XI
Postawiono Irenkę przed panią Milecką, osobą dystyngowaną i przyjemną, mającą we włosach siwe pasma. Umiała ona uśmiechać się podczas rozmowy, po jej ukończeniu zaś twarz jej przybierała wyraz ciągłej troski, tak jakby po ostatnim słowie zdejmowała ten obowiązkowy uśmiech jak ozdobę, i kładła go byle gdzie, aby go znowu położyć na twarzy, kiedy ją ktoś zagadnie. W oczach jej było wiele dobroci i to Irenka dostrzegła przede wszystkim.
— Czego sobie panienka życzy? — zapytała pani Milecka, ogarniając ją szybkim spojrzeniem. — Proszę usiąść...
Irenka, nie korzystając z zaproszenia, rzekła czym prędzej:
— Ja przyjechałam do pani Opolskiej...
— Niestety, pani Opolska przed dwoma dniami wyjechała.
— Jezus, Maria! — krzyknęła dziewczyna tak zbolałym głosem, że pani Milecka szczerze się przelękła.
— Niechże pani usiądzie... Co panience jest? Czemu pani tak zbladła?
Irence tak zakręciło się w głowie, że musiała usiąść. Podniosła rękę do czoła i otarła z niego krople potu.
— To jest nieszczęście, to jest wielkie nieszczęście... — mówiła, a widać było, że z trudem broni się przed łzami; mężnie jednak zacisnęła usta.
— Jakie nieszczęście? Niech pani uspokoi się, drogie dziecko, i powie mi, co się takiego strasznego stało.
Patrzyła na dziewczynę serdecznie, zdjąwszy z twarzy niepotrzebny zdawkowy uśmiech.
„Biedne jakieś, a takie śliczne stworzenie”, pomyślała i wziąwszy jej zziębłe, drobne ręce w swoje, dobrym i łagodnym głosem zaczęła ją zachęcać, aby przemówiła.
Irenka opowiedziała jej, że pani Opolska jest ciotką jej matki, że szuka jej w sprawie niezmiernie ważnej i że nie może jej znaleźć. Kiedy wymieniła jej swoje nazwisko i powiedziała, skąd pochodzi, pani Milecka rzekła z wielką czułością:
— Znałam twego ojca, drogie dziecko, bo pochodzimy z jednych stron, i o waszym nieszczęściu też słyszałam. Ja także wychowałam się na wsi... Mój Boże! Więc pani Opolska jest twoją krewną... Nie chcę o nic pytać, dlaczego jej tak szukasz, bo to twoje sprawy, niech mi tylko Irenka... Wszak Irenka, prawda Niech mi Irenka to jedno powie: czy musisz widzieć się z panią Opolską?
— Piechotą pójdę tam, gdzie pani Opolska teraz się znajduje.
— Aż tak?! Jest ona teraz na wsi pod Krakowem96, ale piechotą tam, biedactwo kochane, nie zajdziesz.
— Droga, złota pani, co ja mam teraz zrobić?
— Czy ja wiem, czy ja wiem... — zatroskała się pani Milecka. — Pozwól, niech się zastanowię.
Milczała przez długą chwilę, wreszcie rzekła serdecznie:
— Napiszesz, moje dziecko, w tej chwili do matki, że na kilka dni zostaniesz w Zakopanem.
— Napisać to ja napiszę, ale gdzie ja się podzieję?
— U mnie. Zapraszam cię z całego serca.
— Strasznie pani dziękuję, ale to na nic... Ja muszę albo wracać, albo powędrować za panią Opolską.
— A jakżeż powędrujesz? Masz jakieś pieniądze?
— Tyle, żeby nie umrzeć.
— No, to niewiele. Zostań więc tutaj, a ja wymyślę jakiś sposób, abyś mogła zobaczyć się z panią Opolską.
— Proszę pani... Pani jest strasznie kochana, ale ja nie śmiem... Przecież to wielki kłopot i cała awantura.
