olszowski. — Kraj dziki i zapadły... Co ci mówił profesor Somer?
Basia, rozwinąwszy mapę gwałtownym ruchem, zaczęła ich objaśniać: jak, co, którędy.
— Tędy szli — mówiła gorączkowo — a tu zdarzyło się nieszczęście, nad jakąś przepaścią. Ocalał jedynie pan Dimauriac...
— Czy nikt nie szukał twojego ojca?
— Pan Dimauriac był ranny i jak mi pisał, sam nie mógł się tym zająć; coś jednak słyszał o poszukiwaniach, lecz okazały się one bezowocne. Ale żeby przez dziesięć lat...
— Nie raz jeden — mówił w zamyśleniu pan Olszowski — ginęli podróżnicy i członkowie wypraw naukowych w dżunglach i puszczach i słuch o nich ginął. Odnajdywał ich albo szczęśliwy przypadek, albo taki szlachetny upór jak nieugięta determinacja313 Stanleya314, który w zatęchłej315, afrykańskiej puszczy odnalazł Livingstone’a316. Niedawno, bo przed kilkoma miesiącami, rozeszły się wieści, że ekspedycja317 naukowa, którą uważano za zaginioną od dziewięciu lat, daje znaki życia. Bądź dobrej myśli, drogie dziecko! Może się właśnie zdarzył taki cud, że twój ojciec przez całe lata ukrywał się na jakimś niedostępnym pustkowiu, albo chory, albo niezdolny do powrotnej wyprawy. Na wiadomości pana Dimauriaca nie da się budować zbyt wiele, może ona jednak być tą nitką, która cię powiedzie do wnętrza tajemnicy. Co daj Panie Boże! Już jakieś dziwne zrządzenie losu jest w tym, że odnalazłaś tego Francuza. Co cię skłoniło do poszukiwań?
— Nie wiem sama — odrzekła Basia w głębokim zamyśleniu. — Nie wiem sama. Profesor Somer pokazał mi fotografię ojca... Wtedy mi się wydało, że on spojrzał na mnie żywym spojrzeniem...
— Dziwne, dziwne! — szepnął pan Olszowski.
Profesor, zawiadomiony natychmiast o wielkiej nowinie, okazał żywe wzruszenie.
— Wszystko jest możliwe — rzekł z namysłem. — Bzowski mógł przez całe lata przebywać w jakichś indiańskich komyszach318, na jakimś górski odludziu, dokąd nikt nie dociera, bo nie ma po co. Czy Basia pojedzie do Paryża?
— Oczywiście! — zawołała dziewczyna.
— Moje listy trafią tam przed tobą, Basiu — rzekł słynny geograf. — Trzeba będzie poruszyć niebo i ziemię, i tych, co żyją poza niebem i ziemią: wszystkich uczonych całego świata. Pojedziesz sama?
— Ja z nią pojadą! — oświadczył szybko Olszowski.
Jego postanowienie spotkało się jednak z żywym sprzeciwem pani Tańskiej.
— Ty tam po co? — rzekła niecierpliwie. — Sam chodzisz po świecie jak lunatyk i nigdy dobrze nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia. Gdyby nie mądra żona, jadłbyś obiad raz na miesiąc. W sam raz dobry jesteś na opiekuna niemądrej pannicy! Musi z nią pojechać ktoś energiczny, kto sobie potrafi dać radę z samym diabłem, ktoś obrotny i praktyczny...
— Więc kto ma jechać? — zapytał drwiąco pan Olszowski.
— Ja! — zagrzmiała triumfalnie babcia. — Nikt, tylko ja! Ja nie dam zginąć dziewczynie.
— Doskonale — zaśmiał się pan Olszowski. — Kłopot tylko w tym, że babcia nie umie po francusku.
