VII

Irence przybyło trzy lata, a babce ubyło pięć, czyli naturalny porządek rzeczy został zachowany. Wedle tego magicznego obliczenia musiało kiedyś dojść do zupełnego zrównania wieku. Babcia była coraz bardziej żwawa, a Irenka coraz bardziej poważna. Prawdę powiedziawszy, była to powaga dziwnego nabożeństwa, czasem bowiem uderzało jej coś do głowy, powaga pękała z hukiem, a jakieś nowe szaleństwo Irenki napełniało świat radosnym zgiełkiem. Mogło zdawać się, że w chudym, czarnym, zdrowym ciele tej dziewczyny mieszkały dwie dusze, które na zmianę odbywały wartę: jedna była rozważna, często głęboko zamyślona, pełna słodyczy i tkliwości, drugą zaś uradowałby się Tatar, kiedy dziewczyna przypominała sobie nagle, że młodość bucha z niej jak żar ze słońca. Wtedy pytała wiatru, kto kogo przegoni, i pytała wiosny, kto roześmieje się jaśniej i dźwięczniej.

Gdyby nie ona, smutno byłoby w białym domu. Irenka jednak świdrującymi oczami umiała wypatrzyć smutek w najbardziej mrocznym kącie i biegła tam czym prędzej wypłoszyć go krzykiem i czarodziejstwem śmiechu. Wszelki smutek bał się jej jak diabeł święconej wody. Pojęła bystro, że zgryzota, podobnie jak mętna woda, wciąż przybiera od deszczu łez; że jeśli smutkiem żywi się ją, rośnie bujnie jak chwast i wreszcie wszystko zagłuszy. Najlepiej jest nie poddawać się smutkowi i gnać go na cztery wiatry, póki czas — otworzyć serce jak okno, aby mógł przez nie wejść promień słońca, który wypija wilgoć łez i mętność zgryzoty. Smutek jest płochliwy i napada na tych tylko, co nie umieją się obronić, załamują ręce i głowę pochylają na piersi. Z daleka jednak obchodzi tych, co go oczekują odważnie i z pogodnym czołem. Trzeba tylko strasznie, z całej siły wierzyć, że będzie lepiej, a będzie lepiej. Radość jest sprawiedliwa, chociaż nierychliwa. Pan Podkówka jednak mówił prawdę, powtarzając jej często złote zdanie, co w mądrej narodziło się głowie, że „Stracony jest każdy dzień bez uśmiechu”.

Szkoda pana Podkówki... Co się z nim dzieje w tej chwili? Irenka myślała o nim często, przygotowując książki i zeszyty, aby napić się z nich mądrości. Co pół roku jeździła do miasta na egzaminy i przywoziła papier świadczący, że posiada głowę mokrą wprawdzie, ale doskonale umeblowaną i tak zasobną w wiedzę jak ul w miód. Starczyło jej tej mądrości nie tylko na użytek własny, lecz i na uczciwy podział z Jasiem, którego uczyła cierpliwie i roztropnie wyborną metodą swojego mistrza, pana Podkówki. Jaś miał wprawdzie głowę otwartą, lecz będącą w takiej przemyślnej spółce z brzuchem, że jeśli nie można było przemówić mu do rozumu, Irenka używała drogi pośredniej — przez żołądek. Żarłoczny braciszek nie mógł zrozumieć zadania rachunkowego przez dwa dni, za cenę jednak dwóch jabłek lub kilku kawałków cukru rozwiązywał je natychmiast i olśniewająco. W ten sposób pęczniała jego głowa, ale i brzuch pęczniał odpowiednio. Daleko mu było wprawdzie do wspaniałości szaleństw Irenki, zdradzał jednak wybitne w tym kierunku zdolności i gdyby nie nadmierne zamiłowanie do jedzenia, mógłby z czasem dojść w tym względzie do znacznych wyników. Na razie, poza jednorazowym wybiciem sobie czterech, chwiejnych zresztą i jeszcze nieustatkowanych zębów, nie miał wspanialszych w swoim życiu przypadków. Toteż z nietajoną zazdrością patrzył na dumny i długi spis świetnych czynów Irenki, która zdołała już nawet otrzymać w spadku całą furę pieniędzy. Zachwycała go czasem ta dzielna siostra. Jeśli tylko nie kazała mu trzymać w ręku kurzych jaj, wierzył jej ślepo i na jej rozkaz byłby za nią poszedł nawet w ciemność nocy, czego lękał się najbardziej. Właśnie znowu olśniła wszystkich, dokonawszy znamienitego dzieła.

