9. „Nie pchaj palców między drzwi!”
Adaś przemykał się wśród tysiąca ostrożności przez zarośla, starając się nie spuścić z oczów stąpającego powoli „malarza”. Zmierzał on w stronę gościńca. Szedł z pochyloną głową, jakby głęboko zamyślony. Noc była jasna, bo połowa księżyca, jak połowa bochenka chleba, siedziała wśród gwiazd.
Oddaliwszy się od dworu, nieznajomy obejrzał się bacznie, potem usiadłszy pod drzewem, wydobył list i elektryczną latarkę. Osłonił ją dłonią i zaczął czytać, nisko pochylony.
„Gdyby on wiedział, że to ja pisałem własną ręką!” — pomyślał Adaś.
Ukryty za gęstym krzakiem pachnącego jałowca, patrzył wprost na pochmurną twarz czytającego. „Malarz” czytał z głęboką uwagą, zdaje się raz i drugi. Pokręcił głową i westchnął głośno.
„Natrafił na Danta i zęby go rozbolały — pomyślał Adaś. — Nie ugryziesz, bratku”.
Widać nieznajomy spodziewał się, że wyczyta w liście niesłychane jakieś wieści, gdyż nie mógł ukryć zawodu. Zgasił latarkę, ukrył list starannie w kieszeni i podniósł się bez pośpiechu. Zaczął iść szybciej, spojrzawszy na niebo. Adaś ruszył w drogę, przemykając się głębokim rowem jakby strzeleckim okopem. Postanowił iść w tropy za nieznajomym z większą ostrożnością niż owego wieczora, kiedy to podchodził go niebacznie, co się boleśnie odbiło na jego głowie. Wiedział już, że tajemniczy ludzie mają schronienie w pustym domu w Żywotówce. Trzeba to jednak sprawdzić i dowiedzieć się przy dobrej sposobności, co się dzieje w tym podejrzanym przybytku, ilu ich tam jest i co zamierzają w najbliższej przyszłości? Pewny był, że coś się tam musiało stać z owym Francuzem, co pierwszy myszkował w Bejgole. Kiepskich ów Francuz dobrał sobie wspólników. Nie ulegało wątpliwości, że tego listu nie oddał im z dobrowoli. Używał ich jako posłusznych robotów, roboty jednak, przejrzawszy, że gra idzie o wielką stawkę, musiały się zbuntować i teraz miotają się w zniecierpliwionym i zdyszanym pośpiechu. Sądząc jednak po tym, co ma grube łapy i bystre spojrzenie, są to chytre gbury, na wszystko gotowe. Należy być niezmiernie ostrożnym.
„Raz mi się udało — myślał Adaś — i tylko nadwerężono mi mądrą głowę. Drugi raz może się nie udać i ukręcą mi łeb jak młodej wronie”.
Myśl o tej niezłożonej operacji objawiła się na zewnątrz zimnym dreszczem, chociaż wieczór był ciepły i pachnący sianem.
„Państwo Niemczewscy będą przekonani, że wpadłem do stawu, aby młodzieńczym ciałem nakarmić raki. Uciekłem po nocy jak widmo... Trzeba będzie napisać jak najprędzej i uspokoić poczciwych ludzi... Oho, mój jegomość skręca...”
Nieznajomy zszedł z gościńca na boczną polną drogę, dobrze widną w miesięcznym311 świetle; wiła się ona wśród bezdrzewnych połaci łąk, z których podniosły się białe opary zapowiadające pogodę. Adaś przystanął, lękając się, że zostanie odkryty na pustej przestrzeni. Bał się wkroczyć na zamglone łąki, aby nie natrafić na trzęsawisko lub strumień i nie zdradzić się chlupotem wody. Trzeba było przeczekać, aż się nieznajomy znacznie oddali, i wtedy dopiero próbować przemknąć się wśród niskich, rzadkich mgieł. Fałszywy malarz podąża w stronę lasu, bo ta zbita masa, co się ciemni na widnokręgu, musi chyba być lasem.
Przytulony do pnia drzewa, co stało na granicy łąk, jak nieruchomy żołnierz na warcie, przeczekał czas niejaki, potem ostrożnie, bacząc na każdy szelest i na każdy swój ruch, zaczął iść wpółzgięty. Stawiał wielkie kroki, jak gdyby przeskakiwał rowy, skradając się brzegiem z wolna pełzającej mgły. Nie mógł dojrzeć nieznajomego, więc podwoił czujność. Przystawał, usłyszawszy szelest; zatrzymał się, posłyszawszy ciężki odgłos.
„Ta żaba ćwiczy się do skoku w dal!” — pomyślał.
Podążał wytrwale, polną drogę mając za przewodnika. Idący przed nim pewnie z niej nie zszedł, bo i po co? Po obu stronach muszą kisnąć jakieś mokradła, co oddychają mgłami. Las już niedaleko. Z bliska widać, że to nie żaden las, tylko szeroko rozsiadły zagajnik, że to biedne pokurcza, a nie szanowne drzewa.
Jakiś błysk rozjaskrawił się w niewielkim oddaleniu.
„Zapalił latarkę! — pomyślał Adaś, patrząc z ostrym wysiłkiem. — Ciemno mu tam...”
Po chwili usłyszał trzask gałązek pod ciężkimi stopami nieznajomego i niedbałe jego gwizdanie.
Drożyna wpływała do lasu jak strumień i wiła się wśród chaszczów. Przejście przez nie było sprawą trudną i niebezpieczną; dość było nadepnąć nieostrożnie suchą gałąź. Rozsądniej było przeczekać, aż się nieznajomy znowu zacznie oddalać. W zagajniku było ciemno; tu i ówdzie siał się księżyc przez rzadkie gałęzie jak przez przetak312. Adaś przebrnął wreszcie do skraju zarośli i przystanął, patrząc w zachwyconym zdumieniu: w niebieskiej poświacie widać było rozległą wodę, na której dnie leżało zatopione odbicie księżyca. Na niewielkim wzniesieniu nad wodą majaczył biały zarys niewielkiego domu, przed którym wyniosłe rosły drzewa. W jakimś oknie migotało czerwone światełko. Nad wszystkim wisiała gęsta, miesiącem313 przetykana cisza, dobra, słodka i pachnąca. Woda srebrzyła się jak ogromna ryba.
Nieznajomy, zmierzający ku domowi na wzgórku, przystanął i patrzył na cicho śpiącą wodę łaszącą się pieszczotliwie do księżyca.
„Nawet taki musi być wzruszony!” — pomyślał Adaś, przypadłszy do zroszonej ziemi wśród bujnej trawy.
W tej chwili cisza zaczęła się chwiać jak miękka, ciężka zasłona, lekko dotknięta. Przez srebrną wodę jak przez srebrny most poczęły płynąć niewyraźne głosy, tak polatujące jak zapachy od łąk. Adaś wstrzymał oddech i cały zmienił się w słuch: głosy były dalekie, niewyraźne, jakby uroczyste.
„Dziwne! Jakiś chór śpiewa...” — pomyślał.
Spojrzał w tę stronę, z której przylatywały owe głosy, tak cicho lecące jak puszyste sowy, i ujrzał zarumieniony odblask ogniska.
— Ach, to jakiś harcerski obóz! — ucieszył się. — Dobre sobie wybrali miejsce... Jest im tu wesoło, tylko rybom nie będzie bezpiecznie.
Na wodzie słychać było srebrzysty szelest. Po drugiej stronie zamajaczyła łódka, powoli w księżycu płynąca, cicha jak Charonowy314 prom, ci bowiem, co w niej płynęli, milczeli, oczarowani zapewne czarodziejstwem ślicznej nocy. Zdawało się, że będą łowić sieciami księżyc odbity w wodzie, więc nie chcą głosami spłoszyć tej złotej ryby z okrągłym łbem.
Adaś nie mógł długo patrzeć na nocne przedstawienie w zaczarowanym teatrze, musiał bowiem uważać pilnie na to, co czyni „czarny charakter” tego teatru, czający się za kulisami.
„Czarny charakter”, napatrzywszy się przez chwilę wodzie, ruszył powoli w stronę domu, a Adaś za nim. Nieznajomy podjął315 jakąś gałąź i trzykrotnie zapukał nią w oświetlone okno. Ukazał się w nim chiński cień316 wysokiej ludzkiej postaci i zniknął. Po chwili skrzypnęły drzwi i zostały zatrzaśnięte.
„Co robić?” — rozważał Adaś.
Bał się zbliżyć ku domowi. Nie znał terenu i mógł w zwodniczym świetle księżyca wpaść w jaki dół lub zdradzić się w inny sposób. Nie wiedział, czy tu gdzie nie ma jakich czuwających w mroku ludzi. Dom stał wprawdzie w odosobnieniu, za drzewami jednak bieliły się inne zabudowania, skąd mógł ktoś nadejść niespodziewanie. Trzeba było, poczynając sobie najostrożniej, dowiedzieć się, jak wygląda ten drugi, co się niewyraźnym cieniem zaczernił na szybach. Być może, że jest tam ktoś jeszcze. Po niedługim namyśle Adaś postanowił nie dowierzać nocy i z wszelkim działaniem zaczekać do świtu, kiedy będzie mógł w dziennym świetle zapoznać się dokładnie z terenem. Teraz może ważyć się na jedno: może się wspiąć na drzewo i zajrzeć do wnętrza domu, aby ich przynajmniej policzyć i dowiedzieć się, czy Francuz, którego pozna z opisu — niepozorny, z małym wąsikiem, szczurzy wyraz twarzy — jest jeszcze z nimi. Byłaby to wiadomość cenna: czy wspólnicy działają już na własną, mocno niezgrabną rękę, czy też dowodzi nimi sprytny człowiek, co umiał odgadnąć skróty tajemniczych znaków z listu napoleońskiego oficera?