— Taki kłopot i taka awantura, jak gdyby zziębnięty i głodny ptak wleciał do domu przez otwarte okno. Czy nie przytuliłabyś ptaka, drogie dziecko? Ale, ale... Skąd ty znasz Zadorę?
— Tego pana, co przyniósł mi walizkę? Ja go wcale nie znam. Spotkałam go po drodze i poprosiłam, aby mi pomógł, a on to chętnie uczynił. Bardzo miły pan. Kim on jest, proszę pani?
— To sławny śpiewak, znany na obu półkulach i dlatego tylko nieznany na trzeciej, że jej nie ma. Ale żeby obcej panience niósł walizkę... To nadzwyczajne!
— To dlatego tak się wszyscy za nim oglądali! — uśmiechnęła się Irenka.
— Masz szczęście, moja mała — zaśmiała się pani Milecka prawdziwym śmiechem, a nie tym „dla gości”. — Wszystkie zwariowane panienki z rozkoszą nosiłyby za nim laskę albo parasol, a ty mu kazałaś nieść walizkę. Doskonale. A teraz zdejmij płaszczyk i pójdź zjeść śniadanie. Bardzo jesteś głodna?
— Nie bardzo. Trochę mnie przed chwilą ścisnęło w żołądku, ale myślę, że to z rozpaczy, a nie z głodu.
— Niech cię już nie ściska. Co ty wyprawiasz, dziewczyno?
— Ja nic nie wyprawiam... Ja tylko chciałabym panią ucałować...
Pani Mileckiej zwilgotniały oczy; otworzyła ramiona i przygarnęła Irenkę do piersi.
— Ucałujże mnie, ucałuj, drogie dziecko.
Uściskały się mocno, po czym pani Milecka, niezwykle zadowolona i ożywiona, zapukała do sąsiednich drzwi, wołając:
— Zbyszek. Chodź no tu na chwilę! To mój syn — objaśniła serdecznym głosem.
Zbyszek wszedł, nie bardzo się śpiesząc; odziany był w gimnazjalny mundurek, ale miał minę znudzonego filozofa, któremu każą uczyć się takich rzeczy, które go stanowczo nic a nic nie obchodzą.
— To jest panna Irena Borowska, która zabawi u nas przez kilka dni. Bardzo cię proszę, Zbyszku, abyś ją uważał za kogoś bliskiego i abyś serdecznie się nią zajął.
Zbyszek podał Irence rękę, obrzucił ją krytycznym spojrzeniem i skinął głową protekcjonalnie.
— Jestem na pani rozkazy — bąknął pod nosem i wyszedł.
— Ładny chłopiec, nieprawda? — zapytała pani Milecka takim tonem, jakby sobie od razu odpowiedziała na pytanie.
— Śliczny! — zawołała Irenka z takim entuzjazmem, że pani Milecka zaśmiała się głośno.
Irenkę naprawdę zachwycił ten chmurny młodzieniec i wielkie na niej zrobił wrażenie; pana Podkówki nie można było nawet z nim porównać, a ten sławny śpiewak też nie mógłby z nim wytrzymać konkurencji. Zbyszek jest „jakiś taki”... Patrzy pochmurno, głos ma miękki i widać, że jest bardzo znudzony — jak wielki pan, który nie wie, co właściwie ze sobą począć. Irenka nie widziała dotąd tak zajmującego młodzieńca. A w pani Mileckiej można od razu się zakochać.
„Jeżeli mi kto powie”, myślała Irenka, „że na świecie nie ma dobrych ludzi, to ja mu powiem jakieś wielkie głupstwo”.
Tego dnia wysłano z „Ustronia” dwa długie listy. Irenka napisała epistołę97 potężną, wyczerpującą, barwną i tak prześwietloną promieniami nadziei jak świat słońcem. Drugi list wysłała pani Milecka. Pisała go bardzo długo i starannie dobierała słowa.
