V
Na czystym, lśniącym, zimowym niebie ukazała się chmurka i wlokła się powoli w stronę białego domu.
Pan Borowski długo chodził po pokoju, wreszcie kazał zawołać Irenkę.
— Moje dziecko — rzekł dobrym, ściszonym głosem — czy potrafiłabyś uczyć się sama?
Irenka odgadła wszystko od razu. Oczy jej bardziej jeszcze pociemniały i tak wyglądały, jakby na nie padła mgła.
— Ja potrafię — odpowiedziała — ale pan Podkówka ma bardzo biedną matkę.
Ojciec rozłożył ręce bolesnym ruchem i spojrzał na nią prosząco.
— Rozumiem — dodała Irenka spuszczając głowę. — Tatusiu!
— Co, moje dziecko?
— Czy nie ma żadnego sposobu?
— Rad bym z całego serca, ale nie mogę, córeczko, nie mogę!
— A czy może on zostać jeszcze przez święta?
— Oczywiście, oczywiście! — odpowiedział ojciec pośpiesznie. — Po świętach dopiero powiem mu o tym. Żal mi go tak, że wypowiedzieć tego nie mogę...
— Ja wiem, tatusiu.
Irenka tak przygasła, że wszyscy patrzyli na nią z niepokojem. Jeden pan Borowski wiedział, czemu dziewczyna spogląda smutno na pana Podkówkę, kiedy chłopczysko patrzy w inną stronę, i nagle uśmiecha się, kiedy na nią spojrzy. Pan Podkówka w wybornym był humorze. Posłał matce opłatek i wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Rozpierała go radość i nadmiar ciała, gdyż wspaniale odkarmił się w tym domu — jeżeli jeden guzik przy kamizelce pękał od naporu radości, drugiemu za to groziło to samo z przyczyn bardziej materialnych. Potężnie śpiewał kolędy w dzień Bożego Narodzenia i wybornie uczcił Pana Boga. Ciotki patrzyły na niego łaskawie, z wdzięcznym pobłażaniem dla rozigranej młodości.
Kiedy zaś w kilka dni po świętach pan Borowski wezwał go na dłuższą rozmowę, Irenka usiadła w kącie i nieruchomym wzrokiem patrzyła, jak się za oknami miota wichura. Dobry pan Podkówka zginie w niej niedługo, uniesiony daleko jak liść. Wyszedł on z gabinetu pana Borowskiego blady i ze śladem łez w poczciwych, mrużących się oczach. Nie to go bolało, że traci posadę, lecz że musi odejść z tego domu, gdzie mu było tak nieskończenie dobrze, gdzie było kilkoro ludzi dziwacznych, lecz wszyscy niewypowiedzianie zacni. A najbardziej, najserdeczniej było mu żal tej cudownej dziewczyny, co go nauczyła śmiechu, radości i młodości. Rozumiał racje pana Borowskiego i żegnał się z nim, rzuciwszy mu się w ramiona. A jednak krzywda mu się wielka stała, że tej ślicznej duszyczki, tak czystej jak nigdy niezmącone źródełko i tak prawej jak sama prawość, nie będzie już oświecał i nie będzie jej już pokazywał tych dali, które zaledwie przed nią zamajaczyły. Dlatego miał ciężkie łzy w oczach.
— Niech się pan na nas nie gniewa — zaszemrał głos z kąta.
Pan Podkówka odwrócił się szybko i ujrzał skurczoną na fotelu Irenkę.
— Irenko droga — rzekł dziwacznym głosem — ja będę za was modlić się przez całe życie... Tacy jesteście dobrzy. A za ciebie, dziecinko, będę modlić się najgoręcej. Ech, co tam! Po co my o tym gadamy? Wszystkim ciężko, więc dlaczego mnie ma być lżej? Ja już umiem cieszyć się, a przedtem tego nie potrafiłem. Co tam! Było nie było... Jeszcze się w życiu spotkamy. Głowa do góry i śmiejmy się! Ha!
Po czym rozpłakał się jak dziecko i uciekł z pokoju.
Żegnali go wszyscy jak kogoś bardzo bliskiego. Pani Borowska ucałowała go serdecznie, jak biednego brata uściskał pan Borowski. Ciotka Amelia spłakała się uczciwie, a ciotka Barbara objęła go mocnymi ramionami i dławiąc swój wstyd dziewiczy, ucałowała go w czoło. Biedny Podkówka miał wrażenie, że ktoś mu z bicza trzasnął nad głową. Potem poszedł żegnać się do babki.
