XII

Pani Borowska, ciocia Amelia i doktor Lipień czytali list Irenki. Pani Borowska czytała głośno, a oni słuchali, łowiąc każde słowo w locie. List był długi jak droga przez pustynię do studni, a tak zszyty z najdziwaczniejszych zdarzeń jak dawne dywany ze skrawków różnokolorowych materiałów, które nasze babki zawieszały nad łóżkiem. Czytano go ustępami, w słusznej obawie, że odczytanie go od razu, za jednym zamachem, groziło czytelnikowi pomieszaniem zmysłów. Była to opowieść o wszystkim, przewyborny galimatias, zupa ze stu siedemdziesięciu ingrediencji, czyli — wedle wyrażenia doktora — groch z kapustą. Irenka opisała sumiennie wszystkie swoje przygody w Zakopanem, poza tym ludzi, zwierzęta, drzewa i kamienie, niebo i ziemię; powtórzyła swoje myśli i słowa.

Pani Borowska czytała: „...Walizkę moją odniósł z dworca kolejowego sławny na dwóch półkulach, bo trzeciej nie ma, śpiewak Jerzy Zadora...”.

— Oszalała dziewczyna! — krzyknął doktor.

— Przecież Irenka nie kłamie — rzekła pani Borowska.

— W takim razie on oszalał. Coś niesłychanego! Skąd ona wytrzasnęła słynnego śpiewaka do noszenia walizek?

— Ona wszystko potrafi! — wtrąciła z uwielbieniem ciotka.

— Niech pani czyta dalej, a ja każę przynieść lód na głowę, na wszelki wypadek.

Pani Borowska brnęła przez list jak przez dziewiczą puszczę, a wreszcie odczytała zmienionym głosem, jakby sama sobie nie wierząc: „..I w tym Zbyszku, który kocha się w «Białym płomieniu Szwecji», ja sama zakochałam się śmiertelnie...”.

— Demencja! — wrzasnął doktor.

— To nie demencja, to miłość — westchnęła ciocia.

— To dzieciństwo! — uśmiechnęła się pobłażliwie pani Borowska.

Po takiej niespodziewanej wiadomości musieli odetchnąć.

— Niech pani przerwie, bo muszę zmysły zebrać — gadał doktor. — A mówiłem, żeby lód był pod ręką... Zakochała się! Przecież tak wyraźnie pisze?

— Tak pisze, bo jej się coś zdaje.

— Ale co znaczy ten jakiś „Biały płomień Szwecji”? Czy może mnie ktoś objaśnić? Może to szwedzka zapałka? Nie! Zapałka pali się płomieniem żółtym... A jeżeli nie zapałka, to co? Biały płomień... Biały płomień... To musi być powiedziane pod figurą. Wiem! To jest szwedzki poncz. A jeżeli to jest szwedzki poncz, który jest wybornym, lecz mocnym napitkiem. W takim razie młodzieniec, zakochany w ponczu, jest obrzydliwym pijakiem. Otóż macie! Puść kozę na drzewo, a ładne będzie przedstawienie. Licho nadało niedowarzone panny! Rozumiem, że Pan Bóg stworzył lwy, tygrysy i słonie, ale po co stworzył panny, tego nie mogę zrozumieć.

Ciotka Amelia skrzywieniem twarzy dała mu do poznania, że żart jest w złym guście, bo i ona jest panną.

— Nikt nie wie — zrzędził doktor — co uczyni kot, któremu przywiązano pęcherz do ogona, co uczyni taka panna, której przywiązano do ogona piętnaście lat.

— Co też doktor wygaduje! — zaśmiała się pani Borowska.

— Ja wiem, co mówię. My tu nie wiemy, co ze sobą zrobić, a ona zakochała się. Niech pani czyta dalej, może się już odkochała.

Nic o tym nie było w liście. Na widownię natomiast wypłynął księżyc.

„...Przecudowna była ta noc księżycowa. Było tak ślicznie, że mi się chciało płakać...”.

— O, Boże! — westchnął doktor, ale zaraz groźnie warknął.

„...Czemu was tu nie ma? Czemu nie ma tu ciebie, najdroższa i jedyna, święta moja mateczko...”.

Pani Borowska zaczęła czytać z trudem, bo oczy jej zaszkliły się łzami.

„...Czemu tu nie ma cioci, która napisałaby najpiękniejszy w życiu swoim wiersz...”.