Podpełznął, jak tylko mógł najbliżej, ku domowi, i upatrzywszy sobie odpowiednie drzewo rosnące tuż naprzeciw okna, wdrapał się na niewielką wysokość. Siadł okrakiem na najniższym konarze i ostrożnie rozgarnął gałęzie, z których księżycowa poświata opadła jak srebrna rosa.
W izbie siedziało dwóch ludzi przy trzech świecach.
„Indywidua nie pochodzą z tych stron — pomyślał Adaś z uśmiechem. — Tutejsi ludzie nie odważyliby się przenigdy palić trzech świec równocześnie, gdyż ktoś wtedy musi umrzeć. Zobaczymy, kto to taki? Aha! »Malarz«, oczywiście... Tego drugiego nie widziałem nigdy”.
Ten drugi był ludzkim szkieletem, chudym i kościstym; gdyby nie skóra i odzienie, mógłby bez charakteryzacji udawać śmierć w szopce. Widać było wyraźnie, jak mu się porusza grdyka, tak ostro w przód wysunięta jak kość na piersi ptaka. Przysłuchiwał się pilnie temu, o czym z gwałtownymi ruchami rąk opowiadał fałszywy malarz. Widać było, jak ten wyjmuje z kieszeni papier z pismem Adasia i jak powoli czyta. Musiał dobrnąć do ustępu z tajemniczymi znakami, gdyż przerwawszy czytanie, pokazał papier chudeuszowi, któremu Romeo317 z dramatu Szekspira byłby rzucił pieniądz z okrzykiem: „Masz, idź, ubierz się w mięso!”318. Szkielet z latającą grdyką wziął papier w ręce, zbliżył go do świecy i patrzył w niego baranim spojrzeniem.
— Nie dacie rady, robaczki! — szepnął Adaś. — Aha! Chudy rozkłada ręce, jak gdyby chciał rzec jak Faust u Goethego319: Da steh ich nun, ich armer Tor, und bin so klug, als wie zuvor! — „Tkwię tu, nieszczęsny głupiec, tak samo mądry teraz, jak i wprzódy!”320 O, malarz wściekł się... Tłucze ręką o stół... A co będzie teraz?... Chudy oddał mu list, bierze świecę ze stołu i coś gada... Wychodzą... Malarz nie schował listu do kieszeni, lecz trzyma go w ręce, jak gdyby go miał komuś jeszcze pokazać. Ale komu? Francuzowi oczywiście. Więc Francuz tu jest, ale w odosobnieniu... Być może, że w przykrym odosobnieniu.
W tej chwili jedna myśl zaniepokoiła Adasia.
„Jeżeli idą gadać z Francuzem, a pewne jest, że francuskiego języka nie znają, po jakiemu będą z nim rozmawiali i po jakiemu rozmawiali z nim do tej chwili? To ciekawe”.
Miał czas, aby się nad tym zastanawiać, gdyż obaj wspólnicy wyszli z izby ze świecą. Ponieważ jej światło nie wędrowało po domu i nie ukazało się w żadnym innym oknie, musieli pójść na tyły domu lub wyjść do jakichś bezokiennych zakamarków. Adaś czekał. Wrócą przecie, aby pogasić dwie świece pozostawione na stole. Czekał długo, może pół godziny, zanim wrócili. Na twarzy chudzielca, co niósł świecę, widać było w jej blasku wzburzenie i rozpacz. Znowu usiedli za stołem w milczeniu i jakby w rozmyślaniach; wreszcie szkieletowaty brat śmierci zaczął coś mówić gwałtownie i z gorącym zniecierpliwieniem, drugi słuchał uważnie, potakując od czasu do czasu. Przyjrzał się raz jeszcze uważnie listowi, po czym złożył go starannie i ukrył w kieszeni na piersiach. Chudy podniósł się, ziewnął i przemówił do towarzysza, na co tamten skinął głową.
„Idą spać!” — pomyślał Adaś.
Tak było. Zdmuchnęli jedną świecę, potem każdy z nich wziął inną i wyszli. Teraz światła zaczęły wędrować, rozbłyskując w coraz to innym oknie, wreszcie jedna przystanęła niedaleko, druga poszła nieco dalej. Po krótkiej chwili obie oddały nocy świetlistego ducha.
Adaś zsunął się z drzewa bez szelestu. Znużony był i przemokły od obfitych ros.
— Skoro opryszki śpią, powinien i człowiek uczciwy złożyć do snu głowę — rzekł do siebie. — Ale gdzie?
Najlepiej byłoby pójść do harcerskiego obozu i poprosić o gościnę, zameldowawszy się u tego żurawia, co pełni straż u wejścia do obozu. Nie trafi tam jednak po nocy, tym bardziej że księżyc posrebrzywszy szarość świata, usiadł na wędrującej chmurze i zapadł gdzieś za lasami. Czuwanie przez całą noc nie miało wielkiego sensu, dom bowiem z opryszkami nie ucieknie. Adasiowi kleiły się oczy. Dzień był mocno pracowity, a wieczór, połączony z utrudnionym wędrowaniem, jeszcze pracowitszy. Siedemnaście młodych lat zachłannie łaknie snu. Rzymianie pozostawili receptę dla młodego wieku: Septem horas dormire puero sat est... — „Wystarczy chłopcu siedem godzin snu”. Adaś nie miał nawet takich wymagań; wystarczyłyby mu trzy, cztery godziny, byle miał jakie takie uczciwe schronienie. Hotelu Europejskiego321 nie było w pobliżu. Trzeba będzie albo znaleźć sobie legowisko w rozwidleniu konarów na rozłożystym drzewie, jak nasi przodkowie z epoki kamiennej, albo zaszyć się w zarośla i przespać noc na posłaniu z liści, co się zwykle długo pamięta, taka noc bowiem przypomina się w przyszłości wesołym łamaniem w kościach, co może być użyte jako podręczny barometr322.
Adaś patrzył długo bezradnym wzrokiem, wreszcie oddaliwszy się cokolwiek od domu, ujrzał na wpół rozwaloną budkę: na kilku wykrzywionych patykach rozmierzwiony i przez wiatr pokąsany daszek ze zbutwiałej słomy. Wewnątrz leżało nieco steranego323 siana. Na dłuższy pobyt przybytek ten nie zdałby się i psu324, na kilka godzin jednakże letniej, ciepłej nocy był wystarczający. Wczesny świt wejdzie w ten pałac z promienistym krzykiem i wcieknie przez dziurawy daszek, nie ma przeto obawy, aby Adaś zaspał na kamień. Bez namysłu wczołgał się do zamokłego hotelu i legł na ziemi, znacznie się tym pocieszywszy, że fakirzy325 hinduscy z niepojętą przyjemnością śpią na wyszczerzonych gwoździach. Przez otwory w daszku widać było gwiazdy, a przez „wejście” poszarzałą śpiącą wodę. Jakaś zawzięta żaba, nie mogąc usnąć, nadmiernie tęsknym rozkwakanym głosem nawoływała księżyc; czasem wodny ptak zahuczał w sitowiu, gdy mu się przyśniła ryba. Adaś przez niedługą chwilę nasłuchiwał tych głosów, potem głowę jego mołojecką sen owinął w czarne miękkie chusty.
Zdawało mu się, że spał króciutko, gdy go opadły złe i charczące głosy. Zerwał się, przerażony, z grubym potem na czole.
„Psy!” — pomyślał z rozpaczą.
Dokoła budy skakały konwulsyjnie trzy ogromne psiska, rozżarte i opętane, czyniąc wrzask okropny i zajadły. Ogarnęła go bolesna rozpacz; nie miał czym się bronić, bał się poruszyć. Uciec nie można było, bo ledwie wyskoczy z budy, zostanie rozerwany na strzępy, nie może wołać pomocy, bo wywoła nie pomoc, lecz jakąś okropność. Zaczął dygotać z trwogi i rozpaczy. Czuł, że łzy napływają mu do oczów. Otarł je szybko i zacisnąwszy szczęki, rozmyślał gorączkowo nad sposobami ratunku. Co może zdziałać przeciwko trzem brytanom326, dotąd zapewne zamkniętym, a niedawno spuszczonym na noc z łańcucha? W rozdygotanym przerażeniu wyrwał z ziemi patyk, podtrzymujący dach budy, i wysunął go przez otwór jak kopię. Najsroższy z psów chwycił go z zajadłością i strzaskał zębami. Z kością ludzkiej nogi uczyni to samo.
W Adasiu zmartwiało serce.
— Jezus Maria... Jezus Maria... — szeptał gorączkowo
Po głowie zaczęły mu latać myśli tak czerwone, jakby były okrwawione.
„Zerwę dach z budy... Nim się okryję... Skoczę do wody... Zanim dotrę do wody, poranią mnie, ale może nie zagryzą... Ratuj mnie, Matko Boska!”
Z nagłym, jakby stężałym spokojem, z ponurą, czujną zawziętością gotował się do wykonania beznadziejnego planu, gdy wtem usłyszał pomieszane liczne głosy i zniecierpliwione nawoływania. Pomyślał z rozpaczą, że nie wiadomo, co teraz będzie gorsze: psy czy ludzie?
Zwierzęta, posłyszawszy znany sobie krzyk, pofolgowały z rozwścieklonej złości. Jakiś człowiek nadbiegł pośpiesznie, wołając psy po imieniu.
„To ktoś inny! — pomyślał Adaś z ulgą. — To nie oni!”
Nie śmiał jednak zagadać.
Niski, garbaty mężczyzna odpędził psy ogromnym kijem i zajrzał ciekawie do wnętrza budy, a ujrzawszy skuloną postać, zdumiał się niepomiernie.
— A ty co tu robisz, kawalerze? — zapytał podejrzliwie.
