VI

Irenka była nieco zdziwiona, że ojciec nie tylko nie sławił jej bohaterstwa, ale raczej przeraził się nim i dość chmurno o nim wspominał. Nią także silne wzruszenie wstrząsnęło zbyt gwałtownie. Noc miała niespokojną, a ile razy szafa trzasnęła, grzejąc się przy piecu, Irence zdawało się, że strzelają do niej ze stu strzelb, więc się zrywała w nagłym strachu. Nie mogła myśleć o tych ciężko obutych nogach przy ścianie i o kudłatej głowie, ukazującej się powoli. Była zadowolona, że kudłata głowa, wzięta pod straż na folwarku, okazała zdumiewający spryt i wysadziwszy drzwi, nieprzygotowane do roli drzwi więziennych, uciekła przed świtem, zabrawszy na tułaczkę niewinnego prosiaka. Zawsze we dwóch ucieka się raźniej.

Czujny i wierny pies Drab zjawił się w samą porę, w południe następnego dnia, zmęczony jakąś zbrodniczą wyprawą. Można było przysiąc, że gdzieś w zaśnieżonym lesie jakiś stary zając płakał nad stratą żony, która zapadła się pod ziemię. Irenka spojrzała na swego psa z pogardą.

— Twoją panią chcieli zamordować — mówiła cierpkim głosem — a pana psa ani śladu. Jesteś podły pies. Nie rób takich głupich min, bo mnie nie oszukasz, zły, wstrętny zwierzaku.

Pies Drab tłumaczył się gęsto merdaniem ogona, pokazywaniem białych kłów i cichym skomleniem, że miał do załatwienia sprawy bardzo ważne i niecierpiące zwłoki. Tym razem nie udało się i pies popadł w niełaskę. Zrozumiawszy, że sprawa jest poważna i że żadne cygaństwo nie pomoże, podkulił ogon pod siebie i cicho łkając, przepadł gdzieś wśród zabudowań. Miał taką minę, jak gdyby chciał powiesić się na pierwszej suchej gałęzi. Szkoda, że pozory tak często mylą.

Tymczasem owa chmura, co tak niedawno narodziła się na błękitnym widnokręgu, zbliżała się, kierując swój lot nad biały dom, który silniej oparł się na swoich sześciu kolumnach, jak gdyby przeczuwając wstrząs i jakąś groźbę. Źle dziać się zaczęło w tym domu. Troska była w nim już od dawna, a teraz, jakby zimowym wichrem przyniesiona, powiała po nim zgryzota. Matka Irenki, zawsze niedomagająca, z sercem chorym, nad którym ustawiczna wisiała groźba, rzadko kiedy wychodziła ze swego pokoju. Nie miała dość sił, aby wyjść z domu i pospacerować po ogrodzie. Babka była przy niej okazem zdrowia i tężyzny. Wciąż smutno zamyślona i gdzieś przed siebie bez celu patrząca, obejmowała nieraz ramionami dwoje swoich dzieci i kurczowo tuliła je do siebie, jak gdyby usiłowała swoim wątłym, wymizerowanym ciałem zasłonić je przed czymś nieznanym, co czyha na nie, przyczaiwszy się w mrocznym kącie. Wtedy Irenka pilnie patrzyła w jej oczy, a matka odwracała nieznacznie twarz, aby jej dziecko nie widziało tego, co rodzic zawsze przed dzieckiem ukrywa: aby nie dostrzegło wielkich, ciepłych łez. Przed Irenką niczego ukryć nie było można. Irenka wiedziała. Wiedziała, że ta jej cichutka, schorowana matka zbiera wszystkie troski i zgryzoty całego domu i aby innym ulżyć, ukrywa je w swoim słabym sercu; że sama płacze, aby inni czasem uśmiechnąć się mogli. Tak bowiem od początku świata czyni każde serce matczyne.

Chociaż rzadko wychodziła ze swego pokoju, wiedziała o każdym drgnieniu domu i słyszała każdy w nim szmer. Często głuchą nocą podnosiła się z trudem z łóżka, cichutko podchodziła do posłania Irenki albo Jasia i pochylała się nad nim. Irenka, udając, że śpi, widziała nieraz jej białą postać patrzącą przez mrok, czy jej dzieci śpią spokojnie. Matka najczujniej jednak nasłuchiwała powolnych, ciężkich, jakby ołowianych kroków swego męża, który szukał rady w mądrej ciszy nocy. Wreszcie jednego dnia zawołała do siebie Irenkę.

— Moje dziecko — rzekła cicho, pokazując jej list. — Nie trzeba, aby ojczulek wiedział o tym, bo nigdy nie zgodzi się, abym ten list wysłała.