— Maleństwo moje ukochane... — szepnęła ciotka.

„...Czemu tu nie ma tego najlepszego człowieka na świecie, wujaszka doktora? Zdawało mi się, że go widzę na księżycu, jak się do mnie uśmiecha, mój drogi i kochany...”.

— Powoli! — rzekł doktor bardzo cicho. — Czemu pani tak prędko czyta? Niech pani przeczyta to raz jeszcze...

Pani Borowska odczytała po raz drugi, a doktor wlazł w jakiś ciemny kąt i pytał stamtąd:

— Napisała: „mój drogi i kochany”?

— Tak, panie doktorze...

Nagle doktor wrzasnął ni stąd, ni zowąd:

— Czego panie właściwie chcą od tej dziewczyny?! Jeżeli zakochała się, to jej rzecz. Ho ho! Ona wie, co robi... Irenka, złota moja Irenka... Ale ja nie pozwolę jej krzywdzić. Jeśli panie chociaż jedno złe słowo o niej powiedzą, to ja się upomnę o to biedne dziecko!

Pani Borowska spojrzała ze zdumieniem.

— Ależ, doktorze kochany, przecież to pan...

— Ja? W imię Ojca i Syna!... Żebym siebie samego leczył, jeśli cokolwiek powiedziałem.

— Może nam się przesłyszało — uśmiechnęła się pani Borowska.

— Nawet z całą pewnością — oświadczył doktor.

List kończył się wiadomością o depeszy pani Opolskiej, co wielkie na wszystkich uczyniło wrażenie. Pani Borowska gładziła go ręką, jak gdyby to była sama Irenka, a doktor szybko krążyć zaczął po pokoju. Nagle przystanął i podniósł w górę wskazujący palec — jak człowiek, który bada kierunek wiatru.

— Jestem tak wzruszony — rzekł radośnie — że muszę pójść zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyć gwiazdy.

— Uroczy człowiek — powiedziała po jego wyjściu ciotka Amelia. — Szkoda tylko, że wciąż gubi swoje gumowe mankiety.

Doktor, nucąc arię z opery, o której wszyscy już na całym świecie zapomnieli, nawet nie spojrzał na niebo, gdyż nie trzeba było kierować się gwiazdami, aby trafić do jedynej w tym mieście knajpy, tym się odznaczającej, że w lecie było w niej więcej much niż gości, a w zimie tylu gości, ile much. Siedzieli w niej w tej chwili dwaj wytrwali: burmistrz z zakłopotaną głową i nauczyciel kaligrafii, tak długi i chudy jak chuda i długa litera „f” — żyrafa abecadła. Doktor, należący do odmiennego niż oni stronnictwa, którego był jedynym członkiem, skłoniwszy się uprzejmie, usiadł przy osobnym stole, w najlepszym towarzystwie, jakie można było znaleźć w tym miasteczku, bo sam ze sobą. Wiódł też sam ze sobą rozmowę zajmującą i wesołą, bo wciąż się uśmiechał. Po niejakim czasie zawołał półgłosem:

— Europejska heca! Słowo daję...

Tamci spojrzeli na niego ciekawie.

— Jaka heca? Co się stało, panie doktorze?

— Nic... Nic... Tylko, że słynny tenor niósł walizkę za Irenką. Ha! Ha!

Burmistrz mrugnął na żyrafę.

— Piąte piwo! — szepnął.

Po półgodzinie doktor zaśmiał się po raz drugi.

— „Pokochać można, wierzyć nie trzeba”, rzekła matka do swej córki — głosił doktor.

Oni spojrzeli ze zdumieniem.

— Szóste piwo! — z gorzką zawiścią bąknęła żyrafa.

Radość zacnego doktora nie byłaby jednak tak rozszumiana jak piana na piwie, gdyby wiedział jakie serdeczne cierpienia przeżywa Irenka.

Dni w Zakopanem były promieniste, a jej dusza tułała się w mroku. Nie mogła uratować Zbyszka; jeśli nawet na nią spojrzał, patrzył tak, jakby była ze szkła i jakby przez nią — jak przez powietrze — można było widzieć stół czy krzesło. Na nic zatem wszystkie westchnienia, na nic serdeczna ofiara. On jest zgubiony, a ona będzie smutna do końca swoich dni. Cóż dla takiego wspaniałego melancholika znaczy taki laskonogi podlotek, dla człowieka z siódmej klasy — piętnastoletni skrzat! Trzeba będzie zapaść się w żałość jak w trzęsawisko, kupić sobie olbrzymi dzban na łzy i patrzeć z pękniętym jak szklanka sercem, jak jakiś zamorski dziwoląg zwycięża polską pannę. O, boleści! Jak wytłumaczyć temu opętanemu Zbyszkowi, że ona nie jest dzieckiem, lecz dorosłą, zdolną do największych poświęceń osobą, gotową do czynów śmiałych i zdumiewających, i że posiada serce najczulsze na świecie? Jak zwrócić jego uwagę?