— Spałem — odrzekł szeptem Adaś. — Niech pan uspokoi psy, a ja sobie stąd pójdę.
Usiłował wygramolić się z budy. Psy na widok człowieka warknęły groźnie i zaczęły zbliżać się podstępnie.
— Panie! — zawołał Adaś niemal ze łzami. — Niech je pan odpędzi.
— Psy nie wyrządzą kawalerowi żadnej krzywdy! — mówił garbaty człowiek posępnie. — A czemu kawaler spał w tej budzie?
— Bo zabłądziłem...
— Czy kawaler jest z obozu?
Adaś zawahał się, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Skłamać nie chciał.
— A... więc nie z obozu — mówił tamten, jak gdyby sam do siebie. — W obozie mają inne odzienie...
— Czy ja mogę pójść sobie? — zapytał Adaś szybko.
— Pójść? A dokąd? Teraz, po nocy?
Widać było, że gada, żeby gadać, ale myśli o czymś innym i jakby na coś czeka.
W tej chwili obejrzał się, a w Adasiu dusza zamarła: drzwi domu skrzypnęły i dwie z nich wyszły postacie.
— Tutaj, tutaj! — zakrzyknął garbus.
W porywie rozpaczy Adaś wydobył się z budy i uskoczył w bok, lecz usłyszawszy wysoki, nagły skowyt psów, znieruchomiał. Czuł, jak w nim serce omdlewa. Zacisnął zęby i czekał, blady, z grubymi kroplami potu na czole. Osłabnął tak, że już by nie mógł uczynić kroku: trwoga, podstępnie podpełznąwszy, chwyciła go za gardło, w którym poczuł nieznośną, dręczącą, drewnianą suchość.
— Co się tu dzieje? — spytał cichym głosem chudy człowiek podobny do śmierci.
— Nic nadzwyczajnego! — odrzekł pogromca psów. — Ten przyjemny młodzieniec spał w budzie i psy go wytropiły.
— I nas zbudziły. Niech młodzieniec idzie do stu diabłów, a my chodźmy spać.
— Za pozwoleniem! — zakrzyknął z radością fałszywy malarz. — Młodzieniec pójdzie do stu diabłów, ale jeszcze nie teraz... Ja znam tego ptaszka.
Pochylił się ku tamtym i coś im szepnął. Oni spojrzeli na chłopca z niezmiernym zdumieniem.
— Jakież miłe spotkanie! — krzyknął człowiek tak chudy, że mógłby być swoim własnym cieniem. — Witamy, witamy, szanownego pana! Spokojnie, młodzieńcze — rzekł ostrzegawczo, dostrzegłszy podejrzany ruch Adasia. — Psy dogonią cię, zanim uczynisz dwa kroki. I dokądże to będziesz gonił wśród ciemnej nocy? Nie wypada, aby przyjemny człowiek spał w lesie albo w rozwalonej budzie... Prosimy cię najuprzejmiej, abyś spędził noc w naszym zacisznym domu.
Słów tych nie wypowiedział ludzkim głosem, lecz je wysyczał jak żmija. Naigrawał się. Zbliżywszy się, spojrzał Adasiowi w twarz, jakby się chciał nacieszyć jej bladym, zrozpaczonym przerażeniem.
— Bierz go! — krzyknął zduszonym głosem fałszywy malarz.
Adaś zwinął się jak stalowa sprężyna i rozprężył się w błyskawicznym ruchu, lecz już długie ręce chudzielca owinęły się dokoła niego jak liany. Chłopiec poczuł, że ten ludzki cień posiada ogromną, żylastą, nieugiętą siłę; nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że wołanie o ratunek będzie głosem wołającego na puszczy327, zakrzyknął bezwiednie głosem ogromnym, zrozpaczonym i przejmującym:
— Ratunku! Ratunku! Na pomoc! Na po...
Już nie mógł dokończyć słowa, bo ciężka goryla łapa fałszywego malarza zamknęła mu usta.
Trzech ludzi stłamsiło go i zgniotło. Odbyło się to wszystko pośród ciszy, jakby walczyły z sobą mocne bezszelestne widma.
Adaś czuł, że go niosą. W głowie mu szumiało, serce jego waliło jak młot. Nie mógł wydać głosu, bo ciężka łapa leżała wciąż na jego twarzy. Posłyszał skrzypnięcie drzwi i stukot nóg na podłodze. Po chwili postawiono go przemocą na nogi. Któryś trzymał go za kark, inny zapalał świecę.
— Zabierz psy i wynoś się! — rzekł chudy człowiek do garbatego. — Ktoś mógł usłyszeć wrzask tego panicza. My się tu nim zajmiemy... A ty zasłoń okno.
Fałszywy malarz ściągnął ze stołu jakąś tkaninę i rozwiesił ją pośpiesznie na oknie.
— A teraz pogadamy, rozkoszny kawalerze... — mówił niskim, dygocącym z irytacji głosem. — Jeśli się ruszysz, będzie to twój ostatni ruch... Jak tu trafiłeś?
Adaś stał blady i na wszystko gotów.
— Przypadkiem — odrzekł po chwili namysłu. — Zabłądziłem...
— Czy i wtedy zabłądziłeś — wtrącił chudy — kiedyś usiłował podejść tego pana? Kiedy ci ten pan zostawił na łbie upominek?... Nie wyglądasz tak, przyjacielu, jak gdybyś łatwo mylił drogę. O, nie! Gadaj prawdę, po coś tu przylazł?
— Zabłądziłem — twierdził Adaś uparcie.
Nie mógł w oszołomieniu wymyślić niczego lepszego.
— Właśnie w te strony! — zaśmiał się nieprzyjemnie chudy.
Nagle urwał ten śmiech, przyjrzał się chłopcu zmrużonymi oczami i rzekł zdławionym głosem:
— Siadaj! A ty stań poza nim... Jeżeli się ruszy, zdziel go po głowie.
Adaś usiadł chętnie, gdyż nogi pod nim dygotały. Rozmyślał z rozpaczliwym pośpiechem nad tym, co im powie.
— Chłopcze! — mówiło chude widmo. — Bylibyśmy cię dostali w nasze ręce, nawet gdybyś nie był taki głupi i gdybyś nie przyszedł tu sam. Słuchaj! Możemy z tobą tak postąpić, że ślad po tobie nie pozostanie... Woda niedaleko. Ale my mamy czułe serca... Żal nam tak wybitnej młodości... Możemy zrobić interes. Przyrzekamy ci, że puścimy cię wolno — nie od razu, oczywiście — jeżeli bez żadnego krętactwa powiesz nam wszystko, o czym wiesz.
— Ja nie wiem o niczym... — odrzekł słabym głosem Adaś.
— Nie wiesz o niczym? Doskonale... A to znasz?
Podszedł do łóżka i wydobył spod siennika rękopis księdza Koszyczka.
— Znam... To są stare bajki.
— I dlatego czytałeś je długo w nocy?
Adaś wzruszył ramionami.
— Czytałem, lecz nic z tego nie rozumiem.
— To się jeszcze pokaże. Zresztą rzecz jest obojętna... Idzie o co innego. Daj mi list! — zwrócił się do drugiej figury. — Ja chłopaczka nie spuszczę z oczów. Posłuchaj, kawalerze! — mówił z udanym przymileniem. — Ty masz rozum... Coś cię musiało ogłupić, żeś tutaj zalazł, ale każdemu może się zdarzyć, że zbaranieje. Widzisz to pismo?
— Widzę...
— Jest w nim jeden niejasny ustęp. Jakieś znaki... Jeżeli je wytłumaczysz, puścimy cię z Panem Bogiem.
Mówiąc to, tak złożył papier z własnym pismem Adasia, aby chłopiec nie mógł odczytać treści listu, i pokazał mu tylko skróty: „Dan. Al. Inf. C. III 10–11”.
— Czy możesz wytłumaczyć, co oznaczają te litery?
Adaś spojrzał z udaną uwagą i długo się przyglądał. Odczytał je półgłosem raz, drugi i trzeci.
— Nie rozumiem — rzekł. — To musi być szyfr.
— Szyfr? Co to znaczy?
— Tajemne, umówione pismo. Odczytać potrafi je tylko ten, co zna do niego klucz.
— A ty nie znasz tego klucza?
— Skąd? To przecie stare pismo — rzekł Adaś nieopatrznie.
Fałszywy malarz, dotąd milczący, drgnął i spojrzał na niego złośliwie.
— A skąd ty, panie Adamie, wiesz, że to „stare” pismo? Jak możesz o tym wiedzieć, skoro atrament jest jeszcze świeży, bo ten list został napisany przed dziesięcioma godzinami? Wiem, że jesteś sprytnym chłopaczkiem, bo ujrzałeś pożar, którego nie było, właśnie w tej chwili, w której brodaty pan Gąsowski zaczął mówić o drzwiach, a teraz od razu poznałeś, że to stare pismo. Węchem poznałeś? Ho! ho! chłopczyno... Będziesz ty jeszcze śpiewał!
— O niczym nie wiem! — krzyknął Adaś. — Czego wy ode mnie chcecie?
— Abyś powiedział wszystko, o czym wiesz, bo ty wiesz. Ja ci się dobrze przyjrzałem. Niby zawracałeś oczami do panienki, a pilnowałeś mnie. Ach, ty żółtodziobie! Myślałeś, że nie widzę? Ty Sherlocku Holmesie328 od czternastu boleści! Ty chcesz nas podejść, nas? Musiałbyś żyć jeszcze sto lat, zanim cię się to uda. Będziesz gadał czy nie?
— Nic nie wiem...
— Zaraz będziesz wiedział... Skończmy te żarty. Mów, w jaki sposób tutaj doszedłeś. Jak się dowiedziałeś, że my tu mieszkamy?