Irenka poznała Zakopane. Pogoda była taka przecudowna, jak gdyby słońce chciało uradować dziewczynę, na którą w ostatnich czasach zbyt wiele spadło udręczeń. Melancholijny Zbyszek został wyznaczony do towarzyszenia jej w śnieżystych wyprawach — zaczęły się one jednak od awantury. Kiedy usłyszał polecenie matki, uśmiechnął się ironicznie, po czym rzekł:
— Dobrze, ale muszę postarać się o wózek...
— O jaki wózek?
— Taki, w którym wożą niemowlęta...
Irenka, usłyszawszy to, chciała w pierwszej chwili chwycić przyzwoicie ciężką lampę i cisnąć nią w piękny łeb znudzonego młodziana. Pomyślała jednak, że ze względu na panią Milecką należy wytrwać w dostojeństwie.
— Jeżeli ja panu przeszkadzam... — zaczęła.
— Przede wszystkim nie jest on żadnym panem, tylko zwyczajnie po prostu Zbyszkiem, a następnie Zbyszek powinien pamiętać, że Irenka jest naszym gościem — rzekła pani Milecka surowo.
— My, z siódmej klasy — bąknął znudzony melancholik — wiemy, co to jest savoir-vivre98. Służę pani!
To „pani” było bardzo ironiczne. Irenka udawała jednak, że wcale tego nie zauważyła.
Poszli przez rozsłonecznione ulice, potem drogą do Kuźnic99; długie szeregi jarzębin, obwieszone sczerniałymi koralami owoców, dźwigały na gałęziach puszysty, brylantami jarzący się śnieg.
Zbyszek objaśniał oczarowaną dziewczynę:
— To jest słońce, a to są góry. Dawniej ich było więcej, ale zeszłego roku kilka najwyższych ukradziono...
Oczy Irenki zapaliły się jak dwa ogniki. Przystanęła i mówiła cichym, ale groźnym głosem:
— Jeżeli Zbyszek nie przestanie ze mnie kpić...
— To co? — zaśmiał się krwawo melancholik.
— To go tak wyrżnę głową w brzuch, że fiknie kozła aż tam, do tego rowu.
On spojrzał na nią z nagłym zdumieniem i sądząc z błysku jej spojrzenia, zrozumiał, że groźba była uczciwa i bardzo bliska spełnienia. Nic nie powiedział i szli dalej w groźnym milczeniu. Najpierw odtajał gniew kobiecy. Irenka, jak gdyby wstydząc się swoich słów, spojrzała na niego z boku raz i drugi, wreszcie rzekła dość miękko:
— Czemu Zbyszek jest taki nieuprzejmy?
On nagle spochmurniał i przyoblekł twarz w grymas piekielnej boleści.
— Ja Zbyszka przepraszam... Mnie się tak wyrwało... Czy Zbyszek mnie nienawidzi? Co ja złego zrobiłam?
— Nic — odrzekł on takim bulgotem, jaki wydaje burzliwa chmura, z daleka pomrukująca grzmotem; jego głos wyraźnie pochodził z przepaści brzucha. — Ja nie mam do Irenki żadnej pretensji, ale ja w ogóle... No! W ogóle nienawidzę wszystkich kobiet na świecie.
— O, Boże! — zakrzyknęła Irenka. — I za cóż to?
Pochmurne serce Zbyszka otwarło się na chwilę. Spojrzał na nią bokiem, nieco nieufnie, spostrzegłszy zaś, że dziewczyna jest szczerze zdumiona, mówił czarnymi słowami:
— Wszystkie są przewrotne i wszystkie są chytre.
— Ja nie jestem ani przewrotna, ani chytra — rzekła Irenka serdecznie.
— Może być... Nie wiem... To wiem, że wszystkie cierpienia zadaje kobieta.
— Zbyszku! — mówiła Irenka głosem dobrym i ciepłym, jakby ogrzanym na słońcu. — Czy Zbyszek bardzo cierpiał przez kobiety?