Przypadek, wspaniały przypadek sprawił, że musiał przekonać się o jej znaczeniu we wszechświecie. Nikt tego nie mógł przewidzieć, a ona pojęła w lot, że jeśli teraz nie skorzysta z dziwnego zbiegu zdarzeń, przypadek taki już nigdy nie powtórzy się. Szła przez zalany słońcem park, kiedy usłyszała za sobą śmiech i głośną rozmowę. Zdawało się jej, że poznaje głos Zbyszka, miękki jak mech. Co tam mech! Miękki jak aksamit. Szedł w towarzystwie dwóch dryblasów, swoich kolegów, i głośno o czymś rozprawiali. Przyśpieszyła kroku, a wtem coś zalśniło w jej duszy jak błyskawica. Tuż przed nią, szczerząc zdrowe zęby do słońca, siedział na ławce wielki On, słynny Zadora. Z oszołomionej jej głowy wytrysnął nagle pomysł perlisty jak fontanna. Tamci już się zbliżają... Za chwilę Zbyszek będzie tędy przechodził... Wszystko jedno!... Żegna się z przyjaciółmi i nadchodzi...

Podbiegła do Zadory i usiadła przy nim tak niespodziewanie, jak gdyby zleciała z drzewa. Sławny człowiek zdumiał się zupełnie tak jak zwyczajny człowiek.

— O, to pani — rzekł wesoło.

— Tak, ja... Drogi, złoty, kochany... Potem panu wszystko wytłumaczę... Ale teraz niech pan powie głośno, jak najgłośniej: „O, cudna pani, szaleję za tobą!”. I niech pan oczy wywróci albo ręką położy na sercu... Już, już, niech pan mówi!

Zadora, wesoły chłopak, poczuwszy jakąś radosną awanturę, o nic nie pytał, tylko wrzasnął z niezmiernym przejęciem:

— O, cudna pani, szaleję za tobą!

A od siebie, z własnej inicjatywy, dodał:

— Albo ty, albo śmierć!

Zbyszek spojrzał! Spojrzał! Jest cokolwiek zdumiony, lecz cóż to... Wzruszył ramionami i uśmiechnął się tak litościwie i tak drwiąco... I spokojnie poszedł dalej.

Zimny, bezgłośny piorun padł u stóp Irenki.

— Dobrze było, co? — zaśmiał się Zadora z całego serca. — To o niego szło? Rozumiem! O, cóż panienka taka smutna?

— Nawet pan nie pomógł — szepnęła Irenka. — W takim razie już nic nie pomoże... Dziękuję panu... Jest pan strasznie dobry.

— Przejdzie, przejdzie, moja mała — uśmiechnął się Zadora bardzo czule.

Patrzył za nią długo, kiedy odchodziła wolnym krokiem.

„To jakaś pomylona dziewczyna — pomyślał — ale bardzo zabawna”.

Tego samego zdania byli wszyscy, kiedy przy wspólnym obiedzie, podczas chwilowej ciszy, Irenka rzekła niedbale:

— Ten sławny Zadora oświadczył mi się dzisiaj w parku, ale go nie przyjęłam.

Jednej pani wypadła łyżeczka z ręki, ktoś inny znieruchomiał z wzniesionym w górę widelcem. Trwało to jednak krótką chwilę, nagle bowiem wszyscy — oprócz Zbyszka — wybuchnęli głośnym śmiechem.

„Klapa!”, pomyślała Irenka i pochyliła głowę nad talerzem.

— Koza! — bąknął Zbyszek.

Do końca obiadu była celem żartów. Śmiano się serdecznie, dziwiąc się jedynie, że Irenka, zrobiwszy taki wyborny dowcip, sama się z niego nie śmieje.