— Powiedział, co wiedział! — rzekła pani Tańska z niesłychanym ogromem pogardy. — Więc cóż z tego, że nie umiem? Po chińsku też nie umiem, a gadałam z Chińczykiem i rozumieliśmy się doskonale.
— Gdzież to babcia gadała z Chińczykiem?
— Tu, w tym miejscu. Przyszedł taki Kitajec319, który sprzedaje kościane figurki i różnych bożków z gołym brzuchem, bardzo śmieszna kreatura. Przez pół godziny gadaliśmy sobie na migi i wytargowałam jakiegoś chińskiego małpiszona za połowę ceny. Chciałabym widzieć w Paryżu takiego, co by mnie ocyganił!
— Ależ babcia ma osiemdziesiąt lat! — śmiał się pan Olszowski.
— Tylko człowiek źle wychowany liczy lata kobiecie. Przede wszystkim nie mam osiemdziesięciu lat, bo mi brakuje siedmiu dni, a następnie pozwolę sobie powiedzieć, że nie wiadomo jeszcze, kto ma bardziej zgarbione plecy, czy ja czy taki, co krzywo siedzi przy biurku. Domyślasz się chyba, o kim mówię?
Pani Tańska była bliska wielkiego gniewu, gdyż wyjazd ukochanej Basi przyprawił ją o rozdrażnienie. Z jawną pogardą przyjęła do wiadomości, że jednak pojedzie z Basią pan Olszowski.
— Jeśli z tego nie będzie nieszczęścia — rzekła opryskliwie — to dlatego tylko, że Bóg czuwa nad pijakami i takimi, co są niespełna rozumu i piszą książki.
Zamknęła się w swoim namiocie jak obrażony Achilles i podczas niedzielnego obiadu zwymyślała cierpliwego Szota od komediantów320. Szot jednak miał taką szczęśliwą naturę, że zły humor babci zaostrzał jedynie jego apetyt.
— Pan zjada już szóstego kotleta! — krzyknęła babcia w gniewnym zdumieniu.
— Nigdy mi nie szkodzi, jeśli jem parzyście — odrzekł Szot z kamiennym spokojem.
— Ależ to są baranie kotlety! Słyszy pan? Baranie!
— Dlatego też zjadłem tylko sześć, cielęcych zjadłbym osiem — odrzekł Szot ze zgasłym uśmiechem.
Pani Tańska osłabła i tylko dlatego gorący zamiar rzucenia w Szota ciężką, srebrną cukiernicą spełzł na niczym.
Jednak im bliżej było do wyjazdu Basi, okazywała coraz większy niepokój.
Czyniono do niego pilne przygotowania. Pan Olszowski spotykał się z prawnikami i składał wizyty w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Musiał rozmawiać z dziennikarzami, bowiem wiadomość o przypuszczalnym ocaleniu młodego uczonego stała się wydarzeniem dnia. Z telegramu pana Dimauriaca wysnuto długie i barwne opowieści, które żywo poruszyły wszystkich — najbardziej jednak szkołę Basi.
Klasa przygotowała jej uroczyste pożegnanie, bo nie wiadomo było, czy kiedykolwiek powróci. Patrzono na nią z pełnym zachwytu podziwem. Basia jedzie do Paryża! Basia jedzie na spotkanie zaginionego ojca! Basia to, Basia owo...