Melancholik zelżał już całkowicie i począł wyciągać z ust czarny kir boleści, jak magik wyciąga z nich długie skrawki papieru. Mówił tajemniczo i zdławionym szeptem:
— Cała siódma klasa jest tego zdania. Cierpimy wszyscy, a ja najwięcej... Widzę, że Irenka jest dobrą dziewczyną, bo i to się czasem zdarza wśród kobiet, więc coś Irence wyznam... Czy dasz mi słowo honoru, że nie powiesz nikomu?
Irenka podniosła rękę i przysięgła w obliczu gór, że kamień padnie na dno studni.
— Ja jestem śmiertelnie zakochany! — ogłosił Zbyszek zdumionemu światu.
Słońce cokolwiek pociemniało, a wiatr, wypadłszy nagle z lasu, porwał w zgrabiałe ręce trochę śniegu i uczynił z niego małą trąbę. Wnet jednak ucichł, aby nie zamrozić rozpłakanych zwierzeń.
— Kto ona? — szepnęła Irenka szeptem tak bladym jak śnieg.
— Nazywają ją „Białym płomieniem Szwecji” — mówił Zbyszek, patrząc przed siebie nieprzytomnym wzrokiem jak lunatyk.
— „Biały płomień Szwecji” — powtórzyła Irenka. — Co to znaczy?
— To znaczy, że pali, a nie grzeje. To takie cudowne określenie jej duszy.
— Rozumiem — rzekła Irenka. — Mnie nazywają „Panną z mokrą głową”.
Zrozpaczony melancholik zaledwie usłyszał, bo w dalszym ciągu rwał swoje serce i rozrzucał je po zaśnieżonej drodze.
— Trzech z naszej klasy kochało się w niej śmiertelnie, dzisiaj jednak kocham się w niej ja jeden tylko.
— A tamci dwaj?
—- Przeszło im. Jeden przerzucił się na Marlenę Dietrich100, a drugi zakochał się na miejscu, w Zakopanem. Ja tylko wytrwałem i cóż mi z tego?
— Biedny Zbyszek... — szepnęła Irenka z wielkim przejęciem. — Czy „Biały płomień Szwecji” przebywa w Zakopanem?
On aż przystanął ze zdumienia.
— Czy ty udajesz czy kpisz? — zapytał przeraźliwym szeptem.
— Naprawdę nie udaję...
— Nie wiesz, kim jest „Biały płomień Szwecji”?
— Skąd mam wiedzieć?
— To Greta Garbo101!
— Ach! — zawołała Irenka.
Słyszała to nazwisko i czytała o nim o gazetach. Teraz sobie przypomina. To słynna aktorka. Spojrzała na Zbyszka z niewymownym zdumieniem i z trwożnym zachwytem. Teraz nie dziwi się wcale, że człowiek, który uwielbia tak wielką sławę, nie chciał z początku nawet gadać z nią, ze smagłym podlotkiem. Odrobina boleści wsączyła się do jej serca, żal się jej zrobiło Zbyszka, a do Grety Garbo poczuła niechęć.
— Czy ona wie o tym? — zapytała serdecznie.
— Jakże nie ma wiedzieć? — odrzekł Zbyszek, dręcząc własne serce. — Pisałem do niej...
— A cóż ona?
— Nawet mi nie odpisała. Otóż masz... Kobieta!
Każde słowo tego zdania było ostrym nożem, który Zbyszek nie tylko że wbijał sobie w serce, ale wbiwszy, obracał ostrze kilkakrotnie, dla tym większej męki.
Irenka z wielkim wzruszeniem rozmyślała o tej rozmowie, pełnej rozpaczy. Biedny chłopak ten Zbyszek... Taki ładny i taki „jakiś taki”, a zła kobieta zza morza złamała mu serce. Nawet mu nie odpisała, a przecież powinna była uczynić to natychmiast. Jeśli nie jest wolna, powinna mu była napisać: „Bardzo mi przykro, mój Zbyszku, ale nie zawracaj sobie nadaremnie głowy. Ty pójdziesz górą, a ja doliną!”. A ona ani słowa... Pewnie! Cóż ją, gdzieś tam daleko, obchodzi to, że w Zakopanem męczy się i dręczy biedny chłopiec!