„Palnęłam nieśmiertelne głupstwo”, myślała Irenka w swoim pokoiku. „Ale tej kozy nigdy mu nie przebaczę. Jak on od razu przejrzał, że to była heca? Albo słyszał wszystko, kiedy prosiłam Zadorę, albo też ten Zadora zbyt śmiesznie wygłosił wspaniałe słowa... Musiało to niemądrze wypaść i wszystko na nic. Po co on zresztą dodał: «Albo ty, albo śmierć!», kiedy tak nie było umówione? A tak to jakoś powiedział, jakby śpiewał. Po co zaraz ta śmierć? Śmierć teraz dopiero jest potrzebna... Może byłoby to najlepsze, gdybym teraz umarła... O, wtedy to już nie byłaby koza, panie Zbyszku!”.

Zacisnęła powieki i przestała oddychać, być może bowiem, że jest to doskonały środek na rozstanie się z tym nędznym światem. Może byłoby się nawet udało, gdyby ktoś nie był gwałtownie zapukał do drzwi.

— Irenko, zejdź czym prędzej! — wołała pani Milecka.

Irenka odsunęła śmierć łagodnie i strząsnąwszy z głowy ponure myśli, zeszła do pokoju pani Mileckiej.

— Mam dobre wiadomości, moje dziecko — mówiła ona, pokazując jej trzymany w ręku list. — Pani Opolska pisze...

Miłość odleciała z serca Irenki jak ptaszek i usiadła za oknem na gałęzi drzewa, bo jej pani miała w tej chwili ważniejsze sprawy.

— Pani Opolska pisze, że jest chora i sama nie może przyjechać — mówiła pani Milecka, dziwnie uśmiechnięta. — Przysyła za to swoją zaufaną przyjaciółkę czy też krewną, bo niewyraźnie o tym wspomina, i ta pani z tobą się rozmówi.

— Czy to dobrze, proszę pani, źle?

— O ile znam panią Opolską, to bardzo dobrze. Z pewnością przybyłaby sama, gdyby nie była chora. A ta pani przyjedzie dzisiaj wieczorem. Moje dziecko!

— Co, proszę pani?

— Odziej się starannie, jak możesz najstaranniej, a włosy spróbuj jakoś ułożyć, bo to awantura, a nie włosy. I bądź dla tej pani uprzejma. Dobrze, dobrze! Ja wiem, że zawsze jesteś uprzejma, ale dzisiaj proszę cię o to szczególnie. I jeszcze jedno! Nie skarż się na panią Opolską...

— Jakże ja mam skarżyć się na panią Opolską? Ja mam do niej tylko żal...

— Więc nie miej nawet żalu. O czym będziesz rozmawiać z tą panią, tego nie wiem, ale niech cię twoje dobre serce nauczy najserdeczniejszych słów. To ci tylko chciałam powiedzieć. Czy dać ci jakąś wstążkę do upięcia włosów?

— Nie, proszę pani, dziękuję. Ja znam swoją głowę! Może żelazna obręcz z beczki cokolwiek mogłaby pomóc, ale wstążka na nic.

— Och, ty „Panno z mokrą głową”! — zaśmiała się pani Milecka, ściskając wzruszoną Irenkę.

„Matka anioł, a syn zbrodniarz...”, pomyślała Irenka z goryczą, idąc stroić się na przyjęcie posła pani Opolskiej.

Obrzęd ten nie trwał długo, polegał bowiem na oczyszczeniu sukienki i na przejechaniu przez gęstwinę włosów rozczapierzonymi palcami jak broną po grudzie. Królowa buszmeńskiego plemienia nie czesze się inaczej.

Irenka, mając jeszcze wiele czasu, rozmyślała w ciszy, co powie tej damie, która ma zjechać do Zakopanego, aby ją obejrzeć. Cóż jej powie? Wszystko — śmiało, odważnie i jasno. Myślała o tym spotkaniu spokojnie, kiedy jednak usłyszała zgiełk i nawoływania służby w dolnych pokojach, co zapowiadało nieomylnie przyjazd znamienitej osoby, serce jej zaczęło bić niespokojnie. Potem wszystko ucichło, zapadł głęboki wieczór, a jej jeszcze nie wołano. Widocznie pani Milecka rozmawia z ową damą. Musiała ona napisać wzruszający list do pani Opolskiej, skoro pani Opolska pragnęła sama przyjechać. Niech jej to pan Bóg wielkim szczęściem wynagrodzi. O czym one tak długo rozmawiają? Pewnie o niej.

Nareszcie, nareszcie!