Irenka spojrzała bystro.

— To do pani Opolskiej?

— Tak, do niej. Opolska jest moją najbliższą krewną. Długo, długo namyślałam się, zanim napisałam ten list. Ojciec męczy się i trapi. Może pani Opolska, która jest bardzo bogata, zgodzi się na niewielką pożyczkę, aby ojciec mógł odetchnąć... Widzisz, córeczko, ja ci dlatego o tym mówię, że ty wszystko rozumiesz i będziesz umiała dochować tajemnicy.

— Dochowam! — rzekła Irenka.

— Próbuję, a nuż się uda. Ojczulek może nam przebaczy, kiedy sprawa będzie załatwiona; zresztą będziemy starały się zachować tajemnicę jak najdłużej. Teraz o to idzie, abyś ten list sama zawiozła na pocztę i aby nikt o nim nie wiedział. Nie wiem, gdzie moja ciotka znajduje się w tej chwili, ale ma pałacyk w Warszawie; tam adresuję, a list ją gdzieś odnajdzie. Zrobisz to, Irenko?

— Mamusiu! — szepnęła gorąco Irenka. — Ja go piechotą zaniosę do Warszawy.

— Nie potrzeba, nie potrzeba, moje dziecko. Zawieź go tylko na pocztę.

Irenka, przejęta tajemnicą, schowała list na piersi i odeszła z poważną miną.

Na pocztę do pobliskiego miasteczka jeżdżono w zimie raz jeden w tygodniu, bo droga była ciężka, a listów znikąd nie spodziewano się. Do tego „pocztowego” dnia było jeszcze daleko, a list ukryty chytrze w książeczce pt. Bezgrzeszne lata60, która była źródłem niejednego szaleństwa Irenki, aż drżał z niecierpliwości — tak mu pilno było w drogę po pomoc. Irenka nie chciała go powierzyć nikomu, a najmniej jeżdżącemu po listy wyrostkowi, który nie zdradzał niczym, że może zostać filozofem, i wygadałby się od razu. Trzeba było zaryzykować. Toteż kiedy cały dom jeszcze spał, Irenka odziała się po cichutku i wślizgnęła się do stajni jak Cygan kradnący konie. Osiodłała swoją własną, ładną szkapinę, spokojne stworzenie na wysłudze61, i wyprowadziła ją aż na drogę. Tam dopiero dosiadła konia i wjechała w gęsty, ośnieżony mrok jak w zamarzającą wodę. Obliczyła, że dojedzie na pocztę na godzinę ósmą, a o dziewiątej będzie z powrotem. Może zdarzyć się, że ojciec do tego czasu ani nie zajrzy do jej pokoju, ani nie będzie o nic pytał.

Do miasteczka jechała powoli, była bowiem dopiero godzina szósta i trzeba było brnąć przez zaspy, zbałwanione i wysokie. Mądra szkapina szła powoli, zajęta rozmyślaniem, co strzeliło do głowy młodej osobie, aby po ciemku brnąć przez śnieg. Młoda osoba patrzyła bystro przed siebie, aby nie zjechać z drogi na błędne pola, mrok jednak rzedniał powoli, jak gdyby ktoś nalał do czarnej kawy odrobinę mleka. Gdzieś daleko dzień brnął przez głębokie śniegi, zapadając się po pas. Najpierw dostrzegły go wrony i zaczęły krakać zjadliwie — ciotki diabła, co nie lubią słońca. Po godzinie zrobiło się szaro, jakby ktoś nad całym światem zgrzebne porozwieszał płótna. Irenka zagadała do konia i równo o godzinie ósmej stanęła przed urzędem pocztowym, który z trudem odemknął dopiero jedno okno, a na gwałtowne dobijanie się Irenki otworzył wreszcie drzwi, mocno zdumiony, że w małym miasteczku znalazł się po wielu, wielu latach ktoś, komu się śpieszy. Z powagą przyjął list, słuchając napomnień Irenki, żeby nie było żadnego cygaństwa i aby list natychmiast posłano do Warszawy — co solennie przyrzeczono.