Dziewczyna była niemal nieprzytomna z powodu wielkiego wzruszenia. Jej serce rwało się w tę podróż, w tę dalekość, na której sinym krańcu ma znaleźć tego jedynego, nieszczęśliwego, który cierpiał przez dziesięć lat. Przebiegał ją zimny dreszcz na myśl, że pogłoska mogła przylecieć z wiatrem i wraz z nim się rozwiać. Serce Basi, tknięte taką rozpaczliwą myślą, stawało na chwilę, aby zaraz potem napełnić się gorącą nadzieją. Musi, musi odnaleźć ojca! Otoczona jest miłością, jakaż jednak, najtkliwsza nawet, miłość zastąpi tę wielką — nie darowaną, lecz rodzącą się z niczego i odnawiającą się w każdej chwili i każdej godziny — miłość najbliższego człowieka? Tę miłość, co się przędzie z każdego spojrzenia, z każdego dotknięcia, z każdego uśmiechu i każdego słowa? Basia pragnie jej teraz całą duszą, najgorętszym, łakomym, zachłannym pragnieniem. Ojciec, ojczulek, tatuś... Sponiewierany, pobity przez los i nieszczęście, jasnooki, śliczny! Tym droższy, tym ukochańszy, że taki nieszczęśliwy, cudem odebrany śmierci jak łup tygrysowi... Często w nocy, w uśpionym domu, sieroce dziewczęce serce wołało go cichutkim jękiem. Ojciec, ojczulek, tatuś... Basia tuliła się do tego nieznanego, promiennego widma, wyciągała ku niemu ręce, obejmowała je z czułością. Myśl o ojcu nie opuszczała jej ani na moment. Patrząc na wysmukłego, stąpającego lekko, młodego człowieka na ulicy, myślała: „On tak musi wyglądać!”.
Po chwili przychodziło jej na myśl, że okropne przejścia musiały pozostawić w nim bolesne ślady. Wyszukiwała zatem spojrzeniem ludzi jeszcze młodych, lecz mających osrebrzone siwizną skronie. Człowiek taki uśmiechał się, widząc, jak nieznana dziewczyna patrzy na niego z zachwytem, który przemocą tłumi okrzyk radości.
Już niedługo, już niedługo!
Pożegnanie z klasą było wręcz śmiertelne. Basia pomyślała z rozczuleniem, że gdyby umarła, nie byłoby większego płaczu i narzekania. Jeśliby Wisła321 nagle wyschła, można by potężnie zasilić jej źródła potopem koleżeńskich łez. Dziewczęta płakały z nieokiełznaną rozrzutnością. Basię oddawano sobie w ramiona, aby przyjemną tę, choć zarówno bolesną operację rozpocząć da capo senza fine322. Zielonooka wylała takie masy łez, że jej oczy zamieniły się w dwa Zielone Stawki323 tatrzańskie. Należało przypisać urzędowemu lekceważeniu uczuciowych wybuchów fakt, że Polski Instytut Meteorologiczny nie zanotował wzrostu poziomu wilgoci nad Polską centralną i gwałtownego przyboru słonej wody.
Niczym jednak było to pożegnanie, rzec można ceremonialne, w porównaniu z tajemną uroczystością w najściślejszym kółku sześciu przyjaciółek, takich, co to: „Aż do śmierci i po niej też”. Na tym zebraniu było mniej łez, więcej za to drżącego milczenia, grobowej powagi i spojrzeń tak czarnych, że lampy przygasły. Przypominało ono ponure obrady sprzysiężonych w katakumbach324 lub w podziemiach zamkowych zwalisk. „Bracia z Ajaccio”325 lub „Towarzysze Jehudy”326 z pewnością odbywali weselsze spotkania. Z rozdzierającym smutkiem Basia przysięgła przyjaciółkom, a one jej, że jedynie całkowity koniec świata rozdzieli ich serca, bo sama śmierć dokonać tego nie zdoła. Bowiem każda z nich nawet po śmierci nie zapomni i powróci jako duch. Ponieważ zaś z dawien dawna jedynie krwią pieczętowano uroczyste pakty, więc sześć śmiertelnych przyjaciółek wydrapało sobie na skórze ramienia krwawe znamię w kształcie litery „B”. Basia pomyślała z odrobiną przestrachu, że — płacąc krwią za krew — powinna wyciąć na swojej ręce sześć liter sześciu imion. Wyjaśniono jej jednak, że wystarczy, jeśli je sobie wyryje na korze serca, i to tylko na niby, bez śmiertelnej operacji.