— Ludzie opowiadali...
— Co opowiadali?
— Że w Żywotówce osiedli jacyś obcy... Mówili, że Francuzi.
Wspólnicy spojrzeli po sobie znacząco.
— Tutaj nie było i nie ma żadnego Francuza — rzekł chudy. — Co dalej?
— Więc przyszedłem tutaj, aby odnaleźć pana... — mówił Adaś.
— Mnie? Z tęsknoty? — zaśmiał się fałszywy malarz.
— Nie tęskniłem za panem — odrzekł Adaś. — Chciałem zażądać zwrotu tego rękopisu, który pan zabrał.
— Aha! A dlaczego nie przyszedłeś do domu, tylko czaiłeś się w budzie? Rozumiem... Rozumiem... Czekałeś okazji, aby się zakraść do domu. Przeszkodziły ci poczciwe pieski. Przypuśćmy, że to prawda... Słuchaj no, panie Adamie! Rękopis ten jest nam potrzebny chyba do chrzanu329... Możesz go mieć. Ale te znaki nam wyjaśnisz, słyszysz? Będziesz tu siedział tak długo, aż ci łeb uschnie, ale wyjaśnisz.
— Nie potrafię...
— O, ty wszystko potrafisz! Uczony młodzieniec, mądry młodzieniec... A my prości, poczciwi ludzie... Musielibyśmy pisać do Wilna albo do Warszawy i tracić czas. Co to dla ciebie? Pomyślisz, pomyślisz i odgadniesz... Poczekamy! Teraz, chłopaczku, pójdziemy spać, a ty z nami. Zwiąże się kawalerowi nóżęta, aby nie wędrował, bo znowu zabłądzi tam, gdzie nie trzeba.
Chudy nachylił się i coś szepnął towarzyszowi do ucha, a towarzysz skinął głową potakująco.
— Podnieś się, chłopczyno — rzekł z jadowitą słodyczą. — Musimy zbadać, czy nie masz przy sobie broni lub ostrych narzędzi w rodzaju scyzoryka.
— To gwałt330! — krzyknął Adaś.
— Z pewnością nie pieszczoty! — zaśmiał się opryszek.
Niespodziewanym ruchem chwycił ręce chłopca i wykręcił je w tył.
— Obszukaj go! — rzekł do chudeusza.
Człowiek-szkielet z latającą grdyką przebiegł ze zdumiewającą wprawą palcami po całym ciele Adasia i mówił tak, jakby wyliczał:
— Ołówek... notes... scyzoryk... mały kluczyk...
— Od walizki! — objaśnił fałszywy malarz. — Walizka wróciła do Bejgoły. Czy myślisz, luby Adasiu, żeśmy o tym nie wiedzieli?
— Portmonetka... chustka do nosa... jakiś papier...
— Papier? Pokaż no, przyjacielu! Papiery tego pana są zwykle bardzo zajmujące.
Adaś patrzył zrozpaczonym wzrokiem, jak malarz rozwija uważnie kopię tego listu, którą sporządził dla profesora.
— I cóż to takiego? — zapytał chudy.
Tamten nie odpowiedział, lecz powoli, bardzo powoli przeniósł spojrzenie z papieru na Adasia. Szczęki zadrgały mu z wściekłości, oczy zaświeciły jak u wilka. W przypływie nagłej furii nie mógł mówić. Zdawało się, że tak się skurczył i sprężył jak dziki zwierz przed skokiem.
„O mamo... o mamusiu!” — krzyknął w duszy Adaś, co miał już siedemnaście lat.
Fałszywy malarz błyskawicznym ruchem chwycił go za gardło.
— Puść go! — wielkim głosem wrzasnął chudy.
Równocześnie mocnym uderzeniem odtrącił ciężką łapę malarza.
— Puść go! — powtórzył już ciszej. — Zadusić go łatwo, lecz co potem? Nie pora na uroczyste pogrzeby. Zresztą ten młodzieniec nie zawsze będzie taki uparty i zapewne da się przekonać, że nie warto urządzać niemądrych awantur. Prawda, młody człowieku?
Młody człowiek, śmiertelnie blady, nie odpowiedział, myśląc z przestrachem o tym, że jeśli czułe palce chudeusza zaczną raz jeszcze poszukiwania, odnajdą i liścik pana Rozbickiego z wytłumaczeniem znaków. Wspólnicy nie dowiedzieliby się z nich więcej nad to, o czym już wiedzieli z poczciwej gadaniny księdza Koszyczka; byłoby jednak stokroć lepiej, gdyby czas dłuższy oddawali się ich wyjaśnieniu i wietrzyli głęboką niby-tajemnicę w tych znakach zamknioną. Człowiek-cień zaprzestał jednakże poszukiwań. Uspokoiwszy rozwścieczonego wspólnika, rozwalił się w leniwej pozie na krześle, zapalił fajkę i usiłował wieść rozmowę tak swobodną, jak gdyby Adaś należał do zażyłej kompanii.
— Widzisz, młodzieńcze, że z moim przyjacielem nie ma żartów, a ty do niego nie masz szczęścia. Mogło się skończyć morderstwem, chociaż nic łatwiejszego, żeby skończyło się zgodą. Wśród rozsądnych ludzi zgoda jest zawsze możliwa. Po co ta głupia wojna? Zróbmy uczciwy układ: ty coś wiesz i my coś wiemy; ty czegoś szukasz i my czegoś szukamy. Prawda? Szukajmy razem. Nie znajdziemy — trudno. Ale jeśli znajdziemy, podzielimy się po bratersku. Dobrze o tym wiesz, że ten oficer sprzed stu lat ukrył jakieś wielkie bogactwa, bo napisał o tym w swoim liście. Trzeba tylko do nich trafić. Nie ma takiej zagadki, której by nie można rozwiązać, więc i my ją kiedyś rozwiążemy, ale nie mamy czasu. Nam się śpieszy... Więc zróbmy tak: my pomożemy tobie, a ty pomożesz nam. Nas jest trzech, ściślej mówiąc: dwóch, jeden się nie liczy — ten, którego widziałeś z psami, bo on nam tylko prowadzi gospodarstwo... Ale i ja, i ten pan, który tak świetnie udawał malarza, ważymy się na wszystko. No i jakże? Przystąpiłbyś do spółki?
Adaś patrzył spode łba i nic nie odpowiadał.
— Nie chcesz? — mówił chudy, sącząc powoli słowa. — Trudno... Ale ja sądzę, że się namyślisz. Na upór są sposoby, najpierw łagodne i przyjacielskie, a później nieco nieprzyjemne. Zostaniesz tu, bracie, u nas, abyś miał czas zastanowić się nad uczciwą propozycją.
— Będą mnie szukali... — rzekł Adaś niepewnie.
— Być może, ale cię nie znajdą — zaśmiał się chudzielec.
— Dadzą znać policji...
— Cóż robić? Nie każdemu jest miło mieć do czynienia z policją, ale na jakiej podstawie policja ma cię szukać tutaj u nas, u spokojnych ludzi, co sobie na lato wynajęli letni domek i zbierają grzyby? Jakim zresztą sposobem mógłbyś się znajdować tutaj, skoro jesteś w Warszawie?
— Jak to w Warszawie?
— Przed dwoma dniami o godzinie dziewiątej wieczorem wyjechałeś pociągiem do Warszawy, co pod przysięgą zaświadczy ten woźnica, co ciebie i panienkę woził na stację. Strasznie byłeś chytry i wpadłeś w kabałę.
— Widziano mnie w Wiliszkach, tam gdzie ten pan przychodził po tłumaczenie francuskiego listu...
— Aa! To ty i tam byłeś?
— Byłem...
— Rozumiem... Idąc śladem mojego przyjaciela, zabrnąłeś aż tutaj. Stąd ta uroczysta wizyta. Sprytny jesteś, chłopaczku, cokolwiek za sprytny.
Spojrzał na Adasia z wesołym uznaniem i zamyślił się.
— Przyjacielu! — rzekł po chwili, zwracając się do wspólnika. — Przynieś pióro, atrament i papier listowy. Nasz miły gość będzie tak miły i napisze list...
Adaś zaniepokoił się.
— Nie mam do kogo pisać... — rzekł cicho.
— Przybory do pisania przydadzą się w każdym razie — rzekł chudy. — Jeżeli nie zechcesz napisać listu, napiszesz testament. Siadaj! — krzyknął z niespodzianą złością. — Nie spoglądaj w okno, bo zamknięte i tędy nie uciekniesz. Tutaj siadaj. Tyłem do okna. Masz dziesięć minut czasu na pisanie. Napisz list do swoich przyjaciół. Krótko i bez wykrętów. Napiszesz, żeby się nikt o ciebie nie troszczył, bo jesteś bezpieczny, i że wrócisz za kilka dni. Zrozumiałeś?
— A jeżeli tego nie uczynię? — zapytał Adaś, patrząc ponuro.
— Mówiłem ci już: napiszesz testament. Zabłądzisz w nocy w nieznanej okolicy, wpadniesz do wody i utoniesz. Nikt nigdy nie dojdzie, że stało się to z uprzejmą cudzą pomocą. Więc napiszesz?
Adaś rozważał przez krótką chwilę i usiadł przy stole.
— Do kogo mam napisać?
— Osoba jest obojętna... I tak ten list będą wszyscy czytali.
Adaś nerwowym ruchem przysunął świecę i pomyślawszy chwilę, zaczął pisać bardzo uważnie i z namysłem. Chudy z fajką w zębach siedział naprzeciwko niego, fałszywy malarz stał za nim, czujny na każdy jego ruch.
Po upływie kwadransa Adaś rzucił pióro na stół. Chudy wziął bez pośpiechu zapisaną kartkę papieru i odczytywał głośno:
Serdecznie ukochany panie profesorze!