Teraz trzeba było pędzić na złamanie karku. Irenka ogarnęła wzrokiem dobrze jej znaną okolicę, jakby szukając sposobu, czy nie da się przelecieć przez powietrze; pewniejsza jednak była jazda drogą zamuloną śniegiem, lecz wytyczoną przez drzewa. Zaczęła popędzać konia tatarskimi okrzykami i od czasu do czasu przemawiała mu do rozumu, a koń, stary wyjadacz, zrozumiał, że widać trzeba gonić szybko, jego pani bowiem słynna jest z roztropności i wie, co czyni. Gnał też, jakby mu ubyło lat co najmniej dwadzieścia, i rwał z kopyta. Mróz gonił za nim i zachłannie chłonął w siebie buchającą z niego ciepłą parę, niepomiernie zdziwiony, że jest coś ciepłego na tym świecie. Wkrótce ukazał się w oddali dach białego domu, wreszcie cały wynurzył się z mętności poranka. Wiatr wiał z tamtej strony i Irenka usłyszała wyraźnie krzyk od strony stajni. Skręciła zatem czym prędzej między opłotki, aby dotrzeć najkrótszą drogą i wjechać chyłkiem od strony folwarku. Krzyknęła na konia, mocno dyszącego, i zaczęła gnać na przełaj. Nagle wyszczerzył przed nią zęby płot. Irenka zdarła konia do skoku, jednak, nagle osłupiały, pozostał z tej strony, a Irenka, uczyniwszy w powietrzu dwa misterne koziołki, przeskoczyła płot sama jak sierota. Dała nurka w śnieżną zaspę, głową w dół, a śnieg rozprysnął się jak fontanna z mąki. Kiedy przetarła oczy, ujrzała, że koń, statecznie mądry, powrócił na prawidłową drogę, a ją własnemu pozostawił losowi. Nikt tego nie mógł widzieć z folwarku, więc porwała się czym prędzej i chyłkiem, jak lis, zaczęła biec ku domowi. Zdyszana i zziajana wpadła do mrocznej sieni, przemknęła jak duch cokolwiek ośnieżony do swego pokoju, wsunęła się do łóżka, nakryła kołdrą i zaczęła ściągać z siebie odzienie. Serce waliło w niej jak młot, który za wszelką cenę chce wbić gwóźdź w ścianę, tak że kiedy ktoś zastukał do jej drzwi, nie wiedziała od razu, czy to naprawdę ktoś stuka, czy to jej serce takie wyprawia harce. Usłyszała jednak głos ojca:

— Irenko! Twego konia ukradli!

— Masz babo placek! — jęknęła złamanym głosem.

— Wyjdź czym prędzej!

— Za chwilę wyjdę! — krzyknęła w stronę drzwi.

Skoro ukradli jej konia, trzeba go szukać. Starała się jednak zacząć te poszukiwania jak najpóźniej; wiele też minęło czasu, zanim znalazła się na folwarku wśród gromadki ludzi biadających nad niebywałą zbrodnią. Ogólna opinia zwalała winę na tego kosmatego opryszka, który zaczął karierę od ukradzenia prosiaka, po ucieczce z więzienia. Irenka wzniosła oczy do nieba, błagając je, aby jak najdłużej ukrywało konia wśród śniegów. Niebo jednak, choć zachmurzone, nie miało zamiaru brania udziału w cygaństwie. Właśnie pan Borowski zarządził pogoń i porozsyłał ludzi we wszystkie strony, kiedy opłakany już koń, żadnego nie zdradzając wzruszenia, zjawił się w bramie jak koński duch i zdążał spokojnie ku stajni.

— O, o! Koń! — krzyknęła Irenka.

Oglądano go ze zdumieniem. Koń był mokry i osiodłany. Ponieważ wiejskim ludziom wiadomo, że najmędrszy nawet bachmat62 nie umie osiodłać się sam ani wyjść sobie na poranny spacer z zamkniętej stajni, jasne było, że ktoś to uczynił za niego. Ale kto? Wiejscy ludzie zaczęli drapać się po głowach, chcąc z nich wygrzebać odpowiedź na to pytanie; znaleźli jednak tylko trochę pierza i źdźbła słomy. Stary woźnica, nawykły do gadania z końmi, zwrócił się wprost do zmęczonej kobyły:

— Gdzieś była, wywłoko?

Kobyła odmówiła odpowiedzi.

Pan Borowski spojrzał podejrzliwie na Irenkę, która widząc, że trudno będzie udowodnić jej to końskie matactwo, z odwagą, wesoło uśmiechnięta, wytrzymała spojrzenie. Ojciec kręcił głową, ale nic nie rzekł, kmiotkowie63 zaś orzekli, że diabeł chyba jeździł na kobyle po nocy. Cała sprawa rozwiała się w zimowej mgle. Irenka zdołała jedynie przy obiedzie szepnąć do ucha matce:

— Mamusiu, zrobione!