Płonącym stylem proroka Jeremiasza327, który groził swojemu językowi, że mu przyschnie do podniebienia, gdyby zapomniał Jeruzalem328, złożono sobie wzajemną przysięgę, grożącą zagładą i nieszczęściem nie tylko obrotnemu językowi, lecz wszystkim kończynom — dolnym i górnym — gdyby jedna przyjaciółka zapomniała o drugiej, a wszystkie one o Basi. Dopiero po wyczerpaniu wszelkich mrocznych szczegółów obrzędu pozwolono sobie, już poza programem, na odrobinę przyjemności, czyli wylanie odpowiedniej liczby łez.
Basię bardzo pokrzepiło to przyjacielskie zebranie i sześć krwawych znamion, przypominających żywo znaki na chusteczkach. Przekonała się, że pozostawia za sobą wierny hufiec329, który jej odkrzyknie, chociażby zawołała z końca świata. Dlatego było jej nieco przykro, gdy pan Olszowski zabronił jej zdradzenia koleżankom dnia i godziny wyjazdu.
— Nie pragnę spektaklu na dworcu! — rzekł do Basi. — Jeszcze się która rzuci pod koła lokomotywy.
— Wszystko to możliwe — odpowiedziała Basia. — Wierna przyjaźń zdolna jest do każdego czynu. Dobrze, nic nie powiem.
Nie można było jednak uciec potajemnie przed zagniewaną panią Tańską. Staruszka przyjęła „awanturników” z początku dość mrukliwie, aby utrzymać fason330, nie mogła jednak wytrwać długo w kamiennej pozie. Ryknęła więc sobie babcia całkiem głośno, a potem kazała Basi uklęknąć i uroczyście błogosławiła ją na drogę.
— Czego płaczesz? — krzyknęła.
— To nie ja, to babcia...
— Ja? Ja nigdy nie płaczę... Nigdy... Tylko raz jeden: u Ojca Świętego na posłuchaniu331. Wtedy powiedział do mnie po łacinie: „Nie płacz, moja córko! Zaraz się skończy!”. Ale teraz nie płaczę... Wracaj prędko z ojcem... I powiedz mu, że może przychodzić do mnie na obiad w każdą niedzielę... Z tym Szotem nie mogę już wytrzymać, bo tyle zjada... Masz wszystko na drogę?
— Wszystko, babciu najdroższa!
— Jak mówisz? „Najdroższa”? Dawno już nie słyszałam tego wyrazu... Dawno... Mój pierwszy mąż mówił tak do mnie, ale potem, szelma332, uciekł ode mnie... Marcysiu! Przynieś wszystko z mojego pokoju!
Państwo Olszowscy patrzyli z przerażeniem, a Basia z rozradowaniem na olbrzymi tłumok333, związany katowskim sznurem.
— Co to jest? — krzyknął pan Olszowski.
— Podróżne drobiazgi — odpowiedziała babcia z przekąsem. — Ty byś o tym nie pomyślał, ale ja tak. W tym zawiniątku jest poduszka, kołdra, gumowa flaszka na gorącą wodę, maszynka spirytusowa i butelka ze spirytusem. W długiej podróży wszystko się przyda... Aha! Coś tam jeszcze jest... Marcysiu! Co tam jest?
— Pieczony indyk i kilo bulionu — rzekła Marcysia, lejąc ślozy na indyka i na bulion.
— To na Paryż! — zawołała babcia. — Bo tam ponoć karmią pieczonymi ślimakami.
Basia tkwiła w objęciach pani Tańskiej, a pan Olszowski mówił szeptem do żony:
— Zabierz to do domu albo rzuć z mostu do Wisły!
Potem wycałował dzielną babkę, która rzekła z niesmakiem:
— Czuć cię cygarami. Człowiek palący cygara nie powinien leźć z gębą do wytwornych kobiet. Marcysiu! Prędko, wody kolońskiej!