Pani Milecka weszła do pokoju Irenki i powiedziała cicho:

— Ta pani musiała odpocząć, a teraz chce ciebie zobaczyć. Chodź ze mną, drogie dziecko... Pamiętasz, o co cię prosiłam?

— Pamiętam, proszę pani.

— I nie bój się. Przyjaciółka pani Opolskiej ma wprawdzie groźną minę, ale zdaje mi się, że to dobra kobieta. Chodźmy! Ta pani mieszka w wielkim pokoju. Wejdź sama...

Irenka zapukała nieśmiało do drzwi.

— Proszę wejść — odpowiedziano stłumionym głosem.

Dziewczyna weszła i przystanęła przy drzwiach, szukając oczyma tej pani, w pokoju bowiem paliła się jedna tylko lampa, przygaszona kolorowym abażurem. Bystre oczy Irenki ogarnęły przestrzeń. W fotelu siedziała siwa, starsza pani, świetnie wytworna, w czarnej sukni. Spojrzenie jej było żywe i mądre; nos miała cokolwiek ostry. Barwa twarzy przypominała kolor kości słoniowej. Musiała być kiedyś bardzo piękna. Nieskazitelną urodę zachowały jej ręce — drobne, białe, starannie wypielęgnowane. Dwie rysy, opadające z kącików ust ku dołowi, żłobiły się bardzo widocznie, tak samo jak pionowe zmarszczki między oczami.

Irenka poczuła, że oczy te patrzą na nią mocnym, natarczywym spojrzeniem, jak gdyby chciały przebić nie tylko mrok sączący się z powały, ale i jej piersi, i jak gdyby chciały ujrzeć serce. Ukłoniwszy się z czarującym wdziękiem, dziewczyna spojrzała w te oczy wzrokiem jasnym, rozbłyśniętym i szczerym.

Przez chwilę trwało milczenie, Irenka bowiem nie śmiała przemówić pierwsza, a siwa pani patrzyła... Patrzyła... Wreszcie zapytała cicho:

— Nazywasz się, moje dziecko, Irena Borowska?

— Tak, proszę pani.

— Szukasz pani Opolskiej?

— Tak, proszę pani.

— Pani Opolska prosiła mnie, abym porozumiała się z tobą. Możesz mówić wszystko, a ja jej to wiernie powtórzę. Nie mamy przed sobą tajemnic. Uprzedzam cię jednak, że ode mnie będzie zależało, czy zobaczysz kiedykolwiek panią Opolską czy jej nigdy nie ujrzysz. Teraz mów!

— Co ja mam mówić, proszę pani?

— Wszystko! Pani Milecka cuda o tobie opowiada, o twojej roztropności i o czymś tam jeszcze, więc pewnie słów ci wystarczy... Usiądź... A teraz patrz mi w oczy i odpowiadaj. Kto cię wysłał do pani Opolskiej?

— Nikt, proszę pani. To był mój pomysł.

— Mądry pomysł i głupi pomysł. Matka twoja, oczywiście, wie o twoim wyjeździe?

— Moja matka wie.

— A więc to taka mała zmowa!

Irenka spojrzała na nią wzrokiem pełnym wielkiego żalu.

— Proszę pani — rzekła drżącym głosem — niech pani mówi ze mną, jak chce, i niech pani nawet mnie zwymyśla, ile się tylko da, ale niech pani o mojej matce ani źle nie mówi, ani źle nie myśli. Moja matka jest chora, bardzo ciężko chora na serce. Gdyby mi nie pozwoliła pojechać do pani Opolskiej, byłabym może uciekła... Ja nie wiem... Ale ja musiałam pojechać właśnie dlatego, że moja matka jest taka chora. Mama nie sprzeciwiała się, bo tylko jedna pani Opolska potrafiłaby ją poratować.

— Bardzo ładnie. A czemuż tylko pani Opolska?

— Bo my nie mamy nikogo poza nią na świecie. Wprawdzie raz już jeden mamusia pisała do niej, ale odmówiła. Sama woziłam list na pocztę w wielkiej tajemnicy.

— Przed kim?

— Przed ojczulkiem. Mama nie chciała, aby ojciec wiedział, że szuka ratunku.

— Ach, tak... I pani Opolska odmówiła... No, a teraz? Co masz teraz do powiedzenia pani Opolskiej? Przyjechałaś po pieniądze. Czy nie tak?

— Nie! — odpowiedziała Irenka mocnym głosem.