„Gdyby był do mnie napisał”, myślała, „odpisałabym mu natychmiast. Ułożyłybyśmy list z mamą, a zakończenie dorobiłaby ciocia Amelia wierszem”. Machnęła ręką.
Nie mogła jednak przestać myśleć o tym tak potwornie nieszczęśliwym chłopaku. Przebaczyła mu od razu wszystkie jadowite słowa, wypowiedziane pod jej adresem, i wszystkie miny. Czułe jej serce roztkliwiło się i rozżaliło. Patrzyła teraz na niego inaczej i za wszelką cenę chciała go pocieszyć. Gdyby ona miała taki straszliwy dramat w życiu, poszłaby do matki i wypłakałaby się na jej piersi — on jednak tego nie uczyni. I nie można mu się dziwić, bo jest już w siódmej klasie, a na czole ma wspaniałą, niezłomną dumę. Jedna jest tylko rada na to przeraźliwe nieszczęście: niech uczyni tak, jak jego dwaj przyjaciele, co też kochali się śmiertelnie w „Białym płomieniu Szwecji”. Albo niech mu to przejdzie, albo niech się zakocha w innej. Widać, że jest to dobre lekarstwo i używane z powodzeniem. Inaczej bowiem albo mu pęknie serce, albo znienawidzi wszystkie kobiety, bo już jest na drodze do tego obłędnego przedsięwzięcia. Do tego dopuścić nie można! Niech zakocha się w kimś innym. Ale w kim?
— We mnie! — szepnęła z wielkim drżeniem serca.
Tak przeraziła się własnej, olśniewającej myśli, że zrobiło się jej słabo. Wszystko w niej omdlało: serce, dusza, ale przede wszystkim głowa. Poczuła w niej wielki zamęt, bo świat się z nią zakręcił, a góry, na pozór wieczyście nieruchome, zmieniły położenie.
— O, mamo! — szepnęła, jakby wołając o ratunek. — Czy ja zakochałam się czy co?
Nikt jej nie odpowiedział.
W tej chwili weszła pani Milecka z depeszą w ręku. Spojrzała na Irenkę zdziwionym wzrokiem i zapytała z wielką czułością:
— Czy tobie słabo, moje dziecko?
— Nie — odrzekła Irenka. — Tylko mi jakoś dziwnie.
— Nie przywykłaś do górskiego powietrza. A może ty masz słabe serce?
— Coś mi się zdaje, że bardzo słabe... Ale to nic... Czy to do mnie, proszę pani?
— Depesza jest do mnie, ale i do ciebie też. Pani Opolska...
— I co? I co?
— Pani Opolska prosi, abyś u mnie zaczekała kilka dni, a ona...
— Przyjedzie?
— Nie wiem. Zapowiada długi list.
— Dzięki Bogu, dzięki Bogu!
— Nie ciesz się, maleńka, bo jeszcze nic nie wiadomo. Ale czekaj spokojnie. Nie wiesz, gdzie jest Zbyszek?
Irenka poczuła, że chociaż stara się być twarda jak granit, jednak oblał ją rumieniec.
— Zdaje mi się, że wziął narty... — bąknęła cichutko.
Pani Milecka przyjrzała się jej z nagłym zainteresowaniem i serdecznie się uśmiechnęła.
— O, wiosno, wiosno! — powiedziała cicho, jakby sama do siebie.
Irenka przyjrzała się po jej wyjściu tym wiosennym słowom i zastanowiła się głęboko.
„Czy ja jestem ze szkła” pomyślała, „czy też na tej mojej nieszczęsnej twarzy od razu wszystko widać?”.
