X
Pan Podkówka czekał na dworcu kolejowym z wielkim wzruszeniem w radosnym sercu i na poczciwym obliczu. Dowiedział się z listu Irenki o wszystkim, co się zdarzyło w ciągu lat kilku, i o szalonej jej wyprawie do Warszawy. Tyle lat, tyle już minęło lat... To chude, śniade Cyganiątko musiało podróść cokolwiek. Stracił nadzieję, że je kiedyś zobaczy, a ona o nim pamiętała.
Jakaś wysoka panienka, w baskijskiej czapeczce87, podniosła na jego widok obie ręce w górę i daje mu znaki przez okno. „Boże drogi! To Irenka... «Panna z mokrą głową», lecz jakże wspaniała panna... Jaka wysoka i jaka śliczna...”. Pan Podkówka podbiegł i roześmiał się szczęśliwy, a ona roześmiała się też, ale jakby rzewnie. Uściskał zatem najpierw ją, a potem jej tobołek — wprawdzie mizerny, lecz wskutek zapobiegliwości doktora dość pękaty i mogący swoją treścią żywić przez tydzień rozbitków niewielkiego okrętu.
— Panna Irenka! — śmiał się rozczulony pan Podkówka.
— Żadna „panna Irenka”, tylko po prostu Irenka! — rzekła dziewczyna. — Niech panu Bóg zapłaci za to, że pan jest taki dobry. Dokąd ja teraz mam pójść?
— Jak to: „dokąd”? Do nas! Do tej pani pójdzie pani jutro, a dzisiaj do nas, bo Irenka u nas zamieszka. Irenka pewnie nie wie, że ja się ożeniłem... A jakże! Znalazła się taka, co mnie chciała, zamknęła oczy i wyszła za Podkówkę. Czeka na panią i doczekać się nie może. Moja mama też... Kiedy usłyszała, że panna Irenka ma przyjechać, rozpłakała się, ale nie tak zwyczajnie, tylko strasznie serdecznie.
— A może miejsca nie ma?
— Och, och! — śmiał się pan Podkówka z ogromnym zachwytem. — Ja mam ogromne mieszkanie, a list odniesiono mi z dawnego. Będzie panna Irenka mieć osobny pokój w moim gabinecie.
— To pan ma gabinet? — zapytała z szacunkiem.
— Mam, bo ja już jestem adwokatem, ale gabinet na razie jest mi zupełnie niepotrzebny, bo jeszcze ani jeden klient do mnie nie przyszedł. Jakoś jednak żyję, bo ojciec mojej żony nie jest adwokatem, tylko rzeźnikiem, i doskonale mu się powodzi. Mnie się też kiedyś zacznie... O, jak ja się cieszę, jak ja się cieszę!
Radość pana Podkówki udzieliła się całej rodzinie. Ściskano Irenkę i całowano jak kogoś bardzo bliskiego. Mama pana Podkówki wylała jezioro szczęśliwych łez, oświadczając ze szlochaniem, że takiej ślicznej panienki nie widziała w swoim życiu, co z wielką radością poświadczyła żona pana Podkówki, osoba ogromnie wesoła, błękitnooka, rumiana i szczęśliwa. Męża swojego poznała na uniwersytecie i przejrzawszy go roztropnymi oczami na wylot, sama mu się oświadczyła; pan Podkówka bowiem, chociaż za sprawą Irenki młodzian odważny, nie był zdolny do tak wspaniałego bohaterstwa.
Przypominali sobie teraz z Irenką na wyścigi wszystkie szaleństwa, śmiechem jak źródlaną wodą skrapiając każde wspomnienie. Mama zalewała się łzami i wydawała trwożne okrzyki — ile razy jej syn właził we wspomnieniach na wysokie drzewo — bojąc się, aby nie spadł, żona zaś zanosiła się od śmiechu. Było im dobrze i bardzo, bardzo przyjemnie. Wieczorem przyłączył się do kompanii ojciec rzeźnik, sumiasty i jowialny88 jegomość, który, oceniwszy Irenkę zawodowym okiem, uśmiechnął się do niej z miłym uznaniem jak do dorodnej „przedniej cielęcej”.