— Więc po co właściwie?

— Ułożyłam sobie — mówiła Irenka — że padnę do nóg pani Opolskiej i wybłagam, aby ratowała moją matkę i mojego brata. To jeszcze dziecko... Może pani Opolska wzięłaby ich do siebie na wieś albo do Warszawy na tak długo, zanim ja nie będę mogła pracować.

— Aha! Pani Opolska miałaby wziąć do siebie matkę i brata... Ale czemu nie mówisz o sobie? Co miałoby stać się przez ten czas z tobą?

— Ze mną? Ja dobrze o tym nie myślałam, proszę pani. Gdzieś byłabym się przytuliła i uczyłabym się pracy. Co tam ja! Ja mogę jeść byle co i spać na gałęzi, ale mama nie może i brat też nie. Ja nawet myślałam...

— Mów śmiało.

— Myślałam nawet o tym, że pani Opolska zajmie się nimi, a ja chociaż część tego, co im da, odsłużę jako pokojówka...

— U kogo?

— Myślę, że u pani Opolskiej.

— Jako pokojówka... Jako pokojówka... — powtarzała siwa pani bezdźwięcznie. — Czemu tak wpatrujesz się we mnie? — zapytała nagle bardzo szorstko.

— Bardzo panią przepraszam. Ja mam takie niemądre przyzwyczajenie patrzenia w oczy. Już nie będę...

— Patrz albo nie patrz... Jak ci się podoba...Ile masz lat?

— Prawie piętnaście, a brat skończył osiem.

— A matka bardzo chora?

— Bardzo. Trzeba jej wielkiego spokoju.

Siwa pani odwróciła głowę i przez chwilę patrzyła w noc, kładącą się do snu za oknami.

— Co powiedziała twoja matka po otrzymaniu listu od pani Opolskiej? Pamiętasz?

— Pamiętam. Nic nie powiedziała, tylko miała bardzo czerwone oczy... Od łez.

Wytworna pani drgnęła, jakby mróz powiał zza okien.

— Pani Opolska o tym nie wiedziała — powiedziała cicho.

— Jak mogła wiedzieć? — mówiła smutno Irenka. — Może gdyby była widziała łzy mojej matki...

— No, to co? Nikt cię o to nie pyta — zawołała gwałtownie siwa pani.

Irenka spojrzała na nią ze zdziwieniem, ale widząc, że siwa pani znowu patrzy w okno, odważyła się rzec cichutko:

— Bo ja myślę, proszę pani, że pani Opolska nie jest taka zła, jak się wydaje.

Wytworna pani odwróciła powoli głowę i zapytała głosem niespodziewanie łagodnym:

— Dlaczego tak myślisz?

— Dlatego, że ja sobie nie wyobrażam, aby ktoś mógł być zły dla swojej najbliższej krewnej, kiedy obcy ludzie byli dla nas dobrzy. Musi być jakaś inna przyczyna. Pani dobrze zna panią Opolską. Może ona jest nieszczęśliwa albo może ktoś jej wyrządził coś złego, więc pogniewała się na cały świat i na nas przy sposobności? Ja często o tym myślałam, ale nic nie wymyśliłam, bo jestem głupia.

— A gdybyś zobaczyła panią Opolską, co byś jej powiedziała?

— Dobrze nie wiem, ale powiedziałabym jej tak: „Jeżeli pani jest zła, to trudno, Pan Bóg panią osądzi, ale jeżeli pani pozwoli umrzeć mojej matce tylko dlatego, że pani ma żal do niej, nie wiem za co, to pani nie będzie miała w życiu spokojnej chwili, bo panią sumienie zadręczy”. Powiedziałabym jej to takim głosem, że by struchlała.

Siwa pani spojrzała na nią z dziwnym błyskiem w oczach.

— Czy tak bardzo kochasz swoją matkę?

— Moją matkę? Ponad życie!

— A pani Opolskiej nie kochasz chyba?

— Na to trudno odpowiedzieć. Gdybym ją była spotkała wtedy, kiedy mama przez nią płakała, byłoby jej gorąco. Byłabym jej powiedziała straszne rzeczy... Teraz to mi już przeszło. Zresztą, co innego list, a co innego żywa osoba. Mojej prośbie pani Opolska nie odmówi!

— Och, a czemuż to tobie nie miałaby odmówić?

— Bo nie może. Nawet krokodyl nie odmówiłby dziecku, które prosi o życie dla swojej matki. Zresztą, ja słyszałam, że pani Opolska miała też córkę, która, biedactwo, umarła.