Było lato i ziemia smażyła się na patelni w słonecznym żarze. Cały naród żął żyto na polach, koło pustych chałup wałęsały się drobne dzieci, a psy spały w cieniu, aby zdobyć siły na nocną służbę. Nagle na końcu wsi wypełznął w górę kłąb czarnego dymu, a po chwili strzecha na niebiesko pomalowanej chaty buchnęła ogniem. Zdyszany, rozpaczliwy krzyk pobiegł przez pola i zwoływał wszystkich na ratunek. Złe, rude płomienie, jakby przerażone tymi głosami, zaczęły pożerać chatę szybko i zachłannie, aby im jej nie wydarto. Śmiertelna trwoga spędziła ludzi z pól. Irenka, usłyszawszy o pożarze, biegła, skacząc przez rowy i płoty, a za nią gonił pies Drab, zawsze wokół niej krążący. Wbiegła w ludzką gromadę, bezradną i przerażoną, i piskliwym głosem zaczęła wydawać rozkazy — taką zaś u wszystkich budziła wiarę i zaufanie, że rozpacz ludzka ocknęła się i zrozumiała, co należy czynić, aby zdławić ogień, szydercze wydający głosy, i nie dać mu rozszerzyć się na inne chaty, co zbite w gromadę, jak zastraszone kuropatwy, patrzyły na pożar malutkimi oczyma okienek.

Płonąca chata należała do biednej młodej wdowy, mającej swoje pólko daleko stąd, aż pod lasem. W tej chwili dopiero przybiegła, padając co krok, rozepchnęła ludzi i krzyknęła nieludzkim głosem:

— Tam jest moje dziecko!

Usiłowała skoczyć w ogień, ale śmiertelnie zmęczona długim biegiem zwaliła się jak kłoda.

— Matko Boska! — krzyknęli ludzie.

Stępiałym, bezradnym wzrokiem wpatrzyli się w chatę, która po raz pierwszy w swoim szarym i w ziemię zapadłym życiu pyszniła się wspaniałym pióropuszem ognia. Przez drzwi i okna buchał żrący dym skłębioną, gęstą chmurą.

— Tam jest dziecko! — ozwał się piskliwy, rozdzierający głos Irenki.

Na wszystkich twarzach widać było zgrozę. Ten i ów uczynił ruch, jakby gotował się do skoku, lecz nikt nie skoczył. Chata płonęła jak pochodnia, a ogień, ze wściekłej uciechy, ciskał w górę ogniste szczapy z krokwi. Jeszcze chwila, a wszystko runie i zapadnie się, pozostawiając stos dymiący i syczący.

— Jezus, Maria! — krzyknął ktoś w tej chwili.

— Panienka! Panienka! — buchnął głos tak gorący jak ten pożar.

Irenka przeżegnała się i jednym susem skoczyła przez niskie, czarnością dymu buchające drzwi. Za nią — o dziwo — skoczył jej mądry pies, wydobywszy z gardła jakieś głuche bulgotanie. Króciutka chwila wydała się wszystkim ciężkim, długim wiekiem. Ludzie nie śmieli odetchnąć, a serca w nich zamarły. Matka dziecka wparła dzikie, oszalałe spojrzenie w drzwi swojej chaty, blada jak śmierć. Poruszała ustami, lecz nie mogła wymówić słowa. A po chwili, dręczącej i strasznej, wydarło się z ludzkich piersi jakieś wielkie, szczęśliwe, radosne szlochanie — w otworze drzwi ukazała się Irenka, osmolona, czarna, słaniająca się na nogach. Sukienka tliła się na niej, kosmyki włosów były spalone. Jedną ręką zasłaniała usta, drugą cisnęła do piersi dziecko, na wpół uduszone, lecz żywe. Wtedy pożar, jakby rozwścieczony, że wydarto mu łup, zasyczał z nienawiści, buchnął bardziej niż dotąd krwawo i ciężarem swego rudego gniewu tak przytłoczył nieszczęsną chałupę, że nagle zapadła się, jakby z góry uderzona obuchem. Spośród trzasku belek i syczenia ognia wydobył się wtedy nagły, przejmujący skowyt — to pies Drab ginął bohaterską śmiercią, przywalony pożarem, którego nie uląkł się, albowiem wierne jego psie serce kazało mu pójść za swoją panią, którą miłował aż do śmierci.

