11. „Choć burza huczy wkoło nas...”
Łódź, odepchnięta rozpaczliwym ruchem, wlokła się ciężko, zanurzona aż po burty. Woda była wzburzona i rozruszana przez tabun349 wichrów. Rozhulał się nowy deszcz. Przez szklane jego strugi widać było krążące nad brzegiem trzy widma: trzy ogromne psy.
— Nie wypływajmy na środek wody — rzekł Adaś gorączkowo. — Lepiej, żeby nas nie widziano. Można przecie okrążyć tę wodę?
— Oczywiście! — rzekł Burski. — Tylko że to dłużej potrwa, ale za to będzie bezpieczniej. I tak się boję o łódź! Strasznie rzuca... I o obóz się boję, czy nie popłynął. Zostawiliśmy jednego na straży, ale nie wiem, czy sobie da radę. Ach, prawda! Adasiu... Czy wiesz, kto tam został?
— Skąd mogę wiedzieć?
— Szostak!
— A któż to jest Szostak?
— Boże miły! Ten, w którego księgach nitka udawała setkę.
— Nie może być! Jakbyście się zmówili... Chłopcy, bez gwałtownych ruchów!... A teraz gadaj, Stasieńku, skąd wam przyszło do głowy szukać mnie w lochu?
— Nikt niczego o tobie nie wiedział. Przekonani byliśmy, że jesteś nad morzem. Mieliśmy jednakże od pewnego czasu oko na ten dom. Wiedzieliśmy, że ktoś w nim mieszka, ale nie wiedzieliśmy kto. Nie mieliśmy zresztą żadnych interesów po tej stronie wody. Przed trzema jednakże dniami zwróciliśmy na to uwagę, że się w tym domu dzieje coś niezwykłego. Pewnej cichej nocy odbyła się tam jakaś gruba awantura. Słyszeliśmy rozpaczliwe krzyki.
— To ten Francuz musiał wołać o pomoc! — rzekł Adaś, wskazując ruchem głowy bladą marę350, co leżała w łodzi z głową opartą na kolanach jednego z rycerskiego hufca351.
— Aha! Strasznie krzyczał... Potem wszystko ucichło... Dwóch z nas zrobiło wywiad, ale, zdaje się, dom opustoszał. Tymczasem wczorajszej nocy przed północą usłyszeliśmy rozpaczliwe wołanie o ratunek, a po wodzie głos bardzo niesie...
— To ja wrzeszczałem — oznajmił Adaś.
— Doskonale to zrobiłeś — rzekł Burski z gorącym uznaniem. — Musiano cię słyszeć na dwie mile dookoła. Powiedzieliśmy sobie: „Czuj duch! Tam się odbywają nieczyste historie!” Nie śmieliśmy jednak zrobić wyprawy w biały dzień. Aż tu nagle wali się pod wieczór ta burza! Więc my do łodzi i jazda... Dom ciemny i pusty... Zajrzeliśmy we wszystkie kąty i już chcieliśmy wiać z powrotem, bo niemiłosiernie lało, lecz mnie jakby coś tknęło. W świetle błyskawicy dojrzałem loszek, zamknięty na potężną kłódkę. Pomyślałem sobie tak: dom jest ledwie i jako tako zamknięty, a głupia piwnica zamknięta jest na amen. Coś tam musi być w tej piwniczce!
— Sokrates jest wobec ciebie bałwan, miły Stasiu. Ocaliłeś mnie i tego biedaka. Nigdy ci tego nie zapomnę!
— Ja tobie też nigdy rozmaitych rzeczy nie zapomnę — odrzekł Burski głębokim głosem.
Milczeli przez chwilę, ostrożnie i pracowicie przedzierając się przez zbełtane wody. Łódź posuwała się coraz ciężej. I w niej było mnóstwo wody, którą czerpali dłońmi i czapkami.
— Daleko jeszcze? — spytał Adaś.
— Nie bardzo, możemy jednak nie dopłynąć... Ale tutaj płytko... Może by brzegiem...
— Francuz nie dojdzie — mruknął Adaś.
— Kto to taki? — spytał Burski bardzo cicho.
— Wszystko ci opowiem, ale nie teraz. Musimy go dostawić w jakieś bezpieczne miejsce.
— Będą go szukali?
— Z pewnością. I jego, i mnie. Ja się rozwieję w dym, ale on jest chory. Trzeba go będzie schować na kilka dni, a potem sobie odjedzie.
— Ty, oczywiście, zapadniesz352 u nas w obozie?
— Nie — odrzekł Adaś po namyśle. — Jeśli gdzie będą szukali, to u was, Stasiu! Kto tu dowodzi?
— Ja!
— A czy wam jest wszystko jedno, gdzie rozbijecie namioty?
— Cały świat należy do nas.
— To pięknie! W takim razie zabierzcie swoje namioty i chodźcie za mną tam, dokąd ja muszę pójść.
— Będzie jaka awantura? — zapytał Burski szybko.
— Będzie! — odrzekł Adaś ponuro.
— Zrobione! Należy przedtem wykonać dwie rzeczy: nie utopić się i ukryć tego pana. Jeśli pierwsze zadanie się nie uda, nie będzie potrzeby kłopotania się drugim. Chłopcy — zapytał cicho — dobrniemy?
— Jeśli się woda uspokoi... — odrzekł spoconym i zdyszanym głosem harcerz od steru. — Już bardzo ciemno! Może by spróbować na przełaj?
— W imię Ojca i Syna! — zawołał Adaś. — Wal, bracie, prosto!
Łódź obróciła się ciężko i zaczęła posuwać się z trudem.
— Woda się ucisza — szepnął Burski drżącym głosem. — Może się uda. Uwaga! Spokój i uwaga... Równo!
Wiosłowali z tysiącem ostrożności; zacisnęli zęby i nikt nie wymówił słowa. Błyskawice dawno już pogasły i mokra otaczała ich ciemność.
— Szostak macha latarką! — oznajmił z radością Burski. — Nie może nas widzieć, ale daje znaki. Machaj, machaj, chłopaczku, bo nie wiesz, kogo powitasz. Uda się, uda się! Adasiu, strasznie cię kocham! — krzyknął ni stąd, ni zowąd.
Adaś uścisnął mu rękę w ciemności.
I jego rozpierała radość. Wspaniałym jelenim skokiem przeskoczył — któż to wie? — może własny grób. Wydobył się z grząskiego sopotu353 rozpaczy, w którym ugrzązł po szyję; jest wolny i wśród dobrych towarzyszów, z których jeden skoczy dla niego do zbełtanej wody, a drugi, ten, co tam na brzegu udaje morską latarnię, skoczy dla odmiany w ogień. Awantura wprawdzie nie skończyła się jeszcze i teraz dopiero stać się może prawdziwie groźna. Nie ulega wątpliwości, że „towarzystwo” z Żywotówki wpadnie w zrozumiałą wściekłość, zastawszy puste gniazdo po nim i po Francuzie. Zaczną tropić i wytropią; Francuzowi należy przeto wytłumaczyć, aby uciekał czym prędzej, co zapewne uczyni bez wahania, a samemu trzeba będzie otoczyć się gwardią mołojecką, złożoną z tego świetnego zastępu dzielnych chłopców.
— Co się stało? — krzyknął Adaś, przerwawszy rozmyślania.
— Nieszczęście! — zdławionym głosem odkrzyknął Burski. — Już po nas!
Łódź, ponad wszelką możliwość obciążona, przy nagłym uderzeniu fali przechyliła się nieznośnie i nabrawszy wody, zaczęła tonąć.
— Ratuj się pan! — wrzasnął Adaś po francusku. — Może pan dopłynie!
— Do brzegu niedaleko! — zawył Staszek jakimś bolesnym głosem. — Do wody, chłopcy!
Francuz zerwał się z wielkim trudem i ogarnąwszy jednym spojrzeniem położenie, zaczął szukać wzrokiem brzegu. Dotąd leżał z głową opartą na kolanach maleńkiego chłopczyny, co miał ze czternaście lat i był „praktykantem” wśród „starych” wygów354. Chłopak krzyknął z bolesną rozpaczą. Francuz spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i bez namysłu chwyciwszy go wpół, runął z nim do wody. Musiał cierpieć straszliwie, gdyż twarz miał wykręconą konwulsyjnie. Omdlewał, lecz nie puścił chłopca. Utrzymywał go ponad topielą lewą, wykręconą ręką, prawą bił wodę spazmatycznymi ruchami. Fala zalała go raz i drugi raz, lecz on, w jakiejś oszalałej zawziętości, wygrzebywał się spod niej i bełkocąc niezrozumiałe słowa, płynął.
Na wodzie uczynił się rozruch i zamęt. Płynęli wszyscy z rozpaczliwym wysiłkiem, drapieżnie chwytając się życia jak urwistego brzegu. Już niedaleko... Już niedaleko... Szostak macha wciąż latarką... Woda kipi i gotuje się, lecz coraz więcej na niej białych, zmąconych pian, więc tu już zapewne płytsza. Wreszcie któryś z topielców zatrzymał się i musiał sięgnąć nogami dna, gdyż wynurzył się z wody do pasa.
— Tutaj! Tutaj! — darł się wielkim głosem.
Podpłynął do niego Adaś i również stanął na nogach.
— Gdzie Francuz? Gdzie Francuz? — pytał gorączkowo, wylewając słowa z ust razem z wodą.
— O, tam, tam... niedaleko... Dźwiga chłopca!
„Bohaterski człowiek!” — pomyślał Adaś i zaczerpnąwszy oddechu, rzucił się raz jeszcze na głębszą wodę, wołając: — Niech się pan trzyma!
Po chwili ujrzał przed sobą trupio bladą twarz Francuza tulącego małego chłopczynę. Podał mu rękę i ciągnął na płyciznę.
— Są wszyscy? — wołał Burski.
— Wszyscy!... Wszyscy!
— Pomóżcie mi! — krzyknął Adaś.
Dzielnego Francuza wyniesiono na brzeg.
Stężała dotąd jego twarz rozprężyła się, gasnącym spojrzeniem uśmiechnął się do chłopczyny, którego ocalił, i zemdlał z wyczerpania.
— Morowy355 chłop! — rzekł Burski. — Daj mu, Boże, zdrowie! Do obozu, prędko do obozu! O, Szostak pędzi...
Szostak pomyślał w pierwszej chwili, że jeden z tych piorunów, co wyrżnęły w ziemię podczas niedawnej burzy, musiał uderzyć w jego głowę, czego on przez dziwne roztargnienie nie zauważył. Zdawało mu się bowiem w tej chwili, że zwariował z kretesem i bez żadnej nadziei na poprawę. Ujrzawszy Adasia, chwycił się za głowę i wykonał skok tak wspaniały, jakiego nie widuje się często nawet wśród pcheł. Potem wydał z siebie wysoki skowyt: najwyższy ton nagłego i przeraźliwego szczęścia. Wpadł w otwarte ramiona Adasia i zaczął płakać jak dziecko.
— Jak się masz, jak się masz? — mruczał Adaś wzruszony. — Jak ci się powodzi, Czarna Nitko? Już dobrze, już dobrze... Au! — krzyknął niespodzianie, poczuwszy na szyi gorąco. — Przysmażyłeś mnie latarką!
Wszyscy gadali w ogromnym podnieceniu, na które władczą rękę położył Staszek Burski.
— Trzeba ratować tego człowieka! — zawołał. — Szostak! Jest jaki suchy koc?
— Jest!
— Dawaj go tu!
Położono Francuza na kocu, czterech topielców chwyciło za cztery rogi i pędem ponieśli go do namiotu. Napojono go gorącą herbatą i natarto z taką serdeczną gorliwością, że Francuz ożył czym prędzej.
Deszcz przestał padać i gwiazdy, doskonale wymyte, przeto jak gdyby jaśniejsze, zaczęły mrugać ponad światem. A w obozie zapłonęło ognisko, również jak gwiazda. Godzina była dziesiąta.
Adaś, należycie osuszony, wydobył z kieszeni papiery i również je osuszył. Potem odbywszy cichą naradę z komendantem, „wziął słowo”356 i rzekł:
— Dziękuję wam, najdroższe chłopaki, żeście uratowali życie mnie i temu panu...
— Nie ma za co! — oznajmił tatarski czambuł.
— Teraz my z kolei podziękujemy jemu za to, co on uczynił... Panie! — zwrócił się do Francuza. — Nie wiem, kim pan jest... Ale teraz wiemy wszyscy, że jest pan prawdziwym Francuzem. Sam w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ocalił pan naszego towarzysza. Wspaniale pan postąpił, wspaniale! Dziękujemy panu z całego serca... Nie opuścimy pana, oczywiście! A tu są pańskie dokumenty i czeki!
— Och, och! — zdumiał się Francuz.
„Obóz” nie rozumiał wprawdzie potężnego przemówienia i nie wiedział, co mają oznaczać te małe, nad ogniem wysuszone książeczki, lecz wysłuchawszy wszystkiego w uroczystym skupieniu, kiwał poważnie licznymi głowami.
— A teraz, mili towarzysze — mówił Adaś — mam do was wielką prośbę. Za waszą sprawą wydobyłem się ze srogich tarapatów, lecz tarapaty jeszcze się nie skończyły. Jak mi mówił Staszek, jest wam wszystko jedno, pod jakimi nocujecie gwiazdami. Ja muszę wiać stąd czym prędzej... Czy powędrujecie ze mną?
— Do piekła! — wykrzyknął z zapałem Szostak.
— Może być, że i do piekła...
— Kiedy idziemy?
— Myślę, że o wschodzie słońca... Niedaleko... Do wsi Bejgoły...
— Da się zrobić! O świcie obóz będzie zwinięty. A co z tym panem?
— Z tym jest największa trudność. Musimy go gdzieś zostawić pod dobrą opieką. Nie miałbym chwili spokoju, gdyby jemu miało co grozić. Staszek, radź, bracie, co robić?
Staszek Burski od długiej chwili już grzebał w przepaścistej głowie.
— Ja mam myśl — mówił powoli. — Sprawa jest taka: tę nieszczęsną łódź, która leży na dnie wody, pożyczyłem od księdza. Wprawdzie był to już wodny karawan, ale musimy księdzu za nią zapłacić. Muszę do niego zajść. Zacny to jest człowiek i machnie na wszystko ręką, ale pójść trzeba. Chyłkiem nie ucieknę... Myślę przeto, czy nie dałoby się pana Francuza ukryć u księdza?
— Wybornie! — zawołał Adaś. — Ale czy się zgodzi?
— Widziałem — mówił Burski — jak przed kilku dniami owijał bandażami zranioną nogę jakiegoś włóczęgi, którego potem karmił w swoim biednym domu przez trzy dni. Włóczęga, odchodząc, zabrał mu tylko dwie kury, bo staruszek nie miał ich więcej. Widziałem też, jak w koszyku nosił do biednej wioski kilka bochenków chleba, a przysięgam, że sam musiał być głodny, bo się ledwie wlókł. Widywaliśmy go często tutaj nad wodą, bo łowił ryby, lecz nigdy żadnej nie ułowił, gdyż nie przywiązywał do wędki haczyka, pewnie dlatego, aby ryby nie zranić. Siedział godzinami na brzegu i serdecznie namawiał ryby, aby się zechciały przyczepić do sznurka, na którym wisiała na przynętę skórka chleba. Kochane człowieczysko, tylko zbyt poczciwe i wielki już staruszek.
— Daleko stąd mieszka?
— Niedaleko. Spoza wzgórka widać biedniutki kościółek i mizerny domek.
— A nie byłoby za późno, gdyby zajść do niego o tej porze?
— O siódmej wieczorem też byłoby za późno! Biedaczysko idzie spać o zmroku, gdyż żałuje na naftę. Zamiast nafty dla siebie można kupić chleba dla innych.
— Są jeszcze tacy ludzie... — rzekł Adaś wzruszony. — Mój Boże!
Zwrócił się do Francuza, co odpoczywał z zamkniętymi oczami, i opowiedział mu pokrótce, co uradzono.
— Dobrze! Dobrze! — rzekł Francuz. — Tu niebezpiecznie... Tu bardzo niebezpiecznie... Oni tu przyjdą.
— Więc my odejdziemy stąd przedtem. Staszek! Jak my to wszystko urządzimy?
Burski podrapał się w hetmańską357 głowę i wygrzebał z niej wojenny plan:
— O świcie zwiniemy obóz i pojedziemy, dokąd każesz. Teraz zaprowadzimy tego pana do księdza. Za godzinę będziemy z powrotem. Czy możemy wyruszyć w tej chwili?
— Oczywiście! — rzekł Adaś. — Gdyby jednak można przedtem... tak cokolwiek... Od rana nic nie mieliśmy w ustach...
— O, rany! — wrzasnął Staszek. — Szostak, słyszysz?
Szostak dał już nurka do namiotu i grzebał w nim skwapliwie.
— Trochę zamokło... — mówił zdyszany. — Czekolada... Chleb...
— Zjadłbym i kamień — śmiał się Adaś. — Byle miękki.
Najpierw nakarmił Francuza, potem sam machnął kilkakrotnie szczękami jak młody wilk.
— Teraz jestem gotów do najstraszliwszych czynów... W drogę, panowie! Czy pan będzie mógł iść o własnych siłach? — zapytał Francuza.
— Spróbuję. Jest mi bardzo przykro...
— Mówić nie warto! — przerwał mu Adaś.
Wraz z Burskim ujęli go pod ręce i uszli kilka kroków.
— Nie da się! — rzekł Burski. — Ten człowiek jest okropnie wycieńczony.
Francuz, poczuwszy dotkliwy ból w ręce, syknął w pierwszej chwili, lecz zaraz potem zacisnął zęby, aby niczego po sobie nie pokazać.
— Tak, nie da się w ten sposób! — przyświadczył Adaś. — Bracia Polacy! Trzeba będzie nieść tego dzielnego człowieka.
— Ja poniosę! — zgłosił się na pierwszego ochotnika ocalony przez Francuza chłopczyna.
— I ty też, i ty też!... Bądź spokojny, krzywda ci się nie stanie.
Nieśli go na zmianę, zachowując wszelkie ostrożności, aby go nie urazić. Droga była uciążliwa, gdyż krętą ścieżką wlokła się pod górę. Świat zalała powódź wilgotnej ciemności, więc idący na przedzie oświetlał drogę latarką.
— Już niedaleko — rzekł znużonym głosem Burski. — Za tym zagajnikiem...
Zaczerniła się sylwetka maleńkiego, drewnianego kościółka, takiego ubogiego przybytku, w którym Pan Bóg najchętniej przebywa i do którego czasem w dzień pogodny wlatują jaskółki i pszczoły. Obok stał domek, przed którym tkwiły na warcie dwa wyniosłe słoneczniki. W niewielkim oddaleniu bieliły się chłopskie chałupiny jak gromada białych owiec na łące.
— Przystańcie, a ja zapukam — rzekł cicho Burski. — Żal mi budzić staruszka, ale co robić?
Uderzył lekko palcem w szybę okna i nasłuchiwał.
— Trzeba mocniej...
Po długiej chwili mignęło w oknie chude światełko. Skrzypnęły drzwi i stanął w nich rumiany starowina w białym obleczeniu358 jak przyjazny duch.
— Święci młodziankowie!359 A co się stało? — zapytał, wypatrując w mroku.
— Harcerze przynieśli chorego człowieka! — oznajmił Burski. — Czy ksiądz dobrodziej zechce go przyjąć?
— Aaa! — zdumiał się staruszek. — Żyjecie jeszcze! Nie potopiliście się?
— My nie, ale łódź, księże proboszczu, leży na dnie — rzekł Burski z odrobiną strachu w głosie.
— Niech spoczywa w spokoju! — powiedział ksiądz. — Prawdę powiedziawszy, to nie była łódź, lecz arka Noego. A który z was jest chory?
— Z nas żaden. To obcy: Francuz.
— Święci młodziankowie! Skąd Francuz?
— Wszystko księdzu dobrodziejowi opowiemy. Czy można go wnieść?
— Ależ tak! Ależ tak! Tędy...
Staruszek podreptał szybko do izby i mościł jakieś posłanie.
— Tu go połóżcie, święci młodziankowie... A co jemu jest?
— Rękę ma zwichniętą. I omalże się nie utopił, a jednego z nas wyratował...
— Taka to ryba? Patrzcie: Francuz! A czy on katolik?
— Zapewne...
— Tutaj go kładźcie. Poduszkę pod głowę... Mam tylko jedną, ale wyborną, bo wypchaną kogucim pierzem. Tak, tak dobrze! A ten młodzianek, kto on taki? Jego jeszcze nie widziałem — mówił, patrząc z życzliwym uśmiechem na Adasia.
— Nasz przyjaciel, proszę księdza.
— Ja bardzo chciałbym z księdzem proboszczem pomówić na osobności! — rzekł Adaś z powagą.
Ksiądz Kazuro, tak się zwał, zdumiał się odrobinę. Potem się uśmiechnął słodkim, rumianym uśmiechem.
— Chodź ze mną, młodzianku święty, do drugiej izby, a nie lękaj się myszy, bo bardzo oswojone.
Ksiądz wdział na siebie jakiś nieszczęsny płaszcz, który — sądząc z wieku — mógł być połową opończy świętego Marcina360, i zapaliwszy drugą, dychawiczną361 świeczkę, uczynioną z wybornego łoju362, powiódł go do maleńkiej izdebki obok. Długo tam z sobą gadali.
— Arabska awantura363, święci młodziankowie! — mówił ksiądz Kazuro, powróciwszy do zgromadzenia. — Już wiem wszystko... Tego Francuza przechowam u siebie i ciałem własnym go zasłonię, ale tak myślę, że go u mnie szukać nie będą. Pan Adam też tutaj pozostanie na noc, a wy, święci młodziankowie, czyńcie, co macie czynić.
— Stasiu! — mówił z pośpiechem Adaś, odprowadziwszy Burskiego na stronę. — Teraz niech twoja armia idzie spać, ale śpijcie czujnie jak zające. O świcie wybierzcie się w drogę i podążajcie do wsi Gąsowskich, do Bejgoty. Rozbijcie obóz za parkiem, nad strumieniem. Ja wyruszę też o wschodzie słońca, ale inną drogą. Spotkamy się w Bejgole. A teraz dawaj pyska, mandrylu364!... Raz jeszcze dziękuję ci za życie!
Uścisnęli się, po czym Burski żegnał się z księdzem.
— Niech was Bóg prowadzi, święci młodziankowie! — rzekł ksiądz.
— Czuwaj! — krzyknęła gromada.
— Oczywiście, że będę czuwał — odpowiedział staruszek, cokolwiek zdumiony, że ta przyjemna hałastra nakazuje mu to tak gromko i obcesowo365.
Wymknęli się w noc jak ruchliwe cienie.
Ksiądz Kazuro przyjrzał się Francuzowi i mówi:
— Biedaczyna jest przeraźliwie wymizerowany. A po jakiemu on gada?
— Po francusku. Trochę też po rosyjsku... — odparł Adaś.
— A po łacinie nie umie?
— Wątpię.
— W takim razie będziemy sobie gadali na migi, bo ja ani po francusku, ani po rosyjsku... A co jemu dać jeść? Nie chcę go dotknąć, ale kiedyś słyszałem, że Francuzi, młodziankowie święci, żaby jedzą. Czego to ludzie o ludziach nie wymyślą...
— On będzie wszystko jadł, jeśli tylko będzie mógł, proszę księdza dobrodzieja. Najlepiej będzie, jeśli będzie pił mleko.
