Narodzenie z oczu

Spojrzenie po spojrzeniu rozgina wejścia coraz głębsze:

trawa dzieli się trawą, liść łamie się liściem, gną się i strzę-

pią, wplątane w ziemię biją powietrze drzewami. Spadający

las, pochylona woda, dookoła, w kole podzielonym między

drzewa drzewami pocięte, między wody, które nie potrafią

dopędzić brzegu; drzewo nabiega drzewem, woda nakrywa

wodę, pęka szklisty krąg.

Krajobraz w bezruchu obdzielany coraz mniejszymi tęcza-

mi.

***

Oczy nie widzą głęboko, widzą daleko albo blisko, dlatego

tyle brzegów, tyle zgniecionych mórz — czy myśleniu wystar-

czy oczu na zatopienie świata? Za dużo razy poznane przez

siebie, żeby mogło zapuścić korzenie. Przesuwane przez

wszystkie pory roku. Zbliżało się do siebie nieustannie zbyt

lekkie, aż zmieniło się w wiatr.