Niedługo potem wydawało się Irence, że ją wzięto do niewoli i mocno skrępowano postronkami. Ostrożnie otworzyła najpierw lewe oko, potem prawe, badając, gdzie jest i dlaczego nie może poruszyć rękami. Z wielkim zdumieniem ujrzała, że ma na rękach białe bandaże. Poruszyła się niespokojnie, a wtedy ktoś położył jej dłoń na czole. To matka. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej, ale jakoś bardzo smętnie.

Irenka zaczyna myśleć na gwałt:„Musiałam zmalować coś nadzwyczajnego, skoro taka gala...”.

W tej chwili zaczął w jej dziwnie rozkołysanej głowie szumieć pożar i błysnął przed jej oczami.

„Aha! już wiem...”, pomyślała. „Uratowałam z ognia jakieś dziecko... Ja poparzyłam się, a Drab, biedaczysko, usmażył się na amen”.

— Mamusiu!

— Co, córeczko? Lepiej ci?

— Mnie jest zupełnie dobrze. Czy tatuś bardzo się gniewa?

— Nie gniewa się, ale bardzo się przestraszył. Wszyscy bardzo przestraszyliśmy się, a ciocia Amelia zemdlała.

— Daj jej, Boże, zdrowie. A mamusia bardzo zagniewana? Przecież ja musiałam ratować dziecko!

— Dlaczego ty? Tam był tłum ludzi.

— Tak, ale potracili głowy.

— A ty mogłaś swoją utracić na zawsze.

— Ja? Niemożliwe! Ja mam „mokrą głowę”, a mokrej głowy ogień się nie chwyci. Kto to tak głośno mówi?

— Ojciec. Przemawia do ludzi i przysięga, że nie umrzesz. Cała wieś jest przed domem. Kobiety płaczą, a mężczyźni patrzą w okna i nie można ich namówić, aby sobie poszli. Oj, Irenko, Irenko!

— Oj, mamusiu, mamusiu! Niby burczysz, a jesteś zadowolona.

— Cicho bądź, śpij!

— Jak ja mogę spać, kiedy przed domem taki rwetes? Tyle hałasu o jedno dziecko.

Prawdziwy rwetes zrobił się jednak wtedy dopiero, kiedy Irenka po dwóch tygodniach zjawiła się w kościele na niedzielnym nabożeństwie. Troszeczkę była jeszcze blada i na jednej ręce miała niewielkie ślady po oparzeniu, ale uśmiechała się do ludzi, szczęśliwa i rozjaśniona. Do niej jednak nikt się nie uśmiechnął ani razu, gdy bowiem ktoś spojrzał na nią, zawsze miał oczy wilgotne. Patrzyli na nią wszyscy jak na zjawisko, a wzdychano na jej cześć tak często i żarliwie, że mogła na tych westchnieniach wzlecieć jak na obłoku. Po mszy otoczono ją przed kościołem i rozpoczęło się drugie nabożeństwo. Błagano Pana Boga na głos o wszelkie szczęście całej ziemi, o wszystkie łaski i dobrodziejstwa, o wszystką jasność słońca dla tej dziewczyny, co zawstydzona, wzruszona i szczęśliwa przechodziła przez szumiący ludzki tłum jak przez rozkołysane zboże. Dzieci patrzyły na nią z zabobonnym, przelękłym zachwytem jak na istotę nieziemską, a nieziemska istota mrugała w stronę ojca z szelmowskim uśmiechem, co miało znaczyć: „Spróbujcie mi teraz wymyślać za mokrą głowę, a ja wam zbuntuję całą wieś!”.

Nikt jej jednak nie wymyślał. Kiedy pierwsze o nią minęły strachy, tulono ją z miłością, bez słowa, do wzruszonych piersi, jeden Jaś tylko rzucił się jej na szyję z wielkim krzykiem, bo nie uznawał milczącej ceremonii. Gdyby była spaliła się na pieczeń, wtedy co innego, ale teraz nie było powodu do milczenia. Wrzask jest naturalnym głosem wielkiej radości i nie ma potrzeby zmiany odwiecznych urządzeń.