Każdy coś spostrzegł, tylko on nic nie widział. On, Zbyszek. Smażył swoje serce na „Białym płomieniu Szwecji” jak na szwedzkim prymusie102 i nie widział rozczulonych, przelękłych, wilgotnych, sarnich spojrzeń Irenki. Nie zrozumiał, że „mokra głowa” postanowiła bohatersko wyrwać go z „białego płomienia”, aby nie spłonął z kretesem. A serduszko Irenki drżało na różowym wietrze, który przywiał znikąd. Była sroga zima, a ono rozwinęło się jak pączek kwiatu na wiosnę. Mądra głowa Irenki pełna była niemądrych myśli. Z marsem na czole szukała takiego sposobu, który by bez użycia słów zwrócił uwagę śmiertelnie smętnego Zbyszka, że jest niedaleko ktoś, kto myśli o nim tkliwie i z głębokim wzruszeniem. Rozmaite pomysły przychodziły jej do głowy. Mogła zaziębić się umyślnie i dostać zapalenia płuc. Może wtedy spojrzałby na nią i uśmiechnął się do niej. Nie najgorszym też sposobem byłoby włożenie ręki do rozpalonego pieca. Prędko jednak pomyślała, że wprawdzie Zbyszek zwróciłby uwagę na jej wielkie cierpienie, ale bohaterskie te czyny wcale nie zachwyciłyby jej matki. Trzeba było znaleźć na dnie wzburzonego serca sposoby inne, mniej bolesne, a równie skuteczne — trudno jednak było je wymyślić.
Najbardziej subtelne pomysły zawodziły od razu. Zbyszek siedział przy oknie i z wyniosłą pogardą studiował rozdział historii starożytnej, ona zaś w drugim kącie dziergała misterną robótkę wedle mądrych poleceń pani Mileckiej,
„Jeżeli teraz głęboko westchnę”, myślała Irenka, „musi na mnie spojrzeć!”.
Nabrała w płuca potężny haust powietrza i westchnęła bardzo tkliwie.
Na nic! On nawet nie spojrzał.
Należy powtórzyć kilka razy, bo jest tak zamyślony, że mógł nie zauważyć. Powtórzyła wzdychający zabieg tak wspaniale, że kamień, mchem obrosły, byłby się odwrócił. Zbójca zapytałby, czy jej przypadkiem serce nie pęka — ale on nie zapytał. Wydała więc ze zbolałych piersi prawie jęk, długi, bolesny, przeciągły. Och, nareszcie!
Zbyszek podniósł głowę przywaloną cierpieniem i z trzaskiem zamknął książkę.
— Ząb cię boli czy co? Słowo daję, że w tym domu nawet pracować nie można.
Zamknął za sobą drzwi z gniewnym hałasem, który zwalił się na biedną głowinę Irenki jak stokrotnie powiększony grzmot. W jej oczach błysnęły łzy.
— Nie dasz rady, nieszczęśliwa kobieto! — rzekła do siebie głosem suchym i złamanym jak badyl na jesiennym wietrze.
Wieczorem zaniosła swój smutek do pokoju na poddaszu, skąd był przepyszny widok na góry. Noc była ciemnogranatowa, ale zaczęła powoli mienić się jak połyskliwa woda. Wielki, srebrny księżyc, który dzień przespał w jakiejś górskiej pieczarze, gramolił się po chmurach na niebo i pusząc się swoją jasnością, wędrował wśród bledziutkich gwiazd, które na jego widok z zachwytu mrużyły oczy. On łaskawie uśmiechał się dobrym uśmiechem, a kiedy wreszcie stanął na samym szczycie nieba, rozejrzał się po białym świecie, który rozbłysnął wielką jasnością. Już nie było nocy, tylko niezmierny czar, srebrna cisza i tkliwy, rzewny niepokój.
Irenka patrzyła wielkimi oczami.