Wszystko to w obszernym liście nazajutrz o świcie zostało opisane i wysłane do pani Borowskiej jak sztafeta z placu boju. Dzień zaczął się od przygotowań uroczystych i przezornych. Żona pana Podkówki odprawiła jakieś dziwne czarodziejstwa z garderobą Irenki i ze znakomitą zręcznością przydała wdzięku jej smutnej sukience. Jedynie próby ujarzmienia oszalałej czupryny spełzły na niczym. Pan Podkówka, wiele mający czasu, oświadczył, że na krok jeden nie puści Irenki samej, bo nie chce odsyłać jej szczątków wydobytych spod automobilu, poszli więc razem — on poważny, ona zaś z niespokojnym drżeniem serca.
— To tu! — szepnął wreszcie wzruszony pan Podkówka.
Pokazał jej pałacyk, odgrodzony od ulicy, zarosły dzikim winem, wytworny i czysty. W oknach wisiały zasłony, dębowa, pięknie zdobiona brama była zamknięta.
— Ładny dom — rzekła Irenka nieswoim głosem. — Czy to naprawdę tutaj?
— Na domu jest tabliczka, niech Irenka spojrzy... „Zofia hr. Opolska”.
— Boję się! — szepnęła Irenka.
— Czego Irenka się boi? — mówił gorąco pan Podkówka.
— Nie wiem... Nigdy się tak nie bałam... Proszę pana, a jeżeli ona na mnie krzyknie?
— No to co? Niech Irenka wtedy krzyknie na nią.
— Prawda! — rzekła Irenka zdumiona prostotą pomysłu.
— Irenka wejdzie — układał plan pan Podkówka — a ja zaczekam na ulicy.
— Ale niech pan stoi blisko bramy, bo mnie mogą wypchnąć za nią gwałtownie.
— Niemożliwe!
— Ja też tak myślę. Czy zadzwonić? O Boże, jak mi serce bije.
Pan Podkówka jednakże był spokojny i wyniosły. Bez trwogi nacisnął guziczek dzwonka i spojrzeniem dziewczynie dodawał odwagi. Ona wbiła wzrok w bramę i zdawało się jej, że czeka bardzo, bardzo długo. Wreszcie drzwi otwarto i ukazał się siwy lokaj z miłą twarzą.
— Panienka do kogo? — spytał uprzejmie.
— Do pani Opolskiej... Ja w bardzo ważnej sprawie.
— Pani hrabiny nie ma w Warszawie.
— O Boże! — jęknęła dziewczyna. — A kiedy wróci?
— Tego nikt nie wie. Pani hrabina mieszka w tej chwili w Zakopanem89, w willi „Ustronie”, ale jak długo tam będzie, tego też nikt nie wie.
— Dziękuję panu... — szepnęła Irenka.
— Czy panience słabo? — zapytał stary człowiek z niepokojem.
—- Nie, nie... Pan jest bardzo dobry... Willa „Ustronie”, prawda?
— Tak, panienko — odrzekł, patrząc na nią dziwnie serdecznie.
Zamknął bramę powoli i bez trzasku, jakby jej nie chciał uczynić przykrości.
— Klapa! — rzekła Irenka z cichą rozpaczą. Pan Podkówka hardo podniósł głowę, jak gdyby złośliwemu losowi chciał spojrzeć prosto w twarz.
—- Przecież nic się nie stało jeszcze — rzekł z mocą. — A Irenka zaraz w krzyk.
—- Ja wcale nie krzyczę...
— Ja wiem, że nie, tylko tak powiedziałem. Klapa byłaby wtedy, gdyby pani Opolska była, a jednak jej nie było. Ale ponieważ naprawdę jej nie ma...
— Nie rozumiem... Jak to może być, że mogła być i nie być?
— Możliwe. W tych wszystkich domach, Irenko, mieszkańcy są, ale nie dla każdego. Taki lokaj od razu wie, dla kogo są w domu, dla kogo są tylko niekiedy, a dla kogo nigdy ich nie ma.
— A czy ten staruszek powiedział prawdę?
— Ten powiedział prawdę. Od razu można to było spostrzec, zresztą podał nam adres pani Opolskiej w Zakopanem.
— Zakopane... Zakopane... — mówiła Irenka, jakby coś rozważając. — To bardzo daleko...
— W każdym razie nie na końcu świata. Będzie sobie Irenka u nas mieszkała, a tymczasem ta pani powróci...
— Bóg wie kiedy. A jeżeli pojechała na całą zimę?
— To poczekamy do wiosny.
— Ja nie mogę czekać — odrzekła Irenka twardo.