Irenka dziwiła się cokolwiek tym owacjom i wzruszeniom. Była szczęśliwa — to prawda — strach jednak mignął jej przed oczami; zaczęła obawiać się, czy przypadkiem taka wspaniała awantura nie zobowiązuje do jakiejś powagi i uroczystych min. Nie daj Panie Boże! Łatwo jest wejść do płonącej chałupy, bo nie ma nad to nic prostszego, i jeśli zdarzy się jakiś mały pożar, można będzie zaryzykować raz jeszcze, ale robić bohaterskie miny i wzdychać na ten temat — nie! Tego ona nie potrafi. To gorsze od stu pożarów i od trzęsienia ziemi. Ważyła więc przezornie w mądrej głowie, kiedy będzie można uznać uroczystość za skończoną. Sposobność zdarzyła się wyborna, bo po kilku dniach piorun zabił krowę na pastwisku, co zwróciło na siebie powszechną uwagę i rozpoczęło nową epokę w sielskim żywocie. Umarł pożar, niech żyje piorun! Wśród wspaniałego łomotu zdjął czar z Irenki, która uznała, że należy powrócić do szarości żywota i rozprostować ręce i nogi. Czas już był najwyższy, gdyż dłuższy okres spokoju był dla niej tak groźny, jak nieruchoma cisza na oceanie zabójcza jest dla żaglowego okrętu. Ona musiała być w ciągłym ruchu — jak młody pies, który ma tę właściwość, że pozornie ma cztery nogi, a naprawdę ma ich z szesnaście, bo go wciąż nosi we wszystkie strony, bez rozumnego powodu. Podczas owej ciszy kilkudniowej Irenka często stawała przed lustrem i przyglądała się sobie pilnie.

— Starzeję się! — westchnęła smutno.

Zaczęła w swojej oszalałej czuprynie szukać siwych włosów, a chociaż nie znalazła ani jednego, pewna była, że znajdzie je — nie dzisiaj, to jutro. Zbyt wiele bowiem zmartwień waliło się zewsząd na tę nieszczęsną głowę. Nie miała ani jednej wolnej chwili. Słońce, ujrzawszy sennym, zamglonym jeszcze okiem, że Irenka wstaje z łóżka, wschodziło czym prędzej, bo zapewne dzień już rozpoczął się, skoro ona jest na nogach. Rozdzierające ziewanie niczego nie dowodziło. Bez niej nie mogło zacząć się życie w białym domu i na folwarku. Wszyscy mogli jeszcze spać, ale ona — nie. Niech śpią. Są albo zmęczeni, albo chorzy; ona zaś nigdy nie wiedziała, co to jest zmęczenie, a najzdrowsza ryba w stawie była mniej zdrowa niż ona. Równocześnie zaś najweselszy ptak w promieniu stu mil dokoła był mniej wesoły niż ona. Kiedy weszła do mrocznej krowiej stajni, wtedy nawet tam czyniło się jasno od jej głosu; gdy trafiła pomiędzy ludzi ciężko pracujących, praca wydawała im się nagle lżejsza. Wszędzie zostawiała złote okruchy śmiechu i już biegła w inną stronę. Sama szyła sobie sukienki. Nie były one dość wytworne, aby można było ukazać się w nich na dworskim balu u zakochanego królewicza, ale nie były szyte na bal. Pończochy za to nosiła przedziwne i tak cudowne, jakich żadna na świecie nie miała księżniczka — z własnej, ciemnej skóry. Widać było na nich ciekawe wzory i najwdzięczniejsze desenie: krwawe pręgi, zadrapania i ukłucia. Najpiękniejsza jednak księżniczka nie posiadała takich czarnych diamentów, przeczystych i lśniących, jakie Irenka miała w spojrzeniu, ani takich bogactw niezmiernych, jakie ona miała w uśmiechu ust. Mało jednak dbała o te wspaniałości, nie wiedząc, że je posiada. Rosła sobie jak drzewo w lesie i chociaż miała lat dwanaście, równego niemal była wzrostu z matką, jak gdyby jadła drożdże.

Bardzo, bardzo rzadko, kiedy pomimo bohaterskich wysiłków nie udało się stłumić jakiejś piekącej troski albo kiedy pogorszyło się zdrowie matki, Irenka czuła, że musi się wypłakać. Tygodniami całymi gromadziła się w niej żałość, aż wreszcie nadchodził taki czarny dzień, kiedy zebrała się nad nią chmura smutku, z której musiał lunąć deszcz. Nikt jednak nie mógł widzieć jej łez. Irenka zaszywała się w jakimś mrocznym kącie, najczęściej na strychu, siadała na belce z powagą, jak gdyby miała spełnić swoisty obrzęd, i otwierała śluzy smętnej wodzie. Pochlipała sobie serdecznie przez jakieś pół godziny, a potem ocierała starannie oczy.