— Witam pana, witam! — krzyknęła babka wesoło.
— Ja, proszę pani, przyszedłem się pożegnać.
— Jak to „pożegnać”? A czy pan tu był?
— Prawie przez dwa lata — huknął pan Podkówka.
— To dziwne! — krzyknęła babka. — Nigdy pana nie widziałam...
Irenka sama powoziła, odwożąc go na stację kolejową. Dzień był piękny, świat wyglądał tak jasno jak chałupa wybielona na święto. Czasem patrzyła spod oka na swojego nauczyciela, co zachłannym, głodnym wzrokiem ogarniał niebo i las, i pola śpiące pod pierzyną śniegów. Chciał to wszystko zabrać w mroźnym, błękitnym wspomnieniu do miasta, w którym tylko najwyższa wieża ogląda czasem te cuda z daleka. Irenka, którą kochał najwięcej po matce, obiecała, że jeśli będzie kiedyś w Warszawie, natychmiast da mu o tym znać. Jeszcze się z nią nie pożegnał, a już myślał o tym radosnym spotkaniu. Patrzył na nią i mówił do siebie: „Jak to być może, aby takie maleństwo mogło wszystkich dokoła nauczyć radości? Gdyby nie ona, smutno byłoby w białym domu. Biedny pan Borowski wtedy tylko śmieje się, kiedy ją widzi i słyszy. Ja byłem jak drąg, aż za jej sprawą coś odmieniło się we mnie. Ona nawet o matce mojej pamięta... Wielka sztuka! Ona o wszystkim pamięta. Mocna dziewczyna! Płakać się jej chce w tej chwili, a do mnie uśmiecha się, aby mnie nie było smutno. «Panna z mokrą głową»! Jasno byłoby na świecie, gdyby wszystkie panny były takie. Dobre, dobre dziecko... Niech ci Bóg błogosławi!”.
Nie umiał tego wszystkiego powiedzieć przy pożegnaniu, bo go ściskało coś za grdykę. Coś tam zaczął bąkać, a ona też. Wreszcie rzucili się sobie w objęcia. Pan Podkówka płakał, jak gdyby miał cztery lata, a Irenka przypomniała sobie najlepsze czasy. Dawno już, dawno nie wylała tylu łez, ile ich wylała w tej chwili, w intencji swego dobrego towarzysza, wesołego pana Podkówki.
— Psiakość! — krzyknęła nagle. — Byłabym zapomniała.
Pobiegła do sanek i odwiązała przytroczony z tyłu tobół.
— Niech pan to zabierze do wagonu — rzekła szybko.
— A co to jest?
— To nie dla pana, to dla pańskiej matki.
Potem stała długo jeszcze, chociaż dal zaśnieżona połknęła pociąg jak gąsienicę.
Nazajutrz zwołała na naradę obie ciotki: wyglądało to tak, jak gdyby młody jastrząb wezwał na konferencję dwie zastrachane kuropatwy. Ciotki, nie wiedząc nic o sprawach tego świata, były przerażone, dowiedziawszy się, że pan Podkówka był ofiarą oszczędnościowych konieczności i że nawet taka nieznaczna pozycja, jak jego płaca, musiała zaważyć na okrojonym budżecie. Wszechwiedząca Irenka tłumaczyła im jasno, w sposób najbardziej przystępny, że im krowa jest chudsza i im mniej dostaje pożywienia, tym mniej daje mleka. Ten ostatek ziemi, przy którym utrzymać się zdołał pan Borowski, był krową bardzo chudą. Coraz więcej było skóry i kości, a coraz mniej krowy. Irenka wie o tym dobrze. Wszyscy myślą, że ona dlatego napełnia dom cały graniem i śpiewaniem, że ma pstro w głowie. A to nieprawda. Ona pragnie, aby matka zapomniała o tym wszystkim, co trapi ojca, a ojciec — żeby chociaż raz jeden uśmiechnął się w ciągu dwudziestu czterech godzin. Kiedy bowiem jest sam, nigdy się nie uśmiecha. Czasem głowę rękami obejmie, oprze łokcie o stół i godzinami tak siedzi, nieruchomy. Ciotki o tym nie wiedzą, nikt o tym nie wie, ale ona wie. Płacić trzeba wciąż i wciąż, a nie ma z czego. Czy ciotki widziały, że we włosach pana Borowskiego pokazały się siwe pasma, jak gdyby był we młynie i obsypała go mąka? Niech się przyjrzą. On ciągle jest w młynie, w którym troska miele zgryzotę. A nocą czasem chodzi długo po pokoju, co można słyszeć doskonale. Jak gdyby pielgrzymkę odprawiał. Po takiej nocy nieodmiennie przyjeżdża ten chudy, smętny pan z czarną teką i długo rozmawia z panem Borowskim. Irenka wie doskonale, kiedy ten pan ma się zjawić.