— Eh bien, du mleko! — szepnął Francuz, bacznie się przysłuchujący.
„Gada dosłownie jak Napoleon pod oszmiańska karczmą — pomyślał Adaś. — Usłyszał znane słowo i zrozumiał”.
— Co on powiedział? — zdumiał się ksiądz Kazuro.
— Powiada, że będzie pił mleko.
— Patrzcie, patrzcie, młodziankowie święci! Toż to zupełnie jak po polsku, bo i ja zrozumiałem. Zobaczymy jego rękę!
Ostrożnie, łagodnymi ruchami obnażył rękę Francuza, dotknął jej w kilku miejscach i pomrukiwał:
— Ja i lekarzem jestem w mojej wsi... Nastawiam złamane ludzkie nogi, a gdy krowa obje się wilgotnej koniczyny i brzuch jej wezdmie, ja też robię operację. Zębów tylko nie rwę, bo nie mam do tego serca. Od razu mnie mdli... Zęby u nas wyrywa kowal, który do wielkiej doszedł wprawy... Ale mu ta ręka napuchła, ho, ho! Trzeba będzie zrobić okład, a jutro zawołam jakiegoś mocnego chłopa, to mu ją naciągnie. Jest tu u nas jeden taki, bardzo mocne chłopisko, i dobrze to robi. Trzeba tylko uważać, aby ręki z kretesem nie wyrwał, bo bardzo jest zapamiętały we wszystkim, co robi... Nacierpiał się Francuz, nieboraczek, nacierpiał! Czy wyście go nieśli, młodziankowie święci?
— Najpierw tośmy go prowadzili, ująwszy pod ręce, ale musiało go mocno zaboleć, więc potem nieśliśmy go na rękach.
— Na noszach trzeba było, na noszach!
— Kiedy nie było...
— To choćby na desce, aby ręki nie urazić. Był tu przede mną ksiądz, który mi opowiadał to, co jemu opowiadał jego poprzednik. W sześćdziesiątym trzecim roku366 mieszkał w tym domku młody ksiądz, co się umiał obchodzić ze strzelbą. Na sto kroków trafiał. A jednego dnia zamknął kościółek i poszedł wojować do lasu. Pod Bejgołą go ustrzelili... To wieś panów Gąsowskich, niedaleko stąd... Śmierci był bliski, więc go Gąsowscy ukryli w małym domku w ogrodzie...
— W małym domku... w ogrodzie... — powtórzył Adaś jak echo.
— Tak, tak, święty młodzianku... Aż tu jednej nocy dają znać: „Moskale idą!”. Pan Gąsowski nie stracił ducha i woła, aby księdza wynieść i odnieść go tutaj. Ale jak wynieść? Śniegi były po szyję... Końmi nie można było przejechać. Więc zdjęli z zawiasów drzwi...
— O Boże! — szepnął Adaś.
— Nie opowiadam ci bajek, tylko prawdę czystą! Zdjęli drzwi, rzucili na nie grubą burkę367, położyli księdza na drzwiach i tutaj przez las przynieśli. Dwadzieścia lat żył jeszcze.
— A te drzwi?... Co się stało z tymi drzwiami? — spytał Adaś bez tchu.
— Pan Gąsowski dał je księdzu na pamiątkę, bo plama od krwi na nich została. Teraz już jej nie widać, ale ja ją jeszcze pamiętam.
— Które to drzwi?
— Chciałbyś je zobaczyć? Po nocy ich nie ujrzysz, ale możesz to zrobić o świcie. Te sławne drzwi są teraz w małej szkółce, którą postawiłem przy boskiej pomocy. Ile razy je mijam, zawsze westchnę za spokój duszy tego księdza, co wojował w lasach. Ja bym nie umiał, bo się strzelby boję. A do zająca też bym nigdy nie strzelił, bo i zając boże stworzenie. Ale spójrz no, młodzianku święty! Twój Francuz śpi... Niech tu sobie śpi, niebożątko, bo jutro będzie miał ciężki dzień. My też chodźmy spać!
Spać? Adaś chciał śpiewać, a nie spać. Leżał z otwartymi oczami. Znużony, rozbity, zgorączkowany, dygocący jeszcze po straszliwych przejściach, zaglądał wciąż w okienko, czy się za nim nie jawi perłowy świt? Świt jednakże był jeszcze daleko. Stary jakiś kogut, bliski krewny słońca, wyśpiewał ochrypłym głosem północ.
„Nie usnę w żaden sposób!” — pomyślał Adaś.
Natura jednak, baba przeraźliwie mądra i doświadczona, ujrzawszy krnąbrnego chłopczynę, zarzuciła na jego rozpaloną głowę czarne chusty i zamroczyła go snem. Wyrywał się i „wierzgał przeciw ościeniowi”368, wreszcie jednak osłabnął i jak ciężki kamień poleciał w ciemną przepaść, na której dnie przespał się mocno aż do wschodu słońca.
— Młodzianku święty! — szeptał nad nim ksiądz Kazuro, gładząc go po głowie.
Adaś zerwał się i w pierwszej chwili patrzył na rumianego i siwego księdza jak na widmo, nie rozumiejąc, gdzie się znajduje, a zrozumiawszy, roześmiał się.
— Ależ spałem! — zawołał. — Byłbym przespał cały dzień. Co tam Francuz?
— Gadaliśmy sobie przez pół godziny bardzo serdecznie, tylko że nie wiem o czym. Przespał się i jest rzeźwiejszy. Zapytaj go, młodzianku święty, czego mu potrzeba, bo ja idę mszę świętą odprawić.
— A czy ksiądz dobrodziej pozwoli mi obejrzeć drzwi?
— A! Te drzwi z Bejgoły... Nie zapomniałeś?
Adaś chciał odrzec słowami proroka Jeremiasza369, że „prędzej by język przyschnął do jego podniebienia”370, niżby on o tych drzwiach zapomniał. Z Francuzem pogada za chwilę...
Mały, ubożuchny budyneczek szkolny był otwarty, nikt bowiem nie był łasy na czarną tablicę i wyschniętą gąbkę. Obok szkoły płowy371 pastuszek pasł melancholijną i wielkooką krowę.
Serce drżało w Adasiu, gdy dotknął rękami długo szukanych drzwi: pokrzywił je reumatyzm starości i stoczyły je czerwie372. Obejrzał je bacznie. Nic nie widać. Nie ma na nich żadnego napisu. Może z drugiej strony? Nie! Po drugiej stronie też nie ma nic.
Adasia ogarnął niepokój. Począł myśleć gorączkowo.
„Jeżeli oficer pozostawił na tych drzwiach jakiś znak, umieścił go zapewne w miejscu bardzo niewidocznym, aby go nikt nie dojrzał przez prosty przypadek. Trzeba szukać tego miejsca. Najpewniej w jakimś zagięciu... Nie ma, nie ma!... Ach! Może coś napisał lub namalował farbą, którą starto, niosąc drzwi przez lasy i śniegi, czego oficer nie mógł przewidzieć w żaden sposób? Tak, tego nie przewidział, musiał się jednak obawiać, że drzwi zostaną kiedyś wymyte i że gorąca woda z ługiem373 napis zetrze. Człowiek to był mądry i roztropny! Umieścił przeto napis w takim miejscu na drzwiach, do którego nie dotarłaby woda i groźniejsze od wody ludzkie spojrzenie. Gdzie jest na drzwiach takie miejsce?”
Adaś uderzył się ręką w czoło.
— Nie masz ty, chłopczyno, nożyka? — zapytał wyrostka, pogromcę leniwej krowy.
Okazało się, że łagodny chłopczyna posiada owo mordercze narzędzie.
Adaś począł żmudnie i cierpliwie odejmować szerokie, żelazne okucie, tworzące wcale zbyteczną zbroję znikomej dziurki od klucza. Sczerniałe żelazo wpiło się w sosnowe miękkie drewno i wżarto się w nie ostrymi brzegami. Odjął je wreszcie i ujrzał jasną bliznę na poczerniałym drzewie.
Serce w nim zamarło: są znaki!
Wyżłobione ostrym narzędziem, zapewne końcem noża, i napuszczone czarną farbą, jeszcze doskonale widoczną. Z zapartym tchem czytał powoli francuskie słowa:
W wielkim domu znajdziesz dwie malowane brody.
Nie patrz poza siebie.
Patrz przed siebie i czytaj w brodzie!
Przez chwilę stał osłupiały.
„A jednak biedny oficer musiał być w malignie — pomyślał. — Przecie to nie ma sensu!”
Półgłosem powtórzył kilka razy dziwaczne, „brodate” słowa. Z sensem czy bez sensu, trzeba je zapamiętać i wyryć je w pamięci ostrym rylcem. Ponieważ mu się wydało, że słyszy w oddaleniu na żwirze kroki księdza, co przed mszą świętą poszedł pogadać z pszczołami, więc począł szybko zacierać kozikiem374 stary napis. Obłupał nim malowane słowa, aby ich już nikt nie mógł odczytać. Przyłożył na miejsce stare żelaziwo i wyszukawszy kamień przed szkołą, wbił nim rdzą przeżarte gwoździe.
Otarł pot z czoła i usiadł na progu.
Ksiądz Kazuro nadszedł wolnym krokiem.
— Chodź ze mną do kościoła, młodzianku święty! — mówił serdecznie. — Masz za co dziękować Panu Bogu!
— Mam, mam, kochany księże proboszczu! — zaśmiał się Adaś.
12. „Puk, puk w okieneczko...”
Panna Wanda wpadła do pokoju jak krogulec375 do gołębnika, wołając z daleka:
— List! Jest list od Adasia.
— Chwała Ci, Panie Boże! — zawołał profesor.
— Jakiś nieznany człowiek go przyniósł i oddał ludziom na polu.
— A na odpowiedź nie czeka?
— Nie! Powiedział, że burza się zbliża, więc mu śpieszno... Niechże stryjaszek prędko czyta.
Matematyk machnął lekceważąco ręką na znak, że mało go zajmują listy młodych urwipołciów, pani Gąsowska natomiast okazała żywe zainteresowanie.
Profesor zaczął czytać głośno, najpierw bardzo szybko, potem coraz powolniej. Skończył i spojrzał na wszystkich zdumionym wzrokiem.
— Dziwny list — rzekł po namyśle. — Jakiś sztuczny i wymyślny.
— O mnie nie raczył pamiętać! — zagrzmiał matematyk.
— Mniejsza o to! — rzekł profesor zniecierpliwiony. — Prawdę mówiąc, mógł napisać więcej. To serdeczne chłopczysko, a list jest niemalże oschły.
Odczytał go szeptem po raz drugi i nagle zakrzyknął:
— Ejże! Co to wszystko ma znaczyć?
— Co takiego, stryjaszku? — spytała panna Wanda z niepokojem.
— Adaś wie przecie, że nasza wieś zowie się Bejgoła? Wie czy nie wie? Czemu ją tedy nazywa „Ejgołą”? Ha!
Nikt mu tego nie umiał wytłumaczyć, dlaczego Adaś dopuścił się takiego zaniedbania czy roztargnienia.
— Bawi się, więc mu wyleciało z głowy! — huknął brodaty.
— On nie jest taki! Ejgoła... Ejgoła... Ale w tym liście dziwniejsze jeszcze znajdują się rzeczy. Powiedzcie mi, kim jest ta „pani Maria”, za którą mu tak tęskno?
— Może o mnie myślał? — zaszemrała dobra pani Gąsowska.
— Przecie tobie na imię Ewa?
— Mógł zapomnieć...
— On?! Nie, on by nie zapomniał. A mówił do mnie dziesiątki razy: „pani Ewa prosi na obiad...”, „pani Ewa jest zmęczona...” Nie, nie! W tym coś tkwi, ale co? Jak myślisz? — zapytał, zwracając się do matematyka.
— Pokaż mi ten list! — zagrzmiał brat.
Przyjrzał się bacznie pismu i mówił:
— Nie to mnie dziwi, że pomieszał imiona... Mógł naprawdę zapomnieć. Wiatr hula po młodej głowie... Zastanawia mnie jednak szyk tych kilku zdań, porwany, krótki, istotnie jakiś sztuczny. I zastanawiają mnie te nierównej długości wiersze. Żaden prawie nie dociera do samego brzegu kartki i czym prędzej przenosi się na lewą stronę. Zazwyczaj piszący dociera ze swym słowem do brzegu, a skoro mu miejsca nie starczy, dzieli słowo i drugą jego część przenosi. Tak podobno czyniono za moich czasów. Ten młodzieniec jednak nie podzielił żadnego słowa. Zaraz!... Czuj duch! Dlaczego on tak uczynił?
— Musiał mieć w tym jakiś cel! — rzekł profesor z pośpiechem. — On zawsze ma jakiś cel!
Matematyk nie zwracając uwagi na okrzyk profesora, zagłębił się w dociekaniu.
— Twierdzicie uparcie, że to mądra głowa. Przyjmijmy to jako pewnik. Przeto mądra głowa, pisząc zamiast Bejgoła — Ejgoła, pragnie, aby na to zwrócono uwagę. Tak czy nie?
— Możliwie! Możliwe! A skądżeż znowu ta Maria?
— Przypuszczam, że Maria zjawiła się z tego samego powodu. Albo też nie! Maria musiała mu być potrzebna! Potrzebna, mówię! Jeśli nie cała, to przynajmniej... Tak, tak! — zakrzyknął z triumfem, powiewając listem. — Tak samo jak mu była potrzebna Ejgoła. „E” było mu potrzebne i „M” było mu potrzebne... Ależ to lis, to lis! Patrzcie i czytajcie pierwsze litery z góry ku dołowi.
Profesor czytał powoli i dobitnie:
Strzeżcie DOMU
— O Boże! — krzyknęła pani Gąsowska. — Co to znaczy?
— Jest to akrostych376 — objaśnił wielkim grzmotem matematyk. — Ułożył go pono nawet Wergiliusz377 w Eneidzie, jeśli to nie zwykły przypadek378. Nasz przyjaciel użył go celowo... Prosta sztuczka! Trudniejszą jest kwadrat magiczny, znany od wieków. Słynny jest wyraz „sator”. Patrzcie! Na odwrotnej stronie listu Adasia napisał ołówkiem:
| s | a | t | o | r |
| a | r | e | p | o |
| t | e | n | e | t |
| o | p | e | r | a |
| r | o | t | a | s |
— We wszystkich kierunkach czytane, z góry na dół, z dołu do góry, od lewej ku prawej i od prawej ku lewej stronie, zawsze się złoży: „sator — arepo — tenet — opera — rotas”379. Ciekawe, co? Taką samą sztukę matematycy arabscy czynili z liczbami. Napiszmy takie na przykład:
| 4 | 9 | 2 |
| 3 | 5 | 7 |
| 8 | 1 | 6 |
Dodawaj, w którą chcesz stronę, i na ukos, zawsze wypadnie suma: 15. To wyborne!
— A cóż ma jedno z drugim? — zawołał profesor.
— Nic! Ale chciałem was pouczyć przy sposobności. Sprawa pism tajemnych, anagramów380, kryptogramów381 akrostychów i kwadratów magicznych382 nie jest mi obca, dlatego tak łatwo wpadłem na ślad podobnej sztuczki w tym ciekawym liście. Wam nie przyszłoby to do głowy!...
Profesor machnął ręką.
— Mniejsza o to! Rzecz w tym, dlaczego Adaś list taki napisał?! Dlaczego tak tajemniczo? Kto mu mógł zabronić, aby napisał wyraźnie: „Stało się to i to, więc strzeżcie domu!”.
— Widać z tego — rzekł matematyk — że uległ czyjejś przemocy. Ktoś mu kazał napisać list, który miał nas uspokoić i uśpić naszą czujność. Jednakże sprytny chłopiec czujność tę obudził, przemyślnym nawołując nas akrostychem. Periculum in mora!383 Wandziu, idź obudź nocnego stróża, aby miał oko na dom. Krzywdy żadnej mu się nie wyrządzi, bo wyspał się w nocy. Ewo! Każ zaniknąć wszystkie drzwi! Gdyby zauważono kogoś nieznajomego w pobliżu domu, uderz na alarm łyżką w patelnię. To będzie znak!
Niewiasty wybiegły, goniąc własny lęk.
— Ty, Pawle... — zagrzmiał matematyk, urwał jednak, spojrzawszy na mroczną twarz brata.
Pan profesor jak gdyby nie słyszał gromkiej komendy. Siedział skupiony i głęboko zadumany.
— „Strzeżcie domu!” — powtarzał niskim głosem. — „Strzeżcie domu!”... Oczywiście, będziemy go strzegli... Mądry chłopiec!... A wiesz, bracie — rzekł z niespodzianą dobitnością — co mi przychodzi na myśl? Mój znakomity uczeń, posyłając nam to hasło, wiedział o jakiejś zamierzonej napaści lub o jakichś nieprzyjaznych knowaniach. Przypadkiem jednak uderzył tymi słowami w nasze serca.
— Nie widzę związku pomiędzy sercem i akrostychem!
— Nie widzisz?... W tym właśnie cała tragedia, że ty nie widzisz! Bracie! — rzekł gorącym głosem. — Nie gadałem z tobą o tym przez całe lata... Nie chciałem zwady, lękałem się twojej popędliwości... Wiesz, że cię kocham serdecznie, choć tego nie pokazuję...
— I cóż mi chcesz teraz powiedzieć? — zapytał podejrzliwie matematyk.
— Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy, więc możemy zrzucić z serca to wszystko ciężkie, co je tłoczy. Ostrzegawcze słowa tego chłopca odbiły się w mojej duszy głośnym echem. „Strzeżcie domu!” Czy my strzeżemy tego domu, w którym od trzystu lat kwitło i umierało, umierało i kwitło nasze życie? Uczciwe, proste, szlachetne życie wielu pokoleń. I ty, i ja przestaliśmy strzec domu, w którym jak w spichrzu przechowywano przez wieki zdrowe ziarno. Ja wyleciałem jak gołąb z arki, a ty czynisz wszystko, ale nigdy to, coś czynić powinien. Nasz dom się wali, rozsypuje się w gruzy, zapada się w ziemię. Niszczeje z nim to, co było zgrzebne, lecz uczciwe. Marnieje malutka komórka tego wielkiego, pracowitego ula, co jest ojczyzną. Marnieje i zniknie wreszcie jeszcze jeden chlebny warsztat, co żywił wiele ludzi. Maluczko, a wygnają nas stąd...
— Nie może być! — zdumiał się matematyk.
— Może być, może! Nie tylko nas stąd wygnają, ale razem z nami i tę szlachetną dobroć, co mieszkała w tym domu, i pamięć spraw wielkich i wzniosłych, i tę dumę odwieczną, co się nie skalała nigdy czynem złym lub niskim. Ten dom był wylęgarnią ludzi nie doskonałych, bo takich nie ma na świecie, lecz czystych i uczciwych, których jest mało na świecie. A my jakże go strzeżemy? Tobie oddaliśmy go pod opiekę... Tobie... A ty zamiast pazurami wedrzeć się w tę odrobinę ziemi, zamiast na własnych barkach dźwigać ten dom jak Atlas384 świat, obarczyłeś tą troską biedną, znękaną kobietę, a sam...
— Ja miałem wielkie plany... — mówił matematyk nad podziw spokojnie.
— Wiem, wiem... Lecz twoje plany były nie „wielkie”, lecz „zbyt wielkie”. Głowę miałeś w chmurach, ale nie czułeś gruntu pod nogami. Nie gniewaj się, miły bracie, że gorycz przemawia przeze mnie. Z miłości to mówię, nie ze złośliwości. Wiesz, co jest najgorszym wrogiem uczciwej polskiej natury? Dyletantyzm385... Imanie386 się nie swoich rzeczy... Szlachetne partactwo387... Godzien wielkiego szacunku jest szewc, który wybornie szyje buty, śmiechu natomiast wart jest taki szewc, co zaniedbawszy swojego rzemiosła, pisuje liche wiersze i usiłuje wiązać rymy jak kozie ogony. Ty grzebiesz się w wielkiej matematyce, uroiwszy sobie, że zdumiejesz świat. Bez głębokich przygotowań, bez olbrzymiej wiedzy, zdobytej w spoconym trudzie, bez wytrzymałości, która potrzebna jest nawet geniuszowi, pragniesz dokonać czegoś, czego najtęższe nie mogły dokonać głowy. Ile lat strawiłeś na tym?
— Piętnaście — odrzekł matematyk ponuro.
— I co?
Brat targnął brodę i z niezmiernym trudem wyznał:
— Nie doszedłem do niczego... Nie myśl — dodał gwałtownie — że i mnie nie przychodziło na myśl to wszystko, o czym mówisz w tej chwili. Łudziłem się jednak... Widzę, że łudziłem się tragicznie. Wstyd mi się było przyznać... A nie wiedziałem, że z naszym domem jest tak źle. Przysięgam ci, że nie wiedziałem!
— Z gwiazd nie widać Bejgoły... A tymczasem twoja żona więcej wylała łez, niż ty wypisałeś matematycznych znaków.
— Jak to? Ona płakała?
— Myślę, że codziennie od lat piętnastu.
— Biada mojej głowie! — krzyknął matematyk.
— Były to jednak drobne deszcze przed wielką ulewą łez, co spadnie w owym dniu, w którym każą wam stąd odejść.
— Nigdy, nigdy! — wołał brat. — Połóż rękę na sercu i przysięgnij, że mówisz prawdę!
— Kładę rękę na sercu — rzekł uroczyście profesor.
Matematyk runął na krzesło wedle przepisu Danta „I upadł, jako ciało martwe pada”388. Dyszał ciężko i mocował się z duszą jak Jakub z Aniołem389. Po długiej chwili zaczął mówić, tocząc słowa jak głazy:
— Dzisiaj jeszcze spalę moje papiery... Na nic mi one, skoro są oblane łzami... Partactwo, powiadasz? Precz z partactwem!
— Tak, tak! — rzekł profesor gorąco. — Wielkie rzeczy zostaw innym, co się na tym znają. Nie troskaj się o cudze sprawy... Świat da sobie radę bez ciebie! O drogi bracie! Strzeż domu, jak ci radzi ów wyborny chłopiec, Piotruś. Czy nie gniewasz się na mnie?
Matematyk, przedziwnie rozrzewniony, otworzył szeroko ramiona i przycisnął brata najpierw do brody, a potem do serca. Wykrzyknął jakieś słowa niezrozumiałe i podniósłszy w górę obie ręce, jakby tym ruchem chciał powstrzymać niebo, walące mu się na głowę, „były matematyk” wybiegł z pokoju.
Profesor patrzył za nim długo, potem westchnąwszy z wielką ulgą, poszedł na poszukiwanie Wandzi, aby się z nią naradzić nad umocnieniem lichej bejgolskiej twierdzy.
Obejrzeli wszystkie drzwi i zamknęli na zasuwę drzwi od wejścia, chociaż dzień dopiero szarzeć poczynał i wieczór był jeszcze za lasem. Spuścili starego psa z łańcucha i namawiali gorąco, aby przynajmniej udawał jaką taką grozę, pies jednak spojrzawszy na nich jednym okiem — zasnął.
— Pierwej jego buda zaszczeka niż on! — rzekł zgorszony profesor. — Ale co to? Grzmi?
— Nie, to tatuś wydaje jakieś okrzyki...