— Ulżyło mi! — mówiła cicho i wracała z mrocznych wyżyn z rozjaśnioną twarzą.

Wystarczyło tej pociechy na miesiąc lub dwa, a czasem, kiedy Bóg był niezwykle łaskawy, na całe pół roku. To jednak było najdziwniejsze i najbardziej ją zdumiewało, że czasem było jej smutno bez najmniejszego powodu, jak gdyby smutek siał się w powietrzu albo jak gdyby wiatr przynosił go z daleka niczym puch kwiatów. Rodził się czasem taki dziwny dzień — zasmucony, cichy i jakby ciężki. Słońce świeciło jasno, a jednak na świecie było mroczno. Ptaki śpiewały ciszej i jakby nieśmiało, dymy snuły się nisko, a koniki polne milkły. Dziewczęce serce czuło jakiś ucisk i pełne było niepojętej, dręczącej rzewności. Nie wiadomo, dlaczego łzy same napływały do oczu. Wtedy Irenka płakała na zapas. Te niewołane łzy były wliczane do ogólnego zbioru łez i kiedy prawdziwe i znane zjawiało się zmartwienie, musiało obejść się bez opłakania.

— Już w tym miesiącu raz jeden beczałam — mówiła Irenka do swoich trosk — to wystarczy. Nie mam czasu na głupstwa!

Gdyby była spojrzała wtedy na niebo, byłoby w niej drgnęło mężne serce. Ta chmura, która od wielu wędrowała lat, chmura nad białym domem, spotężniała w czarnej swojej, groźnej pysze i rzuciła szary, mroczny cień na białe ściany. Dom jak gdyby skurczył się i przeraził, oczekując uderzenia piorunu.

Była późna jesień, wyciem wiatru śpiewająca pogrzebowe pieśni struchlałej ziemi, pokrytej każdego ranka śmiertelną bladością szronu. Radość lata już umarła, a na jej grobie drżały zeschłe badyle. Drzewa na próżno wyciągały ramiona ku ołowianemu niebu, jęcząc ostatkiem liści o zmiłowanie.

— Nie ma litości, nie ma litości! — urągał im wicher.

Dnie były smutne, a noce złe. Płakały one wielkimi głosami nad niezmiernym umartwieniem ziemi, a wiatr wył czasem jak głodny pies. Z chmur padał ciężki lęk i zasnuwał cały świat. Człowiek tylko, sercem i duszą mocny, nie przeraził się i pracował bez przerwy, uparcie i niezmordowanie. Po skisłym, błotnistym polu chłop odbywał za pługiem swoją milczącą wędrówkę — tam i z powrotem, tam i z powrotem. Zmokły chłód włóczył się za nim przez bruzdy jak zziębnięty pies. Wrony, zwoławszy się w wielkie czeredy, krzykiem oznajmiały światu zagładę — jak złe wróżki-jędze, uradowane, że mogą wywróżyć nieszczęście i czarny smutek.

Pan Borowski codziennie chodził na ten skrawek lasu, który mu pozostał. Były to ostatnie jego drzewa, a teraz miał rozstać się z nimi. Sprzedał je z tym uczuciem, że własne sprzedaje dzieci. Oglądano je i mierzono, potem na każdym wypalano syczącą pieczęć rozpalonym żelazem. Oznaczało to, że nieszczęsne drzewo zostało nieodwołalnie skazane na ścięcie toporem. Do wykonania wyroku przystąpiono niebawem, kiedy zwalił się śnieg i ziemię w śmiertelne, białe spowił płótno. Łatwiej wtedy było wywieźć trupy drzew do dalekiej kolei. Rąbano z powolnym rozmachem, pokrzykując, a one waliły się z jękiem. Drwale, idąc drogą śmierci, zbliżali się do niewielkiego wzgórza, na którym rosło kilka drzew, największych i najbardziej potężnych; tworzyły one jak gdyby koronę na czole tej ziemi, która żywiła biały dom. Była to stara gwardia lasu, olbrzymi, którzy wiele zmogli burz, a ten i ów pierś miał srodze rozdartą piorunem. Niegdyś w rzymskim szyku bojowym szły przeciw nieprzyjacielowi najpierw kohorty żołnierzy najmniej wytrwałych, a kiedy ich pokonano, szli do walki żołnierze coraz to groźniejsi i wspanialej uzbrojeni; dopiero gdy bitwa rozgorzała jak pożar i pole spłynęło krwią, rzucały się na wroga ciężkim stąpaniem ostatnie szeregi najstraszliwszych wojowników żelaznych, niewzruszonych, w stu bitwach zaprawionych. Byli to triarii67, żywe posągi. Te ostatnie drzewa przypominały ich niezwalczoną swoją potęgą. Śmierć szła ku nim nieuchronnie z siekierą w dłoni, a one ani drgnęły. Wparły się korzeniami w ziemię i patrzyły ponuro oczodołami, w których mieszkały wiewiórki. Wiatr w ich górnych gałęziach odmawiał ciężkim szumem modlitwę za umarłych. Jeden z nielicznej garstki olbrzymów rozkrzyżował ramiona i zwalił się ciężko. Tylko ziemia jęknęła, rozumiejąc, że popełniono morderstwo. Zwalił się drugi i trzeci. Już ich pozostało niewiele, jeszcze trzy, jeszcze dwa, jeszcze jeden, najwspanialszy.