W domu zastał pan mecenas Podkówka niespodziewany list, pisany pismem zawadiackim, pełnym zakrętasów i esów-floresów. Każde słowo wypuszczało z siebie cienkie i długie wąsy jak dzikie wino, a podpis przypominał autograf królewski sprzed pięciuset lat, położony na wyroku śmierci. Wiele słów było podkreślonych, co im miało dodać wagi i znaczenia, po innych wyrastał wykrzyknik jak młode drzewko, aby zwrócić uwagę czytelnika, że słowo to jest potężnym okrzykiem.
Podkówka czytał zdumiony:
„Doktor Zenobi Lipień, konował90 i filozof małomiasteczkowy — Józefowi Podkówce, szlachetnemu młodzianowi, pozdrowienie!
Ponieważ pod pańskie skrzydła — jak pisklę pod skrzydła orła — schroniła się dziewica szlachetnego rodu, znana powszechnie pod przezwiskiem «Panny z mokrą głową», piszę do pana w te pędy z uniżoną prośbą, aby pan raczył otoczyć ją opieką, staraniem i zbytkiem! Gdyby te skromne zapasy, które zabrała na w podróż, nie wystarczyły, niech pan nabędzie nowe u odpowiednich specjalistów, sprzedających chleb, masło, kiełbasy i salcesony! I niech jej pan strzeże jak oka w głowie i nie pozwoli pani Opolskiej wydrzeć jej serca i wypić jej krwi!!! Czarownice często to czynią, uważając krew niewinnych dziatek za wyborny pokarm! Proszę też dawać baczenie, aby zwariowana nasza pannica nie postradała w stolicy tej odrobiny rozsądku, który pańskiej uporczywej pracy zawdzięcza! Niech zażywa zabawy, byle w miarę! Ponieważ wiadomo mi przypadkiem, że pan nigdy nie fabrykował pieniędzy, a w inny sposób nie mógł pan dojść do posiadania majątku, załączam zatem parę groszy, aby pan mógł ich użyć, w razie gdyby Irenka chciała oblec się w jakieś kiecki albo co!!! Niech rozrzuca to złoto garściami, lecz rozważnie. Gdyby chciała zakupić ze zbytku fantazji Zamek Królewski91 lub Łazienki92, niech ją pan z właściwym sobie taktem stara się od tego odwieść. I niech czym prędzej powraca, notabene93, jeśli wyjdzie żywa z rąk tej pani, do której zwróciła swe kroki. Zwłok odsyłać nie potrzeba!!! Wiedz bowiem, szlachetny młodzianie, że chociaż zaledwie niewiele godzin trwa rozłąka, brak nam jej bardzo, a przeraźliwa cisza trwoży nasze serca! Gdyby potrzeba było wsparcia fizycznego, niech pan mnie wezwie za pomocą telegrafu. Widziałem w naszym mieście wiele drutów na słupach, stąd sądzę, że maszyna ta działa i na naszym terenie! W wypadku gwałtownym mogę zabrać ze sobą dubeltówkę i ukatrupić, kogo trzeba! W wypadku łagodnym wystarczy moja recepta, działająca wprawdzie wolniej, lecz równie skutecznie! Czekam zatem na szanowne pismo pańskie, tymczasem zaś i ją, i pana polecam łasce boskiej. Bądź zdrów, zacny młodzianie, i sędziwego dożyj wieku!!!”.
— Pan doktor zawsze jest taki śmieszny — objaśniła Irenka. — Gdyby jednak wiedział, że cała moja wyprawa na nic, byłoby mu smutno. Ale moja wyprawa nie będzie daremna... Jadę do Zakopanego!
— Matko święta! — krzyknęła mama pana Podkówki, przerażona wizją niezmiernej dali.
— Jakże tak, sama? — bąknął zatroskany mecenas. — Irenka jest pod moją opieką, a ja na to nie zgodzę się.
Irenka zmrużyła lewe oko na znak, że uwielbia pana Podkówkę, ale lekceważy sobie cokolwiek jego powagę. Wiedziona znakomitym instynktem, zwróciła się czym prędzej do wesołej jego żony, jakby czując, że uśmiechnięte jej słowo miało w tym domu siłę gromu i ostatecznego wyroku.
— Prawda, proszę pani, że mi nic nie grozi?
Ponieważ równocześnie pogładziła pod stołem miękkim, kocim ruchem jej kolano, żona pana Podkówki orzekła po krótkim namyśle, że prawie dorosła panna może jechać bezpiecznie — tym bardziej, że ona czytała kiedyś, jakoby czteroletnie dziecko z przypiętą na piersi kartką przejechało przez całą Europę.