Po niedługiej jednakże chwili zagrzmiało naprawdę i błyskawica rozorała pociemniałe niebo od wschodu do zachodu. Wielkie drzewa skłoniły się sobie w szumnym pokłonie, jak gdyby żegnały się przed śmiercią. Ptactwo poczęło krążyć w niespokojnym locie, szukając kryjówek. Artyleria niebieska z hukiem zajeżdżała na pozycje na najwyższym wzgórzu, uczynionym przez chmury. Błyskawice latały jak sztafety. Wreszcie huk zwalisty, potworny, nagły i taki wielki jak cały świat dał znak do rozpoczęcia bitwy czarnych, skłębionych mocy.
— Koniec świata! — rzekł profesor.
— Co robi w tej chwili Adaś? — zapytała Wandzia bardzo cicho.
— Niech mu Bóg pomaga — westchnęła pani Gąsowska.
Pan Bóg, wysłuchawszy serdecznej tej prośby, oświetlał tymi samymi błyskawicami więzienie Adasia.
Burza toczyła się leniwie, zanim zapadła w zachodnią czeluść nieba. A nikt o tym nie wiedział — bo profesor przypuszczał tylko — że burza, jeszcze sroższa, szaleje w duszy brodatego męża. Jak czarnoksiężnik, w którego komnacie harcuje horda szatanów, siedział on wśród kłębowiska chmur, co się wiły dokoła jego głowy. Otworzył piec i wetknął w zachłanne jego gardło zapisane karty papieru. W rozpaczliwym porywie pragnął ręką schwytać rozpaloną błyskawicę na niebie i tą pochodnią lucyferową390 podpalić w piecu. Ponieważ jednakże błyskawice wiły się jak śliskie, nieuchwytne węże, więc uśmiechnąwszy się boleśnie, użył do tego celu marnej zapałki. Przytknął ją do papieru i patrzył z kamiennym spokojem, jak płomień najpierw polizał papier, jak pies — czerwonym ozorem, a potem zaczął go pożerać bez pośpiechu, zgoła niechętnie. Ogień zjada z lubością jedynie listy miłosne. Stare gazety, rachunki i akta zjada z opryskliwym trzaskaniem, mocno dymiąc. Za oknami ulewa zalewała świat, ale na myśl jej nie przyszło, aby choć jedną kroplą zalać to całopalenie.
„To moje życie płonie! — pomyślał czarno »były matematyk«. — Ha! Oczyszczam duszę w ogniu!”
Machnął ręką i poszedł spać.
Spał głęboko, chociaż już dzień się rozzłocił, jasny i czysty po wczorajszej burzy.
W tej chwili rozbrzęczał się rozpaczliwy głos patelni, gwałtownie bitej po wydętym brzuchu.
— Alarm! — zakrzyknął „były matematyk”, zrywając się z łoża jak dzik z legowiska na odgłos strzału. — Alarm! Wróg się zbliża... Co się stało? — spytał gromko, gdy Wandzia wetknęła głowę przez drzwi.
— Jakiś obcy! — zameldowała.
— Zbójca?
— Nie! Chłopiec... Harcerz... Powiada, że od Adasia!
— Wpuścić! Wołać stryja! — rozkazał.
Staszek Burski zdumiał się niezmiernie, że go z takimi przyjmują honorami, choć zamiast biciem w bębny biciem w patelnię.
— Na Boga! Ja znam tę twarz! — zawołał profesor na jego widok. — Chłopcze! My musieliśmy się już spotkać kiedyś w życiu?
— Tak jest, panie profesorze — odparł Staszek wesoło. — W ostatnim roku siedziałem z Adasiem na jednej ławce.
— Zdumiewające! Góra z górą się nie zejdzie...391 Skąd przybywasz, jakie przynosisz wieści?
— Najdziwniejsze!
Cokolwiek onieśmielony, że słucha go tyle osób, począł opowiadać wspaniałą historię, pełną jęków w podziemnym lochu, burzy, piorunów, złych ludzi, wściekłej wody, co zatopiła łódź, a przede wszystkim pełną... Adasia. Gdy nabierał oddechu przed nowym rozdziałem piekielnej awantury, słuchacze wydawali okrzyki podziwu, zdumienia lub grozy. Profesor spozierał po słuchaczach, wołając każdym spojrzeniem: „A co? Nie mówiłem?”. Emerytowany matematyk pomrukiwał pomrukiem zadowolonego lwa. Damy wyrażały swój podziw zamykaniem oczów, jak gdyby nie mogły patrzeć w mroczną twarz grozy.
— Adaś zjawi się tu lada chwila — mówił Burski. — Jakeśmy się umówili... Może nawet już jest w naszym obozie, aby za dnia nie wchodzić do domu, bo go mogą pilnować... Bo my, proszę pani, z polecenia Adasia założyliśmy obóz poza parkiem, nie zapytawszy nawet o pozwolenie...
— Załóżcie go nawet w samym parku! — rzekła serdecznie pani Gąsowska.
— Bardzo dziękuję... Jeżeli jednak, proszę pani, zginie na folwarku jaka kura lub kaczka, niech to nie idzie na nasz rachunek, bo my nie jadamy mięsa.
— Ale jabłka jecie, co? — huknął pan Iwo.
— Z przyjemnością — uśmiechnął się Burski.
— Cały sad do was należy!
— Bardzo dziękujemy — rzekł chłopiec, przymykając oczy z zachwytu. — Co mam powiedzieć Adasiowi, gdyby był w obozie?
— Że czuwamy i że czekamy go całym sercem! — zawołał szybko pan profesor.
Burski wymknął się z domu kuchennymi drzwiami i przelazłszy przez mizerny mur chiński, jakim jest płot, dał nurka w zarośla.
Profesor pozostał z Wandzią, aby raz jeszcze odbyć przegląd przygód Adasia. Nie wymawiał zwykłych słów, lecz je sadził jak wyniosłe cyprysy, każde bowiem było wykrzyknikiem, wykrzyknik zaś przypomina kształtem to strzeliste drzewo.
— Dzielny chłopiec! — tak wołał. — Mądra ryba!... I wszystko dla nas!... Dla obcych!... Mogli mu tam łeb ukręcić, a on nic! Nowe pokolenie! Odważne pokolenie!
Spojrzał na dziewczynę z nagłym zajęciem i zapytał, zdumiony:
— A ty czemu płaczesz jak głupia?
— A skąd ja mogę wiedzieć, dlaczego płaczę? — rzekła Wandzia, oblewając słowa rzęsistymi łzami. — Stryjaszek niczego nie rozumie!
Wybiegła z pokoju, gubiąc łzy po drodze.
Stary profesor wzruszył ramionami, dziwując się tej niezgłębionej tajemnicy: płacze, a sama nie wie dlaczego? I jeszcze się zżyma, że on nie rozumie tego, czego i ona nie rozumie.
— Salomon392 też by nic nie rozumiał — pocieszył się profesor.
Oczekiwał Adasia przez cały dzień, lecz go się nie doczekał. Ani on, ani inni, niecierpliwie czekający. A panna Wanda przypominała marcowy dzień, co to popłacze odrobinę, osuszy łzy błyskiem słońca i znowu popłakuje.
— Ujrzymy go jutro o świcie! — pocieszył ich profesor.
Gdy legł na łoże, westchnął siedem razy, bo nigdy nie wzdychał do pary, zgasił świecę i zanurzył się w sen jak w ciepłą wodę. Nagle mu się wydało, że ktoś leciutko stuka w szybę. Nie mógł przez dłuższą chwilę zrozumieć, czy to naprawdę ktoś puka, czy to tylko jego serce, oczekując gwałtownych zdarzeń. Nie, to nie serce! Więc ostrożnie zwlókł się z łoża i ostrożnie zbliżył do okna. Ten ktoś za oknem, ujrzawszy blade widmo w nocnej koszuli, zaczął mu dawać znaki, a znaki były przyjazne.
— Adaś, jak mi Bóg miły! — szepnął profesor.
Otworzył okno w wielkiej cichości i wyciągnął ręce.
— Panie profesorze! — szepnął Adaś. — Czy mogę wejść przez okno?
— Czemu przez okno?
— Mógłby się ktoś obudzić. I Staszek Burski jest ze mną...
— Właźcie prędko!
— Niech pan profesor nie zapala światła... My widzimy w nocy jak koty... Staszek, właź!
Po chwili zaczęły latać w ciemności gorące szepty:
— Panie profesorze! Znalazłem drzwi!
— Nie może być!
— I drzwi znalazłem, i napis. Wszystko wiem! Teraz trudno o tym opowiadać. Ja tylko na chwilę. Panie profesorze najdroższy! Niech pan teraz o nic nie pyta, bo nie mamy czasu. Czy w domu wszyscy śpią?
— Być może, że tylko Wandzia płacze... Przez cały dzień dzisiaj płakała...
— Och! — westchnął Adaś cichutko.
Przez moment milczenie nasiąkało mrokiem, po czym Adaś zaczął mówić:
— Niech pan profesor będzie taki dobry i pójdzie zobaczyć, czy kto nie śpi? We wszystkich oknach ciemno, ale trzeba być ostrożnym.
— Nie rozumiem, o co idzie, ale pójdę. Dziwne rzeczy, dziwne rzeczy!
Jak białe widmo w długiej koszuli, tak długiej jak opowieści o duchach, zniknął za drzwiami.
Obaj chłopcy oczekiwali jego powrotu.
— Czemu panna Wanda przez cały dzień płakała? — spytał Staszek szeptem.
— Skąd ja mogę wiedzieć?
— Śliczna dziewczyna... — szeptał Burski rozmarzony.
— Staszek! Ja...
— Nie kończ! Rozumiem... Byłbym ostatnia małpa... Cicho! Pan profesor powraca...
Biały duch, tym się od zawodowego ducha różniący, że nie kłapał zębami i nie chrzęścił piszczelami, wsunął się do pokoju.
— Cały dom śpi! — oznajmił. — A co teraz?
— Teraz my pójdziemy na strych, a pan profesor niech stoi na czatach393. Gdyby schody skrzypnęły i gdyby się kto obudził, niech go pan profesor uspokoi.
— Na strych? Teraz? Piotrusiu! Gdybym nie wiedział, że jesteś przy zdrowych zmysłach...
Adaś zaśmiał się cichutko.
— Niech pan profesor będzie spokojny. Staszek!... Miej latarkę w pogotowiu... Tędy!
Profesor usiadł na łóżku i łowił uchem każdy szmer.
„Czego oni szukają o północy na strychu? — rozmyślał zaniepokojony. — Straszny chłopiec! Jakaś wielka przygotowuje się awantura... Długo nie wracają... Nic nie słychać... Oho! Są...”
— Wszystko w porządku, panie profesorze — szeptał Adaś rozradowanym szeptem. — Bardzo przepraszam za obudzenie. Jutro się zjawię. Ach! Panie profesorze... Przyjdę ze Staszkiem rano w porze śniadania i wcale się nie będę ukrywał. Przeciwnie, o jedno proszę: niech pan profesor uczyni wielki zgiełk na moje powitanie. Taki zgiełk, żeby z daleka go słyszano. I niech pan profesor będzie zdumiony, że mnie widzi.
— Ja w ogóle będę zdumiony!
— O to idzie, aby nikt nawet nie przypuszczał, że ja tu byłem w nocy.
— Rozumiem! Mam być chytry!... Będę chytry. I będę się darł wniebogłosy. Zresztą gdybym ja tego zaniedbał, mój brat huknie tak, że słychać będzie na trzy mile. Co ty tu masz, chłopcze?
— Nic. Taki sobie drobiazg...
— Na strychu go znalazłeś?
— Tak. Przypomniałem sobie, że to widziałem, kiedyśmy zwiedzali strych. Pamięta pan profesor? Ale my już musimy iść — rzekł szybko, jakby unikając dalszych pytań.
— Znowu przez okno?
— „Z księżycem przez szpary!”394 — jak mówi Słowacki. Do widzenia, panie profesorze! Staszek, wyłaź pierwszy!
— Chłopcy, na Boga, dokąd wy idziecie?
— „Z dali w dal!”395, jak mówi poeta — zaśmiał się cicho Adaś.
— Nie żartuj, Piotrusiu! Czy nic wam nie grozi? Daj mi słowo, że się nie narażasz na niebezpieczeństwo!
— Oho! Staszek-ptaszek już wyleciał! — szepnął Adaś, nie odpowiedziawszy na bolesne pytanie. — Dobranoc, drogi panie profesorze! Niech pan cichutko zamknie okienko... I nikomu ani słowa...
— Piotrusiu!
„Piotrusia” jednakże już nie było. Dwa cienie, skulone i zgarbione, zaczerniły się na chwilę i wsiąkły w mrok jak dwie atramentowe plamy w bibułę.
— Boję się! — jęknął duch w długiej nocnej koszuli i wreszcie stał się podobny do zawodowego ducha, gdyż z zimna zaszczękał zębami.
13. Któż to z płaskiego nie chce jeść talerza?
— Na Boga! Co się stało? — spytała z trwożnym zdumieniem pani Gąsowska, kiedy nagle w połowie śniadania cichy zawsze pan profesor począł się drzeć jak opętany.
Wszyscy spojrzeli na niego z zatroskaniem, można było bowiem przypuścić, że czcigodny historyk postradał nagle zmysły. A on, na nic nie zważając, potężnym wrzaskiem trwożył przyrodę, utkwiwszy spojrzenie w jeden punkt. Ponieważ śniadanie spożywano na ganeczku przed domem, więc wszyscy zwrócili oczy w stronę bramy, tam bowiem rozkrzyczany profesor ujrzał coś, o czym całemu oznajmiał światu.
— Adaś idzie! — zawołała panna Wanda i porzuciwszy dary boże, pobiegła jak sarna.
— Ona go jeszcze pocałuje... — szepnęła ze strachem pani Gąsowska, widząc serdeczne powitanie.
— A cóż by w tym było złego? — rzekł profesor głosem już jako tako ludzkim. — Hej, chłopcy, prędzej tu do nas!
— „Ach, co widzę — tu śniadanie!”396 — mówił Adaś, z radosnym rżeniem wygłaszając wiersz Papkina z Zemsty. — Staszek, do roboty!
Najpierw jednakże odbyło się powitanie wzruszające i rozrzewniające, zanim młodość poczęła pożerać razowy chleb, który wydaje zapach na ziemi najpiękniejszy. Pani Gąsowska patrzyła z rozczuleniem dobrej kobiety, która by wszystką młodość świata pragnęła przytulić do serca. „Były matematyk” pomrukiwał z zadowoleniem grzejącego się na słońcu niedźwiedzia, tym zaś bliższe prawdy było to porównanie, że w głębokiej misie złocił się na stole miód, złota krew lata... Fiołkowe oczy panny Wandy pociemniały i zwilgotniały.
„Czemu ta dziewczyna ciągle płacze? — pomyślał profesor. — Dziwnym stworzeniem jest kobieta! Smutno jej było — płakała, teraz znowu płacze, bo jej wesoło. Jest to ponad rozumne pojęcie, że dwa odmienne uczucia kobieta umie tym samym wyrażać sposobem...”
Adaś opowiadał nadzwyczajne historie, słuchano go zaś w głębokim milczeniu.
— Mamy wielkie nowiny! — ogłaszał donośnym głosem. — Bardzo wielkie nowiny... Udało mi się poczynić niezwykłe odkrycie... Żadnej w tym nie ma mojej zasługi, gdyż więcej zdziałał przypadek. Nie jestem jeszcze pewny, lecz prawie pewny! Jeśli moje obliczenia nie zawiodły, mogę powiedzieć, że wielka tajemnica napoleońskiego oficera została wyjaśniona.
— Mów ciszej, młodzieńcze! — ostrzegł go „były matematyk”.
Adaś jednakże w zapale nie zwrócił wcale uwagi na roztropną przestrogę, gdyż mówił coraz głośniej:
— Znalazłem nowe dokumenty, o których istnieniu nikt nie wiedział.
— Gdzie je znalazłeś? — zapytał profesor.
— Podczas mojej wędrówki. Nie będę opowiadał, jak i gdzie, bo to nie ma znaczenia. Proszę państwa! Ja wiem, w którym miejscu oficer napoleoński zakopał to, co przyniósł ze sobą spod Moskwy.
— Nie może być! — zawołał profesor. — A może wiesz, co ze sobą przyniósł?
— Tego wiedzieć nie mogę. Dzisiaj o zmierzchu będziemy o wszystkim wiedzieli.
— Czemu dopiero o zmierzchu?
— Jasny dzień nie sprzyja podobnym sprawom. O zachodzie słońca poproszę panów, aby zechcieli udać się ze mną. Panie, niestety, będą musiały pozostać. Czeka nas robota gruba i ciężka.
Rzuciwszy rozpaloną pochodnię w łatwopalną słomę wyobraźni, skłonił się wdzięcznie i mrugnąwszy lewym okiem na adiutanta, Staszka Burskiego, zniknął z pola widzenia. Powiódł przyjaciela do swojej izdebki na tajną naradę.
— Widziałeś co? — zapytał cicho.
— Patrzyłem za każdy krzak i za każde drzewo, ale nikogo nie widziałem.
— Nadaremnie zrywałem sobie gardło — mówił Adaś w zamyśleniu. — Do wieczoru jednak daleko... Jak myślisz? Czy wiedzą już, że tu jesteśmy?
— Trudno na to odpowiedzieć. Nasza warta w obozie też niczego nie zauważyła, ale to nie jest żaden dowód. Jestem pewny, że jeżeli dotąd nas nie wyśledzili, wyśledzą nas w najbliższym czasie. To nie jest wielka sztuka... Uf! Ale jestem śpiący!
— Ja też. Noc była pracowita... Spać jednak nie będę, bo mam pełną głowę i muszę myśleć. Ty możesz się przespać, ale śpij z otwartymi oczami.
— To dobre dla zająca!397 — westchnął Staszek. — Dokąd się wybierasz?
— Znikam, bo mi będziesz chrapaniem przeszkadzał w zamyśleniu.
Adaś znikł dlatego przede wszystkim, że nie mógł spokojnie usiedzieć. Przygotowywał „wielką scenę”, w zawiłym i mrocznym dramacie na wiele się ważąc. Trzeba mu było dla tej sceny romantycznego oświetlenia: tajemniczego mroku i ogromnych cieniów, więc czekał wieczora. Przekonany był, że obmyślił wszystko i że wszystko przewidział, wciąż jednak powracał myślą do tego, co się ma rozegrać, zatrwożony, że mógł w podnieceniu przeoczyć coś, co zepsuje cały dramat.
Dzień mu się dłużył okropnie. Patrzyli na niego wszyscy jak na czarodzieja, lecz nikt już o nic nie pytał. Ciekawość płonęła we wszystkich oczach, tak że każda z osób zebranych w Bejgole mogłaby spojrzeniem podpalić skład prochu. Jedynie we wzroku profesora tliła się — obok ciekawości — odrobina żalu, że wierny jego druh i towarzysz awantury nie powierzył mu tajemnicy.
Wreszcie słońce — „oko dnia pięknego”398 — zaczęło zachodzić srebrzystą mgłą, potem czerwienieć i gasnąć. Wietrzyk zaszemrał w listowiu. Wieczór zaczął padać jak czarny śnieg.
Zamyślony Adaś ożywił się jak wódz, co odpoczywał przed bitwą, a teraz ducha natęża i pręży. Zgromadziwszy wszystkich, oznajmił sucho i twardo:
— Idziemy na wyprawę... Pan Gąsowski weźmie rydel399, pan profesor łopatę.
— Wezmę łopatę! — nie wiadomo dlaczego oświadczył profesor.
— Burski poniesie latarnię, lecz niech jej teraz nie zapala, aż mu dam znak. Ja będę szukał drogi... Potem porobię obliczenia... Proszę o ciszę i spokój! Rozmawiać nie wolno! Pójdziemy w rozsypce, aby gromadą nie zwracać uwagi. Ja idę pierwszy, Burski na samym końcu. Nie! Jeszcze nie możemy pójść. Pan profesor musi zmienić strój!
— Czemu?
— Nie można być odzianym biało, skoro się idzie na nocną wyprawę. Pana profesora można by w tym białym odzieniu dojrzeć wśród najgłębszej ciemności.
— Oczywiście — szepnął profesor i podreptał do swego pokoju, skąd powrócił po chwili jako widmo czarne i piekielne.
— Idziemy! — wydał rozkaz Adaś. — Panie niech zamkną dom i czekają bez lęku. Nie otwierać nikomu, tylko nam, i to wtedy, gdy panie usłyszą trzykrotny głos żaby. Burski wybornie udaje żabę.
— W imię Ojca i Syna! — jęknęła w trwodze pani Gąsowska.
— Będziemy nasłuchiwały — rzekła panna Wanda.
Szli chyłkiem przez ścieżyny parku jak mroczni i milczący Indianie. Adaś wiódł ich przez opętane drogi, pomiędzy chaszcze i gęsto rosnące tarniny, o które czasem pan Gąsowski zaczepiał brodą. Odpoczywali często, a wtedy Adaś czujnie nasłuchiwał. W pewnej chwili zbliżył się do Staszka, kroczącego wilczym chodem w tylnej straży, i szepnął:
— Słyszałeś co?
— Zdaje mi się, że coś słyszałem...
— Z której strony?
— Z lewej... Jakby ktoś rów przesadził... Nie boisz się?
— Czego? Nic się przecież stać nie może. Chodźmy!
Przez dziurę w płocie (mieli ich do wyboru siedemdziesiąt siedem) przeleźli na niewielką łączkę, na której było prawie widno.
— Baczność, panowie! — rzekł Adaś głośniej niż dotąd. — Jesteśmy u celu. Teraz będziemy szukali. Staszek, zapal latarnię!
Wydobył z zanadrza jakiś pożółkły papier i zbliżywszy go do latarni, przyglądał mu się długo i ze zmarszczonym czołem.
— W której stronie jest droga? — zapytał, zwracając się do pana Gąsowskiego.
— O dwadzieścia kroków stąd, za tymi drzewami... Ot, tam!
— Dobrze. Musimy mierzyć w stronę drogi od tego wzgórka.
Zajrzał znów do dokumentu i rzekł:
— Od tego wzgórka należy odliczyć ku północnej stronie dziesięć kroków. Muszą to być kroki duże, męskie, gdyż takimi odległość tę odmierzano. Niech pan profesor odliczy dziesięć kroków! Ku północy! Tak, dobrze...
Profesor, niezmiernie przejęty swoją rolą, zaczął kroczyć z powagą sekundanta400, co przed pojedynkiem wytycza metę śmierci. Wszyscy szli za nim w milczeniu.
— Dziesięć! — oznajmił profesor. — Nie pomyliłem się!
Adaś sprawdzał coś przez dłuższą chwilę w swoim papierze, po czym rzekł:
— A teraz jedenaście kroków ku zachodowi w najprostszej linii!
— Jedenaście ku zachodowi w prostej linii! — powtórzył profesor bezbarwnym głosem jak sternik okrętu, który musi powtórzyć komendę oficera.
Widma szły za nim, skupione i do głębi przejęte. Gromadka znalazła się tuż przed zwartą ścianą drzew. Adaś udając, że patrzy w dokument, chyłkiem przebiegł spojrzeniem mrok pod drzewami.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił głosem bardzo drżącym. — Tu będziemy kopali. Niech pan Gąsowski świeci, a ja z Burskim zabierzemy się do roboty.
— A co ja? — zapytał profesor z żalem.
— Pan profesor będzie patrzył dokoła i da nam natychmiast znać, gdyby dojrzał coś podejrzanego.
— Gwizdać?
— Wszystko jedno! Staszek, kop!
Dwa rydle poczęły krajać ziemię z niespokojnym pośpiechem. Po chwili pot zaczął się lać ze szlachetnych młodzieńczych czół.