— Umarła... — powtórzyła szeptem siwa pani.

— Może ona dlatego jest taka nieszczęśliwa?

— Moje dziecko, przestań o tym mówić. Powiedz mi teraz jasno: co zrobisz, jeżeli pani Opolska odmówi nawet tobie?

Irenka odpowiedziała smutno:

— Jeżeli tak się stanie, wtedy nie wiem, co my zrobimy. Moja droga, moja złota, moja jedyna pani. Niech pani tak urządzi, abym ja mogła zobaczyć panią Opolską! Ja zrobię wszystko, co ona każe, ja będę pracowała od świtu do nocy, byle tylko ją wzruszyć i byle uratowała mamusię. Może mnie nawet bić codziennie, może mi kazać śmiać się albo płakać, ja wszystko...

— Uspokój się, moje dziecko. Zrobię, co można... Zobaczysz panią Opolską... Co ty wyprawiasz, dziewczyno?

Pytanie było uzasadnione, bo bujna i czuła dusza Irenki wybuchnęła płomieniem wdzięczności; nie zważając ani na dostojność, ani na świetne maniery siwej pani, Irenka zarzuciła ręce na jej szyję i zaczęła ściskać jej dostojność z całego serca. Dostojność broniła się słabo, wreszcie udało się jej posadzić Irenkę na fotelu.

— Strasznie panią przepraszam, ale taka jestem głupia. Kiedy mi ktoś przemówi do serca, sama nie wiem, co robię. Czy pani wie, jak mnie nazywają w narodzie? „Panna z mokrą głową”! Dobre, co?

— Lepiej nie było można.

— Niech pani tylko tego nie mówi pani Opolskiej, bo może pomyśli, że jestem po prostu wariat. Ja tylko pani mówię w zaufaniu.

— Tak mi wierzysz?

— Bardzo! Pani musi być bardzo, bardzo dobra, tylko...

— Tylko co?

— Przepraszam, wymknęło mi się. Pani nie pogniewa się na mnie?

— Nie pogniewam. Więc?

— Tylko że pani ani razu nie uśmiechnęła się do mnie. Do mnie zawsze wszyscy się śmieją. Ale może pani nie uśmiechać się, ja i bez tego wiem, że pani jest dobra, tylko że z początku to się trochę pani bałam.

Siwa pani starała się uśmiechnąć, ale nie bardzo jej się to udawało. Głębokie bruzdy koło ust nie mogły się rozprostować. Spojrzeniem jednakże starała się okazać Irence odrobinę życzliwości. Była bardzo jakoś zmieszana i ręce jej drżały.

— Zdaje mi się, że ciebie niełatwo nastraszyć — rzekła z jedną dziesiątą uśmiechu. — Wracajmy jednak do rzeczy. Czy możesz mi, moje dziecko, opowiedzieć o wszystkim, co działo się z wami od tej chwili, kiedy to pani Opolska tak niemiłosiernie odpisała twojej matce? Mów, jak umiesz, ale o wszystkim, o wszystkim. O ludziach i o zdarzeniach... Jeszcze nie jest późno, mamy czas. Mów, Irenko...

Dziewczyna rozpoczęła opowieść barwną i obszerną; wzięła do rąk długi, długi różaniec dni i cichym głosem, jak gdyby modliła się, przesuwała paciorki. Jedne były śliczne, z pereł utoczone, inne smutne, z czarnego drzewa. Głos jej czasem zadrżał albo wilgotniał od łez, kiedy mówiła o matce. Jak złote nitki w szarej tkaninie błyskały dziecinne słowa, kiedy opisywała swoje dni szczęśliwe, wyprawy i szaleństwa. Potem głos jej roześmiał się, kiedy przed nieruchome, wpatrzone w nią oczy starszej pani wywlokła Jasia, zagrzebanego w śniegu lub odprawiającego medytacje z jajkami w ręku. O babce i ciotkach opowiadała rzewnie, wreszcie skrzesał ognia pan Podkówka. Mówiła o dobrotliwym księdzu i o jego testamencie, o wszystkim, o wszystkim. Ustęp osobny, wspaniały i głośny, przeplatany śmiechem i wzruszeniem, poświęciła największemu swojemu przyjacielowi na świecie — doktorowi. Krótko i kwieciście zdawała raport o swojej wyprawie i o przyjeździe do Zakopanego.