Góry miały na głowicach srebrne korony, a srebrzyste płaszcze zsuwały się po ich stokach, aż do tej niskości, gdzie mieszkali ludzie. Zrobiły się jakoś wyższe, jakby urosły w księżycowej masce i jakby w jego rozjaśnionym bogactwie stały się wspanialsze. Na śniegi padły liliowe cienie, przędzone cienko i misternie. Zdumionej dziewczynie wydało się, że cały świat, cała ta ciężka, głazem zimy przywalona ziemia zaczęła — za tajemną sprawą księżyca — dźwigać się ze swego padołu i na promieniach podnosić się w górę. Wszystko stało się światłem i ciszą, zrobiło się lekkie i powiewne, smutne i zarazem radosne. Wielka bajka miesięcznej nocy ogarnęła cały świat i szeptała coś w niezmiernej ciszy.
A ona też stała się jakaś inna. Zdawało się jej, że wszystkie smutki i udręczenia, wszystkie myśli i zadumania opadają z niej jak ciężkie, wilgotne odzienie, a ona, lekko, jak ta biała chmurka, szybko po niebie frunąca, leci przez powietrze na srebrny księżyc.
W tej chwili wszystko rozumie. Już wie, dlaczego czasem chciało się jej płakać bez powodu. Nie umie tego wypowiedzieć, ale teraz już wie, dlaczego nagle zaczynała tęsknić — nie wiadomo za czym. Pewnie z każdym na świecie człowiekiem dzieje się to samo, co się czasem działo z nią. Teraz rozumie: wszystko to, co się dokoła niej odbywa, to małe sprawy. Kłopoty, pieniądze, troski to drobne kamienie, zawalające drogę. Człowiek pragnie je minąć i uczynić wielki krok w górę, tam gdzie jest światło i błękit, nabijany gwiazdami. O, jakże cudnie jest w tym zaczarowanym kraju! Zdaje się, że to światło dźwięczy. A może to gwiazdy szemrzą jak złote pszczoły na niezmiernej łące? Dziwne... Dziwne... Jest w tej chwili bardzo szczęśliwa, bo leci ponad ziemią, a jednak czuje, że siłą musi powstrzymywać łzy. Może to dlatego, że trzeba będzie wracać, bo nie można wciąż latać pod błękitami... Nie zawsze jest księżycowa noc...
— Boże mój, Boże mój! — westchnęła cichutko.
Księżyc musiał ją usłyszeć, bo przystanął na wprost jej twarzy i uśmiechnął się do niej jak ktoś bardzo, bardzo kochany. Zalał srebrzystą wodą jasności jej pokoik, a ją otoczył promieniami jak przędzą. Zdawało się jej, że cała jest światłem — dobrym, łagodnym i słodkim. Serce przestało w niej bić, bo też zamieniło się w jasność. Jak gdyby promień zadźwięczał o promień, tak w niej odezwał się nieznany głos, proszący Boga, aby to trwało długo, długo... A jeśli trwać nie może, niech jak najczęściej nachodzą ją takie chwile, kiedy można wzlecieć ponad ziemię, gdzie jest tak jasno i tak niezmiernie słodko.
W tej chwili księżyc ucałował jej głowinę, bo musiał iść dalej. Ona patrzyła za nim jak ktoś, kto stoi na brzegu wielkiego morza i żegna spojrzeniem srebrną łódź, która pod żaglem białej chmury płynie na kraniec świata. Ale ten, co odpływa, zostawił jej srebrną okruszynę mądrości o ludzkiej tęsknocie za tym, co jest piękne i mieszka na wysokościach. I zostawił jej duże, srebrne łzy — szczęśliwe, dobre łzy, co ciężko spływają po jej twarzy.
Nikt nie wie, gdzie jest źródło takich łez.
Ona też nie wie. Nikt tych łez nie widział i nikt się o nich nie dowie. A mądry samotnik, księżyc, który o nich wie, ma usta na wieki zamknięte.