Pan Borowski zjawił się w lesie i zamglonymi oczami patrzył na spustoszenie. Ile razy drzewo spadało, on poruszał wargami, jak gdyby żegnał się z nim albo odmawiał modlitwę. Dzień był napełniony wichrami, które zerwały się nagle i dęły z wściekłością. Pan Borowski brnął przez zaspy leśne, kiedy ścinano ostatnie jego drzewo; szedł, wbiwszy oczy w ziemię, jakby nie mógł potrzeć na śmierć potęgi i mocy.

— Na Boga, ostrożnie! — krzyknęli drwale.

Pan Borowski spojrzał i zrozumiał niebezpieczeństwo, chociaż drzewo miało paść w inną stronę — nie tam, gdzie on znajdował się w tej chwili. Uskoczył jednak, ale wpadł w wykrot. Wtedy stała się rzecz straszliwa. Wicher, skłębiony w śnieżną chmurę, zerwał się nagle z ogromną siłą, objął podcięte drzewo i wykręcił tak, że zwalił je w to miejsce, gdzie z wykrotu usiłował wydobyć się pan Borowski.

Ponad łomotem padającego drzewa podniósł się przeraźliwy krzyk. Drzewo nie powinno tam było paść, a jednak padło. Ostatnie drzewo.

Pan Borowski leżał na ziemi biały jak śnieg. Razem przestało bić jego serce i serce drzewa.

Śmiertelna cisza nagłym wybuchnęła lamentem. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało — śmierć przyleciała na wichrze, co zwalił drzewo.

— O, Jezu! O, Jezu! — powtarzał ktoś nieustannie.

Krzyk z lasu pobiegł zaśnieżonym polem, wpadł do wsi, zapukał w okna, wywołał ludzi, potem jak jeden wielki, związany lament zaczął brnąć przez śnieg i rozpłakał się wielkim szlochem u drzwi białego domu. Okropna wieść zastukała w nie kościaną ręką. Dom drgnął, nagle przelękniony, i przez długą chwilę nie mógł wydobyć z siebie głosu. Potem musiał zakołysać się, bo Irenka, stanąwszy na ganku, pod kolumnami, zachwiała się jak ktoś, kto nie może złapać równowagi. Rozszerzonymi oczami patrzyła na usta ludzi i jakby nie mogąc pojąć znaczenia ich słów, przysłuchiwała się krwawym, zmąconym okrzykom, z których gęstymi kroplami krew ściekała na biel śniegu. Świat z nią zawirował obłędnym kręgiem. Chciała przemówić, ale nie mogła, więc z niezmiernym wysiłkiem podniosła palec do ust na znak, aby przestano mówić. Ona już wie, ale tamci w domu jeszcze nie wiedzą. Przecież musi ich przygotować, aby matce nie pękło serce.

Czuła, że ktoś przypadł do jej rąk i całując je, oblewa gorącymi łzami. Ona nie płakała. Nie wolno jej płakać. Musi być mocna za wszystkich i za wszystkich cierpieć w milczeniu. Oni będą płakać, ale ona tego uczynić nie może.

Powoli, jakby senna, z niezmiernym trudem powlokła się do wnętrza domu.

Jeszcze nigdy w ustach dziecka nie było tyle miłości jak wtedy, gdy Irenka wyszeptała słodko:

— Mamo! Mamo!...