Nic jednak nie było zrobione. Po trzech tygodniach przywędrował niechętnie list z ciepłych krajów i zapewne skostniał po drodze, bo każde w nim słowo było kawałkiem lodu. Był niebieski, a słowa w nim — czarne. Pani Opolska tłumaczyła się, że prośba pani Borowskiej długo krążyła po świecie, zanim ją odnalazła w Cannes64; odpisuje czym prędzej i prosi, aby nikt nigdy na nią nie liczył, bo ona sama znajduje się w trudnych warunkach.

Przykro jej, że jej wróżby spełniły się, jednak wcale się nie dziwi, że pan Borowski ma nóż na gardle. Ona jednak na to poradzić nie może.

„Pracujcie i oszczędzajcie, oto wszystko, co wam mogę powiedzieć!”, kończyła swój list, suchy jak uschłe drzewo, nielitościwy jak dusza skąpca, oschły i sztywny, bez jednego, choćby zdawkowego, serdecznego słowa. List ten nie odmarzł nawet, kiedy padły nań gorące i palące łzy pani Borowskiej, ani pewnie wówczas, kiedy go rzuciła w ogień. Nikt nie wiedział o tej odpowiedzi, nawet Irenka, która jednak coś przeczuwała, widząc, że matka jednego dnia bledsza była niż zwykle i zaczerwienione miała oczy. Chciała w nie zajrzeć ukradkiem, ale ile razy pani Borowska poczuła na sobie jej świdrujące spojrzenie, opuszczała powieki jak zasłony.

„Gdybym ja tak mogła pogadać z panią Opolską!”, myślała Irenka. „Byłoby jej ciepło!”.

Westchnienie było groźne, lecz niezbyt pożyteczne.

Czując, że z matką dzieją się niedobre rzeczy, dziewczyna, zawsze serdeczna, stała się dla niej samą słodyczą. Najdziwaczniejszych używała podstępów, aby jej nigdy nie zostawić samej. Wymyślała sto sposobności, aby przybiec do niej choć na chwilę, i dokazywała sztuk niepospolitych, by uśmiech, chociażby najbledszy, chociażby jasny cień uśmiechu wywołać na jej najdroższe usta. Usiadłszy w ciemnym kącie, rozmyślała ze zmarszczką na czole jak poeta, który z własnym rozmawia sercem, co należy uczynić lub co należy powiedzieć, aby jasno na jedną chwilę zrobiło się dokoła. Wtedy to przyszła jej do głowy myśl, że matka jest blada i twarz ma znękaną, ona zaś jest czerstwa, zdrowa i ma na twarzyczce rumieńce — śniade i głębokie. Tak być nie powinno. Zaczęła więc głodzić się i umartwiać na wszelkie sposoby. Ponieważ słyszała kiedyś opowiadanie babki, że w minionych czasach panny, chcąc mieć na obliczu interesującą bladość, pijały ocet, zaczęła go pić jak pijak wódkę. Przyłapana przez ojca na gorącym uczynku, wpadła w rozpacz.

— Czyś ty zmysły straciła, dziewczyno? — krzyknął. — Po co to robisz?

— Żeby źle wyglądać!

— Jezus, Maria! Co tobie jest?

Irenka nie wytrzymała i odpowiedziała nagłą powodzią łez i słów, również rozpłakanych:

— Muszę źle wyglądać! Niech tatuś spojrzy, ile mam zdrowia na tej przeklętej mojej gębie. Czerwona jestem jak pomidor!

— Ależ, dzięki Bogu!

— Tatuś nie zna się na tym. Mamusia jest blada jak opłatek, a ja mam być taka zdrowa? Wstyd mi, ile razy staję przed mamą... Przecież temu, co jest chory, może być przykro, że drugi jest taki rumiany, jakby go w piecu przypiekli.

Pan Borowski westchnął ciężko, zamiast wybuchnąć śmiechem, i mówił poważnie:

— Czy ty mi wierzysz, moje dziecko?

— Strasznie wierzę...

— Więc mi uwierz, że niczym bardziej nie zmartwiłabyś mamy, jak tym, że i ty jesteś chora i blada. Płakałaby częściej, niż płacze... Zakrwawiłabyś jej serce. Matka, moja droga, własną oddałaby krew, abyś tylko jej dziecko było rumiane. A twoja matka, Irenko, oddałaby nawet ostatnią jej kroplę. Rozumiesz, maleńka?

— Rozumiem... Teraz rozumiem...

— Przestań więc robić dziecinadę. Taka stara pannica, a...

— Już nie będę! Nie cierpię mojej gęby, ale już nie będę. Może tatuś być spokojny. Janka też chciałam odchudzić, ale mu dam spokój.