— Pojedzie pani! — ogłosiła zdumionemu światu.
Tylko powszechna rewolucja albo straszliwe trzęsienie ziemi mogło odmienić ten wyrok. Mama oblała go łzami, a pan Podkówka przypatrywał mu się nieufnie, bladym wzrokiem.
Wydobyto mapę, rozkłady jazdy i rozpoczęto narady, jak, kiedy i którędy uda się Irenka w tę niebezpieczną podróż.
— Obliczmy przede wszystkim, za co — powiedziała Irenka gorączkowo.
Wysypała na stół pieniądze, przeznaczone na powrót; przeliczono je trzykrotnie i zauważono ze smutkiem, że razem z przesyłką doktora starczy ich może na połowę, może na trzy czwarte dalekiej drogi.
Resztę drogi odbędę pieszo — oświadczyła Irenka.
Na to mama w płacz, żona w śmiech, a pan Podkówka, drapiąc się za uchem, szukał rady w pobliżu rozumu.
— Mam, mam! — zawołał nagle uradowany.
Mama przestała płakać, jakby nożem uciął, żona spojrzała na męża z uwielbieniem.
— Zdarza się tak szczęśliwie — mówił szybko pan Podkówka — że kasjer na kolei to mój szkolny kolega. Wyborny chłopiec i bardzo uczynny... Że też mi to od razu nie przyszło do głowy! Otóż ten mój kolega zawsze mi daje po znajomości bilety kolejowe znacznie taniej.
— Czyż to możliwe? — spytała Irenka z niedowierzaniem.
— Z całą pewnością możliwe! Oni mają jakieś takie prawo, tylko że nikt o tym nie wie, a oni nikomu o tym nie mówią. Ileż jednak razy ja sam tak jeździłem! Niech pani zapyta moją żonę...
Ponieważ szlachetne łgarstwo zaczęło się plątać, więc je czym prędzej oddał swojej roztropnej żonie, aby je rozwikłała jak kłębek nici.
— Tak mówią — oświadczyła żona. — To się nazywa jechać „ze zniżką”.
O tym, że można jechać „ze zniżką”, Irenka też kiedyś słyszała, stanęło więc na tym, że pan Podkówka zorganizuje przyjacielskie cygaństwo na kolei, wszyscy się zajmą przygotowaniem do podróży, a Irenka napisze natychmiast list do matki z oznajmieniem, że jedzie na szczyty gór, gdzie na śniegu siedzi w pełnej chwale pani Opolska. Wieczorem, po krwawej pracy, zjawił się ojciec rzeźnik; dowiedziawszy się zaś o wielkim przedsięwzięciu, bawił krótko i poszedł. Po godzinie wrócił, niosąc ciężkie zawiniątko, i oddał je Irence.
— To na drogę — rzekł serdecznie.
W zawiniątku była cała szynka i niewinne prosię, na wolnym ogniu upieczone w zaraniu swego żywota.
Chociaż wszystko przygotowano wybornie, pan Podkówka był bardzo blady i niespokojny, kiedy nazajutrz wyprawiał Irenkę w podróż. Niepokoje te opisał z niezwykłym talentem w długim liście do doktora, pocieszając równocześnie i jego, i siebie, że Irence — mądrej i rozważnej — nic nie grozi. Polecił ją opiece jakiejś statecznej pani, która z trojgiem dzieci jechała też do Zakopanego; należy zatem przypuścić, że dojedzie szczęśliwie.
Bystre przewidywania pana Podkówki spełniły się wybornie. Tego jedynie nie przewidział, że Irenka zwróci się do owej statecznej pani z uprzejmym pytaniem, ile zapłaciła za bilet do Zakopanego. Matka trojga hałasujących dzieci odczytała cenę na bilecie, Irenka zaś sprawdziła, że ta wydrukowana na jej bilecie, niczym się od tamtej nie różni. Pokręciła głową, poznawszy, że pan Podkówka szlachetnie zełgał, a resztę tego kłamstwa, w niewielkiej zresztą kwocie, włożył jej do torebki, aby miała trochę pieniędzy na wszelki wypadek. Jeszcze jedno rozrzewnienie wiozła w krainę mroźnych gór. Poza tym dowiozła mizerne jedynie resztki zwłok starego wieprza i kości z młodzieniaszka; towarzysze podróży bowiem, których było coraz to więcej, uprzejmie nie odmawiali serdecznym jej prośbom, aby wzmocnili nadwątlone podróżą siły. Chude z początku stosunki towarzyskie, nasycone tłustością wybornej szynki, z godziny na godzinę stawały się coraz bardziej zażywne i zażyłe. Młody jakiś człowiek, nadobnie blady i uroczo smętny, drgnął na widok wspaniałego przyjęcia i chociaż na oko niepozorny, okazał się w jedzeniu lwem.