Siwa pani nie przerwała jej ani jednym słowem. Słuchała pilnie, zamykając czasem oczy, kiedy Irence głos zadrżał, lub patrząc na nią ciekawie, kiedy zdawała się stanąć na głowie i wyrażała radość. Coś musiało dziać się z wytworną panią, bo jej twarz, zakrzepła w smutnej powadze, zaczęła tajać jakby słoneczny promień padł ma lodową powłokę. Irence zdawało się czasem, że zmarszczki wokół ust czyniły gwałtowny wysiłek, aby zrobić miejsce uśmiechowi, co cieniutką strugą spływał z oczu wyniosłej damy.

— A teraz, na sam koniec — mówiła Irenka, zniżywszy głos — powiem pani coś, ale w największej tajemnicy.

— Mów, mów, moje dziecko!

— Otóż tu, w Zakopanem, spotkało mnie wielkie i śmiertelne nieszczęście.

Dama wzdrygnęła się.

— Co ci się stało, na Boga?! — zapytała z wyraźnym już wzruszeniem.

— Zakochałam się — ogłosiła Irenka z cichym jękiem. — W Zbyszku Mileckim... Śmiertelnie, powiadam pani: śmier-tel-nie!

— A on? — zapytała siwa pani pośpiesznie.

— A on gwiżdże na mnie!

W tej chwili stało się coś najdziwniejszego. Wytworna pani zaczęła dusić się, najwyraźniej dusić się. Zatrzepotała rękami jak tonący człowiek i chwytała ustami powietrze, też niczym topielec. A jak na rzece, kiedy słońce przygrzeje, lód trzaska i uchodzi do morza, a woda wygładza się i uśmiecha do słońca, taka sama radosna awantura wydarzyła się na twarzy owej pani. Lód spłynął z jej groźnej twarzy, wygładziły się zmarszczki, odetchnęły wreszcie usta. Dostojna, mroźna, twarda twarz zelżała i świetna pani wybuchnęła śmiechem.

Irenka chciała się obrazić, ale przez krótką chwilę. Ten nieoczekiwany, niespodziewany, może od wielu, wielu lat wyglądany śmiech tak ją rozradował, że zaczęła śmiać się także. A teraz z kolei siwa pani podniosła się nagle z fotela i objąwszy ramionami Irenkę zaczęła całować jej głowę.

— Och, ty śmieszne, drogie dziecko... — mówiła szybko. — Głupi ten Zbyszek, że ciebie nie kocha, bo jakże ciebie nie kochać?

— Żeby tak pani Opolska to powiedziała — westchnęła Irenka.

Siwa pani ujęła jej głowę w obie dłonie i rzekła ze wzruszeniem:

— Pani Opolska nie wiedziała o niczym. To biedna, stara kobieta, którą wiatr nosi po świecie, bo jej serce nie zna spokoju. Prawdę o niej powiedziałaś, Irenko moja złota. Ale teraz, kiedy o wszystkim dowie się ode mnie, będzie inaczej, z całą pewnością będzie inaczej... Pani Opolska też miała córkę... A ponieważ jej już nie ma, chciałaby mieć taką jak ty... Taką jak ty... Co dla matki oddałaby życie... Kochane, drogie dziecko... Niech cię Bóg błogosławi!... Zaśmiałam się po raz pierwszy od wielu lat za twoją sprawą, a teraz znowu mam łzy w oczach... Też za twoją sprawą... Co ty ze mną wyprawiasz, zła dziewczyno?... Powiedz swojej matce, że pani Opolska żałuje z całego serca. I że będzie inaczej...

Nagle Irenka cofnęła się o krok. Zbladła i usta jej zadrgały. Dobywając słów z trudem, szepnęła:

— Pani jest panią Opolską!

— Tak! — odpowiedziała jej siwa pani. — Nie gniewaj się. Chciałam usłyszeć prawdę o sobie... Nie chciałam cię przestraszyć... Przebaczysz mi, córuchno?

Irenka zawahała się na jedno króciutkie mgnienie. A potem siwa pani i czarnowłose Cyganiątko objęły się w mocnym uścisku.

A chociaż to była zima, w Zakopanem wielka tej nocy była ulewa.

Albowiem powiada mędrzec: „Kiedy jedna kobieta płacze, wtedy pada rosa. Kiedy jednak płaczą dwie kobiety — i to z radości — wtedy jest ulewa”.