— Niżej światło! — zawołał Adaś.
Pan Gąsowski pochylił skwapliwie latarnię.
— Jest co? — zapytał.
— Jeszcze nic... „To” musi być zakopane głęboko. Panie profesorze, nic podejrzanego?
— Spokój i cisza! — odrzekł profesor.
— Kopmy!
Pracowali z zawziętym, milczącym uporem. Dół był już głęboki, lecz na nic jeszcze nie natrafiono.
— Jest coś! — krzyknął nagle Burski zduszonym głosem. — Ostrożnie!
Pan Gąsowski wetknął latarnię w dół, a Adaś, padłszy szybko na ziemię, wetknął tam głowę.
— Coś jest, coś jest! — oznajmił z głębokim wzruszeniem. — Staszek, właź!
Burski wskoczył do dołu i zniknął w nim razem z głową. Musiał się z czymś mocować, gdyż słychać było pracowite postękiwanie.
— Masz? — zawołał Adaś.
— Mam — odpowiedział głos z brzucha ziemi. — Jakaś żelazna skrzynka!
— Nadzwyczajne! — huknął pan Gąsowski.
Burski podał coś Adasiowi i wygramolił się z dołu.
— Stara, żelazna skrzynka! — rzekł Adaś. — Udało się! Proszę bliżej z latarnią... Strasznie stara, lecz doskonale zachowana.
— Otworzyć, otworzyć! — wołał pan Gąsowski.
— Nie da się, bo na głucho zabita!... Bez narzędzi nie damy rady... Ależ ciężka! Panowie, zabieramy skrzynkę i...
— Baczność! — wrzasnął przeraźliwie pan profesor.
— Ręce do góry! — wrzasnął równocześnie głos inny.
— Och! — krzyknął Adaś niezmiernie zdumiony, podnosząc powoli ręce do góry.
— Rzucić to! — rozkazał głos obcy, chrapliwy i drżący ze wzruszenia.
Dzielny pan profesor, dojrzawszy nieludzko chudą postać z rewolwerem w ręce, chwycił rydel i zamierzył się nim na zbrojne widmo, co wyszło z leśnego mroku.
— Rzucić to natychmiast, bo strzelę! — mówił chudzielec groźnie.
— Proszę usłuchać, panie profesorze! — zawołał Adaś. — Jesteśmy bezbronni! Ten pan ma nas w swojej mocy...
Patrzył czujnie na chudego człowieka, co się zbliżył powoli, wodząc czarnym okiem rewolweru po struchlałej gromadce. Stanąwszy przed Adasiem, mówił powoli, jadowicie barwiąc słowa:
— O wszystkim pamiętałeś, chłopaczku, tylko o mnie zapomniałeś... A ja ciebie strzegłem jak źrenicy oka! Bardzo ci dziękuję za piękną robotę! Doskonale to zrobiłeś! Chwalisz się tylko zbyt głośno i trąbisz jak jerychońska trąba!... Ale poza tym jesteś mądry! Ho, ho. Nie wiedziałeś, kiedy cię pytałem, co znaczy 10 i 11 we francuskim liście, a teraz wiesz... Dziesięć kroków i jedenaście kroków... Nie ruszaj się! Szkoda by było takiej mądrej głowy. Posuń nogą tę skrzynkę w moją stronę.
— Nie mogę, za ciężka... — odrzekł Adaś zdławionym głosem.
— To dobrze, że ciężka... Więc ty sam trzy kroki w tył! I ten brodaty! Prędzej!... Nie mam czasu na rozmowy...
Adaś kroczył w tył, wpatrzony bystrze w lufę broni.
Chudy człowiek zbliżył się tygrysim ruchem i porwawszy skrzynkę, ujął ją lewą ręką i umieścił pod pachą. Prawą wciąż wodził po osłupiałym zgromadzeniu.
— Mógłbym ci w łeb strzelić — mówił głucho — abyś mnie kiedyś później nie wytropił. Twoje szczęście, że hałas jest niepotrzebny. No i wdzięczny ci jestem! A nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz... Żegnam was, panowie! Pan znowu chwyta za rydel? — zaśmiał się niemiło, zwróciwszy się do profesora. — Bardzo dzielny z pana staruszek.
— Łotrze! — krzyknął pan profesor.
Tamten dał niespodzianie susa i przepadł wśród drzew.
— Gońmy go! — wrzasnął pan Gąsowski.
— Ani kroku! — zawołał Adaś zdławionym głosem. — Ani kroku! Czy panu życie niemiłe? Zresztą...
Nie dokończył, bo zaczął nasłuchiwać. W niewielkiej odległości zgrzytliwym głosem zawarczał motor.
— ...Zresztą on ma auto. Niewysokiej widać marki, bo kicha i szczeka, ale jedzie. Niechże sobie jedzie na złamanie karku.
— Ależ skarb, skarb! — zahuczał „były matematyk”. — Chłopcze! Czy z przestrachu straciłeś zmysły? Czemu się śmiejesz, u stu diabłów! I ty też? — krzyknął, spojrzawszy na Staszka.
— A cóż mamy robić? — spytał Adaś spokojnie.
— Gonić go!
— Jak? Na nogach?
— Damy znać... Niech go chwytają!...
— A ja marzę o tym, aby on uciekł na kraniec świata i aby go nigdy nie schwytano. Ja panu wszystko wyjaśnię... Niech się pan zechce uspokoić...
Pan profesor, jedyny Bayard401 armii, przysłuchiwał się, równie zdumiony, tej rozmowie. Nie rozumiał dziwacznego postępowania swego beniaminka402, ale ani przez chwilę nie wierzył, by Adaś „stracił zmysły ze strachu”.
„Coś w tym tkwi!” — pomyślał. A potem rzekł głośno:
— Uspokój się, bracie, i wracajmy do domu.
— Z pustymi rękami? — krzyknął „były matematyk”.
— Mamy łopaty... — bąknął profesor.
Powrót odbywał się w mrocznym milczeniu. Gromadka wlokła się ospale jak niedobitki Konrada Wallenroda403 z wyprawy lub jak szczątki cesarskiej armii po przebrnięciu przez czarne topiele Berezyny. Pan Gąsowski czasem przystawał i chwytając się zrozpaczonym ruchem rąk za głowę, pomrukiwał lwim pomrukiem.
Staszek zakwakał jak stara żaba, co była primadonną404 w żabiej operze.
Panie, ujrzawszy chmurami zasnute oblicza, przelękły się i już dobra pani Gąsowska chciała się też chwytać za głowę, kiedy Adaś rzekł szybko:
— Wszystko w porządku, proszę pani!
Uśmiechnął się równocześnie, lecz tak był roztargniony, że zamiast do dobrej mamy, uśmiechnął się do ślicznej córki.
— I cóż nam teraz powiesz, bohaterski młodzieńcze? — zapytał pan Gąsowski, który gryzł to pytanie jak kwaśne jabłko podczas powrotnej drogi.
— Niech państwo zechcą usiąść! — poprosił wdzięcznie Adaś. — Historia jest dość długa, a tylko wielki Tacyt405 umiał opowiadać historię stylem zwartym i nad podziw treściwym.
— Wie o tym ode mnie! — rzekł z dumą profesor. — Mów, dobry Piotrusiu, jak umiesz!
— Sprawa jest taka — rozpoczął Adaś. — Znalazłem owe słynne drzwi u księdza Kazury...
— To święty człowiek! — szepnęła pani Gąsowska.
— ...znalazłem więc i drzwi, i Francuza. I znalazłem napis na drzwiach... Jeśli ten napis, o którym powiem później, nie jest napisanym okrzykiem człowieka bredzącego w gorączce, znajdę drogę do kryjówki.
— Przecie jużeśmy ją znaleźli przed godziną... — huknął pan Gąsowski.
— Ech! — zaśmiał się Adaś. — Ta była fałszywa... Bo ja urządziłem komedię, proszę pana... Dość zresztą niebezpieczną... A musiałem ją urządzić, wiedziałem bowiem, że byłem śledzony. Gdybym poszedł prosto do prawdziwej kryjówki, odebrano by nam prawdziwą rzecz znalezioną. Za wszelką cenę musiałem się pozbyć tych, co za mną szli krok w krok. Gdy wilki gonią człowieka, człowiek rzuca im byle ochłap, aby się wilki zatrzymały. Uczyniłem podobnie. Widziałem wśród gratów na strychu starą okutą skrzynkę, napełnioną szpargałami. Zabrałem ją w nocy, o czym wiedział tylko pan profesor...
— Ha! — zawołał pan profesor, pomalowawszy to słówko podziwem, zdumieniem i prawdą.
— ...Ze Staszkiem Burskim napełniliśmy skrzynkę starym żelaziwem, przytwierdziliśmy wieko gwoździami, wbitymi na amen, i zakopaliśmy ją dokładnie w tym miejscu, gdzieśmy ją dzisiaj wieczorem odkopali.
— Zdumiewające! — zagrzmiał pan Gąsowski.
— Myślałem tak: opryszki pilnują każdego mego kroku, niechże więc wiedzą, co czynię, byle nie wiedzieli wszystkiego. Dlatego dzisiaj rano tak głośno opowiadałem podczas śniadania o znalezieniu skarbu. Któryś z nich musiał to słyszeć i czekał wieczora. Urządziłem przedstawienie, głęboko przekonany, że z zarośli podglądają nas jakieś oczy... Gdyby panowie byli wtajemniczeni, nie odegraliby swoich ról z taką wyborną naturalnością, z jaką to uczynili, i sprytny opryszek mógłby się spostrzec, że urządzamy komedię. Dlatego nie powiedziałem wam ani słowa. I te wszystkie hokus-pokus z zaglądaniem do starego niby dokumentu i z liczeniem kroków były komedią. Umyślnie liczyłem kroków dziesięć i jedenaście, gdyż opryszki znały te liczby z listu napoleońskiego oficera, więc podsłuchującemu wydały się prawdopodobne.
— Świetnie, świetnie! — wołał profesor.
— Wcale nieświetnie, panie profesorze... — rzekł Adaś. — Odważyłem się na awanturę, byłem bowiem przekonany, że ci ludzie, ujrzawszy wykopaną skrzynkę, zakradną się w nocy do domu i dopiero wtedy ją zabiorą, tym łatwiej, że zostawiłbym niedomknięte okno, a skrzynkę ukryłbym tak, że znalazłby ją nawet ślepy. Nie przewidziałem jednak zuchwałej odwagi tego chudego człowieka, co nas zaskoczył. Komedia mogła się łatwo zamienić w tragedię, gdyby ten pan strzelił w podnieceniu, dlatego tak usilnie prosiłem pana Gąsowskiego o spokój.
— Młodzieńcze, ty nie zginiesz własną śmiercią! — zawołał „były matematyk”, patrząc na Adasia ze szczerym podziwem.
— Bardzo też i pana, i pana profesora przepraszam za tę awanturę — mówił Adaś z uśmiechem. — Nie było innej rady, aby się pozbyć prześladowców, chociaż na pewien czas, obawiam się bowiem, że zbadawszy cenny łup, wpadną w szał. W tym mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie im na myśl komedia. Skrzynka jest stara, żelaziwo zardzewiałe. Pomyślą raczej, że i oni, i my zostaliśmy oszukani; że zawartość skrzynki dawno już znikła i ktoś, zabrawszy skarby, napełnił ją żelastwem. Skrzynkę zbadają dzisiejszej nocy i albo jutro powrócą, albo dadzą wszystkiemu spokój. Ponieważ nie jestem pewny, więc przez dwa, trzy dni nie będziemy zaczynali niczego. Udawajmy, że jesteśmy pogrążeni w rozpaczy...
— Kiedy mnie się chce śmiać! — rzekł pan profesor.
— Śmiać się wolno, ale w kułak406, drogi panie profesorze. Niepokoi mnie bowiem sprawa inna jeszcze.
— Jaka, jaka?
— Owych ludzi było trzech, a my widzieliśmy tylko jednego. Gdzie są tamci? Przynajmniej jeden, naprawdę groźny, ów fałszywy malarz. Być może, że tamten szuka Francuza, być też może, że szedł jak cień za tym chudym, zwietrzywszy zdradę... Nie wiem! Dlatego proszę o spokój i rozpłakaną ciszę przez dwa dni. Ja tymczasem będę rozważał, gdyż czeka mnie trudne zadanie. A na koniec chcę bardzo serdecznie przeprosić panią, że śmiałem bez pozwolenia zabrać ze strychu ową skrzynkę... Zdaje mi się, że niewiele była warta, ale to wszystko jedno. I chociaż pan profesor pozwolił...
Pan profesor, zmarszczywszy brwi, począł sobie przypominać usilnie, kiedy wydał to pozwolenie, dobra zaś pani Gąsowska zachodziła w głowę, dlaczego ten przyjemny chłopak, prosząc o przebaczenie mamy, znowu patrzy na córkę, co jednakże wcale nie zdziwiło córki.
Nakazany przez Adasia smutek, cętkowany rozpaczą, zasnuł dom jak dym z zepsutego pieca. Profesor rozmawiał szeptem z bratem, który zaniechawszy matematyki, coraz częściej zaczął spoglądać na gwiazdy, słuszną tym budząc we wszystkich obawę, że zleciawszy z jednego konia, będzie usiłował wygramolić się na drugą kobyłę, tym razem astronomiczną. Panna Wanda jedynie nie mogła się nagiąć do pogrzebowego nastroju i trapiła pana profesora rozmowami na temat Adasia: a jaki on mądry, a jaki przystojny, a gdzie on może być, o czym on myśli? Pan profesor odpowiadał, jak umiał, zdumiony był jednakże niewypowiedzianie, kiedy uparta dziewczyna przyparła go do muru i bystrze patrząc mu w oczy, mówiła:
— Czy stryjaszek wszystko wie o swoich uczniach?
— Odnoszę wrażenie, że oni wiedzą o mnie sto razy więcej, ale coś niecoś wiem... O cóż idzie?
— O nic... Ja tak sobie... A o Adasiu stryjaszek co wie?
— A cóż mogę wiedzieć więcej, niż wiemy wszyscy?
— No tak... A czy stryjaszek nie wie przypadkiem... Mnie to wcale a wcale nie obchodzi i tylko tak sobie pytam, bo mi się nudzi... Czy stryjaszek nie wie, czy on się w kim kocha?
— Czy się kocha? A skądże ja mogę wiedzieć? Przecie mnie tego nie powie!
— Pewnie, że nie, bo o takich sprawach się nie mówi... Ale czy w szkole był kiedy smutny?
— Nie zauważyłem...
— A nie wzdychał?
— Dziewczyno, przestań męczyć starego człowieka!
— A czy nie pisał wierszy?
— Wierszy? On? To rozumny chłopak.
— A czy nie zamyślał się tak, że nie wiedział, co się dzieje dokoła niego?
Pan profesor podniósł obie ręce w stronę nieba.
— Stryjaszek nic a nic na tym się nie rozumie! — rzekła panna Wanda z goryczą. — Ja wiedziałabym wszystko od pierwszego dnia.
— Skoroś taka ciekawa, to go sama zapytaj, bo właśnie nadchodzi z tym drugim Ajaksem407. Czemu uciekasz? Sfiksowała dziewczyna — mruknął zdumiony.
Adaś nie „nadchodził”, tylko nadbiegł, powiewając z daleka białą płachtą gazety, przeto wyglądał jak parlamentarz408 białą chorągwią wzywający wroga, aby nie strzelał.
— Ciekawe wiadomości, panie profesorze! — wołał z daleka.
— Na Boga! Chyba nie o nas napisali! — zatrwożył się profesor.
— Nie o nas, tylko dla nas!
Zwołana naprędce „rada familijna” dowiedziała się, że w marnym jakimś zajeździe wileńskim doszło do zbrojnej rozprawy między dwoma dżentelmenami, których starano się pogodzić w komisariacie policji państwowej. Wyszło na jaw przy tej miłej sposobności, że są to osobistości szeroko znane i że władza zbrojna tęskniła za nimi jak słowik za wiosną, więc ich przyjęto radośnie i na czas długi przytulono do policyjnego serca. Powszechny podziw wzbudziło to, że owi dwaj mężowie, z których jeden usiłował zakatrupić drugiego, wiedli bój o starą skrzynkę, napełnioną zardzewiałym żelaziwem.
— Szatańskie zdarzenie! — rzekł pan Gąsowski.
Adaś odetchnął.
— Teraz możemy szukać w spokoju! Jeszcze dzisiaj zaczniemy.
Tego dnia jednakże nie można było przystąpić do wielkiego dzieła, około południa bowiem ujrzano zmierzającą ku domowi dziwną postać: jak gdyby apostoł kroczył w pyle drogi. Odziany w biały, płócienny kitel szedł powoli, podpierając się laską wysoką, jakby pielgrzymią. Brak było tylko uwiązanej u szczytu laski tykwy409 na wodę, aby pozór pielgrzyma wędrującego do Jerozolimy był zupełny.
— Do nas idzie — rzekła pani Gąsowska. — Znam tę postać...
— Ksiądz Kazuro! — zawołał radośnie Adaś.
— Pokój temu domowi, młodziankowie święci! — mówił starowina, bardzo znużony. — W imię Ojca i Syna! A ty tu skąd? — zdumiał się, ujrzawszy Adasia. — I ten drugi młodzianek święty też tutaj?
Witali go niezmiernie czule i usadowili za stołem, aby odpoczął. Ksiądz Kazuro opowiadał dziwne rzeczy.
— Od wczoraj wędruję — mówił — bo mam wielkie zmartwienie. Wyobraźcie sobie, że ten święty młodzianek przyniósł do mnie chorego Francuza...
— My o wszystkim wiemy, księże dobrodzieju! — huknął pan Gąsowski.
Staruszek spojrzał na niego z zachwytem.
— Ależ pan ma głos, młodzianku święty, aż miło słuchać. Gdybym miał w kościele organy, musiałbyś co niedzieli śpiewać u mnie na chórze... Potężny głos!... Może to jednak lepiej, że nie śpiewasz, bobyś mi kościół tym głosem rozwalił. Ale o czym to ja mówiłem? Aha! Otóż temu Francuzowi naprostowaliśmy rękę. Krzyczał tak, że się cała wieś zbiegła, ale od razu ozdrowiał. Nazajutrz przychodzę ja rano, aby pogadać z nim na migi, bośmy doskonale rozmawiali, a Francuza nie ma. Tylko pod lichtarzem410 karteczka i banknot. Sto złotych! Młodziankowie święci! Jak długo żyję, nie widziałem takiego banknotu. Wytłumaczyła mi panienka z Wiliszek, panna Niemczewska, że Francuz napisał na karteczce: „Dla biednych kochanego księdza proboszcza”. Ładnie napisał, ale teraz mam zgryzotę. Wielką zgryzotę!
— Jakąż to, księże dobrodzieju?
— Te pieniądze spadły mi z nieba, bo właśnie trzeba było ratować jedną wielką nędzę. I ot co! Mam pieniądze i nic nie mogę zrobić.
— Nie rozumiem! — rzekł pan Gąsowski.
— A to takie jasne, młodzianku święty!
Rzewny ten tytuł dziwnie nie przystawał do brodatego męża, do którego czarnej brody powinno się mówić raczej „krwawy Herodzie!”. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, każdy bowiem zachodził w głowę, skąd się wywodzi zgryzota dobrego człowieka?
— Od wczoraj chodzę po całej okolicy — mówił ksiądz — i usiłuję zmienić411 ten olbrzymi banknot. Byłem w siedmiu dworach, u siedmiu znakomitych dziedziców. Wszędzie mi powiadają: „Może by się udało w jesieni, kiedy sprzedamy zboże!”. A czy ja mogę czekać do jesieni, kiedy mi nędza nad uchem płacze? Powiadam im: „Zbierzcie do kupy, co który ma, młodziankowie święci, a potem się policzycie!”. Zebrali razem w siedmiu dziewięć złotych i parę groszy. Czysta rozpacz! Więc przywędrowałem tutaj, może wy zmienicie?
— Doskonale! — zagrzmiał pan Gąsowski. — Mój brat, profesor, zawsze przyjeżdża z gotówką. Pawle! Zmień księdzu proboszczowi sto złotych.
Pan profesor bardzo poczerwieniał: zaczął kręcić się niespokojnie.
— Dziwna rzecz... — zaczął bąkać niepewnie. — Roztargniony jestem... zapomniałem...
Pani Gąsowska chciała coś rzec, może o tym komorniku, co tu był niedawno, ale pan profesor spojrzał na nią tak srodze, że umilkła. Adaś, patrzący na to spod oka, zawołał gromko:
— Staszek!
— Jestem...
— Niech jeden harcerz weźmie pieniądze, a dwóch niech idzie jako straż i co tchu do miasteczka. Szostak musi pójść jako znawca, aby nie dali jakiejś fałszywej monety.
— Rozkaz! — wrzasnął Burski. — Proszę o pieniądze, księże proboszczu.
— To nie tak łatwo, młodzianku święty! — rzekł uradowany ksiądz Kazuro. — Najpierw muszę zdjąć but, za pozwoleniem pani dobrodziejki, bo ja dla ostrożności schowałem je w bucie.
Wspólnym wysiłkiem ściągnięto mu z lewej nogi przenośny bank i Staszek pogonił do obozu.
— Uważaj, młodzianku święty! — wołał za nim zaniepokojony ksiądz. — Przecie to majątek!
Pół dnia trwała podróż i powrót wyprawy, co przyniosła z triumfem całą kopalnię srebra412. Ksiądz Kazuro nie chciał pozostać ani chwili dłużej.
— Głodni czekają — rzekł cicho.
Prosił tylko, aby mu starodawnym obyczajem zaszyto pieniądze w płótno, i opasawszy się tym wężem, żegnał się czule.
— Młodzianku święty! — mówił do Adasia. — A gdybyś napotkał drugiego takiego Francuza, to go przynieś do mnie.
— Będę się starał! — odrzekł Adaś z wielką powagą.
Nie ukrywał radości.
— Złych ludzi wzięto na przechowanie — mówił na wielkiej naradzie — Francuz zaś odżegnywał się od wszystkiego. Pole jest wolne. Teraz możemy zaczynać. Obawiam się naprawdę, że napoleoński oficer nie był, biedaczysko, przy zdrowych zmysłach.
Opowiedziawszy, w jaki sposób znalazł drzwi i napis, ukryty pod żelaziwem zamku, oznajmił zdumionym słuchaczom:
— Napis ten jest nową wskazówką, lecz niezwykłą i dziwną. Odczytałem na drzwiach takie słowa: „W wielkim domu znajdziesz dwie malowane brody. Nie patrz poza siebie. Patrz przed siebie i czytaj w brodzie”.
Kiedy wygłaszał te słowa powoli i dobitnie, wszystkie spojrzenia, jak na komendę, utkwiły w czarnej brodzie pana Gąsowskiego. A pan Gąsowski, też jakby urzeczony, podniósł ją ręką i spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nagle ocknąwszy się, uderzył pięścią w stół.
— Co to wszystko znaczy? Czy kpisz, młodzieńcze?
— Niechże mnie Bóg broni! — rzekł Adam z pośpiechem. — Ale tak istotnie brzmi napis.
— Dwie brody?
— Tak. Dwie malowane brody. To przecie przypadek, że i pan ma czarną brodę.
— Oczywiście, że przypadek... Ale co to znaczy?
— Właśnie zaczynam nad tym rozmyślać. Czy państwo pozwolą, abyśmy się nad tym dziwacznym napisem zastanowili wspólnie?