Trzeba było takiego jak ja wariata, aby nie znając okolicy,
ruszyć na daleką wędrówkę. Takim jednak szczęście sprzyja.
Ziemie okoliczne są bardzo piękne, lecz
Ejgoła piękniejsza.
Żal mi jedynie, że pana tu ze mną nie ma.
Cały jestem i zdrów. Znalazłem miłe towarzystwo
i dlatego nie wiem dobrze, kiedy wreszcie powrócę do
Ejgoły. Bądźcie jednakże o mnie spokojni, choćbym nawet
długo nie powracał.
Ogromnie mi tęskno za panem, panie profesorze, za panią
Marią i panną Wandeczką. Ściskam wszystkich i łączę
ukłony dla całego domu. Wdzięczny Adaś.
— Jak ci się podoba ten list, przyjacielu? — zapytał towarzysza.
— Głupia gadanina, ale wystarczy.
— Wcale nie taka głupia. Czy nie zauważyłeś, że pan Adam znalazł „miłe towarzystwo”? „Miłe towarzystwo” — to my. Bardzo to pięknie z twojej strony, młodzieńcze... A kto to jest pani Maria?
— Pani Gąsowska... — odrzekł Adaś szybko.
— Aha! Wobec tego wszystko w porządku. Pan profesor jutro otrzyma twój list i będzie się cieszył, że ci jest dobrze. Nie będzie ci aż zbyt dobrze, ale to twoja własna wina. Czego te psy tak ujadają? — zaniepokoił się nagle. — Wyjrzyj no poza drzwi.
— Ktoś się po nocy rozbija łódką po wodzie — oznajmił towarzysz z machnięciem ręki. — Te małpy z obozu...
— I małpy powinny już spać. Ale i na nas czas, bo to już dawno po północy. Kawaler musi być bardzo znużony, tym więcej że go omal nie udusili, ale kawaler będzie mógł wyspać się przez cały jutrzejszy dzień. Zostaniesz, chłopczyku, sam, bo jeden z nas powędruje z twoim listem, a my będziemy mieli niecierpiące zwłoki zajęcie. Będziesz spał albo będziesz myślał, a jutro w nocy pogadamy sobie na rozum.
Podniósł się powoli, ziewając, i skinął na wspólnika.
Wspólnik z łapami goryla trącił Adasia niespodzianym ruchem i przewrócił go na łóżko. Wtedy chudy usiadł szybko na jego nogach, a fałszywy malarz, dobywszy331 spod łóżka wiązkę sznurów, zaczął wiązać Adasia z niebywałą wprawą.
— Teraz nogi! — komenderował chudy. — To konieczne, chłopaczku, bo jesteś za mądry, a nawet najmądrzejszy człowiek niczym nie różni się od barana, skoro jest dokładnie związany. Sam go udźwigniesz czy mam ci pomóc?
— Pomóż... — mruknął wspólnik.
Owiniętego szczelnie grubą, szorstką derką nieśli przez ciemne izby, potem przez obszerne podwórze. Na chwilę złożyli go na wilgotnej ziemi; skrzypnęły jakieś ciężkie drzwi i Adaś poczuł zgniły, ciężki zapach stęchlizny.
10. Na dnie piwnicy i rozpaczy
Niecierpliwym ruchem zrzuciwszy z twarzy róg derki, usiłował Adaś rozejrzeć się i zrozumieć, gdzie się znajduje. Ciemno było jak w piekle, kiedy diabli śpią. Ciemno, duszno i zimno tym najgorszym zimnem, co kapie stęchłą wilgocią i pokryte jest zielonymi liszajami pleśni. Dobrze, że mu dali tę derkę. Zimno dręczyło jego ciało, ale i dusza w nim na poły skostniała. Zabrnął w awanturę ponurą i złą; przygoda, co miała być romantyczna i bogata, haniebnie pociemniała, gdy się na nocnej scenie ukazali niecni ludzie. Jeszcze ten chudy, z latającą grdyką, jest jaki taki: złośliwy, sprytny, lecz nie zbójca. Fałszywy malarz natomiast jest grubołapym zwierzem, kąśliwym i złym. Co oni z nim zrobią? Być może, że „Latająca Grdyka” nie dopuści do ostateczności, lecz pociecha jest złudna. W każdym razie trzeba będzie mocno pocierpieć o głodzie i chłodzie. O, gdyby panna Wanda mogła zobaczyć w tej chwili, co się odbywa w tej stęchłej ciemnicy!... Zamgliłyby się fiołkowe oczy...
Zimne, dręczące znużenie zaczęło mącić myśli Adasia. Leżał na boku, dotykając głową muru lub ziemi. Nie umiał sobie z tego zdać sprawy. Nogi miał związane ciasno. Cieszył się, że mu rąk nie wyłamano i nie związano na plecach. Nie mógł nimi poruszać, poruszał jedynie palcami, które ścierpły.
— Nic nie wymyślę — rzekł sobie z rozpaczą.
Zamknął oczy i starał się usnąć. W tej chwili dopiero poczuł, jak jest śmiertelnie znużony; więcej go umęczyła rozmowa z tymi obwiesiami niż wszystko inne. A jutro historia się powtórzy. Obwiesie będą węszyli przez cały dzień, lecz niczego nie wywęszą i będą się starali wydrzeć cokolwiek z niego, choćby rozpalonymi obcęgami.
— Spać... spać... — mówił do siebie. — Do jutra daleko...
Przez chwil kilka walczył z widzeniami, co go zaczęły nachodzić tłumnie i roiły się w gęstej, zawiesistej ciemnicy, wreszcie jednak usnął niezdrowym, męczącym snem. Leżał na jakiejś słomie. Wstrząsały nim dreszcze, biegające po zdrętwiałych nogach. Musiał jednak spać przez kilka godzin, kiedy bowiem otworzył oczy, ujrzał od razu, że na wysokości człowieka, w pewnym oddaleniu przecieka przez jakąś szparę blade światło, jak woda, co się sączy przez szczelinę w kadzi.
„Tam muszą być drzwi! — pomyślał. — Szpara jest pod drzwiami... Kiedy mnie tu nieśli, wydawało mi się, że schodzą po kilku schodkach, więc drzwi są wyżej, a ja leżę w jakiejś piwnicy. Piwnica, a może lodownia332, znajdować się musi poza domem, bo niesiono mnie przez wolną przestrzeń... Pachnie tutaj zgnilizną starej kapusty... Dobrze, że nie ma szczurów. Och, jak mi ręce zdrętwiały!”
Usiłował przewrócić się na prawy bok, uczynił to jednak tak niezręcznie, że aż krzyknął z bólu.
W tym momencie wzdrygnął się i poczuł, że zimny pot oblał jego czoło: zdawało mu się, że usłyszał jęk. Wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać.
— Kto tam? — zapytał zdławionym głosem.
Odpowiedział mu nowy jęk, już bardzo wyraźny, z mrocznego pobliża.
— Na Boga! Kto tam? — powtórzył gorączkowo.
Zaszemrały jakieś ciche słowa, jakby z największym wymówione trudem.
Adaś skupił się w sobie, rzucił się gwałtownie całym ciałem jak wyjęta z wody ryba i uderzył głową, zapewne o pustą beczkę, bo zadudniło. Głos szemrał za tą beczką. Trzeba było poczołgać się cokolwiek dalej, aby go zrozumieć. Wreszcie Adaś usłyszał słowa jakby obolałe:
— Kto do mnie mówi?
— Francuz! — zaszeptał Adaś ze zdumieniem.
Widmo w mroku przemówiło po francusku.
Adaś zaczął szeptać gorączkowo:
— Mówi więzień... Taki sam jak pan... Będę mówił pańskim językiem, chociaż zapewne źle... Wiem o panu wszystko... Czy pan nie słyszał, jak mnie tu w nocy przynieśli?
— Nie... Ja mam gorączkę... Jestem bardzo chory... Mam zwichniętą rękę.
— Jak długo pan tu jest?
— Nie wiem... Może dwa, może trzy dni...
— O łotry! — mówił Adaś zdławionym głosem. — Czy karmią pana?
— Tak... codziennie... Ale ja chcę pić, pić.
— Nie mogę pana poratować, bo jestem związany...
— Kim pan jest? — pytał Francuz raczej jękiem niż słowami.
— Jestem młodym człowiekiem, który jest wplątany w awanturę z listem Kamila de Berier...
W mrocznym kącie zaległa cisza. Nie było słychać nawet jęku. Francuz, widać, stał się nagle ostrożny i mógł myśleć, że to zasadzka.
— Przysięgam panu, że mówię prawdę! — rzekł Adaś gorąco. — Wiem o panu, ale pan zapewne wie coś i o mnie. Przyjechałem niedawno do Bejgoły.
— Z tą młodą panną i siwym człowiekiem? — spytał ciemny szept. — Tak... Widziałem pana... To pan chciał ująć w lesie mego... mego...
— Tak, to ja.
— Teraz oni ujęli pana... W jaki sposób?
— Wszystko jedno. Niech pan raczej mówi o sobie.
— Przekleństwo! — jęknął Francuz i zamilkł.
Adaś namyślał się przez chwilę, po czym zaczął mówić powoli, najprostszymi zdaniami, aby go tamten w pełni rozumiał.
— Ponieważ panu trudno mówić, więc ja będę mówił za pana. A pan niech sprostuje nieścisłości. Pan wie, że w domu Gąsowskich znajduje się coś, co zostawił napoleoński oficer. Chciał pan kupić dom, ale go nie sprzedano. Pan źle zrobił, że się pan z nimi nie porozumiał. Czy pan słyszy?
— Słyszę... Proszę mówić dalej.
