Sen

Rybak z rzeki przejrzystej długo wiosłem łuskał

ryby twarde jak orzech, zielone i białe,

które się z wolna w martwe księżyce zmieniały.

Czas się wstrzymał i trzepot usechł, usnął, ustał.

A rybak wiosłem płaskim przez sen gładził pióra

łabędzich skrętów rzeki, aż się w ciszy przemian

zrąb wody urwał nagle jak spieniona góra

i poczęły się chmury, gdy opadła ziemia.

Więc w ciemności ogromnej, co jak sen olbrzyma

poczęła w nim oddychać, widział światów koła.

Wiał chłód. Szron gwiazd osiadał na dnie. Była zima,

szumiący mróz wieczności. Ktoś go z głębi wołał.

I rybak dłoń nawykłą kładł na ostre smugi

rozkwitającej sieci i ciągnął milczenie,

pełne kształtów zastygłych, ciężkich jak maczugi.

Zdało mu się, że dźwignią niebios uniósł ziemię.

I dobył czas warczący w kuli pełnej ognia,

co się jak wąż rozciągał i kurczył jak batog,

aż porozcinał, wchłonął miasta, twarze, wieki,

aż wielkie zapomnienie zeszło. Śpiew ulatał.

Był to głos Boga. Rybak u powieki

poczuł kryształ miłości. Zbudził się na łodzi

i wielki słup ognisty w oczach — wiatr mu chłodził.

I zapragnął znów Boga — i stał się człowiekiem.

16–17 grudnia 1943