Janek jednak był bardzo rozkapryszony, a ponieważ zdawało mu się, że jest stale pokrzywdzony, potrafił wielkim głosem wołać o sprawiedliwość — kiedy zaś szło o jedzenie, wtedy nie znał miary w zdzieraniu gardła. Organ głosu miał potężny i przenikliwy, nieproporcjonalnie jednakże mała objętość rozumu w stosunku do rozmiarów gardła nie pozwalała na użycie rozsądnych uwag i perswazji. Wpadł razu jednego w szaleństwo, kiedy pani Borowska, zmęczona bardzo, zasnęła po południu. Po oznajmieniu, że chce krzyczeć, nie dawał uspokoić się nikomu. Wtedy wdała się w tę sprawę Irenka. Przyniosła ze spiżarni dwa kurze jaja i nie zwracając na niego uwagi, pilnie zaczęła przyglądać się im przy oknie; potrząsała nimi i przykładała do ucha, jakby nasłuchując. Tajemne te sztuki zwróciły wreszcie uwagę Jasia. Nie zaniechał wprawdzie krzyku, ale wrzask nieco zelżał, a brat zbliżył się powoli do Irenki, bucząc już tylko od czasu do czasu, aby zaznaczyć, że „przerwał, lecz róg trzymał”65 i każdej chwili może zacząć na nowo.

— Co to jest? — zapytał w końcu.

— Zaczarowane jaja — rzekła Irenka. — Ciebie jednak nic to nie obchodzi, bo to jest tajemnica.

Jeśli tajemnica, w takim razie trzeba poświęcić całą treść serca i ducha, aby ją poznać. Musiała to być wielka tajemnica, bo inaczej taka mądra dziewczyna jak Irenka nie będzie nasłuchiwać, co się dzieje w jajku. Chłopcu zaświeciły się oczy i czym prędzej oświadczył gotowość przystąpienia do spółki w celu zbadania tajemnicy.

— Z tobą nie można gadać o tym, bo wciąż drzesz się jak stary worek.

—- Już nie będę!

— Przysięgasz?

— Przysięgam!

— To ci powiem, ale gdybyś komuś słówko pisnął, wszystko będzie na nic!

Jaś zacisnął usta na znak, że na mękach nawet słowa nie wyrzeknie. Wobec tego Irenka, obejrzawszy się, czy nikt nie podsłuchuje, powiedziała mu tajemniczym szeptem:

— To są jaja zaczarowanej kury, ważne tylko w piątek. Dzisiaj właśnie jest piątek...

Jaś zaledwie oddychał z wielkiego wrażenia.

— Otóż jeżeli ktoś będzie te jaja trzymał: jedno w jednej, a drugie w drugiej ręce, najkrócej przez godzinę, wtedy po godzinie wylęgnie się z każdego złote kurczę.

Przed Jasiem otworzyło się niebo.

— Ja będę trzymał! — szepnął gorąco.

— Niemożliwe! Ta cudowna sztuka wtedy uda się, jeżeli ten, co trzyma, ani nie poruszy się, ani jednego nawet słowa nie wypowie.

— Ja ani nie poruszę się, ani nie wypowiem słowa!

Irenka spojrzała na niego podejrzliwie.

— Naprawdę? Jak mnie kochasz?

— Jak ciebie kocham!

Irenka robiła bardzo wielkie trudności, ale dała wreszcie ubłagać się namiętnym jego szeptom.

— Siadaj tutaj i ani mi się waż ruszyć. Wtedy możesz dopiero poruszyć rękami, kiedy zobaczysz dwa złote kurczęta. Zresztą ja będę niedaleko i kiedy będzie trzeba, wtedy przyjdę.

Jaś usiadł na krzesełku i ostrożnie trzymał w dłoniach złote kurze czarodziejstwo. Na twarzy miał rumieńce, a w oczach zachwyt. Nie widział nawet, jak Irenka przyłożeniem palca do ust zaleca mu straszliwe milczenie. Jaś nie byłby głębiej odetchnął, gdyby nawet widział, że dom się nad nim pali.

Został sam z wielką tajemnicą, a słodka cisza spłynęła na dom.

— Nie przeszkadzajcie Jasiowi — oznajmiła Irenka wszystkim zainteresowanym. — Teraz będzie spokój.

Sama zajęła się geografią i wypłynąwszy na dalekie morza, zapomniała o rodzinnej ziemi. Minęła godzina — jedna i druga — nad Polską był już senny i lepki od śniegu zmierzch, a ona w pełnym słońcu krążyła pośród cudownych, koralowych wysepek Archipelagu Polinezyjskiego66, gdzie wiatr szumi wśród palm, a senne morze rzuca perłowe blaski. Nagle usłyszała groźny okrzyk z dalekiej, dalekiej Polski:

— Jasiu, na Boga, co się z tobą dzieje?