— Wynalazł pan tych ludzi, aby panu pomogli. Pomagali panu dopóty, dopóki nie dowiedzieli się, że to nie jakaś marna robota, lecz poszukiwanie bogactwa. Czy tak?
— Tak, nie mogę pojąć, w jaki sposób się dowiedzieli?
— Jeden z nich porwał podstępnie stary pamiętnik, w którym jest o tym mowa.
— Ach! — wykrzyknął Francuz. — Teraz rozumiem... Teraz rozumiem...
— Co z panem uczynili?
— Napadli mnie nocą podczas snu i odebrali mi list Kamila de Berier.
— Pan się bronił?
— Tak... Wyłamali mi ręce... Jedną zwichnęli... Związali...
— Kim są ci ludzie?
— Męty. Wynająłem ich.
— W jakim języku porozumiewał się pan z nimi?
— Po rosyjsku. Ja znam jako tako rosyjski język, bo robiłem w Rosji handlowe interesy. Bywałem kiedyś dawno w Łodzi... Jeszcze przed wojną...333 Znałem tego chudego, bo był lokajem u mojego przyjaciela. Ten chudy przyprowadził mi swoich dwóch przyjaciół... Przeklinam ten dzień... Och, przeklinam ten dzień!...
Francuz umilkł, jak gdyby gryzł swoją własną rozpacz. Adaś słyszał ciężki oddech nieszczęśliwego człowieka i zamilknął również, nie chcąc go męczyć pytaniami.
„Awanturnik... — myślał Adaś. — Awanturnik, który ciężko za to zapłaci. Ale to jeszcze chyba nie koniec. Nie będą go tu trzymali związanego... Ani jego, ani mnie... Potrzymają czas jakiś, aby im nie przeszkadzano w poszukiwaniach. Jeżeli znajdą, wypuszczą nas... Jeżeli jednak nie znajdą? — Zimny dreszcz przemknął po nim. — Jeżeli nie znajdą, gotowi zemścić się w ten sposób, że sami odjadą, a nas tutaj zostawią. Wreszcie nas tu ktoś odnajdzie, ale kiedy i kto? Dom stoi pustką... Ktoś się nim pewnie opiekuje i zajmie się domem, lecz na myśl mu nie przyjdzie, aby zajść do opuszczonego lochu. Może zresztą tutaj zabłądzi, ale wtedy znajdzie... — Groza przejęła Adasia na myśl, co znajdzie. — Trzeba się będzie ratować, ratować za wszelką cenę. Ale jak? Co począć ze związanymi rękami i związanymi nogami? A przecie trzeba będzie ocalić tego biedaka, co tam leży za pustą beczką. Czy ten długo wytrzyma w tej udręce?”
— Panie! — szepnął Adaś. — Niech mi pan powie...
Natężył słuch w tej chwili i ostrzegł go przejmującym głosem:
— Niech pan nic nie mówi... Cicho! Ktoś tu idzie!
Uczyniła się cisza, bo obaj wstrzymali oddech.
Adaś, udając, że śpi, patrzył zachłannym spojrzeniem w tę stronę, w której sączyło się światełko. Drzwi zaskrzypiały ochrypłym skrzypieniem, jakby wzięte na tortury, i wielkie światło pogodnego dnia wlało się do piwnicy. Adaś obejrzał ją jednym spojrzeniem: był to loch, wygrzebany w ziemi, bardzo ciasny i głęboki; sterczało w nim kilka spleśniałych beczek i leżała zbutwiała słoma.
W ramach drzwi ujrzał zarys ludzkich kształtów.
„Chudy człowiek! — przemknęło mu przez myśl. — Może go ruszyło sumienie? Czemu on takie zachowuje ostrożności?”
Żywy szkielet wyjrzał bacznie poza drzwi, przymknął je i bez szelestu zszedł do piwnicy.
— Dzień dobry ci, młodzieńcze! — rzekł bardzo cicho. — Żyjesz?
— Żyję — rzekł Adaś krótko.
— To dobrze. Nie mam wiele czasu... Śpieszę się. Powiem ci szybko, o co idzie, a ty natychmiast odpowiedz. Przyszedłem tu do ciebie w tajemnicy przed tamtymi. Ja mam dobre serce. Pamiętasz, że to ja cię ocaliłem, kiedy cię chciano udusić?
— Pamiętam.
— Więc powinieneś mi być wdzięczny... I powinieneś z samej wdzięczności zaprzestać uporu. Słuchaj! Ja cię natychmiast wypuszczę, byłeś mi powiedział o wszystkim, co wiesz. Tamci nawet nie będą o tym wiedzieli. To źli ludzie!
„Aha! — pomyślał Adaś. — Zdrajca wśród zdrajców!”
— Mój towarzysz — mówił chudy gorączkowym szeptem — pojechał z listem do Wilna i powróci dopiero jutro.
— A ten drugi, garbaty? — zapytał Adaś z udanym przejęciem.
— W tej chwili jest dość daleko stąd, na folwarku, gdzie trzyma psy. Niedługo tu się zjawi, aby cię nakarmić. A potem pójdzie z twoim listem do twoich przyjaciół. Zrobilibyśmy tak: ja rozluźnię więzy i zostawię drzwi otwarte... Umkniesz wieczorem... Mnie tu też przez cały dzień nie będzie i umyślnie wrócę późno w nocy. Co o tym myślisz?
Adaś milczał przez dłuższą chwilę.
— A co będzie z Francuzem? — zapytał.
— Z Francuzem? Z jakim Francuzem?
— Był przecie z wami jakiś obcy...
Chudy rzucił niespokojnym spojrzeniem w mroczny kąt, skąd nie dochodził żaden szmer, po czym spojrzał uważnie na Adasia.
„Jest przekonany, że Francuz umarł... — pomyślał Adaś. — Och, co za opryszek!”
— Istotnie... Był z nami pewien Francuz, ale odjechał — rzekł żywy szkielet. — Co cię zresztą obchodzi Francuz? Dbaj o własną skórę. Gadaj prędko: powiesz czy nie powiesz?
— A jeżeli nie powiem?
— Zginiesz marnie. Jeżeli jednak powiesz, daję ci słowo uczciwego człowieka...
— Rozumiem. Dobrze... powiem panu o wszystkim, o czym wiem sam. Czy naprawdę mnie pan wypuści?
— Tak... tak... wieczorem... — mówił tamten z radością, której nie mógł ukryć. — Na razie rozwiążę ci nogi i trochę rozluźnię więzy na rękach, aby nie zwrócić uwagi. Wieczorem drzwi będą otwarte. Mów, mów prędko!
Adaś namyślił się głęboko i rzekł:
— Wierzę panu. Niech pan rozluźni sznury!
Chudy człowiek uczynił to bez namysłu. Adaś poczuł z niezmierną ulgą, jak krew zaczyna krążyć po zdrętwiałych nogach.
— Och! — westchnął z radością.
— Teraz gadaj!
— Gadać nie będę... Niech pan sięgnie ręką do lewej kieszeni na moich piersiach. Znalazł pan?
— Tak! — szepnął tamten zdumiony. — Kartka... Jak ja mogłem jej nie zauważyć? Co jest na niej napisane?
— Wyjaśnienie znaków z francuskiego listu. Pański towarzysz pojechał szukać tego rozwiązania w Wilnie. A pan już je ma! — mówił Adaś i dodał w myśli: „Ale mądrzejszy z tego nie będziesz, nieboszczyku na urlopie”.
Człowiek złożony ze skóry i kości zbliżył się do drzwi i uważnie odczytał kartkę.
— Co to znaczy? — zapytał ostrym szeptem.
— Tego jeszcze sam nie wiem. W tym cała tajemnica...
— Znowu o drzwiach? — mówił tamten, patrząc podejrzliwie. — Kto to jest ten pan Rozbicki tutaj podpisany?
— Mądry człowiek, co mi te znaki wyjaśnił...
— Ach, a ty nie wiesz, jaki w tym jest sens?
— Gdybym wiedział, nie byłoby mnie tutaj — odrzekł Adaś znowu zaniepokojony.
— Rozumiem... rozumiem... Mądry jesteś ptaszek. Umiałeś jednak znaleźć wyjaśnienie półsłówek z francuskiego listu, potrafisz pewnie odgadnąć, w jakim celu zostały napisane. Ty wiesz, gdzie są owe drzwi.
— Nie wiem! — krzyknął Adaś.
— Nie wiesz? W takim razie jeszcze nie wiesz, ale będziesz wiedział. I wtedy powiesz mnie, tylko mnie...
— Pan mnie nie wypuści?
— Posiedź tu, robaczku, posiedź! I myśl. Ty umiesz myśleć... W nocy cię odwiedzę...
— Pan dał słowo uczciwego człowieka...
— A któż ci, żółtodziobie, powiedział, że ja jestem uczciwym człowiekiem? — zaśmiał się tamten.
Nieoczekiwanie rzucił się na Adasia i skrępował mu nogi.
— Bądź zdrów i myśl! — rzekł, wstępując na schody.
— Panie! — zawołał Adaś. — Niech mnie pan przynajmniej oprze o ścianę.
— To mogę zrobić. Chcesz siedzieć? I owszem, i owszem, będziesz lepiej myślał. Patrz wciąż na te drzwi, może odgadniesz, gdzie są tamte.
Adaś, oparty o zimną ścianę, zapadł w milczenie. Zły był na siebie, że mógł chociaż przez chwilę łudzić się jakąś nadzieją i wierzyć temu chudzielcowi.
— Czego on chciał? — zaszemrał głos spoza beczki.
— Zdradził wspólników i chce szukać na własną rękę.
— Znajdzie? — zapytał Francuz z niepokojem.
— Niczego nie znajdzie. Ani pan, ani ja, ani on — mówił Adaś niecierpliwie.
— Ja już nie będę szukał... Mam dość...