— My z pewnością niczego nie wymyślimy! — wtrąciła dobra pani Gąsowska.
— Ale on wymyśli! — zawołał profesor. — Piotrusiu, rusz głową!
— Ruszam, ruszam, ale bardzo niezdarnie. Czytajmy jednak słowo po słowie: „W wielkim domu znajdziesz...”. Gdzie jest wielki dom? To jasne! Oficer leżał w małym domku, więc kieruje kroki brata do „wielkiego domu”, do tego, w którym znajdujemy się w tej chwili. O innym nie może być mowy. Ksiądz Koszyczek opowiada, że oficer przez czas pewien zajmował bawialnię. Myślę przeto, że tam należy podążać za myślą oficera. Dobrze by było, abyśmy się tam przenieśli...
— Wybornie! — rzekł profesor.
Zajęli miejsca w mrocznym pokoju i siedzieli w milczeniu, jakby w teatrze. Adaś stojąc, rozważał:
— Mamy znaleźć w tym domu dwie brody... Dobrze! Najprostsze byłoby przypuszczenie, że w owym czasie mieszkali tu jacyś dwaj brodaci mężowie. Takich tu jednak nie było!
— Skąd wiesz?
— Ksiądz Koszyczek nie wspomina o tym, a sam przecie brodaty nie był. Nic nie mówił o dwóch ludziach, których by z pewnością wspomniał. Zresztą to były „malowane” brody. A któż... O nieba! Jedną już mam! Patrzcie, państwo, na to malowidło! Wszakże to „malowana” broda!
Brodaty rycerz na portrecie spojrzał na niego nienawistnym, zimnym spojrzeniem.
— O, jaki on mądry! — szepnęła panna Wanda do Staszka, który zrobił minę na temat: „A pani o tym nie wiedziała?”.
Zdumieli się wszyscy i patrzyli z zachwytem na łopatę brody groźnego rycerza.
— Ale to dopiero jeden! — mówił Adaś gorączkowo, stojąc przed malowidłem. — Jak brzmią następne słowa: „Nie patrz poza siebie!” Przeto druga broda musi być w tyle.
Odwrócił się szybko i krzyknął:
— Jest i druga!
— Gdzie? Gdzie?
— W lustrze! Lustro jest na wpół umarłe, więc ledwie ją można dostrzec, przed stu laty jednakże widać ją było doskonale. Na tę brodę brat oficera nie ma zwracać uwagi... Oczywiście! A co ma robić? „Patrz przed siebie i czytaj w brodzie!” Więc czytajmy i my!
Pochwycił stare, pokraczne krzesło, stanął na nim i zbliżył twarz do malowanej brody.
— Nic nie widać... Proszę pani! Trochę ciepłego mleka i jakiś gałganek!
Panna Wandzia, szybko jak Iris413, „posłanka bogów”, pobiegła i wróciła z tą alchemią414.
Adaś zaczął trzeć ostrożnie, nie zwracając uwagi na piekielne spojrzenia rycerza. Zdawało się, że rycerz zgrzytał zębami.
— Czy nie ma w domu powiększającego szkła? — wołał Adaś.
— Ja mam szkło powiększające! — zawołał pan Gąsowski. — Kiedy jeszcze byłem matematykiem...
Machnął ręką, nie dokończywszy, i podreptał szybko.
Po chwili Adaś badał brodę przez szkło.
— Ciemno! — mówił, nie odwracając głowy. — Otwórzcie okna i niech ktoś odgarnie dzikie wino... Tak... Teraz lepiej... Widać litery... Jakiś napis wśród skrętów brody...
— Możesz odczytać?
— To dziwne! — oznajmił Adaś. — Litery i nielitery... Napis i nie-napis. Ach! Słowa są pisane odwróconym sposobem!
— Sztuczka dla kmiotków! — pouczał pan Gąsowski. — Byli jednak i geniusze, co z ostrożności używali tej dziecinnej metody. Pismo Leonarda da Vinci415 trzeba odczytywać w lustrze.
— Ja mam przy sobie lusterko... — rzekła panna Wanda. — Przypadkiem...
Adaś odczytywał w nim z trudem, dodając literę do litery.
— Niech pan notuje, panie profesorze!
Wszyscy słuchali z zapartym tchem, a Adaś dyktował.
— To wszystko! — ogłosił, zeskakując z krzesła.
— A cóż to znaczy? Mów prędzej, Adasiu!
— Tłumaczę dosłownie:
Znajdziesz w domu tego, co powróci wkrótce z Egiptu i nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego talerza.
— Co takiego?! — huknął pan Gąsowski.
— Mało to dwóch zagadek, znalazła się na pociechę trzecia — mówił zatroskany profesor. — Któż ją zdoła odgadnąć?
— Jak to, kto? — zawołała panna Wanda, niemal ze zgorszeniem. — Pan Adaś!
Adaś spojrzał na nią, jakby się przed nim niebo otwarło, a ona siedziała na chmurze.
— Coraz bardziej jestem przekonany — rzekł — że napoleoński oficer niezbyt dobrze rozumiał, co czyni. Chociaż, czy ja wiem? Dotąd wszystko było na podziw ostrożne i bardzo dowcipnie ukryte. Te malowane brody wymyślił doskonale. Musiał jednak bardzo wierzyć w domyślność swego brata, skoro go tak wodził po bezdrożach. Może być, że dla Francuza byłoby to łatwe. Ja przyznam się, że nie umiem myśleć tak lotnie. Panie profesorze, co pan myśli o tej nowej zagadce?
— Myślę, że jest ze wszystkich najtrudniejsza. Łatwiej było się domyślić cytaty z Danta i przy tak wspaniałej przemyślności jak twoja odnaleźć dwie brody. Ale teraz ani w ząb!
Wielka troska jak czarny ptak przelatywała z czoła na czoło, a wszystkie były zmarszczone. Dobra pani Gąsowska nie zajmowała się jednak rozwiązaniem zagadki; ją trapiło bowiem co innego.
— Żeby tylko Adaś nie rozchorował się z wysiłku — mówiła do córki. — Mnie pękłaby głowa.
— Jemu nie pęknie! — odpowiedziała panna Wanda w zamyśleniu i nagle, nie zapowiedziawszy „wielkiej sceny”, rzuciła się matce na szyję. — Och, mamusiu, mamusiu! — szeptała równocześnie gorąco i łzawo.
— Co ci się stało, moje dziecko? — zdumiała się matka. — Czy to przypadkiem nie z żołądka?
Nie było to jednak z żołądka, tylko z serca, na co medycyna nie zna lekarstwa. Adaś byłby to przejrzał w jednej chwili. Adaś był jednak całkowicie stracony dla świata. Przyczaił się w jakimś ciemnym kącie i zapadł się w siebie.
— Adaś rozmyśla! — ogłosił Staszek szeptem całemu domowi. — Nie przeszkadzajmy mu!
— Chyba mój brat mu przeszkodzi — odrzekł profesor. — Nie widziałeś gdzie mojego brata?
— Jest u siebie... Słyszałem, jak pan Gąsowski zamykał drzwi na klucz.
„O, to niedobrze!” — pomyślał pan profesor.
Zaniepokojony, że na „byłego matematyka” nowe padło opętanie, pośpieszył czym prędzej i nasłuchiwał chwilę pod drzwiami. Usłyszał plusk wody, co go niepomiernie zdumiało. Zastukał i pytał:
— Co ty tam wyprawiasz, Iwonie? Kąpiesz się?
— Zostawcie mnie w spokoju! — zagrzmiało spoza drzwi. — Robię to, co mi się podoba.
Profesor wzruszył ramionami i wałęsał się aż do obiadowej pory. Gdy wszedł do jadalni, zakrzyknął i cofnął się: za stołem siedział jego brat, lecz jakże odmieniony. Quantum mutatus!416 Przed kilkoma godzinami czarna, kruczoczarna jeszcze broda osiwiała, chociaż snuły się po niej brunatne pasma, których nie można było usunąć naprędce.
— I cóż cię tak dziwi? — dawnym basem rzekł pan Gąsowski, głosu bowiem odmienić nie zdołał. — Znudziło mi się być czarnym, więc posiwiałem. „Malowane” brody dobre są do zagadek.
— Ja się nie dziwię! — rzekł dobrotliwie profesor. — Ja się cieszę... Jesteś bardzo przystojnym człowiekiem, mój stary!
— Stary? To za wiele powiedziane...
— Nie w tym sensie, nie w tym sensie! — zaśmiał się brat.
Bohaterski czyn pana Gąsowskiego zdumiał wszystkich prócz Adasia. Zdawało się, że Adaś jest nieprzytomny. Jadł, nie wiedząc, co je, i nie zauważył, że pokaźna mucha, znudzona życiem, rzuciła się do jego zupy, aby umrzeć. Adaś zjadł zupę, zjadł muchę i patrzył przed siebie szklanym wzrokiem. Gdy postawiono przed nim płaski talerz, przyjrzał mu się z obudzoną nagle ciekawością.
— „...Nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego talerza...” — gadał sam do siebie. — Panie profesorze! — rzekł głośno. — Coś mi świta...
— Ejże! — uradował się profesor.
— Kto nie jadł na uczcie z płaskiego talerza?
— Zabij mnie...
— Lis zaprosił raz na ucztę bociana...417
— I dał mu jedzenie na talerzu! — krzyknął profesor.
— Lis nie mógł jeść z flaszki, a bocian z talerza. Bocian!
— Tak mi się zdaje... A kto „wkrótce powróci z Egiptu”?
— Panie profesorze! Francuzi przyszli do Bejgoły wśród zimy... Siedzieli tu długi czas... Zbliżała się wiosna... Bociany wracają z Egiptu... Jeszcze nie powróciły, ale kiedy oficer malował swoje znaki na brodzie, miały powrócić lada chwila... „Znajdziesz w domu tego...”
— Dokąd pędzisz, Piotrusiu?
Adaś chwycił widelec, wybiegł z pokoju, a wszyscy za nim. On przez drzwi, oni za nim. On na zajazd przed domem, oni za nim.
Na twarzy miał czerwone wypieki, a oczy błyszczące.
— Oto jest dom tego, co nie jadł nigdy z płaskiego talerza! — wołał wymachując widelcem.
Wśród gęstych zarośli sterczał odwieczny dąb, strzaskany kiedyś przez piorun; pozostał po nim jedynie niewysoki, gruby pień, potężny i nieozdobny jak dorycka418 kolumna. Na jej ściętym szczycie umieszczono koło od wozu na bocianie gniazdo.
— Jak długo pamięta pan to gniazdo, panie profesorze? — pytał Adaś gorączkowo.
— Od najwcześniejszych moich dni... To gniazdo było tutaj zawsze... W tej chwili jest puste, bo małe brodzą już po łąkach. Więc ty myślisz?
— Nie może być inaczej!
Odwrócił się szybko i wskazał ręką.
— Patrzcie, państwo! Ten pień sterczy naprzeciwko okien bawialni. Oficer leżący na łóżku i rozmyślający nad wyborem schowka patrzył przez okna przez długie zapewne godziny... Dojrzał to gniazdo... Wtedy niewątpliwie zrodził się w jego głowie ten pomysł. Musi wyjść z domu potajemnie ze swoim ciężarem. Do lasu by może nie doszedł, bo ma nogi obolałe, a to gniazdo jest blisko. Może się uda... Dokoła pnia rosną chaszcze, nikt tu nie zachodzi... I udało mu się. Panie profesorze! Jestem najpewniejszy, że znaleźliśmy schowek, najzupełniej pewny!
— Drabinę! Dawajcie prędko drabinę! — wołał siwobrody pan Gąsowski.
Adaś powstrzymał go ruchem ręki.
— Wydaje mi się, że drabina będzie niepotrzebna...
— Gniazdo jest dość wysoko...
— Tak. Skoro jednak nam potrzebna by była drabina, nie mógłby się bez niej obejść i oficer. Ksiądz Koszyczek pisze, że oficer nie chodził, lecz że się niemal czołgał. Jakże by mógł przywlec gdzieś z daleka ciężką drabinę i jakże by mógł wleźć na nią z ciężarem? Nie! Oficer nie wchodził na drabinę — mówił Adaś bardzo powoli, pilnie oglądając pień dębu. — A jeżeli nie wchodził na drabinę, a tutaj wybrał schowek, wynalazł zapewne taki, do którego mógł łatwo sięgnąć ręką. Co to jest? — zapytał, wskazując palcem.
— To ja kazałam zamazać gliną — rzekła pani Gąsowska. — Był otwór w pniu.
— Otwór w pniu? Więc pień jest albo zmurszały, albo go piorun wypalił. Staszek, masz nóż?
Pożyteczne harcerskie narzędzie: fiński nóż, łatwo wykruszyło zaschłą na słońcu glinę.
Adaś obnażył ramię i wetknął je w otwór. Grzebał długo palcami w rozkruszonym na miał miąższu drzewa. Przymknął oczy, jakby spojrzenie ich zagłębił w ciemną czeluść.
— Jest! — wyrzekł zdławionym głosem.
Z trudem dobywał coś, co było ciężkie, z trudem przesunął przez otwór skórzany mieszek419, oblepiony zbutwiałym próchnem.
— Oddaję to w ręce pani — rzekł głosem bardzo zmęczonym.
Pan Gąsowski pochwycił porzucony na ziemi nóż i rozdarł nim skórę mieszka.
— Och, och! — wykrzyknął.
W słońcu zamigotały siedmioma kolorami diamenty i ciemną czerwienią błysnęły wielkie rubiny.
Wszyscy patrzyli w zalękłym milczeniu.
— Setki tysięcy ludzi zginęło dla takiego jak ten łupu — rzekł po chwili bardzo cicho profesor. — Te rubiny nasycone są ludzką krwią...
Adaś, niezwykle znużony, nie patrzył na te bogactwa, co były jak stężałe łzy. I panna Wanda zaledwie rzuciła na nie okiem. Dwie młode istoty patrzyły sobie w oczy i nagle zaczęły się uśmiechać ku sobie radośnie. Oczy fiołkowe pełne były blasków.
„Fiołki są piękniejsze od wszystkich diamentów świata! — pomyślał Adaś. — A czyste serce czerwieńsze od wszystkich rubinów...”.
Był to bowiem chłopak mądry i bardzo przenikliwy.
Przypisy:
1. Pola Elizejskie (mit. gr.) — kraina wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, stanowiąca część Hadesu; zmarli trafiali tam w nagrodę za dobre życie. [przypis edytorski]
2. górny (daw.) — wzniosły. [przypis edytorski]
3. cyprys — iglaste, strzeliste drzewo ozdobne, charakterystyczne dla krajobrazu śródziemnomorskiego. [przypis edytorski]
4. Napoleon Bonaparte (1769–1821) — wybitny francuski wódz i polityk, pierwszy konsul Republiki Francuskiej, następnie cesarz Francuzów (1804–1814; 1815) jako Napoleon I; twórca Księstwa Warszawskiego; poniósł klęskę w trakcie wyprawy na Moskwę, pod Lipskiem i pod Waterloo, zmarł na zesłaniu, na wyspie św. Heleny. [przypis edytorski]
5. Cesarz — domyślnie: cesarz Napoleon I; ze względów emocjonalnych miłośnicy Napoleona Bonapartego zamiast wymieniać jego imię lub nazwisko często posługują się jego tytułem, zapisywanym wówczas wielką literą. [przypis edytorski]
6. Legia Honorowa — najwyższe francuskie odznaczenie nadawane wojskowym i cywilom, ustanowione przez Napoleona Bonapartego w 1802; dzieli się na 5 klas: Krzyż Wielki, Wielki Oficer, Komandor, Oficer, Kawaler. [przypis edytorski]
7. Alkibiades a. z łac. Alcybiades (450–404 p.n.e.) — wódz i polityk ateński, w młodości uczeń Sokratesa; zwolennik agresywnej polityki zagranicznej, odegrał kluczową rolę w drugiej połowie wojny peloponeskiej; przystojny, bardzo uzdolniony i ambitny, prowadził wystawny tryb życia. [przypis edytorski]
8. zgoła — całkiem, zupełnie; daw.: wręcz, wprost. [przypis edytorski]
9. Cezar, Gajusz Juliusz (100–44 p.n.e.) — rzymski dowódca wojskowy, polityk, dyktator i pisarz; członek I triumwiratu; zdobywca Galii; odegrał kluczową rolę w wydarzeniach, które doprowadziły do upadku republiki i początku cesarstwa w państwie rzymskim. [przypis edytorski]
10. hipoteka — księga wieczysta nieruchomości, w której spisano prawa właściciela nieruchomości oraz roszczenia pieniężne jego ewentualnych wierzycieli; tu przenośnie. [przypis edytorski]
11. Hannibal Barkas (246–183 p.n.e.) — wybitny wódz kartagiński, jeden z najwybitniejszych dowódców starożytności; rozpoczął II wojnę punicką, wsławił się przeprowadzeniem 60-tysięcznej armii, łącznie ze słoniami bojowymi, z Hiszpanii przez Pireneje i Alpy do Italii, czym zaskoczył swoich wrogów, Rzymian; kilkukrotnie pokonywał liczniejsze armie rzymskie; w bitwie pod Kannami, używając nowatorskiej taktyki, unicestwił dwukrotnie większą armię rzymską; podczas przeprawy wojska przez Apeniny wskutek zakażenia stracił prawe oko. [przypis edytorski]
12. siódma klasa — mowa o siódmej, przedostatniej klasie gimnazjalnej ówczesnego systemu szkolnego; po czwartej klasie powszechnej szkoły podstawowej uczennice i uczniowie mogli zdać odpowiedni egzamin wstępny i kontynuować naukę w 8-klasowym gimnazjum męskim lub żeńskim, kończącym się egzaminem maturalnym. [przypis edytorski]
13. Perykles (ok. 495–429 p.n.e.) — polityk i mówca ateński w okresie politycznej hegemonii Aten, ich rozkwitu gospodarczego i kulturalnego. [przypis edytorski]
14. Antiochia — miasto w płd. Turcji, w pobliżu granicy z Syrią; w 1098 po kilkumiesięcznym oblężeniu zdobyte przez rycerzy pierwszej wyprawy krzyżowej przeciwko muzułmanom; Księstwo Antiochii (1098–1268) było najpotężniejszym z państw utworzonych na Bliskim Wschodzie przez krzyżowców. [przypis edytorski]
15. Sto Dni — okres powtórnej władzy Napoleona Bonaparte: od opuszczenia wyspy Elby i wkroczenia do Paryża do porażki w bitwie pod Waterloo i ponownej abdykacji, trwający od marca do czerwca 1815. [przypis edytorski]
16. podjudzać — podburzać, namawiać do złych czynów, wzburzając w kimś złość, gniew. [przypis edytorski]
17. jako (daw., gw.) — jak. [przypis edytorski]
18. urwipołeć (pot.) — urwis, psotnik. [przypis edytorski]
19. katedra — tu: stół wykładowcy, zwykle stojący na podwyższeniu. [przypis edytorski]
20. Piekarski, Michał (ok. 1597–1620) — szlachcic sandomierski, uznany za niepoczytalnego i pozbawiony kontroli nad swoim majątkiem, 15 XI 1620 usiłował dokonać zamachu na króla Zygmunta III Wazę. Został pojmany i poddany śledztwu z wykorzystaniem tortur, stąd powiedzenie „pleść jak Piekarski na mękach”, oznaczające: gadać bzdury, mówić od rzeczy. Osądzony przez sąd sejmowy, został publicznie stracony. [przypis edytorski]
21. derwisz — tu: muzułmański bojownik biorący udział w sudańskim powstaniu Mahdiego (mahdysta) przeciwko Egiptowi i Wielkiej Brytanii; w książce Henryka Sienkiewicza W pustyni i w puszczy derwisze są opisywani jako dzicy, okrutni i fanatyczni. [przypis edytorski]
22. rad (daw.) — zadowolony, chętny; chętnie. [przypis edytorski]
23. Lechita — potomek legendarnego założyciela Polski, Lecha; Polak. [przypis edytorski]
24. Muza (mit. gr.) — bogini opiekunka pewnej sztuki pięknej lub nauki; tradycyjnie wymienia się dziewięć tzw. muz, z których każda opiekowała się konkretną dziedziną twórczości. [przypis edytorski]
25. jak w państwie hiszpańskiego króla, nigdy nie zachodziło słońce — tzn. było to imperium tak rozległe, że w każdym momencie na jakiejś części jego terytorium trwał dzień; określenie po raz pierwszy użyte w odniesieniu do imperium kolonialnego rządzonego przez króla Hiszpanii Karola V Habsburga. [przypis edytorski]
26. osierdzie — błona otaczająca serce. [przypis edytorski]
27. mieniać (daw.) — zamieniać, wymieniać. [przypis edytorski]
28. cygaństwo (pot.) — oszustwo. [przypis edytorski]
29. drzewo wiadomości złego i dobrego (bibl.) — jedno z dwóch wyróżnionych drzew w ogrodzie Eden w biblijnej opowieści z Księgi Rodzaju (Rdz 2,15–3,23): zjedzenie jego owoców dawało wiedzę, poznanie (daw.: wiadomość) dobra i zła; mimo wydanego przez Boga zakazu pierwsi ludzie zjedli owoc z tego drzewa, wskutek czego zostali wygnani z Edenu. [przypis edytorski]
30. baszybuzuk — żołnierz ochotniczych, nieregularnych wojsk tureckich w XIX i na pocz. XX w., powszechnie uchodzących za niekarne i łupieżcze; daw. przen.: hultaj. [przypis edytorski]
31. oczów — dziś: oczu. [przypis edytorski]
32. edykt nantejski — akt prawny wydany w 1598 w Nantes przez Henryka IV, kończący trzydziestoletni okres wojen religijnych we Francji między protestantami (hugenotami) i katolikami; edykt ustanawiał wolność wyznania i równouprawnienie obu wyznań, przywracał protestantom prawa polityczne (sprawowanie urzędów) i ekonomiczne; zniesienie edyktu nantejskiego przez Ludwika XIV w 1685 zaowocowało szeregiem represji oraz masową emigracją protestantów z Francji. [przypis edytorski]
33. w ścianę, jak gdyby na niej miało się za chwilę ukazać ognistymi zgłoskami wypisane — odniesienie do biblijnej opowieści z Księgi Daniela (5, 1–31): podczas uczty babilońskiego króla Baltazara ukazała się tajemnicza ręka, która wypisała na ścianie słowa: mane, tekel, fares, znaczące: „policzone, zważone, podzielone”, przez zawezwanego proroka Daniela wyjaśnione jako przepowiednia nagłego upadku państwa i jego podziału pomiędzy zdobywców, co spełniło się tej samej nocy. [przypis edytorski]
34. przemienion — przemieniony (daw. krótka forma przym.). [przypis edytorski]
35. przeto (daw.) — więc, zatem. [przypis edytorski]
36. mołojec (przest.; z ukr.) — młody, dzielny mężczyzna. [przypis edytorski]
37. I ty, Brutusie? — ostatnie słowa Juliusza Cezara, wypowiedziane, kiedy wśród zamachowców, którzy kolejno uderzali go sztyletami, rozpoznał Marka Juniusza Brutusa, któremu ufał i uważał za przyjaciela. [przypis edytorski]
38. gawiedź — pogardliwie o grupie gapiów. [przypis edytorski]
39. bitwa pod Waterloo (18 czerwca 1815) — stoczona na terenie Belgii ostatnia bitwa cesarza Napoleona Bonapartego, w której armia francuska została zniszczona przez koalicyjne wojska angielskie Wellingtona i wojska pruskie Blüchera; w wyniku klęski Napoleon abdykował, co zakończyło okres rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich. [przypis edytorski]
40. sromotny (daw.) — haniebny; godny wstydu; wstydliwy. [przypis edytorski]
41. pasy drzeć z kogoś (fraz.) — obdzierać żywcem ze skóry, karać przez zdzieranie płatów (pasów) skóry z ciała; zwykle przenośnie. [przypis edytorski]
42. jawor, co w piosence „tam na polu stoi” — zapewne chodzi o: „Tam na górze jawor stoi, jawor zielonieńki”, pierwsze słowa pieśni Kozak, z muzyką Stanisława Moniuszki i tekstem Jana Czeczota. [przypis edytorski]