Palmy przestały szeleścić, a perłowe morze — szumieć.

— O, rany! — szepnęła Irenka. — Na śmierć zapomniałam!

Pędem pobiegła do pokoju Jasia, gdzie zastała całe zgromadzenie, skrzyknięte wołaniem pani Borowskiej. Wszyscy w największym zdumieniu patrzyli na Jasia, który przypominał obraz ostatecznej nędzy i beznadziejnej rozpaczy. Od trzech godzin siedział nieporuszony, blady i przerażony. Nie śmiał krzyknąć i oczekiwał cudu. Jedno jajko upadło na dywan i rozbryznęło się lepką, biało-żółtą fontanną, drugie zaś nieszczęsny czarodziej kurczowo zacisnął w omdlałej ręce, tak że smętna jajecznica przeciekała przez palce. On sam nie wiedział już dobrze, co się z nim dzieje, i olśniony światłem lampy, łypał oczyma jak ktoś, kogo na wpół martwego wydobyto z wody. Kiedy zdjęto z niego czar i jako tako doprowadzono do przytomności, rozpoczął się sądny dzień, a raczej sądna noc. Na szczęście pan Borowski znajdował się na folwarku, więc kiedy zatarto ślady zaczarowanych jaj, usiłowano zatrzeć również całą historię i przekupić rozsrożonego Jasia ogromną ilością konfitur. Nieprzytomny smyk był jednak dość przytomny, gdy szło o słodycze, i zaczął targować się nieustępliwie. Zestrachana i zgromiona Irenka przyrzekła mu wszystkie swoje leguminy przez cały tydzień, byle tylko milczał. Interes był dobry, więc Jaś wreszcie nań przystał i obiecał milczenie. Wymyty i doprowadzony do statecznej równowagi zasiadł o godzinie siódmej do wieczerzy, ponuro od czasu do czasu spoglądając na Irenkę. Wtem ojciec rzucił wzrokiem na Jasia i zapytał niespokojnie:

— Czemu Jaś taki blady?

— To tak od lampy — bąknęła Irenka.

Pani Borowska i ciotki zaczęły nieśmiało twierdzić, że Jaś doskonale wygląda, pan Borowski jednakże dobrze widział i rzekł:

— Coś mu jednak jest, chłopiec wygląda jak zmyty. Jasiu, nie będziesz tego jadł. Irenko, skocz do kuchni i powiedz, aby Jasiowi dano dwa jaja na miękko.

Ziemia zatrzęsła się, kiedy Jaś to usłyszał; dwa mizerne jajka urosły nagle przed jego oczyma do potwornych rozmiarów i zakryły cały świat, wobec czego krzyknął przeraźliwie:

— Tatusiu! Nie chcę jajek, nie chcę, nie chcę!

Zleciał z krzesła i zaczął uciekać przed straszliwym widmem.

— Mówiłem, że on jest chory! — rzekł pan Borowski. — Jasiu, stój! Czemu nie chcesz jaj na miękko?

— Niech Irenka zje! — wrzasnął Jaś i uciekł.

Pani Borowska pobiegła oczywiście za nim, a ciotki spojrzały na Irenkę z wyrzutem.

Ojciec nic nie rozumiał i wydał straszliwy wyrok, że jeśli Jaś nie jest chory i tylko grymasi, będzie jadł jaja na miękko aż do odwołania; wobec tego zrobiono biednego Jasia chorym na jeden dzień i Irence upiekło się. Jaś jednakże powiedział jej nazajutrz groźnie:

— Jeżeli myślisz, że mnie ocyganisz z leguminą za dzisiaj, to grubo się mylisz. Dzisiejszy dzień nie jest ważny, bo mi nic nie dadzą jeść, ale od jutra zaczyna się tydzień.

— Nie było tego w umowie — odpowiedziała Irenka. — Ale niech ci będzie, znaj pana!

I już tego samego dnia Jaś pożarł chyłkiem dwie leguminy, co go od razu podniosło z łoża boleści. Na widok jajek jednakże słaniał się przez czas długi i był bliski omdlenia.

Zapomniano wkrótce o tej smętnej historii.

Zima wlokła się ciężko, bo jej nogi spętał lód, więc nie mogła odejść. Wszystko zamarzło i wszystko było senne, tylko troski pana Borowskiego nie zamarzły jak rwący, górski potok. Nie mógł sprzedać zboża, a miał jakieś pilne wypłaty. Wciąż jeździł po okolicy i do miasteczka, a zaledwie powrócił — znowu wyjeżdżał. Irenka, siedząc w wielkiej ciszy nad książką, usłyszała, jak ojciec mówi do matki zatroskanym i bardzo zmęczonym głosem:

— Muszę jutro zapłacić trzysta złotych. Skąd ja to wezmę, skąd ja to wezmę?