— Czy ciocie sądzą — mówiła zamyślona — że tatuś byłby odprawił pana Podkówkę, gdyby nie musiał?
— Boże, Boże, co to będzie? — westchnęła ciotka Amelia. — Poradź, Irenko! Ty wszystko wiesz.
Irenka nie wiedziała, jak pomóc biednemu ojcu. Myślała długo, potem rzekła:
— Tylko nie płaczmy, bo tatusiowi będzie przykro. Cóż my możemy poradzić?
Ciotki jednak cichutko szwargotały55 przez pół nocy, rozchodziły się i znowu do siebie wzajemnie powracały. Szeptały o jakichś sprawach, bardzo ważnych i smutnych zarazem, bo często ciche słychać było westchnienia, jak gdyby ktoś niewinnego ptaszka za gardziołko dławił. Wszystkie gniewy, octy i kwasy wsiąkły w noc jak w niezmierną gąbkę, a w dobrych ciotczynych sercach, jak czysta woda w źródełkach, zaczęła bulgotać słodycz i tkliwość. Rano zapukały nieśmiało do pana Borowskiego, który zatrwożył się, widząc na ich twarzach niezwykłą powagę. Zdawało mu się w pierwszej chwili, że się pomylił i że to nie ciotki przed nim stoją, bo w oczach miały tyle wzruszenia, że padał z nich lekki, perłowy blask na twarze i dokonał najdziwniejszej przemiany: ciotki były niemal piękne.
Dygnęły obie jednocześnie, następnie Amelia zaczęła mówić, a Barbara potwierdzała prawdę każdego jej słowa skinieniem głowy, nie pomijając oddania niemej czci wszystkim zaimkom i przyimkom. Kiedy Amelii brakło słowa, Barbara zatrzymywała ruch głowy w połowie i znowu zaczynała nią kiwać, kiedy Amelia znalazła słowo na dnie duszy jak kamień na dnie jeziora.
Amelia mówiła wzruszona:
— Od osoby godnej zaufania dowiedziałyśmy się, że kochanemu kuzynowi jest bardzo ciężko. Źli ludzie nastają na kuzyna i zatruwają mu życie. Osoba ta, godna zaufania, powiedziała nam, że kuzyn martwi się po nocach i nie sypia. O, niech kochany kuzyn nie przerywa... Barbara i ja bardzo wzięłyśmy to do serca. My wiemy, że jesteśmy ciężarem... Niech kuzyn nie przeczy! Biedne, stare panny... (W tym miejscu zadławiło coś zacną ciotkę Amelię, a zacna ciotka Barbara wstrzymała ruch głowy). Tak, nie wstydzę się tego powiedzieć! Otóż my, biedne stare panny, korzystamy z dobroci drogiego kuzyna... A kuzynowi ciężko... Postanowiłyśmy więc uczynić, co w naszej mocy, aby w tych złych dniach ulżyć kuzynowi... Niech to kuzyn weźmie... To same drobnostki, mało warte... A chusteczkę ofiarowała babcia... Ale może przydadzą się choć na spędzenie jednej troski... Basiu, daj kuzynowi to, o czym wiesz...
Pan Borowski patrzył i słuchał zdumiony. Barbara sięgnęła za gors56 i wydobywszy małe zawiniątko, z jedwabnej uczynione chusteczki, starej i wystrzępionej, położyła je na stole nieśmiało, miękkim ruchem.
— Na Boga! Co to znaczy? — pytał z wielkim zakłopotaniem pan Borowski.
One nic nie odpowiedziały, tylko spłonęły lekkim, lecz bardzo szczęśliwym rumieńcem; więc odwinął brzegi starej chusteczki jak płatki zwiędłej róży. I nagle pochylił głowę, jak gdyby chciał ukryć swoje oczy, bo nie lubił, aby ktoś widział jego wzruszenie. Patrzył na niego jednym turkusowym okiem mizerny, panieński pierścionek, zaczerwienił się blado sznurek koralików; wśród skarbów tych była i ogromna broszka z wyobrażeniem pięknej głowy młodego neapolitańczyka, i srebrna, własną pychą wydęta bransoletka; a wśród tego sezamu tykał wesoło mały zegarek, który niegdyś strojnisie przypinały sobie na piersi — jak medal dany im przez Czas za waleczność wielu smutnych dni. Pan Borowski dotykał wszystkiego po kolei, a widać było, że ręce mu drżały. Popatrzył potem długim i wilgotnym spojrzeniem na wzruszone twarze ciotek. W tej chwili obie znowu były piękne.