„Ten dawno nie jadł”, pomyślała Irenka, starając się ocalić dla niego jak najwięcej.
Młodzieniec z wdzięcznością zaczął mówić o górach i o ich przedziwnej piękności. Wpadł w zapał i tak przemawiał, jak gdyby ze ślicznej czytał książki. Słowo tak układał po słowie jakby głaz na głazie — aż z tego wreszcie urosła góra, a on zaraz nad nią zapalił świetne słońce. Wnet je jednak zgasił, słowa zwołał czarne i bure i uczynił z nich kłębowisko chmur. Powiało mrozem i wichrem, wreszcie zaczął padać ogromny śnieg i zasypał jego i wszystkich w wagonie, a młodzieniec zaczął kaszleć gwałtownie i rękami chwytał się za piersi, jak gdyby się trwożył, że mu z nich serce wyskoczy. Potem przymknął oczy i ciężko dyszał.
— To musi być poeta — szepnęła do Irenki stateczna dama. — W Zakopanem takich jest mnóstwo. Niech pani patrzy: bieda z nędzą, że aż pożal się Boże, a kiedy mówi, to jakby się błyskało. A wygłodzony jak wilk... Czy pani widziała, jak on jadł? Śpi, biedaczyna...
Irenka nie odpowiedziała. Cichutko zawinęła ocalałe resztki, zawiązała je starannie sznureczkiem i kiedy nikt nie patrzył, wsunęła je do kieszeni płaszcza bladego młodzieńca.
Musiała potem długo spać, bo zbudził ją dopiero mróz. Otworzyła oczy niechętnie i spojrzała dokoła ze zdumieniem, jak gdyby nie rozumiejąc, gdzie się znajduje. Nagle krzyknęła cicho. Za oknami szalała wielka, śnieżysta, brylantowa jasność. Pociąg pędził przez zimową bajkę, dysząc z uciechy i sapiąc, jak gdyby czym prędzej chciał dobiec tam, gdzie słońce tarza się po śniegu. Patrzyła oczarowana, zdumiona radosnym, najszczęśliwszym zdumieniem. Daleko, daleko, za śnieżystym morzem, ukazały się nagle góry, sine u podnóża, z wyzłoconymi głowami. Ponad nimi, jak ogromne ptaki, ciężkim, powolnym lotem dźwigały się chmury, płynąc po lazurowym oceanie. Przypomniało się jej każde śliczne słowo bladego młodzieńca. Jego już nie było. Wsiąkł gdzieś po drodze w tę jasność, co się tłoczy radośnie przez okna i budzi wszystkich w pociągu, jakby wołając: „Nie śpijcie! Patrzcie na cud! Patrzcie na cud!”.
Serce Irenki uderzyło mocniej, jak gdyby też miało oczy i patrzyło olśnione. Chciało się jej krzyczeć z radości i z wielkiego szczęścia, że na świecie jest tak niebiesko i biało, i złociście. Patrzeć nie można było na tę białość niepokalaną. Oczy Irenki napełniły się łzami, a ona nie wiedziała dobrze, czy naprawdę płacze czy to ten blask diamentowy łzy wyciskał z jej oczu. A góry znikały i ukazywały się znowu; słońce, jakby z wielkiej uciechy igraszki sobie czyniąc, złociło się raz z lewej, raz z prawej strony albo chowało się za lasem czarnym, wysokopiennym i dostojnie poważnym, bo mu nie były dziwne te dziwa.
— Już! Już! Już! — sapnęła lokomotywa i ostatnim wysiłkiem wyciągnąwszy pociąg na górkę, przystanęła, własnym zdumiona trudem.