— Nie mogą poczekać? — zapytała matka.

— Prosiłem, błagałem, wszystko na nic. Już i tak dano mi spokój przez dwa miesiące. Ale jutro zapłacić muszę. Myślałem, że sprzedam żyto, ale nikt kupić nie chce. Co ja zrobię, Boże drogi...

Potem zapadło smutne milczenie, a w Irence serce omdlało. Objęła głowę rękami, a łzy zaczęły padać na leżącą przed nią książkę. Była to niezwykła historia o księżniczce, co miała sto pałaców i gadającego ptaka — i nigdy nie płakała.

— Matko najświętsza, zmiłuj się nad tatusiem — szepnęła Irenka.

Z każdego jej słowa pociekły łzy.

Jakoś dziwnie smutno było w całym domu. Wszyscy czuli, że pan Borowski czymś się bardzo martwi, a pani Borowska smutno na niego patrzy. Ciotki też milczały poczciwie i w jakiś sposób dały znać babce, aby nie czyniła wielkiego zamieszania.

Za oknami wyła śnieżyca i wicher bardzo płakał, jakby wiecznym zmęczony narzekaniem.

Oni wszyscy siedzieli w dużym pokoju, cichym i wyzłoconym przez miękkie światło lampy. Pan Borowski usiadł w rogu odwiecznej kanapy i milcząc, palił papierosa. Irenka udawała, że czyta książkę, lecz częściej niż w nią patrzyła ukradkiem w zamyśloną twarz ojca. Zwykle o takiej porze ktoś głośno czytał, tego jednakże dnia nikt jakoś o lekturze nie wspomniał, jak gdyby wszyscy chcieli w ciszy przebrnąć przez smutek długiego wieczoru. Jeden Jaś pragnął użyć przed snem towarzyskiego życia i pętał się po pokoju dość hałaśliwie; aby go więc uspokoić i przysposobić do snu, matka, siedząca przed płonącym kominkiem, objęła go ramieniem i jak to czyniła często, zaczęła półgłosem opowiadać mu bajkę — zbyt groźną na noc dla Jasia, lecz była to jedyna bajka, jaką znała: o biednym szewcu, który został królem, bo odważył się spędzić noc w starym, okropnym zamczysku, dokąd pośród wielkiej wichury przychodziły groźne i potężne duchy, aby go porazić trwogą i zmusić do ucieczki. Szewc jednakże znał śliczną modlitwę, która sprawiła, że nie obawiał się niczego na świecie.

Wszyscy zasłuchali się mimo woli, kiedy pani Borowska mówiła cicho:

— Przyszedł dzielny szewc do strasznego zamku, usiadł i czekał cierpliwie, kiedy wybije północ. Wiatr płakał wśród pustych komnat, a tam, gdzie ten szewc siedział, było tak cicho, że słyszał swoje bijące serce. Była to siódma noc jego próby i zarazem ostatnia. Zwalczył już wszystkie strachy i ciemne potęgi, ale tej nocy miały się zjawić najgorsze i najbardziej mocne. Nagle zaczął nasłuchiwać: to bije północ. Jego serce też uderzyło dwanaście razy. „Bóg jest ze mną!”, rzekł cicho i czekał. „Bóg nie opuści nigdy biedaka!”. Znowu zrobiło się bardzo cicho, aż wtem ktoś zapukał do drzwi trzy razy: „Stuk! stuk! stuk...”.

— O, Boże! — krzyknęła cicho ciotka Amelia.

Ktoś stuknął najwyraźniej trzy razy w drzwi białego domu. Było to tak niespodziewane, że wszyscy zdrętwieli. Spojrzeli po sobie.

— Ktoś stuka! — powiedziała Irenka.

— Wszelki duch... — rzekła ciotka Barbara.

— Żaden duch, tylko ktoś przyjechał — odrzekł pan Borowski, powstając, i szedł ku sieni.

Pozostali zamarli w pełnej oczekiwania ciszy, aż ich dobiegł głos:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

— Człowiek! — zawołała uradowana ciotka Amelia.

Po chwili pan Borowski wprowadził do pokoju nowego księdza, który władał drewnianym kościółkiem od czasu śmierci siwego proboszcza. Bywał on czasem w białym domu, lecz nigdy o tej porze, patrzono zatem na niego z radosnym zdziwieniem. Ksiądz miał ostre rysy, lecz uśmiechnięte oczy; wysoki był, kościsty i silny. Nie bał się wichury ani zamieci, przytupywał tylko, aby rozgrzać nogi, i zacierał ręce.