Mówił cicho:
— Ja tego przyjąć nie mogę... Jesteście bardzo, bardzo zacne, ale ja tego nie wezmę. „Osoba godna zaufania” przesadziła, opowiadając wam niestworzone rzeczy... To jeszcze nie powód, abym was obdzierał z ostatnich skarbów... Moje drogie panienki! Zabierzcie to wszystko... Niech chęć starczy za uczynek... A wam to tylko powiem, że jak długo ja będę miał kawałek chleba, to się nim z wami z całą radością podzielę. A teraz tym bardziej... Wiedziałem, że jesteście dobre, ale nie przypuszczałem, żeby aż tak... No, no! Tylko bez łez! Trochę mi ciężko, ale nie bardzo tak jeszcze. Niech wam to jednak Bóg pamięta... Ja nigdy nie zapomnę... Nigdy...
Owinął skarby w chusteczkę i podał zawiniątko Barbarze. Lecz ona jedną ręką natychmiast otarła łzy, a drugą wyciągnęła przed siebie tragicznym ruchem.
— Przysięgłyśmy sobie — zawołała gromko. — My tego z powrotem nie weźmiemy!
Pan Borowski, widząc ten gwałtowny wybuch, zwrócił się do Amelii; ta jednak dodała niezłomnie:
— Jeśli kuzyn tego nie przyjmie, rzucimy to w wodę!
Pan Borowski ważył w ręku ten sierocy skarb pokornych, jak gdyby ważył dwa ludzkie serca. Zrozumiał, że większą im krzywdę uczyni, jeśli nie przyjmie tego daru, niż wtedy, kiedy go zatrzyma.
— Dobrze — rzekł — przyjmuję!
Im twarze pokraśniały i zjawił się na nich uśmiech: jesienny, słodki uśmiech. Dygnęły uroczyście i zwróciły się ku drzwiom.
— Jeszcze chwilę, moje kochane — rzekł pan Borowski. — Ta „osoba godna zaufania” to Irenka, nieprawdaż?
Jedna ciotka spojrzała na drugą i odpowiedziały równocześnie:
— Tego nikt się nie dowie!
Pan Borowski wiedział jednak, że to Irenka. Bynajmniej go to nie zdziwiło, niepomiernie za to zdziwiły się ciotki.
— Skąd on to mógł tak od razu wiedzieć, że rozmawiałyśmy z Irenką? — mówiła Amelia do Barbary.
— Rozumny człowiek! — rzekła Barbara z uznaniem.
Były zadowolone z siebie i szczęśliwe; zwiędłe serca, zbudzone przypływem gorącej fali krwi, śpiewały w nich jak ptaki o świcie. Patrzyły z radosną dumą na boży świat, a Amelia, dusza tkliwa i napełniona poezją, czuła najwyraźniej, że u jej ramion wyrastają skrzydła.
Pan Borowski przyjrzał się raz jeszcze rozrzewnionym wzrokiem biednym ich bogactwom, westchnął ciężko i położył je na biurku. W tej chwili usłyszał za oknami wojenną wrzawę Irenki, która pochylona nad kopczykiem, uczynionym ze zgarniętego śniegu, wydawała krótkie, urywane wrzaski, a jej obłąkany pies rozrzucał śnieg mocnymi łapami. Pan Borowski zastukał palcami w szybę i dał znak, aby natychmiast przyszła do niego. Irenka kiwnęła głową, że rozumie; potem, spojrzawszy na kopczyk śniegu, zaczęła drapać się w głowę. Przez krótką chwilę patrzyła niepewnym wzrokiem w stronę domu, wreszcie krzyknąwszy psu jakieś tajemne rozkazy, pobiegła do pokoju ojca.
Wpadła zadyszana, oszroniona, obsypana śniegiem i mówiła szybko:
— Jestem, tatusiu! Niech tatuś mówi prędko, bo życie ludzkie jest w niebezpieczeństwie!
— Nie ludzkie życie, tylko twoja skóra jest w niebezpieczeństwie — rzekł ojciec; wymówił groźne te wyrazy, ale dość miękko. — Coś ty nagadała ciotkom?
— Ja? Ciotkom? Może mi cośkolwiek się wymknęło, a ciotki robią zaraz ze wszystkiego historie. Ja już sobie z nimi pogadam!
