Pobyt mój taki piskliwy w nieustannym głosie
To, co zasiałam: teraz boli wzeszłe przede mną. To, co pła-
kałam: coraz więcej pustych krzeseł, moje wysokie do ma-
my na mleku puste. To, co osiadłam: to zabrane zwierzętom,
to zabrane roślinom, huczna spiżarnia a wszystkiego mało
żeby dojść smaku. To, co dorosłam: dziecinnieje, coraz
innym szczebiotem zbywa. To, co płynęłam, te dźwięki.
Z rozległych powołana — skąd?
bez wykrętów siebie tu powołam nad sobą
nie odmierzaj mnie dreptaniem przez i przez a w kółko
drobną kaszą
nie sądź pomąceniem statecznych, wirującym podwórzem
gdzie dach do ręki leci, głowa psa spada z kolan
wysoko chciałam
odmawiam tę górę za ojca kiedy o nim nic nic, ani się prze-
konać, czy wtedy był drzewem, a ile było chodzenia dziecin-
nienia po lesie — ale jak wyżej góry wołać gdzie listku gdzie
lekko?
więc to tyle widać z gorącego, że dotknięte i nikt nie prosi
o więcej? tyle co powiedziane na chrzcie?
nie sądź mnie tym pytaniem