43. Balladyna — tytułowa bohaterka dramatu Juliusza Słowackiego: bezwzględnie dążąc do władzy, dopuszczała się strasznych czynów, zginęła rażona piorunem. [przypis edytorski]
44. pasjonat — tu: człowiek łatwo wpadający w pasję, wybuchający gniewem. [przypis edytorski]
45. tedy (daw.) — więc, zatem. [przypis edytorski]
46. spozierać (daw., gw.) — spoglądać. [przypis edytorski]
47. obwieś — hultaj, nicpoń. [przypis edytorski]
48. obstupuerunt omnes (łac.) — osłupieli wszyscy; wyrażenie używane dawniej w Polsce dla wyrażenia najwyższego zdumienia czymś przerażającym lub niezwykłym, zwykle żartobliwie; inspirowane słowami Eneidy (II 774), wypowiedzianymi przez Eneasza na widok cieni Kreuzy i Polidora: „osłupiałem, włosy stanęły mi na głowie i głos zamarł w ustach”. [przypis edytorski]
49. miano — imię. [przypis edytorski]
50. wcale (daw.) — całkiem, zupełnie. [przypis edytorski]
51. Herod I Wielki (ok. 73–4 p.n.e.) — od 37 p.n.e. król Judei z łaski Rzymu; rządził despotycznie jako sprawny zarządca i budowniczy, zasłynął z kolosalnych projektów budowlanych, zakładał nowe miasta i wnosił twierdze; wg Ewangelii wg Mateusza odpowiedzialny za tzw. rzeź niewiniątek (wymordowanie nowo narodzonych chłopców z Betlejem i okolic), stał się uosobieniem okrutnego władcy. [przypis edytorski]
52. czereda (z ukr.) — gromada, grupa; zgraja. [przypis edytorski]
53. dybać — czyhać na kogoś lub na coś. [przypis edytorski]
54. Ostrzeżony — uzbrojony — tzn. zawczasu ostrzeżony [jest] na czas uzbrojony; polska wersja sentencji łacińskiej, korzystającej z podobieństwa słów: praemonitus, praemunitus. [przypis edytorski]
55. zje diabła ktoś, jeżeli (zanim) zdoła coś zrobić (fraz.) — nigdy nie uda mu się tego dokonać. [przypis edytorski]
56. za czym (daw.) — po czym, następnie. [przypis edytorski]
57. wykopyrtnąć się (pot.) — przewrócić się. [przypis edytorski]
58. kadawer (z łac., med.) — zwłoki ludzkie, ciało zmarłego człowieka. [przypis edytorski]
59. Precz z mojego serca... — Adam Mickiewicz, Do M***, w. 2 (parafraza). [przypis edytorski]
60. fugas chrustas (żart.) — ucieka w krzaki (żartobliwe wyrażenie niby-łacińskie, od łac. fuga: ucieczka, oraz przeróbki na wzór łaciński polskiego słowa chrust). [przypis edytorski]
61. chcącemu nie dzieje się krzywda (łac. volenti non fit iniuria) — maksyma prawna sformułowana przez rzymskiego prawnika Ulpiana (II/III w.). [przypis edytorski]
62. splątanymi głosy (daw.) — dziś: splątanymi głosami. [przypis edytorski]
63. sztuba (przest. żart., z niem. Stube: izba) — szkoła, także: początkowa, wstępna klasa w szkole; por. sztubak: uczniak, zachowujący się niepoważnie, dokazujący. [przypis edytorski]
64. Palec mnie świerzbi, co dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi — Szekspir, Makbet, akt IV, scena 1 (słowa jednej z czarownic, zapowiadające wejście Makbeta do jaskini), tłum. Józefa Paszkowskiego. [przypis edytorski]
65. madejowe łoże — narzędzie tortur w kształcie łoża a. ławy, z baśni o zbóju Madeju. [przypis edytorski]
66. piątek, przez nieszczęsne ryby oczekiwany z rozpaczą — ponieważ piątek w tradycji katolickiej jest dniem postu, kiedy wiernym nie wolno jeść mięsa, ale można spożywać ryby. [przypis edytorski]
67. Dies irae (łac.) — dosł.: dzień gniewu, tj. dzień Sądu Ostatecznego; początkowe słowa, a zarazem tytuł średniowiecznej pieśni religijnej o nadejściu kary bożej za grzechy w dniu Sądu Ostatecznego; określenie występujące także np. w łac. pieśni modlitewnej za zmarłych. [przypis edytorski]
68. (dies) calamitatis (łac.) — (dzień) nieszczęścia; wyrażenie Dies illa, dies irae, calamitatis et miseriae (dzień ów, dzień gniewu, nieszczęścia i nędzy) występuje w pieśni Libera me, Domine, używanej przed drugim soborem watykańskim w obowiązującej wówczas łacińskiej wersji katolickich obrzędów pogrzebowych. [przypis edytorski]
69. I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało — Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, ks. X, w. 12. [przypis edytorski]
70. kraśnieć — czerwienieć; rumienić się. [przypis edytorski]
71. ów, owa, owe — ten, ta, te. [przypis edytorski]
72. znać — tu: widać, daje się zauważyć. [przypis edytorski]
73. macte (łac.) — brawo, bardzo dobrze. [przypis edytorski]
74. ananas — owoc egzotyczny; pot.: łobuziak. [przypis edytorski]
75. preferansa — gra w karty przypominająca brydża brydża, popularna w Polsce w XIX w. i w okresie przedwojennym. [przypis edytorski]
76. dziatki (daw.) — dzieci. [przypis edytorski]
77. kapela janczarska — rodzaj orkiestry wojskowej w dawnej Rzeczpospolitej, złożonej z muzyków grających na wojskowych instrumentach tureckich: surmach (rodzaju trąb o przenikliwym brzmieniu), szałamajach (piszczałkach) oraz kotłach, talerzach i bębnach. [przypis edytorski]
78. Dzikie Pola — zwyczajowe określenie stepowej krainy nad dolnym Dnieprem, w XVII w. prawie niezamieszkanej, stanowiącej schronienie dla Kozaków, zbiegów i koczowników, pas ziemi niczyjej między Rzeczpospolitą a tatarskim Chanatem Krymskim. [przypis edytorski]
79. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego — dewiza bohaterów powieści przygodowej Trzej muszkieterowie Aleksandra Dumasa, podkreślająca solidarność i współodpowiedzialność członków grupy. [przypis edytorski]
80. Nec locus, ubi lody (łac. z pol.) — nie ma śladu, gdzie były lody; żartobliwa przeróbka przysłowiowego powiedzenia: nec locus ubi Troia fuit (nie ma śladu, gdzie była Troja). [przypis edytorski]
81. turkuć podjadek — wszystkożerny owad, zjadający korzenie roślin (stąd nazwa), ale też larwy innych owadów, dżdżownice i inne drobne bezkręgowe; dawniej pospolity. [przypis edytorski]
82. Bagdad — ob. stolica Iraku; miejsce akcji wielu opowieści z Księgi tysiąca i jednej nocy. [przypis edytorski]
83. ma jak mucha niepoliczoną ilość oczów — mucha, tak jak inne owady, ma dwoje oczu, złożonych z wielu malutkich tzw. fasetek (oczek prostych), ułożonych w charakterystyczny mozaikowy wzór, a każda fasetka odbiera tylko wąski wycinek pola widzenia. [przypis edytorski]
84. familia (z łac.) — rodzina. [przypis edytorski]
85. kajet (daw.) — zeszyt. [przypis edytorski]
86. tuman — kłęby czegoś sypkiego (np. płatów śniegowych) lub lotnego (pary wodnej) unoszące się w powietrzu i powodujące jego nieprzejrzystość; poet.: mgła, opary. [przypis edytorski]
87. rozsrożony — rozzłoszczony. [przypis edytorski]
88. mąż — podniośle, uroczyście o mężczyźnie godnym szacunku. [przypis edytorski]
89. Homer (VIII w. p.n.e.) — grecki wędrowny pieśniarz i recytator, twórca najstarszych greckich poematów epickich, Iliady i Odysei. [przypis edytorski]
90. mianowany — tu: nazwany. [przypis edytorski]
91. grubianin — człowiek nieokrzesany, nieuprzejmy. [przypis edytorski]
92. wieczne pióro — przyrząd do pisania ze zbiorniczkiem na atrament wewnątrz obsadki. W czasach, w których powstała ta książka, pisano piórem, a wieczne pióra były drogie. W szkołach używano zwykle pióra składającego się z podłużnej drewnianej obsadki z zamocowaną metalową stalówką, którą maczało się co chwilę w kałamarzu z atramentem. Długopis został wynaleziony w roku 1938, a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]
93. kamfora — substancja o charakterystycznym, ostrym zapachu, stosowana zewnętrznie jako lek rozgrzewający i przeciwbólowy; w temperaturze pokojowej zmienia się w gaz, stąd wyrażenie „znikać jak kamfora”. [przypis edytorski]
94. ściągać (pot.) — zabierać po kryjomu coś cudzego, kraść. [przypis edytorski]
95. albo co? — dziś: a bo co? [przypis edytorski]
96. plugawy — budzący wstręt, szkaradny; zbrukany. [przypis edytorski]
97. kałamarz — naczynie na atrament. [przypis edytorski]
98. trąba jerychońska — przen. bardzo głośny dźwięk, pot. także: ktoś nieudolny, niezdarny; tu: ktoś niepotrafiący utrzymać tajemnicy, głośno opowiadający. Wg biblijnej Księgi Jozuego miasto Jerycho, oblężone przez Izraelitów, zostało zdobyte dzięki temu, że kiedy towarzyszący wojsku kapłani zadęli w trąby, a wojownicy wznieśli okrzyk wojenny, potężne mury miasta runęły (Joz 6, 1–20). [przypis edytorski]
99. berberyjski — tu ogólnie: północnoafrykański (od nazwy koczowniczego plemienia Berberów, pierwotnych mieszkańców tych terenów). [przypis edytorski]
100. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]
101. duch mocny, tylko ciało niecierpliwe — nawiązanie do biblijnego określenia: duch ochoczy, ale ciało słabe (Mk 14, 38). [przypis edytorski]
102. Najlepsze pojęcie nieskończoności daje ludzka głupota — Ernest Renan, Dialogi i fragmenty filozoficzne (parafraza). [przypis edytorski]
103. kreatura — tu daw., z łac. creatura: stworzenie, istota; dziś: osoba podła, budząca wstręt swoim postępowaniem. [przypis edytorski]
104. na świeżo malowane wrota nie patrzą filozofowie — we frazeologizmie: patrzeć, gapić się jak cielę na malowane wrota (tj. intensywnie i bezmyślnie). [przypis edytorski]
105. linia — dziś: linijka, przyrząd do kreślenia linii prostych i pomiaru krótkich odcinków. [przypis edytorski]
106. maluczko (przestarz.) — zdrobnienie od: mało; tu: niewiele brakuje, żeby. [przypis edytorski]
107. facecja (daw.) — żart, dowcip. [przypis edytorski]
108. ananas — owoc egzotyczny; pot.: łobuziak. [przypis edytorski]
109. kęsim (z tur.) — ucięcie głowy; słowo spopularyzowane przez powieść Henryka Sienkiewicza Pan Wołodyjowski. [przypis edytorski]
110. Piast, Rzepicha, Ziemowit (Siemowit) — postacie z łacińskiej Kroniki Galla Anonima: legendarny protoplasta dynastii Piastów, jego żona oraz syn, na którego uroczystości postrzyżyn zjawili się dwaj obcy pielgrzymi, a ich błogosławieństwo sprawiło cudowne rozmnożenie potraw (w późniejszej tradycji przyjęło się uznawać tych dwóch tajemniczych przybyszów za anioły); Piasta Koszyczka: w kronice przydomek Chosisco (Koszysko? Chościsko?) nosi zły władca Popiel, poprzednik Siemowita, natomiast Piast określony został jako filius Chosischonis: syn Chościska. [przypis edytorski]
111. Zemsta — komedia Aleksandra Fredry. [przypis edytorski]
112. Mars (mit. rzym.) — bóg wojny; Marsowy syn: przen. wojownik, żołnierz. [przypis edytorski]
113. nieznana mu przyczyna, co w nikczemne jego progi Marsowego wiedzie syna — Aleksander Fredro, Zemsta, akt III, scena IV. [przypis edytorski]
114. mars — surowy wyraz twarzy, groźna mina; od imienia rzymskiego boga wojny, Marsa. [przypis edytorski]
115. kogo — dziś z zaimkiem nieokreślonym: kogoś. [przypis edytorski]
116. oracja (z łac.) — uroczyste, długie przemówienie lub uroczysta modlitwa. [przypis edytorski]
117. na przemiany — dziś popr.: na przemian, jeden po drugim. [przypis edytorski]
118. skwapliwość — gorliwość, zapał, ochota. [przypis edytorski]
119. ogromnej sumy: stu złotych — przedwojenne złote polskie miały wielokrotnie większą wartość od obecnych: przeciętne zarobki robotników wynosiły ok. 100–150 zł miesięcznie, a zarobki górników i nauczycieli szkoły podstawowej ok. 200 zł. [przypis edytorski]
120. księgowiec — dziś popr.: księgowy, osoba zajmująca się zawodowo prowadzeniem ksiąg rachunkowych. [przypis edytorski]
121. Attyla (406–453) — władca koczowniczego ludu Hunów, twórca rozległego imperium, najpotężniejszy z władców barbarzyńskich atakujących cesarstwo rzymskie; jego imperium, sięgające od Morza Kaspijskiego po Ren, rozpadło się po jego śmierci. [przypis edytorski]
122. Łazienki Królewskie w Warszawie — znany park warszawski, ulubione miejsce przechadzek; nazwa pochodzi od dawnego pawilonu Łaźni, zbudowanego na sztucznej wyspie na stawie, przebudowanego później na pałac. [przypis edytorski]
123. tyralierka — dziś: tyraliera, luźny szyk bojowy piechoty, tworzony przez żołnierzy stojących w odstępach w jednej linii. [przypis edytorski]
124. zniknęła jak sen jaki złoty — Juliusz Słowacki, W Szwajcarii, I w. 1. [przypis edytorski]
125. prawić (daw., gw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]
126. pyszny — tu: dumny, pełen pychy. [przypis edytorski]
127. Gdyby była utknęła — przykład użycia konstrukcji czasu przeszłego w trybie warunkowym (przypuszczającym), opisującego hipotetyczną, niezrealizowaną możliwość; dziś: gdyby utknęła. [przypis edytorski]
128. wyświecić (daw.) – wygnać publicznie kogoś skądś; w średniowieczu: wypędzić poza miasto przy świetle pochodni. [przypis edytorski]
129. onegdaj (daw.) — przedwczoraj; dziś w znaczeniu: niegdyś, dawno. [przypis edytorski]
130. automobil (daw.) — samochód. [przypis edytorski]
131. niepomiarkowany (przest.) — pozbawiony umiaru, niepohamowany, gwałtowny. [przypis edytorski]
132. kmiotek (lekcew.) — człowiek niewykształcony, zwykle ze wsi. [przypis edytorski]
133. przeniewierczy (daw.) — zdradziecki, dopuszczający się zdrady. [przypis edytorski]
134. skwapliwie — chętnie, ochoczo. [przypis edytorski]
135. zmieniał kołnierzyk — dawniej bardzo popularne były kołnierzyki przypinane do koszuli. [przypis edytorski]
136. frymarczyć (daw.) — kupczyć, handlować. [przypis edytorski]
137. odrutowane naczynie — dawniej rozbite naczynia ceramiczne, np. gliniane garnki, drutowano, tj. mocno ściągano pękniętą skorupę drucianą siatką; praktyka ta i zawód druciarzy stopniowo zanikały po I wojnie światowej wskutek fabrycznej produkcji tanich naczyń glinianych i kamionkowych, których nie opłacało się drutować. [przypis edytorski]
138. baczny — czujny, uważny. [przypis edytorski]
139. nimfa (mit. gr.) — boginka mająca postać młodej, pięknej dziewczyny, uosabiająca żywotne siły przyrody. [przypis edytorski]
140. nadobny (daw.) — ładny, pełen powabu. [przypis edytorski]
141. „(...) jeżeli wiesz, czemu o to pytasz?” (...) przypomniał sobie (...), że w ten sposób rzekł u Homera Achilles do Agamemnona — są to, przeciwnie, słowa Agamemnona do Achillesa, pochodzące nie z eposu Homera, ale z tragedii Ifigenia (akt IV, scena 6), autorstwa wielkiego francuskiego dramaturga Jeana Racine’a. [przypis edytorski]
142. kędy (daw., gw.) — gdzie, dokąd. [przypis edytorski]
143. Atlantyda — mityczna wyspa, po raz pierwszy opisana przez Platona w dialogach Timajos i Kritias, zamieszkała przez rozwiniętą cywilizację, zniszczona przez trzęsienie ziemi i pochłonięta przez morze. [przypis edytorski]
144. Napoleona bym nie zapomniał, ale wśród tego natłoku świętych... — dzieciom nadawano przeważnie imiona świętych katolickich (np. Adam, Piotr, Zbigniew), których czczono tysiące. W przeciwieństwie do tego imię cesarza Napoleona, forma włoskiego Napoleone, ma nieznane pochodzenie. [przypis edytorski]
145. Wilno — historyczna i obecna stolica Litwy; w latach 1922–1939 należało do Polski i było stolicą województwa. [przypis edytorski]
146. hyź a. hyś (pot.) — bzik, nieszkodliwe wariactwo, lekkie zaburzenie rozumu; występuje tylko w wyrażeniu mieć hyzia. [przypis edytorski]
147. ajent (daw.) — agent, pośrednik. [przypis edytorski]
148. inwentarz — majątek, dobytek. [przypis edytorski]
149. notabene (z łac.) — zauważ dobrze (zwrot wprowadzający ważną wtrąconą informację). [przypis edytorski]
150. Mojżesz — biblijny prorok, przywódca żydowski, który wyprowadził Izraelitów z Egiptu i przewodził im w wędrówce do Ziemi Obiecanej (Izraela); kiedy podczas przemarszu przez pustynię Izraelitom zabrakło wody i zaczęli się buntować, na polecenie Boga Mojżesz uderzył laską w skałę i wytrysnęła z niej woda (Lb 20,1–11). [przypis edytorski]
151. Dumas, Alexandre, ojciec (1802–1870) — francuski powieściopisarz i dramaturg; autor poczytnych powieści historycznych z wątkami awanturniczymi i romansowymi, m.in. Trzej muszkieterowie oraz Hrabia Monte Christo. [przypis edytorski]
152. drabina Jakubowa — ze snu biblijnego patriarchy Jakuba, o drabinie łączącej niebo z ziemią, po której chodzili aniołowie (Rdz 28). [przypis edytorski]
153. uczeń liceum, co odkrył zagrabiony przez wytwornego włamywacza schowek francuskich królów — w powieści Maurice’a Leblanca Wydrążona iglica. [przypis edytorski]
154. Samson — postać biblijna z Księgi Sędziów, legendarny bohater wojen Izraelitów z Filistynami, obdarzony przez Boga nadludzką siłą, której został pozbawiony, gdy jego kochanka, Dalila, nakłoniła go do wyjawienia sekretu i podstępnie ścięła mu włosy, gdy spał; zdjął z zawiasów i wyniósł na plecach bramę miasta Gazy: Sdz 16, 1–3. [przypis edytorski]
155. Gdyby w tej chwili gotowano raki, dość trudno byłoby rozróżnić purpurowego raka od Adama Cisowskiego — nawiązanie do wyrażenia „spiec raka”, oznaczającego: nagle się zaczerwienić, zawstydzić się (gdyż gotowane raki zmieniają kolor na czerwony). [przypis edytorski]
156. filharmonia — instytucja organizująca koncerty muzyki poważnej, posiadająca własny skład muzyków; pot. także: budynek, w którym odbywają się koncerty muzyki poważnej. [przypis edytorski]
157. samowar — urządzenie do gotowania wody i przyrządzania herbaty. [przypis edytorski]
158. snadnie (daw.) — łatwo, bez trudu. [przypis edytorski]
159. dyletant — człowiek zajmujący się jakąś dziedziną w sposób powierzchowny, bez fachowej wiedzy i odpowiedniego przygotowania. [przypis edytorski]
160. Fermat, Pierre (1601–1665) — francuski matematyk, z wykształcenia prawnik; zajmował się teorią liczb, niezależnie od Kartezjusza wprowadził układ współrzędnych w geometrii, z Pascalem współtworzył podstawy teorii prawdopodobieństwa. [przypis edytorski]
161. wielkie twierdzenie Fermata — sformułowane przez Fermata w 1637 twierdzenie, że dla wykładnika potęgowania większego niż 2 nie da się przedstawić potęgi żadnej liczby naturalnej w postaci sumy dwóch liczb naturalnych podniesionych do tej samej potęgi; przez pokolenia przeprowadzenie dowodu wielkiego twierdzenia Fermata stanowiło jedno z największych wyzwań w matematyce; udawało się podać tylko rozwiązania cząstkowe, dla wybranych wartości wykładników (n=3, n=5, n=7); dzięki pracom z 2 poł. XX w. w roku 1994 problem został ostatecznie rozwiązany przez angielskiego matematyka Andrew Johna Wilesa, a jego dowód zajmował ponad 100 stron. [przypis edytorski]
162. ergo (łac.) — więc; spójnik używany tradycyjnie przy budowaniu dowodu logicznego. [przypis edytorski]
163. Jeden z wybitnych matematyków (...) zaczął pisać na czymś czarnym, co stało na ulicy — był to znany z nadzwyczajnego roztargnienia francuski matematyk i fizyk André Ampère (1775–1836). [przypis edytorski]
164. Pitagoras (ok. 570–ok. 495 p.n.e.) — grecki matematyk i filozof, domniemany założyciel ruchu filozoficzno-religijnego i naukowego zwanego pitagoreizmem, powstałego pod znacznym wpływem matematyki i mistycyzmu. [przypis edytorski]
165. sierdzić się (przestarz.) — złościć się; wybuchać gniewem. [przypis edytorski]
166. całą ich [wołów] setkę kazał zakatrupić — mowa o hekatombie, tj. uroczystej ofierze ze stu wołów, składanej bogom przez starożytnych Greków przy specjalnych okazjach. [przypis edytorski]
167. Woły czynią to również, bo całą ich setkę kazał zakatrupić rzeźnik jeden (...) wzdęty od jedzenia prażonego bobu — Pitagoras zakazywał swoim uczniom zarówno zabijania zwierząt na ofiarę, jak i jedzenia mięsa; pitagorejczycy byli też znani z tego, że nie jedli bobu, pospolitego pożywienia Greków. Jeden z późniejszych autorów starożytnych dowodził jednak, że po odkryciu swojego twierdzenia Pitagoras złożył w podzięce bogom ofiarę z wołu (lub stu wołów). Obecnie wzmianka ta jest uznawana za próbę przekonania opinii publicznej, że oryginalne nauki Pitagorasa nie były sprzeczne z tradycyjną religią grecką, w której ofiary zwierzęce stanowiły jeden z najważniejszych rytuałów. [przypis edytorski]
168. Fryderyk I Barbarossa (Rudobrody) (1122–1190) — król niemiecki, cesarz rzymsko-niemiecki (od 1155) cieszący się legendarną sławą, jeden z największych średniowiecznych cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego; wskutek roszczeń papieskich od 1157 do 1177 skonfliktowany z papiestwem. [przypis edytorski]