Kiedy Jasia i babkę po powitaniach odesłano na spoczynek, ksiądz powiada:

— Przepraszam za tak późną wizytę, ale ja w ważnej sprawie...

— Służę księdzu proboszczowi — skłonił się pan Borowski.

— Kiedy ja nie do pana — zaśmiał się ksiądz — ja mam sprawę do Irenki.

— Co ona znowu zmalowała? — szepnęła ciotka Amelia do ciotki Barbary.

Wszyscy spojrzeli mimo woli na dziewczynę, która okazywała niepokój. Licho nie śpi...

Ksiądz też na nią spojrzał, bardzo jakoś poczciwie, i mówił:

— Robiłem dzisiaj porządki w domu i przepatrywałem wszystkie zakamarki. Zacny nieboszczyk ksiądz święty to był człowiek, ale ze swego małego domku uczynił muzeum najdziwaczniejszych rupieci. Samych suszonych grzybów starczyłoby na dziesięć lat dla wszystkich moli z całego świata. Zebrał staruszek macierzanki, rumianku i piołunu tyle, że w stu aptekach takich zapasów nie mają.

— Tak, tak! — szepnęła Irenka, która znała te spiżarnie. — Konfitur też kiedyś było bardzo wiele.

— Konfitur jest mniej — zaśmiał się ksiądz. — Rozmaite panny nie jadają suszonego piołunu. Ale wracając do rzeczy: trudno było znaleźć coś w tym wielkim składzie. Długo tego nie ruszałem, myśląc, że ktoś zgłosi się kiedyś po to mizerne dziedzictwo, ale nikt dotąd się nie pojawił.

— Ksiądz proboszcz nie miał nikogo — objaśnił pan Borowski.

— Istotnie — mówił ksiądz. — Zrobiłem też generalny porządek i patrzcie państwo, co przed godziną znalazłem w zegarze, który nigdy nie chodził.

Wydobył z zanadrza zniszczoną gazetę, a z niej wielką, białą kopertę.

— List! — zauważyła bystrze ciocia Amelia.

— Tak, list. A na liście napisano: „Po mojej śmierci oddać to proszę «Pannie z mokrą głową», a każdy wie, że to jest Irena Borowska, bo ją bardzo kochałem: i za mokrą głowę, i za najlepsze serce. W imię Boga zaklinam, aby jej to oddać, bo to wszystko, co mam, a ona niech z tym zrobi, co zechce, i niech czasem westchnie za moją grzeszną duszę”. Dalej podpis i data.

Ksiądz odczytał ze wzruszeniem ten prosty, biedny testament i drżącą ręką oddał list zdumionej Irence. Ona dotknęła go nabożnym gestem, a potem nagle przycisnęła go do piersi.

Wszyscy mieli łzy w oczach; zdawało się, że przez ciepły, smutny pokój przeszedł powoli staruszek ze ślicznym uśmiechem na ustach, rad i szczęśliwy, że na jego wspomnienie drgnęły w nich serca.

— Irenko — mówił ksiądz — bardzo cię kochał ten święty człowiek. Nie otwieraj teraz tego listu, zaczekaj, aż ja sobie pójdę. Pogadasz sobie z listem, jak gdybyś z nim rozmawiała. Dobranoc, moje dziecko.

Ksiądz odszedł, choć go serdecznie zatrzymywano, a Irenka stała nieruchomo, załzawionymi oczami patrząc na biały list, taki dziwny, jakby wysłany z nieba przez zmarłego staruszka. Po chwili zaczęła otwierać kopertę, powoli i niezmiernie ostrożnie, i wyjęła z niej garstkę banknotów.

— Trzysta złotych! — zakrzyknęła ciotka Amelia, która liczyła je wzrokiem. — Ależ to majątek!

Irenka uśmiechnęła się nagle wilgotnymi oczami. Jednym ruchem znalazła się przy ojcu.

— Tatusiu, weź to! — zawołała.

Pan Borowski nie pozbył się jeszcze zdumienia, lecz odsunął łagodnie jej rękę.

— To twoje! — rzekł.

— Więc ci to pożyczam... Kiedyś mi oddasz. Boże drogi! Że to właśnie dzisiaj, że to właśnie dzisiaj... Przez całe życie zbierał, drogi, kochany człowiek...

Nagle spojrzała tam, gdzie złota poświata lampy drżała w powietrzu, bo jej się zdawało, że jakaś słodka twarz łagodnie do niej uśmiecha się i daje jej oczami znak, jakby chciała powiedzieć: „A co, Irenko, a co! Dobrzem to wymyślił!”.