— I słusznie. Wie pan o tym, że tajemnica zapisana była na drzwiach. Pan nawet nie wiedział, na których. Na drzwiach z małego domku, w którym umarł de Berier.
— Och, och!
— Tak. Ja dowiedziałem się o tym i oni wiedzą, ale drzwi nie ma. Zniknęły.
— Teraz?
— Nie, nie teraz... Zapewne bardzo dawno, sądząc po śladach. Czy pan sobie wyobraża, że je będzie można odnaleźć po stu kilkunastu latach?
— List się jednak znalazł...
— List łatwiej przechować. A jak go pan znalazł?
— Przypadkiem... W starej książce kupionej u antykwariusza. Wyobrażam sobie, jak się odbywała jego wędrówka. Sprawdziłem, że brat Kamila de Berier padł pod Waterloo. Żołnierz, który przyniósł list, szukał go na próżno. Nie wiedząc, co począć z listem, szukał zapewne jakichś krewnych de Berierów, ale oficer nie miał krewnych. Żołnierz zachował list jako drogą pamiątkę. List wetknięty za jakiś obraz, potem w książkę, przeleżał przeszło sto lat. Zwyczajna historia... Znalazłem go i pomyślałem, że można będzie zdobyć majątek... Jak już panu powiedziałem, przeklinam ten dzień... Straciłem wiele pieniędzy i nie wiem jeszcze, czy nie stracę życia. Chciwość mnie zgubiła... Czy ten chudy człowiek mówił co o mnie?
— Mówił, że pan odjechał.
— Łotr! O, gdybym ja mógł odjechać... Mój przyjacielu, czy nie mógłby mi pan podać wody? Przy mnie stoi dzbanek...
— Spróbuję! — rzekł Adaś ze współczuciem. — Och! Znowu ktoś idzie.
— Myślę, że nas nakarmią... Niech się pan teraz nie rusza... Tak, to on...
Garbaty człowiek zszedł do lochu, niosąc dzbanek z mlekiem i chleb. Drzwi pozostawił na ścieżaj334 otwarte, więc się w piwnicy uczyniło widno.
Spojrzał z litością na chłopca i rzekł:
— Jeżeli nie będziesz próbował robić żadnych awantur, rozwiążę ci ręce, abyś mógł jeść sam.
— Niech pan najpierw da pić tamtemu — poprosił Adaś błagalnym głosem. — Tamten umiera z pragnienia.
— Wszystko mi jedno, od którego zacznę.
Po chwili słychać było, jak nieszczęśliwy Francuz chłepce mleko.
— Encore! Encore! — zawołał.
— Czego on chce?
— Prosi, aby mu dać jeszcze — objaśnił Adaś szybko.
— Dla ciebie zabraknie.
— Mnie może pan dać wody...
Dzbanek jednakże był brzuchaty i mleka wystarczyło.
— Pan jest, jak mi się zdaje, dobrym człowiekiem — mówił Adaś przymilnie. — Niech pan przez jakiś czas nie zamyka drzwi. Tutaj się można udusić.
— Mogę nie zamykać... Usiądę na progu...
— A czy mógłby pan tamtemu człowiekowi dać pod głowę moją derkę?
— A ty czym się okryjesz?
— Ja jestem młody.
— Jak chcesz...
Francuz westchnął głośno.
— Dziękuję... — szepnął. — Bardzo dziękuję...
Garbus usiadł na progu i stróżował.
— Wieczorem was się wyprowadzi — rzekł po chwili. — Ale wtedy spuszczę psy. Czekaj, chłopcze, cierpliwie wieczora... Możesz poruszać palcami i podniesiesz chleb do ust, więc z głodu nie umrzesz.
— A on? Co z nim?
— On nie chce jeść, tylko pić. Naleję mu wody na miskę, aby jej mógł dosięgnąć... Trudno... Ale ja już muszę iść.
— A kiedy pan wróci?
— Mówiłem ci już — późnym wieczorem.
Kiedy drzwi zamknięto, rzekł Adaś:
— To jakiś niezły człowiek. Kim on jest?
— Nie wiem dobrze — odrzekł rzeźwiejszym głosem Francuz.
— Prowadził nam gospodarstwo. Oni go z sobą przywiedli... Czy dowiedział się pan czego?
— Niczego się nie dowiedziałem, bo to jakiś podrzędniejszy diabeł.
— I nie ma pan żadnych nadziei?
— Prawdę mówiąc, żadnych...
— Nie wydostaniemy się stąd?
— Chyba cudem... Pan nie może się poruszyć, ja jestem związany, a drzwi zaparte mocno.
— Pan może krzyczeć...
— To się na nic nie zda. Kto mnie usłyszy? Nie ma co! Wybrał pan doskonałą miejscowość na swoją główną wojenną kwaterę. Czy tu nikt w pobliżu nie mieszka?
— W tym domu nikt. Dzierżawca tej ziemi mieszka daleko stąd, obok wsi... Za kościołem... Dom był opuszczony i wynajmowano go tylko na lato.
— A ze wsi nikt tu nie przychodzi?
— Boją się psów.
— Doskonale się wszystko składa! — zawołał Adaś z goryczą. — Będziemy dziękowali Bogu, jeśli ujdziemy z życiem.
— A może im wszystko wyjawić i za tę cenę...
— Ale co wyjawić? Gdzie są skarby? Może pan o tym wie, bo ja nie wiem...
— Nieszczęście... nieszczęście... Żeby ktoś dał znać policji... Ale to złudna nadzieja... Niech ich pan prosi! Niech im pan powie, że wyrzekam się wszystkiego i ucieknę stąd pierwszym pociągiem.
— Pieniędzy panu nie zabrali?
— Zabrali, ale niewiele. Mam pieniądze zaszyte w kołnierzu i czeki335 na warszawski bank.
— A te czeki panu zostawili?
— Nie wiedzą o nich, bo ukryte są w domu. W sieni336 na półce stoi jakiś garnek... W tym garnku je ukryłem wraz z dokumentami.
— To też wyborny schowek — mruknął Adaś. Po chwili jednak dodał miękkim głosem: — Bardzo pana przepraszam za moje rozdrażnienie... Niech mi pan przebaczy... I niech pan źle o mnie nie myśli...
— Ja nie tylko źle nie myślę — rzekł łagodnie Francuz. — Ja pana podziwiam, młody człowieku... A tej derki nigdy panu nie zapomnę. Uczynił mi pan wielkie dobrodziejstwo. To przecie pańskie okrycie?
— Nie — odrzekł Adaś cicho. — To ten człowiek przyniósł...
— Być może... być może... Ja niczego z polskiej mowy nie rozumiem, ale wiele potrafię odgadnąć...
Zamilkli obaj, gdyż obaj byli wyczerpani.
Adaś zamknął oczy i trwał nieruchomo. Nie spał, lecz nawiedziły go senne widzenia, co się z ciężkiego uprzędły mroku. Zdawało mu się, że pan profesor Gąsowski wciąż wygląda przez okno zatroskany i marszczy w zgryzocie pięknie sklepione czoło; że panna Wanda krąży po domu niespokojna i szuka, wciąż kogoś szuka... Ach! Cóż to? Skąd się w Bejgole wzięła jego matka? Widzi ją wyraźnie, jak załamuje ręce, jak podnosi je potem ku górze zrozpaczonym ruchem i zaczyna szlochać. Wzdrygnął się i otworzył oczy.
„Coś mi się majaczy... — pomyślał. — Przecie nie mam gorączki... Mama jest nad morzem i o niczym nie wie. Gdyby się dowiedziała, załamałaby naprawdę ręce”.
Nie wiedział, która godzina, i nie mógł tego dojść w żaden sposób; sądząc po wyzłoconej smużce światła, co pełzła pod drzwiami, dzień słoneczni się jeszcze w całej okazałości.
„A ten śpi — pomyślał, pochwyciwszy słuchem ciężki i nierówny oddech. — To zresztą najrozsądniejsze zajęcie. Spróbujmy jednak zająć się czym innym”.
Usiłował sięgnąć zgrabiałymi palcami do więzów na przegubie nóg. Poczuł pod palcami sznurek, lecz węzeł był zmotany tak mocno, że marzyć nie było można o jego rozplątaniu.
„Aleksander Macedoński337, który przeciął mieczem węzeł gordyjski338, nie byłby w tym położeniu dowcipniejszy339 ode mnie.
Och, Adamie! Nie jesteś w tej chwili mądrzejszy niż praojciec Adam w pierwszym dniu stworzenia. Tylko że w raju nie pachniało skisłą kapustą, a tu straszliwie pachnie... A może to nie kapusta? Może to moja kapuściana głowa? Zaraz... zaraz... Jak to mówią u Moliera340? Nie mogę sobie przypomnieć... Ten Francuz by wiedział, ale śpi... Pomyślałby, że oszalałem ze strachu, gdybym zaczął mówić o Molierze... Ach, już wiem: »A lichoż341 mi kazało na ten statek włazić!«342 Przygoda — piękna rzecz! Wyborna rzecz! Pod warunkiem, że bandyci są uprzejmi i nie rwą się do duszenia. Będę miał dość przygód na długi czas... I ja, i ten biedaczysko, Francuz... To jakaś pomylona okolica, w której się dzieją przedziwne awantury. Gilewicze wiedli boje z Niemczewskimi o kawał starego żelaza343, a Gąsowscy mają utrapienie ze skarbem”.
W tej chwili Francuz westchnął ciężko i boleśnie.
„Pewnie mu się przyśniła Francja... Nieszczęśliwa figura! Ja siedzę tu zaledwie parę godzin i mam dość, a on siedzi ze trzy dni. Dobrze, że głos ludzki usłyszał... Która to może być godzina? Myślę, że już południe... Do nocy daleko, a noc będzie zajmująca”.