169. Canossa — miasto w płn. Włoszech z zamkiem, w którym w 1077 cesarz Henryk IV (a nie Barbarossa) ukorzył się przed papieżem Grzegorzem VII podczas sporu o inwestyturę (tj. prawo nadawania stanowisk kościelnych na terenie swego państwa), interpretowanego jako spór o wyższość władzy świeckiej nad władzą duchowną. [przypis edytorski]
170. kolubryna — ciężkie działo oblężnicze. [przypis edytorski]
171. obejście — słowo używane do określenia całego gospodarstwa wiejskiego: podwórza, domu, budynków gospodarczych takich jak stajnia, stodoła. [przypis edytorski]
172. Noe — postać biblijna; przed zesłanym na ziemię niszczycielskim potopem z rozkazu Boga zbudował według szczegółowych wskazówek arkę (rodzaj statku), dzięki której uratował swoją rodzinę oraz po parze każdego rodzaju zwierząt; żeby sprawdzić, czy wody potopu już opadły, Noe wypuszczał z arki najpierw kruka, a następnie gołębicę; kiedy za trzecim razem gołębica nie wróciła, oznaczało to, że znalazła stały ląd. [przypis edytorski]
173. znarowiony — taki, który stał się narowisty, tj. krnąbrny, nieposłuszny. [przypis edytorski]
174. bawialnia — pokój do przyjmowania gości. [przypis edytorski]
175. bielmo — zmętniona rogówka w oku. [przypis edytorski]
176. derka — gruby, najczęściej wełniany koc, używany do przykrycia konia. [przypis edytorski]
177. bachmat — krępy, wytrzymały koń tatarski; wierzchowiec. [przypis edytorski]
178. pisać na drzwiach prócz inicjałów trzech królów czcigodnych: Kaspra, Melchiora i Baltazara — tradycyjnie przyjmowane imiona legendarnych królów-mędrców ze Wschodu, którzy mieli przynieść dary dla nowo narodzonego Jezusa; zgodnie z katolicką tradycją w dniu święta Trzech Króli (oficjalnie: dzień Objawienia Pańskiego) na drzwiach domu wypisuje się kredą „K+M+B”, przy czym litery interpretuje się jako inicjały imion królów; pierwotnie pisano „C+M+B”, co jest skrótem od łacińskiej formuły „Christus Mansionem Benedicat” (Niech Chrystus błogosławi temu domowi), a po literach umieszczano kolejny znak krzyża i zapisywano aktualny rok. [przypis edytorski]
179. scheda — odziedziczony majątek, szczególnie ziemia; spadek. [przypis edytorski]
180. gościniec — trakt, droga. [przypis edytorski]
181. naftą sycone światło — światło lampy naftowej; przed II wojną światową na terenach wiejskich generalnie nie było dostępu do sieci elektrycznych, prąd docierał tylko do znikomej liczby wsi. [przypis edytorski]
182. molto agitato (muz., wł.) — bardzo gwałtownie, niespokojnie. [przypis edytorski]
183. macki (daw.) — czułki, ruchliwe wyrostki na głowie owada, służące jako narząd dotyku (czucia), często także węchu i smaku. [przypis edytorski]
184. Apacz Winnetou i Old Shatterhand — główni bohaterowie powieści przygodowych Karola Maya (1842–1912), z akcją toczącą się na Dzikim Zachodzie, bardzo popularnych w XX w. [przypis edytorski]
185. piędź — dawna jednostka długości równa ok. 20 cm; pierwotnie odległość między końcem kciuka i małego palca rozwartej dłoni; tu: najmniejszy nawet skrawek ziemi. [przypis edytorski]
186. zbyć (daw.) — pozbyć się. [przypis edytorski]
187. majak — przywidzenie, widziadło; gw.: młode drzewo iglaste, zwłaszcza jego pień. [przypis edytorski]
188. srodze (daw., gw.) — mocno, bardzo. [przypis edytorski]
189. Zborowski, Samuel (zm. 1584) — magnat polski, rotmistrz królewski, skazany za morderstwo banita, jako hetman kozacki przebywał na Siczy, po powrocie do Krakowa ścięty; tytułowy bohater dramatu wierszem Juliusza Słowackiego. [przypis edytorski]
190. łypiąc powiekami — czasownik „łypać” oznacza zerkać, spoglądać nagle przez chwilę na kogoś lub na coś i odnosi się do oczu: łypać oczyma. [przypis edytorski]
191. ciężyć — dziś: ciążyć. [przypis edytorski]
192. Łazarz — postać biblijna z Ewangelii wg Jana: wskrzeszony przez Jezusa po kilku dniach spoczywania w grobie; patron żebraków i trędowatych; przen.: człowiek wycieńczony przez chorobę lub nędzę. [przypis edytorski]
193. czuj duch — daw.: bądź czujny, uważaj; tradycyjne zawołanie harcerskie. [przypis edytorski]
194. asińdźka a. aśćka (daw.) — skrót od: waszmościanka, waszmość panna. [przypis edytorski]
195. tur — wymarły przodek bydła domowego, ceniony dawniej jako zwierzyna łowna; najdłużej zachował się w Polsce: do XVII w. [przypis edytorski]
196. karbować — robić na czymś karby, nacięcia w celu ozdobienia lub zanotowania liczby czegoś. [przypis edytorski]
197. foliał (daw.) — księga o dużym formacie. [przypis edytorski]
198. Justynian I Wielki (483–565) — cesarz bizantyński (od 527); za jego czasów Cesarstwo Bizantyńskie osiągnęło największą świetność; odzyskał utraconą zachodnią część historycznego Imperium Rzymskiego, usystematyzował i unowocześnił prawo rzymskie (Kodeks Justyniana), aktywnie zwalczał pozostałości religii pogańskich. [przypis edytorski]
199. edykt „przeciwko matematykom, wróżbitom i innym oszustom...” — Kodeks Justyniana IX, 18 (z inną kolejnością: maleficis et mathematicis et ceteris similibus); matematykami nazywano wówczas astrologów, gdyż do przewidywania przyszłości ze zmian układu planet i gwiazd potrzebne było dokonywanie skomplikowanych obliczeń, wykraczających poza inne praktyczne zastosowania. [przypis edytorski]
200. Omar, właśc. Umar ibn al-Chattab (634–641) — drugi z kalifów arabskich (od 634), jeden z twórców potęgi imperium arabsko-muzułmańskiego: zdobył trzy czwarte terytorium Bizancjum i podbił perskie imperium Sasanidów; późniejsze o kilka wieków źródła podają, że po zdobyciu Egiptu nakazał spalenie sławnej Biblioteki Aleksandryjskiej. [przypis edytorski]
201. pono — ponoć; podobno. [przypis edytorski]
202. lamus — składzik starych rzeczy, rupieciarnia; daw.: budynek gospodarczy do przechowywania narzędzi, sprzętów gospodarczych i rzadko używanych rzeczy. [przypis edytorski]
203. płonny — bezowocny. [przypis edytorski]
204. czerwony złoty — dawna polska nazwa monety ze złota, dukata, używana dla odróżnienia od jednostki obrachunkowej nazywanej złotym polskim. [przypis edytorski]
205. marcepan — słodka masa z migdałów i cukru, daw. także: placek z takiej masy, symbol luksusu. [przypis edytorski]
206. czambuł (z tur.) — oddział wojsk tatarskich; w czambuł: w całości, bez wyjątku. [przypis edytorski]
207. delirium (łac.) — szaleństwo, majaczenie. [przypis edytorski]
208. Nomina sunt odiosa (łac.) — dosł.: nazwiska są nienawistne; nie należy wymieniać nazwisk. [przypis edytorski]
209. maharadża (sanskr.: wielki król) — historyczny tytuł królewski suwerennych władców w Indiach. [przypis edytorski]
210. fizjonomia — twarz, oblicze. [przypis edytorski]
211. patron — szablon w postaci tektury lub deseczki z wyciętym wzorem, który przez malowanie przenosi się na dekorowaną ścianę, sufit itp. [przypis edytorski]
212. wyprzeć — o skórze: zaognić się, ulec podrażnieniu pod wpływem tarcia, potu i ciepła. [przypis edytorski]
213. szambelan — wysoki urzędnik dworski. [przypis edytorski]
214. Poniatowski, Stanisław August (1732–1798) — król Polski, ostatni ostatni władca Rzeczypospolitej Obojga Narodów. [przypis edytorski]
215. pikieta — gra w karty dla dwóch osób, rumel. [przypis edytorski]
216. oczajdusza (daw.) — hulaka; hultaj. [przypis edytorski]
217. Apelles (ok. 370–ok. 300 p.n.e) — najsłynniejszy malarz starożytnej Grecji, nadworny portecista Filipa Macedońskiego i Aleksandra Wielkiego. [przypis edytorski]
218. Balzac, Honoré de (1799–1850) — francuski powieściopisarz zwany ojcem powieści realistycznej; zasłynął cyklem powieściowym Komedia Ludzka, pokazującym życie społeczne, polityczne i obyczajowe we Francji od czasów rewolucji francuskiej do rządów Ludwika Filipa. [przypis edytorski]
219. zydel — prosty, drewniany stołek. [przypis edytorski]
220. rozchodnik ostry — pospolita roślina płożąca się o grubych, mięsistych liściach; trująca, mająca właściwości lecznicze, dawniej stosowana do obniżenia ciśnienia tętniczego krwi i przy niektórych schorzeniach skórnych. [przypis edytorski]
221. sepet — ozdobny mebel, rodzaj skrzynki z szufladami na kosztowności. [przypis edytorski]
222. padół (daw.) — nisko położony teren, dolina, wąwóz; przen.: cała ziemia jako miejsce życia doczesnego. [przypis edytorski]
223. ablucja (z łac.) — rytualne obmycie ciała lub jego części. [przypis edytorski]
224. kalendarz — dawniej dużą popularnością cieszyły się książki zawierające kalendarz uzupełniony dużą liczbą informacji praktycznych z różnych dziedzin, porad gospodarskich, krótkich opowiastek, ciekawostek itp. [przypis edytorski]
225. Donkiszot — popr.: Don Kichot, tytułowy bohater powieści Miguela de Cervantesa (1547–1616), szlachcic, który pod wpływem romansów o czynach rycerskich postanawia ruszyć w świat i wcielać w życie średniowieczny ideał rycerski, jest jednak pozbawiony poczucia rzeczywistości, przez co często naraża się na śmieszność. [przypis edytorski]
226. asfodel — złotogłów, roślina z rodziny liliowatych; w staroż. Grecji sadzony na grobach jako pokarm dla dusz zmarłych, miał też rosnąć na „asfodelowych łąkach” w podziemnej krainie umarłych. [przypis edytorski]
227. diariusz — dziennik. [przypis edytorski]
228. Konia, królestwo za konia! — najbardziej znany cytat ze sztuki Szekspira Ryszard III (akt V, scena 4): słowa wykrzykiwane przez króla Ryszarda III podczas przegranej bitwy pod Bosworth, gdy zabito pod nim wierzchowca i rozpaczliwie szukał nowego, by uciec. [przypis edytorski]
229. Bóg działa przez Franków — wg tytułu napisanych po łacinie dziejów pierwszej wyprawy krzyżowej: Gesta Dei per Francos, tj. „Dzieła Boga poprzez Franków [dokonane]”, autorstwa mnicha Guiberta z Nogent (1053–1124). [przypis edytorski]
230. Strażnik Niezłomny — postać z głośnej tragedii Leopolda Staffa pt. Skarb (1904), którą odgrywał wybitny aktor Ludwik Solski. [przypis edytorski]
231. odzian — dawna krótka forma przymiotnika; dziś: odziany, ubrany. [przypis edytorski]
232. Wielka Armia (fr. Grande Armée) — główna armia francuska w okresie wojen napoleońskich; podczas wyprawy na Rosję (1812) liczyła ok. 500 tys. żołnierzy, z czego większość zginęła lub dostała się do niewoli w czasie kampanii i późniejszego odwrotu. [przypis edytorski]
233. tabaka — sproszkowany aromatyzowany tytoń, używany dawniej jako środek pobudzający do kichania. [przypis edytorski]
234. De omnibus rebus et quibusdam aliis (łac.) — o wszystkich rzeczach i o niektórych innych. [przypis edytorski]
235. skwirzyć — o ptakach: wydawać ostry, przenikliwy głos. [przypis edytorski]
236. popas — postój w czasie podróży w celu nakarmienia koni i odpoczynku. [przypis edytorski]
237. dęby dębom, bukom buki — Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, ks. IV, w. 689. [przypis edytorski]
238. Aleksander I (1777–1825) — od 1801 cesarz (car) Rosji z dynastii Romanowów, starszy brat księcia Konstantego; po kongresie wiedeńskim (1815) król Polski. [przypis edytorski]
239. Boreasz (mit. gr.) — bóg i uosobienie wiatru północnego, zimnego, porywistego i srogiego. [przypis edytorski]
240. cezar — jeden z tytułów władców państwa rzymskiego, pierwotnie rodowe miano Gajusza Juliusza Cezara oraz Oktawiana, jego adoptowanego syna i pierwszego cesarza rzymskiego. [przypis edytorski]
241. bitwa nad Berezyną (25–29 listopada 1812) — stoczona nad rzeką Berezyną Dnieprową (ob. na Białorusi), przez wycofującą się spod Moskwy Wielką Armię cesarza Napoleona I, otoczoną z trzech stron przez wojska Rosjan; zakończona ciężkimi stratami Wielkiej Armii, która zdołała jednak przekroczyć rzekę i uniknąć całkowitej zagłady. [przypis edytorski]
242. mila — dawna miara odległości o różnej wartości, zależnie od regionu i epoki; mila w państwach zaborczych mierzyła ok. 7,5 km. [przypis edytorski]
243. owity — spowity, owinięty. [przypis edytorski]
244. edredoński puch — dziś popr.: edredonowy puch, niezwykle delikatne, dobrze izolujące pierze dzikiej kaczki zamieszkującej obszary arktyczne, zwanej edredonem, kaczką edredonową. [przypis edytorski]
245. węgieł — narożnik budynku. [przypis edytorski]
246. niepodobna (daw.) — niemożliwe, nieprawdopodobne. [przypis edytorski]
247. maligna — wysoka gorączka połączona z majaczeniami. [przypis edytorski]
248. kabat (daw.) — kurtka, kaftan. [przypis edytorski]
249. Oszmiana — miasto na Białorusi; w latach 1922–1939 należało do Polski, było siedzibą powiatu w województwie wileńskim. [przypis edytorski]
250. Eh, bien! Donnez du mleko! (fr. z pol.) — No dobrze, dajcie mleka! [przypis edytorski]
251. Amaltea (mit. gr.) — koza, która karmiła małego Zeusa, kiedy jako niemowlę został ukryty w grocie na Krecie; ułamany róg Amaltei wdzięczny Zeus pobłogosławił, obdarzając go cudowną właściwością stałego napełniania się pożywieniem, stąd „róg Amaltei”: róg obfitości. [przypis edytorski]
252. zajęcie — tu: zainteresowanie. [przypis edytorski]
253. z roku 1937 — w którym toczy się akcja powieści. [przypis edytorski]
254. walny — mający decydujące znaczenie. [przypis edytorski]
255. figura — tu: osobnik, indywiduum, typ. [przypis edytorski]
256. bracia z Ajaccio — czterej bracia Napoleona Bonaparte, urodzeni, jak on, w Ajaccio na Korsyce. [przypis edytorski]
257. cubiculum (łac.) — pokój sypialny. [przypis edytorski]
258. krowę ze złoconymi rogami — w starożytności złocono rogi zwierząt przeznaczonych na ofiarę dla bogów. [przypis edytorski]
259. Per Baccho! Voilà un brave Polonais! (wł. i fr.) — Na Bachusa! Oto dzielny Polak! (w pierwszej części potoczne włoskie wykrzyknienie; Bachus to rzymski bóg wina). [przypis edytorski]
260. drab (pot.) — wysoki mężczyzna o wyglądzie wzbudzającym strach. [przypis edytorski]
261. Hamlet — tytułowy bohater tragedii Szekspira: królewicz duński, którego duch zamordowanego ojca wzywa do zemsty na swym zabójcy, stryju Hamleta; podczas rozmowy z matką w jej komnacie Hamlet, biorąc podsłuchującego za zasłoną dworaka Poloniusza za swego znienawidzonego stryja, przez płótno przeszył go szpadą, szydząc, że zabija szczura (Hamlet, akt III, scena 4). [przypis redakcyjny]
262. Trzeba czasem być wężem wśród złych ludzi — por. Mt 10,16: „Oto Ja was posyłam jako owce między wilki; bądźcież tedy roztropnymi jako węże...” (Biblia Gdańska). [przypis edytorski]
263. pod figurą mówić (daw. fraz.) — mówić, używając przenośni, posługując się symbolami, alegoriami. [przypis edytorski]
264. Nec locus, ubi Troia (łac.) — Nie ma śladu po Troi. [przypis edytorski]
265. lubość (daw.) — upodobanie, zadowolenie. [przypis edytorski]
266. Apollo (mit. gr.) — bóg słońca i światła, opiekun sztuki, przewodnik dziewięciu muz, klasyczny ideał męskiego piękna. [przypis edytorski]
267. Pismo Święte mówi o siedmiu braciach śpiących — wg popularnej legendy w III w. n.e. siedmiu chrześcijańskich młodzieńców z Efezu podczas prześladowań chrześcijaństwa ukryło się w podmiejskiej jaskini. Rzymscy żołnierze znaleźli ich kryjówkę i zamurowali wejście, skazując ich na śmierć głodową. Wskutek cudu młodzieńcy zapadli w długi sen, z którego obudzili się po 200 latach, kiedy chrześcijaństwo było już religią dominującą. Dzień Siedmiu Braci Śpiących obchodzono 10 lipca. W Biblii, której wszystkie księgi napisano znacznie wcześniej, o tej legendzie nie ma wzmianki, występują natomiast postacie siedmiu braci machabejskich (2 Mch 7), żydowskich męczenników zamęczonych w czasie powstania machabejskiego w II w. p.n.e., w chrześcijaństwie uznanych za świętych. Ich dzień w Kościele katolickim obchodzony jest 1 sierpnia. [przypis edytorski]
268. schwytać Tatarzyna... — odniesienie do powiedzenia: „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, oznaczającego, że ktoś sądzi, że wygrał w konflikcie, ale okazuje się, że druga strona pod innym względem ma nad nim przewagę. [przypis edytorski]
269. quasi (łac.) — niby. [przypis redakcyjny]
270. Poe, Edgar Allan (1809–1849) — amerykański poeta, prozaik i krytyk literacki, prekursor opowieści grozy i noweli detektywistycznej; twórca postaci Auguste’a Dupina, błyskotliwego paryskiego detektywa, posługującego się w pracy dedukcją i analizą sposobu myślenia innych osób, występującego m.in. w noweli Skradziony list, o poszukiwaniach sprytnie ukrytego skradzionego dokumentu. [przypis edytorski]
271. od dworaków opuszczony — odwołanie do tekstu Leszka Białego z popularnych dawniej Śpiewów historycznych (1809) Juliana Ursyna Niemcewicza: „Od dworaków opuszczona Helena w stroju niedbałym...”. [przypis edytorski]
272. luby (daw.) — miły, kochany. [przypis edytorski]
273. kantata — uroczysty utwór wokalno-instrumentalny. [przypis edytorski]
274. baczność — tu: uwaga, czujność. [przypis edytorski]
275. molowa tonacja (muz.) — tonacja w skali molowej, smutnej. [przypis edytorski]
276. Jenialkiewicz, Ambroży — główny bohater komedii Aleksandra Fredry Wielki człowiek do małych interesów: galicyjski szlachcic, przekonany o własnym talencie organizatorskim, ma genialne plany i pomysły i we własnym mniemaniu realizuje je z powodzeniem, jednak w rzeczywistości kończą się porażką; jego nazwisko zostało utworzone od przymiotnika jenialny (daw.: genialny). [przypis edytorski]
277. bengalski ognień — sztuczne ognie, fajerwerki. [przypis edytorski]
278. naturalista (daw.) — badacz natury, przyrodnik. [przypis edytorski]
279. taki, co sprzedaje grzebienie i mydełka — po wsiach krążyli dawniej wędrowni sprzedawcy różnych drobnych przedmiotów. [przypis edytorski]
280. Anioł Pański, Zdrowaś Maria — katolickie modlitwy maryjne. [przypis edytorski]
281. Sokrates (469–399 p.n.e.) — filozof grecki, nauczyciel Platona; stosował metodę żywego dialogu, dysputy jako sposób dochodzenia do prawdy; oskarżony o niewyznawanie bogów uznawanych przez państwo i demoralizację młodzieży, skazany na śmierć przez wypicie trucizny. [przypis edytorski]
282. skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą — Juliusz Słowacki, W Szwajcarii XXI 1. [przypis edytorski]
283. baryton — męski głos pośredni między tenorem a basem. [przypis edytorski]
284. ut aliquid fecisse videatur (łac.) — aby się zdawało, że coś się robi (Laktancjusz, Divinae Institutiones (Ustanowienia Boże) VII 4.1; cytat niedokładny). [przypis edytorski]
285. malowanych zbożem rozmaitem — Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, ks. I, w. 17. [przypis edytorski]
286. wykrot — dziura w ziemi po po wyrwanych korzeniach drzewa. [przypis edytorski]
287. jenerał — dziś: generał. [przypis edytorski]
288. Czuwaj! — zawołanie harcerskie, pozdrowienie używane najczęściej podczas powitania i pożegnania. [przypis edytorski]
289. Marek, co idzie na jarmarek — z pieśni ludowej Poszedł Marek na jarmarek. [przypis edytorski]
290. hebes (łac.) — tępy, ograniczony, tuman. [przypis edytorski]
291. wiatronogi (poet.) — szybki w biegu, pędzący jak wiatr. [przypis edytorski]
292. drapichrust (pot.) — włóczęga, łobuz. [przypis edytorski]
293. tałatajstwo — hołota, hałastra. [przypis edytorski]
294. epistoła (daw., z łac. epistola) — list; dziś: długi, nudny list. [przypis edytorski]
295. rejwach (pot.) — hałas, zgiełk. [przypis edytorski]
296. legumina — rodzaj deseru, słodka potrawa na mące, np. kisiel, budyń czy pudding. [przypis edytorski]
297. kongregacja — z łac. congregatio: zgromadzenie; daw.: stowarzyszenie religijne lub świeckie; dziś: komisja kardynalska kurii papieskiej, zjazd duchownych a. katolickie zgromadzenie zakonne, w którym składane są jedynie proste śluby. [przypis edytorski]
298. Habent sua fata libelli (łac.) — Książki mają swoje losy (sentencja będąca fragmentem cytatu z Terencjanusa Maurusa z II w. n.e.). [przypis edytorski]