Irenka, niosąc tobołek, szła powoli przez zaczarowany świat. Słońce było wszędzie, jak gdyby w tym cudownym kraju nie było niczego innego prócz słońca. Może dlatego wszyscy ludzie są uśmiechnięci i mają w oczach radość. Dziwnie ubrani, krążą ulicami, a słońce chodzi za nimi. Irenka namyślała się długo, którego z przechodniów zapytać o drogę. Wybrała wreszcie do tej misji dziewczynkę, co w czerwonej czapeczce i czerwono rozkrzyczanym szaliku wyglądała jak wesoły gil na śniegu. Ta jednak po głębokim namyśle oświadczyła, że nie wie. Należało zwrócić się do kogoś poważniejszego niż dziewczynka, która ma zazwyczaj źle dobrane kolory, bo czerwoną czapeczkę na głowie, a w głowie jasną, wiosenną zieloność.
Przechodził właśnie młody człowiek, tak świetnie odziany, jak gdyby za nim biegał nieustannie krawiec z żelazkiem i wciąż prasował śliczne ubranie. Młodzieniec patrzył jasno i zwycięsko. Od czasu do czasu uśmiechał się sam do siebie i ogarniał błękitny świat takim wzrokiem, jak gdyby cały ten świat i słońce, góry i doliny należały do niego. Zdawało się, że po skrzypiącej od mrozu ziemi stąpa łaskawie, a ona, uległa i szczęśliwa, rzuca mu pod nogi brylanty śniegu. Przechodząc, spojrzał na Irenkę wesoło, co ją ośmieliło nadzwyczajnie.
— Proszę pana... — zatrzymała go, dygnąwszy uprzejmie.
On spojrzał na nią, cokolwiek zdziwiony, ujrzawszy jednak śliczną twarzyczkę, uśmiechnął się jak król, któremu najpiękniejsza dziewica miasta podaje przy bramie kwiaty, a za chwilę wygłosi wiersz powitalny.
— Może pan wie, którędy się idzie do takiego domu, co się nazywa „Ustronie”?
Cień zawodu przemknął po zwycięskim obliczu młodziana, odrzekł jednak uprzejmie:
— Idę właśnie w tamtą stronę. Niech pani idzie ze mną, a ja potem pokażę pani ten dom.
— Bardzo panu dziękuję! — rzekła Irenka z wielką powagą.
Poszła za nim, niosąc swoją walizeczkę, bardzo rada, że ją prowadzi młodzieniec tak bardzo wytworny.
„Pierwsza klasa”, pomyślała z uznaniem Irenka, dla której uosobieniem elegancji i doskonałych manier był dotąd pan Podkówka.
Młodzieniec zwrócił się nagle do niej z wesołym pytaniem:
— A czemu pani nie wzięła dorożki?
— Szkoda pieniędzy na takie hece — odrzekła Irenka wesoło.
On przyjrzał jej się spod oka i pokręcił głową.
— I pani chce zamieszkać w „Ustroniu”?
— A bo co?
— Nic... nic... A czy pani wie, że w „Ustroniu” jest bardzo drogo i że tam mieszkają same hrabiny?
Irenka pokazała w uśmiechu wszystkie zdrowe i białe zęby.
— Jeśli pan nikomu nie powtórzy, to panu coś powiem.
— Nikomu nie powtórzę — zaśmiał się młodzieniec. — No, niech pani mówi...
— Ja też jestem hrabianką, ale podróżuję incognito94.
On najpierw bardzo się zdumiał, a potem zaśmiał się tak głośno, jak gdyby usłyszał najlepszy dowcip. Irenka wybuchnęła śmiechem równie donośnym, tylko bardziej perlistym.
„Śmieszny berbeć!”, pomyślał, patrząc na nią z przyjemnością. A głośno dodał:
— Już niedaleko. Przejdziemy jedną tylko ulicę...
— Proszę pana...
— Co takiego?
— Czemu wszyscy ludzie tak na pana dziwnie patrzą? Każdy się odwraca... Przystojny pan jest, nie ma co, ale i mężczyźni też pana oglądają jak wielkie dziwo.
Młodzieniec wpadł w wyborny humor i raz po raz śmiał się głośno.
Droga wiodła pod górę, a ponieważ śnieg zaczął tajać w słońcu, zrobiło się ślisko. Irenka, zmęczona nocną podróżą, niewyspana i dźwigająca walizkę, zaczęła iść z trudem.
— Pan mówił, że to niedaleko, ale zapomniał pan powiedzieć, że jest ślisko.
— Troszeczkę cierpliwości!
— Proszę pana...
— Czym mogę służyć?