Zajmował umysł dziesiątkami pytań, na które szukał odpowiedzi. Wreszcie i to go znużyło, więc się skulił jak młody psiak i trwał w bezmyślnej nieruchomości. Odrętwiał na młodym ciele i na młodej duszy. Miał wrażenie, że wolna jego dusza wyleciała na boży świat przez szparkę pod drzwiami, a on został — sierota! — na wszystko nieczuły. Nie słyszał nawet sennych westchnień towarzysza.
Jakieś zmącone głosy obudziły go z odrętwienia: wielkie, jednostajne szumy, po których — jak po moście — dudniły zwaliste, potężne poryki.
Otrząsnął z siebie resztki snu na jawie i spojrzał przytomniej w stronę drzwi.
„Światło zgasło? — pomyślał. — Co to się dzieje?”
Szpara pod drzwiami rozbłysła nagłym, oślepiającym blaskiem, a zaraz potem głuchy grzmot oznajmił się światu, jak lew oznajmia rykiem, że wychodzi na łowy.
„Burza... Zdaje się, że grad wali o drzwi... Czy to tak od burzy pociemniało, czy też zapadł już wieczór?”
— Co się stało? — zapytał Francuz.
— Pioruny biją... Żadnemu jednak nie przyjdzie na myśl, aby rozwalić te przeklęte drzwi. Jakaś straszna burza... Cieszmy się jednakże! Mamy dach nad głową.
Zaczęli nasłuchiwać szumnych, jednostajnych pogłosów, z których od czasu do czasu wystrzelał piorun ognistą fontanną. Ulewa musiała być niezwykła, gdyż nawet w tej podziemnej, zacisznej kryjówce słychać było ogromne jej pluskanie. Znowu błysnęło potężnie.
— Oho! — zawołał Adaś strwożony. — Będzie nam mokro... Woda podpływa szczeliną pod drzwiami.
Zaczęła się sączyć najpierw cienkimi strużkami, jakby ktoś sobie rzewnie popłakiwał, potem coraz pośpieszniej i obficiej. Uczynił się z niej mały ponik344, co zaczął kaskadą toczyć się po schodach i rozlał się po ubitej ziemi w lochu.
— Jeszcze tego tylko brakowało... — mruknął Adaś. — Panie! — zawołał. — Woda nas zalewa!
— Nic nie czuję — odrzekł Francuz.
— Bo pan leży w kącie! Zaraz pan poczuje! Ależ leje!
O takiej straszliwej awanturze na niebiosach opowiadają w „kraju białej róży”345, w Finlandii: „Oho! Starsi z nieba wyszli, a dzieci się bawią!”. Zabawa zaczynała być straszna. Każda błyskawica oświetlała mętną kałużę w piwnicy, coraz to szybciej rosnącą. Adaś przegiąwszy się, dotknął palcami ziemi i poczuł wodę. Równocześnie krzyknął Francuz:
— Woda! Co robić?
— Nic... Czekać... Czy pan może wstać?
— W żaden sposób.
— Niech się pan przynajmniej oprze o ścianę... Och! Piorun uderzył gdzieś w pobliżu.
Burza ryknęła wszystkimi głosami, zbełtanymi i splątanymi. Szumy i poszumy, świsty i poświsty, bulgotania i mlaskania słychać było razem i na przemiany346. Wiatr nie huczał, lecz jadowicie chichotał, radując się zniszczeniem. A ponad wszystkimi głosami górowało jakby bolesne wycie. Jak mówi Słowacki: „I słychać jęk szatanów w sosen szumie”347.
„Jeżeli to tak długo potrwa, potopimy się jak szczury w norze...” — pomyślał Adaś zaniepokojony.
Zdawało się jednak, że wściekłość nawałnicy zelżała odrobinę. Tylko ulewa huczała nieprzerwanym, mokrym hukiem.
W tej chwili zadygotało w Adasiu serce: czy to ludzkie głosy słychać za drzwiami?
Wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać. Ktoś uderzał gwałtownie we drzwi. Równocześnie ktoś krzyknął donośnie:
— Hej! Czy jest tam kto?
Głos obcy, świeży i donośny.
Adaś chciał się zerwać, lecz nie mógł tego uczynić, więc się tylko sprężył, zachwycił powietrza i począł wrzeszczeć:
— Jest! Jest! Na pomoc! Ratunku!
— Co się stało? — zawołał Francuz.
— Ludzie... Jacyś ludzie... Niech pan woła ratunku... Niech pan pomoże...
Francuz zaczął krzyczeć bez dalszych pytań.
Za drzwiami musiano ich usłyszeć, gdyż jakieś głosy poczęły gadać z gorączkowym pośpiechem.
— Rozbijcie drzwi! — wrzasnął Adaś.
Zdaje się, że tamci wpadli sami na ten pomysł, gdyż nie upłynęło dziesięć minut, a grube drzwi wyleciały z należytym trzaskiem. Najpierw rozchlapaną strugą wlała się do piwnicy woda, potem zbiegło do niej kilka postaci, ociekających deszczem.
— Kto tu?! — krzyknęła jedna z nich.
— Więźniowie! — zawył Adaś w obłędzie radości. — Prędko, prędko!
Ciemno było na burzliwym świecie i ciemno było w lochu, więc ten, co szedł na przedzie, zapalił elektryczną latarkę i błysnął nią po całej piwnicy.
I nagle wydał wrzask: przerażenia, zdumienia, radości, trwogi, zachwytu, oszołomienia. Nie był to głos ludzki ani zwierzęcy. Przyroda nie słyszała do tej chwili takiego głosu. I nikt by go nie zdołał powtórzyć. Największy muzyk nie mógłby go odtworzyć. Głos ten, schwytany na płytę348, rozsadziłby ją z hukiem. Potrzaskałby wszystkie aparaty, gdyby go nadano przez radio.
— Adaś! — zdumiał się ten straszliwy głos.
— Jezus Maria! — odkrzyknął Adaś. — Kto mówi?
— Burski! Staszek Burski! — zawyła figura, oświetlając własną gębę, aby ją Adaś mógł ujrzeć i uwierzyć. — Co to znaczy?
— Dowiesz się... Pan Bóg cię tu przysłał... — mówił Adaś, śmiejąc się i płacząc równocześnie. — Prędko, prędko! Tnij więzy!
Cztery postacie, co spadły wraz z burzą, oniemiały na chwilę, gdyż radosne zdumienie odebrało im głos. Teraz zawyły wdzięcznie wszystkie razem.
— Co się stało? — zawołał drżącym głosem Francuz.
— Jesteśmy ocaleni! — zakrzyknął Adaś. — Tam jest jeszcze jeden... Staszek, prędko, u Boga Ojca! Uwolnij tamtego!
Ponieważ jednej latarki było za mało, więc usłużne błyskawice raz po raz oświetlały mokrą norę.
Po pięciu minutach było po wszystkim. Burski otoczył ramieniem słaniającego się Adasia i prowadził go po schodach.
— Co z tamtym? — cichszym i ostrożnym głosem pytał Adaś.
— Nie może iść! — odpowiedziano mu z kąta. — Trzeba go będzie nieść... Może są gdzie jakie nosze?
— Nie wiem! Nie ma czasu na szukanie... Prędko, prędko! Weźcie go, jak możecie, i nieście. Staszek! Ja muszę na chwilę do tego domu... Pomożesz mi?
— O przyjacielu! — zdławionym z radości głosem odrzekł Staszek Burski, ten, co w szkole siedział z Adasiem na jednej ławce i raz jeden miał piękne pismo.
Cichym głosem wydał jakieś polecenie swoim towarzyszom i ręką wskazał im kierunek.
— Dogonimy was! — szepnął. — Jazda... W nogi!
Czterech dorodnych dryblasów chwyciło Francuza na ramiona i wilczym krokiem pobiegłszy, zapadli w mrocznym gąszczu.
— Śpieszmy się... Boję się psów... — mówił Adaś, zadyszany. — Podtrzymaj mnie, bo jeszcze nie czuję nóg. O Staszku, o drogi Staszku! Sam nie wiesz... Ale o tym potem...
Podpełznęli ku tylnym drzwiom głuchego i milczącego domu.
— Pchnij te drzwi!
Burski rozpędził się i uderzył ramieniem w mizerne drzwi, które rozwarły się szeroko jak ziewająca gęba.
— Latarkę! — szepnął Adaś. — Ja nie mogę, szukaj ty... Czekaj no... Tu powinien sterczeć jakiś garnek. Jest! Sięgnij ręką do środka. Znalazłeś co?
— Tak... Małe zawiniątko... Zdaje się, że papiery...
— Dawaj! Teraz prędko do tej izby na lewo... Szukaj na łóżku pod siennikiem. Czujesz ręką papiery?
— Są!
— Dawaj, bracie! — szepnął Adaś.
Ukrył w zanadrzu sponiewierany rękopis księdza Koszyczka.
— Nic więcej? — szepnął Burski.
— Już wszystko! Teraz uciekajmy. Ale dokąd?
— Do nas, do obozu.
— To wy tu macie obóz?
— Za wodą.
— Ach, to wy! Boże drogi!... Dobrze, na razie do obozu... Czy to daleko?
— Mamy łódź.
— Łódź? Cudownie!... Prowadź, Stasiu. W łodzi cię uściskam. Oj, nie zajdę daleko...
Staszek Burski chwycił jego lewą rękę i zarzucił ją sobie na szyję. Prawą swoją ręką objął go mocno i tak wlókł po trosze, a potem niósł.
— Do wody niedaleko... Oni tam już są... Tylko czy łódź wytrzyma?... — mówił zdyszanym głosem.
— O Boże! — jęknął. — Psy!... Prędko... Prędko, jeśli nam życie miłe!