— Wcale sobie z nimi nie pogadasz, bo wtedy ja z tobą pogadam. Czy wiesz, co zrobiły ciotki?
— Jak Boga kocham, nie wiem...
— Zawróciłaś zacnym kobietom w głowie, nagadałaś im niestworzonych rzeczy... Czemu ty ciągle wyglądasz przez okno?
— Nic, nic... Niech tatuś mówi.
— Otóż poczciwe ciotki zebrały cały swój majątek... Irenko! Mówię do ciebie, patrz mi w oczy, nie w okno!... Ten cały majątek: broszki, pierścionki i bransoletki, przyniosły do mnie, aby mnie poratować. To bardzo piękne, moje dziecko, ale niepotrzebne. Wezwałem cię, Irenko, aby ci o tym powiedzieć. Wiem, że kochasz te zacne kobiety, ale trzeba je kochać jeszcze więcej... Czy ten twój pies oszalał? Czego on tak wyje?...
— On ma swoje powody — rzekła Irenka z przekonaniem. — A ciotki będę bardzo, bardzo kochała.
— To dobrze. Widzisz to zawiniątko?
— Widzę.
— To cały ich majątek. Schowam go do tej szuflady wraz z karteczką, na której będzie napisane, że to ich własność. Kiedyś ja im to zwrócę albo ty. Będziesz pamiętać?
— Będę, ale ja już muszę iść.
— Poczekaj chwilę... Otóż twoim będzie obowiązkiem...
Pan Borowski nie dokończył, bo idąc za jej wzrokiem spojrzał za okno, gdzie się coś dziwnego odbywało. Przyjrzał się pilnie, zbliżywszy twarz do szyby, i ujrzał, że kopczyk śniegu usiłuje się poruszyć, a zwariowany pies rozgrzebuje go, przeraźliwie szczekając.
— Co tam się dzieje, Irenko?
Irenka odrzekła ze śmiertelną powagą:
— Podróżny zabłądził wśród zamieci i śnieg go zasypał. Ale ja i pies z Góry św. Bernarda57 usiłujemy go ocalić.
Panu Borowskiemu zaczęło coś świtać w głowie.
— Na Boga! Jaki podróżny?
— To Jasia zasypało — odrzekła smutno Irenka.
— Ależ on się udusi! — krzyknął ojciec.
— Bardzo możliwe, jakoś przestał się ruszać. Gdyby tatuś mnie nie był zawołał...
Pan Borowski już tego nie słyszał, bo wybiegł w największym pośpiechu i po chwili odgrzebywał swego syna spod sterty śniegu. Można było osądzić na oko, że w sam czas, bo lekkomyślny podróżny ledwie zipał. Ojciec ujął go w ramiona i czym prędzej zaniósł do pokoju, gdzie zapobiegliwe starania przywróciły mu życie i zdolność myślenia, która była bliska zamarznięcia. Jaś spojrzał przerażonym wzrokiem i teraz dopiero zrozumiawszy swoją krzywdę, już otwarł usta jak wrota wielkiego i tłustego miasta, aby ją ojcu i całemu ośnieżonemu światu ogłosić przeraźliwym krzykiem. W tej chwili jednak spotkał się z roziskrzonym wzrokiem Irenki i ostatnim wysiłkiem wtłoczył krzyk z powrotem do brzucha.
— Kto cię zakopał w śniegu? — pytał ojciec groźnie.
Odpowiedź na pytanie była łatwa, bo zbyt oczywista, wobec czego Jaś zwrócił głowę w stronę Irenki, lecz od razu wyczytał w jej oczach, że jeśli nie okaże się raz w życiu bohaterem, zginie w mękach, będzie łamany kołem, oblany naftą i podpalony od strony głowy.
— Ja sam! — odrzekł niepewnie.
Pan Borowski uśmiechnął się niewidocznie.
— Jeżeli zakopałeś się sam, nie ma o czym gadać. Ale jeśli jeszcze raz sam się zakopiesz, sam się też będziesz ratował. Rozumiesz?
— Irenka mnie zawsze wyratuje! — odrzekł pędrak z głębokim przekonaniem. — I Drab też.
— Drab? Dobrze, żeś mi przypomniał tego powsinogę. Irenko, gdzie jest pies?