— Proszę pana... Czy ja jestem damą?
— Oczywiście! Oczywiście! — zaśmiał się młodzieniec.
— W takim razie mógłby pan pomóc damie i ponieść trochę moją walizkę. Ja już nie mogę.
Bezgraniczne zdumienie odmalowało się na jego twarzy. Widać było, że nie wie, czy zaśmiać się czy też porwać bezczelną panienkę i cisnąć w rwący potok, co płynął wzdłuż ulicy. Spojrzał na nią groźnie, lecz ujrzawszy oczy wesołe i szczere, a na ustach uśmiech serdeczny i zarazem figlarny, pomyślał, że ten podlotek musi pochodzić z dalekiej prowincji i ma sielskie95 maniery, ale wcale go nie chciał obrazić.
— Proszę mi to dać! — zawołał nagle.
Wziął jej parciane bogactwo i zaczął iść szybciej.
— Dziękuję panu... Pan jest nadzwyczajny!
— Pani też... Skąd pani przyjechała?
— Ja mieszkałam od urodzenia na wsi, a teraz żyję w małym miasteczku. A pan?
— Ja mieszkam wszędzie. Raz w Rzymie, raz w Paryżu...
— To musi być cudownie! — rzekła Irenka z uznaniem. — Gdybym była bogata, mieszkałabym co tydzień w innym mieście... Czemu te panie tak patrzą?
Przechodzące dwie kobiety przystanęły i trąciwszy się łokciami, spoglądały ze szczególnym zdumieniem na tę parę, złożoną z wytwornego młodzieńca i czarnej, biednie ubranej panienki.
— Bo jest na co patrzeć — odrzekł młodzieniec, już mocno rozbawiony. — A oto pani „Ustronie”. Niech pani zabiera swoją walizkę...
— Jeszcze nie, jeszcze nie, proszę pana... Niech pan będzie taki kochany i zaniesie ją aż do samego domu!
— Po co? Na co?
— Bo mnie tam lepiej przyjmą, skoro ujrzą, że taki wspaniały pan niesie moją walizkę.
— Ach, tak?... Jazda!
Wszedł wesoło do ogródka przed domem i głośno zakrzyknął, ujrzawszy kogoś w oknie, aby ten ktoś wyszedł na spotkanie hrabianki, podróżującej incognito. Ten ktoś musiał również krzyknąć, bo cały dom zaroił się od razu i na ganku zjawiło się kilka osób. Wszystkie twarze, jak na komendę, powlekły się uśmiechem. Nikt nie spojrzał na Irenkę, lecz wszyscy patrzyli z zachwytem ma młodzieńca. On zaś, głośno śmiejąc się, rzekł, wskazując dziewczynę:
— Przyprowadziłem gościa z pociągu...
Ktoś podbiegł i wziął z jego rąk walizeczkę.
Irenka, oszołomiona cokolwiek tym przywitaniem, dygnęła przed nim i wyciągając rękę, powiedziała:
— Niech Bóg panu zapłaci. Nazywam się Irena Borowska.
— Bardzo ładnie nazywa się pani... Do widzenia! Kiedy pani będzie wyjeżdżała, niech mi pani da znać, a ja odniosę walizkę na kolej.
Ukłonił się najpierw jej, potem całej werandzie, a wtedy cała weranda westchnęła, jak gdyby wielkie jakieś spotkało ją szczęście.
Splendor z tego słonecznego młodziana musiał spłynąć i na Irenkę, bo ją otoczono czym prędzej i z honorami wprowadzono do wnętrza domu. Nie mogła wypowiedzieć ani słowa, gdyż panie zarzuciły ją pytaniami:
— Skąd go pani zna? Dlaczego on niósł walizkę pani?
— Bo go o to prosiłam. A kto to jest?
Piorun z zimowego nieba spadł z niezmiernym łoskotem. Na twarzy jednej bladej panienki widać było zgrozę.
— Jak to? Pani nie wie, kto to jest?
— Nie wiem... Skąd mogę wiedzieć. Ja mu się przedstawiłam, a on mnie nie.
— Przecież to Jerzy Zadora!
— Pierwszy raz słyszę — rzekła Irenka.
Wtedy nastąpiła ogólna zgroza, a blada panienka chwyciła się rękami za głowę i spojrzała w niebo, patrząc, czy przypadkiem nie wali się na tę głupią dziewczynę, która nie wie, kto to jest Jerzy Zadora.