Pojemne
mówię oczy, patrzę zapach, pachnę las, czyimi płucami
oddycham
słyszę gorzkie coraz ostrzej sosnom do igieł, wyłaniam kraje
kory pękate, drzewa nie swoje — czym dla nich jestem, ziemią
ich czy śmiercią, jakby śmiertelnym urodzajem siebie
one też z bieli formują w skok zielony
***
Gnieździ się żarłoczne w oddechu, męczy się do mnie po
omacku, gdzie ja w głuszy, w skorupie równie pisklę schronio-
ne co ziarno, nasza ku sobie udręka żywienia, kiełkowania,
wyklucia, nigdy nie dość własna — to w ptaku, co ziarno pcha
w kłosy czy w jabłoń.