Irenka rozłożyła bezradnie ręce i wierzgnęła równocześnie lewą nogą, aby na wypadek, gdyby Drab wlazł za całym towarzystwem do pokoju, wtłoczyć go pod kanapę. Okazało się jednak, że mądry pies zwiał przezornie na samym początku awantury, słusznie rozumując, że jeżeli pan Borowski wmieszał się do zabawy, w takim razie cała sprawa nie była zupełnie czysta. Ukazał się na widowni dopiero nazajutrz, zapytując Irenkę wzrokiem, czy atmosfera jest już bezpieczna.
— Już można — mrugnęła na niego Irenka — ale za bardzo nie leź w oczy.
Do Jasia zaś powiedziała cicho:
— Pomyliłam się. Z ciebie, Jasiu, będą jeszcze ludzie. Jestem z ciebie zadowolona.
Żołnierz, któremu na polu bitwy wódz krzyż do piersi przypina, nie ma tak dumnej miny, jaką w tej chwili miał tłusty i różowy Jaś. Od dawna już wiedział, że dobre stosunki z Irenką, chociaż grożą czasem skręceniem karku w porze letniej, a uduszeniem w zimie, są jednak cenne i zajmujące. Byłby też poszedł za nią na śmierć, gdyby wiedział, jak to się robi, i stroił miny zuchwałe i bohaterskie. Przysiągłszy, że wiernie dochowa tajemnicy, chociażby go wbijano na pal, coraz częściej brał udział w wyprawach niebezpiecznych i krew w żyłach mrożących, bo od wielu dni był mróz. Czasem z wielkiego strachu zamykał oczy, ale szedł na zatracenie na ciemny strych, gdzie w każdym załamaniu dachu mieszkało widmo, a obok komina grzały się zziębnięte upiory. Pani Borowska niepokoiła się, nasłuchując, jak Jaś przez sen wydaje okrzyki i mordercze głosy. Łatwo to jednak można było przypisać niestrawności, rzadko bowiem któryś ze znanych bohaterów objawiał taką potężną namiętność do jedzenia. Była to słaba strona tej dzielnej duszy. Można było polegać na tym mężu, wiernym i coraz bardziej walecznym, lecz nie można było być pewnym, czy za placek ze śliwkami lub za marną miskę konfitur nie sprzeda wrogom twierdzy i najgłębszej nie zdradzi tajemnicy. Achilles58 miał tajemnicę w pięcie, a Jaś w żołądku. Nieznające słabości serce Irenki często nad tym płakało, myśląc, że obżarstwo zeżre działalność tego łakomczucha.
Ona mogła wytrzymać głód i pragnienie. Zdrowa jak ryba, giętka jak leszczyna, zręczna jak sarna, a silna jak śliczne, drapieżne zwierzątko, miała w żywej pogardzie wszelkie słodycze i marcepany. Mogła jeść kapustę z konfiturami, lody z tłuczonym grochem albo suchy chleb. Okoliczne panienki — a dość było w sąsiedztwie tego tałatajstwa — blade i smutne jak kwiaty drżące przed chłodem, patrzyły zdumionymi oczyma na to dziwo, które w celu skrócenia sobie drogi skakało konno przez rowy i płoty, na tę dziką dziewczynę, co gdziekolwiek się znalazła, natychmiast obejmowała rządy, a nikomu przez myśl nie przeszło, aby mogło być inaczej. Czyniła to tak radośnie i z takim ujmującym wdziękiem, że nikt jej nie zazdrościł. Mogła wprawdzie pobić całe zgromadzenie, choćby najliczniejsze, ale zdarzało się to niezmiernie rzadko, nie było bowiem takiej potrzeby wobec powszechnego uznania jej duchowej wyższości.
Lubiła wszystko załatwiać sama, bez odwoływania się do cudzej pomocy, co zajmowało wiele czasu i wywoływało długie gadaniny, kiedy należało rozstrzygać szybko.
W jakiś tydzień po próbie uduszenia Janka w śnieżnym grobie Irenka, leżąc w łóżku, nasłuchiwała płaczliwego opowiadania wichru o tym, że jest bardzo nieszczęśliwy. Cały dom spał, w zimie bowiem wcześnie usypiał. Czasem gdzieś daleko we wsi zaszczekał smutno i niechętnie zziębnięty pies, jak gdyby ujadaniem chciał odstraszyć mróz cicho stąpający; czasem jęknęło drzewo, któremu wiatr usiłował wykręcić zgrabiałe ramiona. Pies Drab musiał być gdzieś na polowaniu, bo go już nie było wieczorem; inne psy zapewne zagrzebały się w sianie, machnąwszy łapą na wszystko w taki czas.