299. Habent sua fata epistulae (łac.) — Listy mają swoje losy. [przypis edytorski]
300. Pon mi razy dwa nie powi (gw.) — Pan mi dwa razy nie powie (nie musi mówić); Stanisław Wyspiański, Wesele, akt II, scena XXV (słowa chłopa Czepca, pisarza gminnego, do Poety z miasta). [przypis edytorski]
301. cielęce lata — wczesna młodość. [przypis edytorski]
302. bona (daw.) — domowa wychowawczyni małych dzieci. [przypis edytorski]
303. Sezam — skarbiec zbójców w jednej z opowieści z Księgi tysiąca i jednej nocy. [przypis edytorski]
304. Dante Alighieri (1265–1321) — jeden z najwybitniejszych poetów włoskich, autor poematu Boska Komedia, stanowiącego arcydzieło literatury światowej i szczytowe osiągnięcie literatury średniowiecznej, przedstawiającego wizję wędrówki poety przez trzy światy pozagrobowe: Piekło, Czyściec i Raj; napisał również m.in. znacznie mniej znany tom wierszy pt. Nowe życie (wł. Vita nuova). [przypis edytorski]
305. Danta (daw.) — dziś popr. forma B.: Dantego. [przypis edytorski]
306. Kraszewski, Józef Ignacy (1812–1887) — polski pisarz, działacz społeczny i polityczny; autor licznych, popularnych powieści historycznych. [przypis edytorski]
307. kopa (daw.) — sześćdziesiąt sztuk; przen.: mnóstwo. [przypis edytorski]
308. Merkury (mit. rzym.) — posłaniec bogów, opiekun kupców, podróżników i złodziei, odpowiednik gr. Hermesa. [przypis edytorski]
309. kryjomy (starop.) — ukryty. [przypis edytorski]
310. sługa a. uniżony sługa — dawny zwrot grzecznościowy na zakończenie listu, skrót od: „jestem pańskim uniżonym sługą”; w czasach pisania tej powieści był już uważany za przestarzały. [przypis edytorski]
311. miesięczny (daw.; poet.) — księżycowy; od miesiąc: księżyc. [przypis edytorski]
312. przetak — sito z dużymi otworami. [przypis edytorski]
313. miesiąc (daw.; poet.) — księżyc. [przypis edytorski]
314. Charon (mit. gr.) — przewoźnik, przeprawiający dusze zmarłych przez podziemną rzekę do krainy umarłych. [przypis edytorski]
315. podjąć — tu: podnieść. [przypis edytorski]
316. chiński cień — taki jak w tradycyjnym chińskim teatrze cieni, w którym sylwetki przedstawianych ludzi, zwierząt, elementów krajobrazu pojawiają się za podświetlonym, półprzezroczystym ekranem. [przypis edytorski]
317. Romeo — bohater dramatu Szekspira Romeo i Julia, opowiadającego o nieszczęśliwych losach kochanków ze zwaśnionych rodów. [przypis edytorski]
318. Masz, idź, ubierz się w mięso! — Szekspir, Romeo i Julia, akt V, scena 2 (Romeo do Aptekarza, który sprzedał mu truciznę). [przypis edytorski]
319. Goethe, Johann Wolfgang (1749–1832) — jeden z najwybitniejszych autorów niemieckich, poeta, dramaturg i prozaik, reprezentant nurtu „burzy i naporu”, przedstawiciel klasycyzmu weimarskiego; autor m.in. dramatu Faust (cz. 1: 1808, cz. 2: 1831), o uczonym, który zgłębiwszy dostępną człowiekowi wiedzę, doznał rozczarowania i zawarł pakt z diabłem obiecującym mu spełnienie wszystkich pragnień. [przypis edytorski]
320. Tkwię tu, nieszczęsny głupiec, tak samo mądry teraz, jak i wprzódy! — Goethe, Faust, część pierwsza, scena w pracowni, w. 364–365; wprzódy (daw.): wcześniej, uprzednio. [przypis edytorski]
321. hotel Europejski — hotel w Warszawie, uznawany za najbardziej elegancki i luksusowy w mieście. [przypis edytorski]
322. barometr — przyrząd do pomiaru ciśnienia atmosferycznego; łamaniem w kościach, co może być użyte jako podręczny barometr: podczas wilgotnej, wietrznej pogody z niskim ciśnieniem atmosferycznym chorzy na reumatoidalne zapalenie stawów odczuwają bóle określane jako „łamanie w kościach”. [przypis edytorski]
323. sterany — zużyty, zmarniały, zniszczony. [przypis edytorski]
324. nie zdałby się i psu — odniesienie do pot. frazy o czymś nieprzydatnym: zda się (tzn. przyda się) psu na budę. [przypis edytorski]
325. fakir — asceta indyjski, zwłaszcza poddający swoje ciało różnym niezwykłym formom umartwienia. [przypis edytorski]
326. brytan — duży, silny pies. [przypis edytorski]
327. głos wołającego na puszczy — wyrażenie biblijne z Księgi Izajasza (40, 3), w tradycyjnym przekładzie staropolskim ks. J. Wujka, oznaczające nawoływanie, na które nikt nie reaguje; puszcza (daw.): pustkowie, pusty, dziki teren. [przypis edytorski]
328. Sherlock Holmes — fikcyjna postać, bohater powieści i opowiadań kryminalnych autorstwa Arthura Conana Doyle’a (1859–1930). [przypis edytorski]
329. potrzebny (...) do chrzanu [tarcia] (fraz. pot.) — zupełnie nieprzydatny, bezużyteczny. [przypis edytorski]
330. gwałt — przemoc, bezprawne użycie siły. [przypis edytorski]
331. dobyć (daw.) — wyjąć coś, wyciągnąć. [przypis edytorski]
332. lodownia — dawniej: murowane pomieszczenie piwniczne lub zagłębiony w gruncie osobny budynek służące do przechowywania produktów spożywczych w niskiej temperaturze dzięki zgromadzonej dużej ilości lodu lub śniegu. [przypis edytorski]
333. Bywałem kiedyś dawno w Łodzi... Jeszcze przed wojną... — mowa o pierwszej wojnie światowej; przed jej wybuchem miasto Łódź należało do zaboru rosyjskiego. [przypis edytorski]
334. na ścieżaj (daw.) — na oścież; szeroko (o otwartych drzwiach, oknach). [przypis edytorski]
335. czek — dokument wystawiony przez właściciela rachunku bankowego, będący dla banku poleceniem, aby wypłacił wskazanej osobie lub okazicielowi określoną sumę pieniędzy z rachunku wystawcy; banki wydają klientom książeczki czekowe z wyrywanymi, pustymi blankietami czekowymi, na których nadrukowano nazwę banku, numer rachunku, nazwisko wystawcy, numer seryjny czeku itp. [przypis edytorski]
336. sień — pomieszczenie prowadzące do wnętrza domu. [przypis edytorski]
337. Aleksander III Macedoński (356–323 p.n.e) — król Macedonii, wybitny wódz, zwycięzca w wojnie z Persją, dzięki swoim podbojom utworzył ogromne imperium. [przypis edytorski]
338. gordyjski węzeł — bardzo splątany węzeł zawiązany przez mitycznego króla Gordiosa w świątyni Zeusa w mieście Gordion w Azji Mniejszej, łączący jarzmo ofiarnego wozu z dyszlem. Przepowiednia głosiła, że człowiek, któremu uda się rozwiązać węzeł, zostanie władcą całej Azji. Aleksander Macedoński przeciął węzeł mieczem. Przenośnie węzłem gordyjskim nazywa się skomplikowany problem, trudną do rozwiązania sprawę. [przypis edytorski]
339. dowcipny (daw.) — inteligentny, sprytny, rozumny. [przypis edytorski]
340. Molier, właśc. Jean-Baptiste Poquelin (1622–1673) — największy francuski komediopisarz, aktor, dyrektor teatru. [przypis edytorski]
341. lichoż — rzeczownik „licho” partykułą -ż w funkcji wzmacniającej. [przypis edytorski]
342. A lichoż mi kazało na ten statek włazić — Molier, Szelmostwa Skapena, akt II, scena 11 (powtarzane słowa Geronta do Skapena, którymi komentuje rzekome porwanie swojego syna; w przytoczeniu zmieniono „mu” na „mi”). [przypis edytorski]
343. Gilewicze wiedli boje z Niemczewskimi o kawał starego żelaza — spór dwóch współczesnych autorowi rodów o zabytkowy miecz, we wspomnianej wyżej powieści Kornela Makuszyńskiego Złamany miecz. [przypis edytorski]
344. ponik (daw., poet.) — strumyk. [przypis edytorski]
345. kraj białej róży — Finlandia, której godłem państwowym jest złoty lew na czerwonym tle, pomiędzy dziesięcioma srebrnymi różami; najwyższym odznaczeniem fińskim jest Order Białej Róży Finlandii. [przypis edytorski]
346. na przemiany (daw.) — na przemian. [przypis edytorski]
347. I słychać jęk szatanów w sosen szumie — Juliusz Słowacki, Beniowski, Pieśń V A, w. 172. [przypis edytorski]
348. Głos ten, schwytany na płytę — mowa o nagraniu na płycie gramofonowej. [przypis edytorski]
349. tabun — stado koni; tu: przenośnie. [przypis edytorski]
350. mara — duch, zjawa. [przypis edytorski]
351. hufiec — zwarty oddział średniowiecznych wojsk; dziś: jednostka w organizacjach młodzieżowych. [przypis edytorski]
352. zapaść (czas.) — schować w głębi czegoś, zaszyć się. [przypis edytorski]
353. sopot (daw.) — zdrój, miejsce, z którego wytryskuje woda; tu mylnie w znaczeniu: grzęzawisko, bagno. [przypis edytorski]
354. wyga — ktoś z dużym doświadczeniem w jakiejś dziedzinie. [przypis edytorski]
355. morowy (pot.) — dzielny, porządny. [przypis edytorski]
356. wziął słowo (daw.) — zabrał głos (por. np. Heinrich Heine, Dysputa, w. 341, tłum. Maria Konopnicka). [przypis edytorski]
357. hetman — najwyższy dowódca wojskowy w dawnej Polsce i na Litwie. [przypis edytorski]
358. obleczenie (daw., gw.) — odzienie, ubranie. [przypis edytorski]
359. Święci młodziankowie! — wykrzyknienie chrześcijańskie, przywołanie Świętych Młodzianków, tzn. małych chłopców, których wg Ewangelii Mateusza kazał wymordować Herod w Betlejem; niżej także jako niecodzienny zwrot określający młodych gości księdza. [przypis edytorski]
360. Marcin z Tours (316 lub 336–397) — pustelnik, założyciel pierwszych wspólnot zakonnych w Kościele zachodnim, biskup Tours, święty chrześcijański, patron Francji. W jego żywocie opisano, że kiedy w młodości służył w Galii jako kawalerzysta armii rzymskiej, zimą pod murami miasta napotkał półnagiego żebraka, któremu oddał połowę swojej żołnierskiej opończy (płaszcza podróżnego), rozcinając ją mieczem. W nocy po tym zdarzeniu we śnie zobaczył Chrystusa odzianego w tę samą połówkę płaszcza i mówiącego aniołom, że Marcin go nią okrył. Według jednej z opowieści usłyszał też, że podarowana część należy do niego, a kiedy się zbudził, jego opończa znów była cała. [przypis edytorski]
361. dychawiczny — oddychający z trudem; chorobliwy; tu przenośnie. [przypis edytorski]
362. łój — tłuszcz zwierzęcy. [przypis edytorski]
363. awantura arabska (książk.) — niecodzienne, nieprawdopodobne zamieszanie. [przypis edytorski]
364. mandryl — gatunek dużej małpy z rodziny koczkodanów. [przypis edytorski]
365. Oczywiście, że będę czuwał — odpowiedział staruszek, cokolwiek zdumiony, że ta przyjemna hałastra nakazuje mu to tak gromko i obcesowo — ruch harcerski na ziemiach polskich rozwinął się w miastach ok. 20–25 lat przed powstaniem powieści, na wsi nie występował i dla starego wiejskiego księdza zwyczaje harcerskie były nieznane. [przypis edytorski]
366. w sześćdziesiątym trzecim roku — tzn. w roku 1863, kiedy wybuchło powstanie styczniowe przeciwko Imperium Rosyjskiemu. [przypis edytorski]
367. burka (z tur.) — dawne podróżne okrycie wierzchnie w formie peleryny z kapturem, zrobione z grubej tkaniny. [przypis edytorski]
368. wierzgać przeciw ościeniowi — wyrażenie biblijne z Dziejów Apostolskich (26, 14): stawiać bezcelowy opór, skazany na niepowodzenie; oścień: zaostrzony kij do popędzania bydła. [przypis edytorski]
369. Jeremiasz (ok. 650–ok. 570 p.n.e.) — prorok judzki, twórca biblijnej Księgi Jeremiasza, zawierającej zbiór jego proroctw; przypisuje się mu również autorstwo biblijnych Lamentacji. [przypis edytorski]
370. prędzej by język przyschnął do jego podniebienia — sparafrazowane wyrażenie biblijne, pochodzące jednak nie z ksiąg proroka Jeremiasza, ale z Psalmów (Ps 137, 6): „Niech przylgnie język mój do podniebienia mojego, jeżelibym nie pamiętał ciebie, jeślibym nie stawił Jerozolimy na przedzie radości mojej” (tłum. Izaaka Cylkowa). W języku ksiąg biblijnych „język przylgnął komuś do podniebienia” oznacza zaniemówienie, utratę mowy, podczas gdy polskie „język przysechł komuś do podniebienia” oznacza odczuwanie dużej suchości w ustach. [przypis edytorski]
371. płowy (daw.) — o włosach: jasny. [przypis edytorski]
372. czerw (daw.) — ogólna nazwa larw toczących owoce, drzewa, grzyby. [przypis edytorski]
373. ług — żrący środek wybielający, składnik mydła i innych środków czyszczących. [przypis edytorski]
374. kozik — składany nożyk z lekko zagiętym ostrzem. [przypis edytorski]
375. krogulec — ptak drapieżny z rodziny jastrzębi. [przypis edytorski]
376. akrostych — wiersz, w którym początkowe litery, sylaby lub słowa wersów tworzą dodatkowo pewien wyraz, frazę lub zdanie. [przypis edytorski]
377. Wergiliusz, właśc. Publius Vergilius Maro (70–19 p.n.e.) — rzymski poeta, autor m.in. poematu epickiego Eneida, eposu narodowego Rzymian. [przypis edytorski]
378. Ułożył go [akrostych] pono nawet Wergiliusz w „Eneidzie”, jeśli to nie zwykły przypadek — pierwsze litery wersów 601–604 w księdze VII Eneidy tworzą słowo „MARS” (imię rzymskiego boga wojny), co zdaniem niektórych miało sygnalizować wybuch wojny w Italii; wskazówkę i potwierdzenie dla czytelnika miałyby stanowić słowa w przedostatnim wersie tego fragmentu, o Rzymie, który pierwszy wzbudza Marsa. [przypis edytorski]
379. sator, arepo, tenet, opera, rotas (łac.) — słowa z najstarszego, znanego z czasów rzymskich, tzw. kwadratu magicznego; sator: siewca; arepo: słowo nieznane, być może nazwa własna; tenet: trzyma, prowadzi; opera: tu: uważnie; rotas: koła. [przypis edytorski]
380. anagram — wyraz lub zdanie powstałe przez przestawienie liter bądź sylab innego wyrazu lub zdania. [przypis edytorski]
381. kryptogram — szyfrogram, tekst w postaci zaszyfrowanej. [przypis edytorski]
382. kwadrat magiczny — kwadratowa tablica, w której wiersze i kolumny wpisano liczby w taki sposób, że ich suma w każdym wierszu, w każdej kolumnie i w każdej przekątnej jest taka sama; znane w starożytnych Chinach i Indiach, za pośrednictwem źródeł arabskich kwadraty magiczne stały się popularne w Europie w okresie renesansu, przypisywano im specjalne moce jako talizmanom. [przypis edytorski]
383. periculum in mora (łac. ) — niebezpieczeństwo w zwłoce (hasło wyrażające potrzebę szybkiego działania). [przypis redakcyjny]
384. Atlas (mit. gr.) — gigant, który z wyroku Zeusa dźwigał na barkach sklepienie niebieskie wznoszące się ponad Ziemią. [przypis edytorski]
385. dyletantyzm — zajmowanie się jakąś dziedziną w sposób powierzchowny, bez fachowej wiedzy i odpowiedniego przygotowania. [przypis edytorski]
386. imanie się czegoś (daw.) — chwytanie się czegoś, branie się za coś. [przypis edytorski]
387. partactwo — praca wykonywana źle, nieudolnie, niedbale. [przypis edytorski]
388. I upadł, jako ciało martwe pada — Dante, Boska Komedia (Piekło, V, 142), tł. Edward Porębowicz; ze zmienionym podmiotem. [przypis edytorski]
389. mocował się (...) jak Jakub z Aniołem — Jakub, biblijny patriarcha z Księgi Rodzaju, syn Izaaka i Rebeki, walczył z tajemniczą nadludzką istotą (Bogiem lub aniołem), która wyłamała mu biodro, ale go nie zwyciężyła (Rdz 32, 25–29). [przypis edytorski]
390. lucyferowy — od imienia Lucyfer (z łac. lucifer: niosący światło), w demonologii chrześcijańskiej nadanego przywódcy zbuntowanych przeciw Bogu aniołów, który za karę został strącony w otchłań. [przypis edytorski]
391. Góra z górą się nie zejdzie [ale człowiek z człowiekiem zawsze] — powiedzenie oznaczające, że ludzie mogą się nieoczekiwanie spotkać ze sobą po długim czasie niewidzenia, w nieprzewidywalnym miejscu i momencie; przytaczane zwykle w chwili takiego spotkania. [przypis edytorski]
392. Salomon — biblijny król Izraela, słynny z mądrości. [przypis edytorski]
393. czata — oddział żołnierzy ubezpieczający wojsko w czasie postoju lub dokonujący zwiadu; stać na czatach: stać na straży. [przypis edytorski]
394. z księżycem przez szpary — Juliusz Słowacki, Mazepa, akt I, scena 5 (Mazepa, który niepostrzeżenia wszedł przez okno, odpowiada Kasztelanowej, jak przyszedł do pokoju). [przypis edytorski]
395. z dali w dal — Bolesław Leśmian, Śnigrobek (wiersz z tomu Napój cienisty), w. 3. [przypis edytorski]
396. Ach, co widzę — tu śniadanie! — Aleksander Fredro, Zemsta, akt I, scena 2 (słowa Papkina, który odwiedził Cześnika). [przypis edytorski]
397. śpij z otwartymi oczami. To dobre dla zająca — zające są czujne, ale kiedy ktoś się do nich zbliża, pozostają nieruchome i uciekają dopiero, gdy są pewne, że zostały zauważone; stąd powstał mit, że śpią z otwartymi oczami, i frazeologizmy „spać jak zając, z otwartymi oczami”, oznaczające spanie płytkim, czujnym snem, z którego łatwo się wybudzić. [przypis edytorski]
398. oko dnia pięknego — Szymon Szymonowic, Żeńcy, w. 17; w oryginale z innym szykiem: „Słoneczko, śliczne oko, dnia oko pięknego”. [przypis edytorski]
399. rydel — rodzaj wąskiej łopaty o zaokrąglonym ostrzu. [przypis edytorski]
400. sekundant (z łac.) — pośrednik i świadek uczestnika pojedynku; przed walką ustalał jej warunki z sekundantem przeciwnika i pilnował ich przestrzegania, m.in. w przypadku pojedynku na broń palną odmierzał krokami ustaloną odległość, w jakiej mają stanąć uczestnicy, żeby do siebie strzelać. [przypis edytorski]
401. Bayard, Pierre du Terrail de (1473–1524) — utalentowany francuski dowódca wojskowy okresu wojen włoskich, owiany legendą „rycerz bez trwogi i skazy”. [przypis edytorski]
402. beniaminek — ulubione, najmłodsze dziecko; ulubieniec. [przypis edytorski]
403. Konrad Wallenrod — tytułowy bohater powieści poetyckiej Adama Mickiewicza, pozornie służył swoim wrogom, żeby faktycznie im zaszkodzić: wyruszył z armią na wyprawę wojenną i swoimi działaniami spowodował druzgoczącą klęskę. [przypis edytorski]
404. primadonna (wł.) — dosł.: pierwsza dama; śpiewaczka operowa, solistka w operze. [przypis edytorski]
405. Tacyt, Publiusz Korneliusz (ok. 55–120) — wybitny historyk rzymski, autor m.in. Roczników oraz Dziejów, opisujących historię Rzymu w I w. n.e. [przypis edytorski]
406. kułak — mocno zaciśnięta dłoń; pięść. [przypis edytorski]
407. Ajaks (z łac.) a. Ajas (gr.; mit. gr.) — w wojnie trojańskiej brało udział dwóch wojowników achajskich o tym imieniu: syn króla Telamona, zwany Ajasem Wielkim, najdzielniejszy po Achillesie wśród walczących przeciw Trojanom, oraz syna króla Ojleusa, zwany Ajasem Małym. [przypis edytorski]
408. parlamentarz — dziś: parlamentariusz, posłaniec wojenny, który z białą flagą symbolizującą pokojowe zamiary idzie do dowództwa wrogich wojsk, aby omówić możliwości zawieszenia broni lub kapitulacji jednej ze stron. [przypis edytorski]
409. tykwa — naczynie wykonane z twardej skorupy rośliny nazywanej również tykwą. [przypis edytorski]
410. lichtarz (z niem.) — podstawka do osadzenia pojedynczej świecy, świecznik. [przypis edytorski]
411. zmienić — tu: rozmienić. [przypis edytorski]
412. przyniosła z triumfem całą kopalnię srebra — międzywojenne monety o nominałach 2, 5 i 10 złotych były wybijane ze srebra; jednozłotowe bito ze srebra, później z niklu. [przypis edytorski]
413. Iris a. Iryda (mit. gr.) — uskrzydlona posłanka bogów, uosabiająca tęczę. [przypis edytorski]
414. alchemia — przednaukowa dziedzina dociekań i doświadczeń, zajmująca się próbowaniem różnych składników, kombinacji i procesów chemicznych w celu odkrycia sposobu przemiany metali nieszlachetnych w złoto, wynalezienia eliksiru nieśmiertelności oraz specyfiku leczącego wszelkie choroby. [przypis edytorski]
415. Leonardo da Vinci (1452–1519) — włoski artysta, uczony i wynalazca; najwybitniejszy przedstawiciel renesansu. [przypis edytorski]
416. quantum mutatus [ab illo] (łac.) — jakże zmieniony, inny [niż tamten] (Wergiliusz, Eneida III 274; Eneasz o Hektorze, który zjawił mu się we śnie pokryty ranami). [przypis edytorski]
417. Lis zaprosił raz na ucztę bociana... — w bajce Bocian i lis Jeana de La Fontaine’a (1621–1695), popularnego bajkopisarza francuskiego. [przypis edytorski]
418. dorycka kolumna (archit.) — kolumna w staroż. stylu doryckim architektury, w jakim zbudowano m.in. świątynię Partenon na Akropolu w Atenach; kolumny doryckie w przeciwieństwie do ozdobnych kolumn innych popularnych stylów starożytnych (koryncki, joński) zakończone były u góry głowicami o prostym kształcie okrągłej, spłaszczonej „poduszki”. [przypis edytorski]
419. mieszek — woreczek na monety lub inne drobne przedmioty. [przypis edytorski]