Nagle wydało się Irence, że słyszy jak gdyby brzęk szkła. Podniosła głowę i zaczęła nasłuchiwać. Nic nie słychać, tylko wiatr. Znowu zabrzęczało cichutko, jakby ktoś wytłaczał szybę. Krążąc słuchem po wielkiej ciszy domu, Irenka doszła do przekonania, że coś dziwnego odbywa się w gabinecie ojca, naprzeciwko jej pokoju. W gabinecie tym nie było nic takiego, na co mógłby się złakomić nocny złodziej. Gospodarskie książki, sarnie rogi, trochę broni i ciężkie meble. Nikt nie obłowiłby się wśród tego mizeractwa. Nigdy zresztą nie zdarzyło się, aby się złoczyńca zakradł do białego domu. Jeżeli jest przy zdrowych zmysłach, wie o tym zapewne, że pan Borowski pieniędzy nie ma i dlatego nigdy nie zamyka biurka — nawet na noc. Ach! W tej chwili jest tam w biurku po prawej stronie ułożony ubożuchny skarb ciotek. Nikt o nim nie wie, ale ten jakiś zrozpaczony człowiek, który usiłuje dostać się do gabinetu, znajdzie go i zabierze. Irenka drgnęła. Nie będzie nikogo budzić, bo ani nie starczy na to czasu, ani też nie chce przerazić matki i ciotek. Babka i tak nie usłyszy, ale inni się wystraszą. Nie dokończyła rozważań, a już była ubrana. Zapaliła świecę i osłaniając ją ręką, stanęła pod drzwiami gabinetu, nasłuchując. Tak, tam ktoś jest. Co czynić? Jeśli wejdzie nagle, może narazić się na to, że ten ktoś rzuci się na nią i unieszkodliwi. Gdyby krzyknęła, rozbudzi cały dom, a nocny gość ucieknie. Myśli latały po jej głowie jak nietoperze — szybko i bezszelestnie. Wprawdzie nie lęka się, ale jest jej niemiło. A może myli się? Może się przesłyszała? To byłoby najlepsze. Strach pomyśleć, że tam ktoś kradnie. Jeśli był głodny, mógł przyjść za dnia i nakarmiono by go, gdyż w tym domu nie odmówiono nikomu jeszcze chleba. Wiedziano o tym na dwadzieścia mil dokoła. To nie głodny, to ktoś inny.
Starała uspokoić się i działać przezornie i mądrze. Odeszła cichutko od drzwi i nagle zaczęła powracać w to samo miejsce, cicho sobie podśpiewując, jak ktoś, co niczego nie podejrzewa i przypadkiem przechodzi. Ten ktoś, jeśli był w gabinecie ojca, musiał ją słyszeć. Odczekała krótką chwilę i chociaż serce w niej tłukło się jak ptak, otworzyła drzwi. Weszła śmiało, jak gdyby na nic nie zwracając uwagi. Spłoszony szelest upewnił ją, że ktoś znajduje się w pokoju i że ukrył się szybko. Płomień świecy chwiał się i zataczał. Irenka zdołała jednak dojrzeć kącikiem oka, że wiszące na ścianie futro ojca napełniło się czymś znacznie grubszym niż powietrze i jak gdyby znudziło mu się wisieć na gwoździu, postarało się o parę nóg, ciężko obutych, które próbowały nie zwracać niczyjej uwagi tak długo, aż niepożądana osoba ze świecą pójdzie tam, skąd przyszła. Nieruchome buty rozumiały, że ten cienki głos, tak spokojnie sobie nucący, nie przeczuwa ich obecności i nie należy się go obawiać.
Irenka najspokojniej w świecie zbliżyła się do biurka — ale baczna i czujna. Trochę ręce jej drżały, kiedy zwinnym ruchem zdjęła dubeltówkę ze ściany. Wymierzyła ją w futro, dotknąwszy go niemal lufą, i głosem, który wydał się jej straszliwy, krzyknęła:
— Wyłaź pan!
Spoza futra wyjrzała zdumiona i przerażona głowa, mocno kudłata i bardzo nieprzyjemna. Spojrzały na nią rozbiegane, sprytne oczy, badające przenikliwie sytuację. Błysnęły żywiej, ujrzawszy wysoką wprawdzie, lecz bardzo młodą dziewczynę; wnet jednak pociemniały, zrozumiawszy, że dziewczyna jest tylko skromnym dodatkiem do strzelby, która wpiła w nie czarne oczodoły dwóch luf.
— Ręce do góry! — krzyknął groźny duch Irenki, ona sama bowiem nie mogła zakrzyknąć tak potężnie.
Spod futra wysunęła się powoli wielka ludzka bryła, z której można było wykroić ze dwóch ludzi mizerniejszej postawy. Podniosły się w górę dwie ręce, z których można było sporządzić konary dla młodego dębu. Zjawisko było groźne, cień bowiem tego człowieka rozpostarł się w ogromnym powiększeniu na ścianach i powale. Irence zrobiło się cokolwiek słabo w okolicach żołądka, na co jednak jej serce nie zwróciło uwagi. Przez krótką chwilę chciała uciec, ale nie mogła udźwignąć nóg, które nagle stały się ciężkie i wyraźnie wrastały w podłogę.
„Boże drogi, co to będzie?”, pomyślała ciężko.
Nocny dryblas musiał zauważyć, że duch w niej zachwiał się, bowiem uczynił nagły ruch. Irenka cofnęła się w tej chwili o krok i podniosła strzelbę, mierząc wprost w szerokie jego piersi.
— Po coś tu przyszedł? — krzyknęła nagle zdławionym głosem.
— Zabłądziłem... — mruknął olbrzym. — Zimno było... Wszedłem przypadkiem...
— Przez okno?
— Zgrzeszyłem! Moja wina... Niech mnie panienka puści.
— Ani myślę!
— Przecież mnie panienka nie zastrzeli?
— Zastrzelę albo nie zastrzelę. Zaraz zbudzę cały dom!
— To i co? Pana Borowskiego w domu nie ma, tylko same baby.
— Jest, jest! Mój ojciec jest. A wyście myśleli, że go nie ma?
Gość spojrzał ciemno i stał się czujny.
— Ukradliście coś? — zapytała Irenka.
— Nie! Nie przyszedłem kraść... Wlazłem, to i wylezę. Niech panienka strzelbą nie grozi. Pójdę sobie, i tyle...
— O Jezu! — krzyknęła nagle dziewczyna.
Wielki chłop, patrząc pilnie w jej oczy, spuścił nagle obie ręce jak cepy, zagarnął w nie strzelbę, usunął lufę od swojej piersi, wyrwał jej dubeltówkę z rąk i błyskawicznie w nią wymierzył.
— Teraz ty, gołąbko, odrobinę sobie postoisz. Rączki do góry! Dzielna pannica, nie ma co, ale jak krzykniesz, to dwa naboje wpakuję w ciebie. Nie będziesz krzyczeć? To dobrze! Mądra dziewczyna. Mówiłem ci już: ręce do góry!
Wtedy padł grom z jasnego nieba na kudłatą głowę opryszka. Irenka zaczęła się śmiać. Gdyby ten człowiek miał wyrobione, muzykalne ucho, byłby zauważył, że śmiech ten dziwnie przypomina suchy trzask kastanietów59 albo metaliczne dzwonienie zębów o zęby.
— Głupi jesteś! — powiedziała nieswoim głosem. — Strzelba nie jest nabita. A ja tu mam na ścianie drugą.
— Ach, ty czorcie! — zawyło wielkie chłopisko.
Odwrócił strzelbę, ujął rękoma za lufę, a kolbą zamierzył się na Irenkę, której pociemniało w oczach. W tej chwili załomotało straszliwie, bo strzelba wypaliła z obu luf. Irenka zachwiała się i krzyknęła przeraźliwie, a chłopem rzuciło o ścianę. Był tak zdumiony, że oczy postawił w słup. Jakby nie rozumiejąc, co się stało, chwiał w obie strony głową pełną huku i łoskotu, wreszcie, całkowicie ogłuszony, obejrzał się za siebie, jakby własnego tam szukając trupa.
— Tatusiu! — krzyknęła Irenka.
Pan Borowski stał w drzwiach z rewolwerem w ręku, nie mniej zdumiony niż kudłaty opryszek. Za nim w ciemnościach wstawały krzyki, narzekania i płacze, za oknami słychać było ujadanie psów i ostre gwizdy nocnego stróża, którego obudził huk z czujnej drzemki.
Gdzieś w oddali słychać było krzyk babki:
— Kto umarł? Powiedzcież mi wreszcie, kto umarł?
Kiedy nocnego gościa wyprowadzono w mocnym towarzystwie, Irenka rzuciła się z płaczem w ramiona ojca. Dziewczęce serce przeraziło się własnej odwagi.
— Tatusiu... — płakała cicho — ja już nigdy nie będę... To było straszne...
— Myślę sobie! — mruknął pan Borowski. — Strzelba ma dwie lufy.