3

Na polanie białe łanie

w tańcu niosły ciała strąk.

Jedna wiodła je błękitna,

jakby rzeźba wodnych rąk.

Tak cieniami niosły trzepot,

tak w nie słońce nikło blaskiem,

że stawały się jak cienie

drzewem, wodą, liściem, piaskiem.

A za nimi strzelec tropiąc

zgubił łuk,

nie wiązane cieniem stopy

kładł w kurzawę chmur.

Trwał szelestem, w taniec nikł,

zmieniał ciało w szklane sny,

zmieniał ręce w wiotkość leszczyn,

ni mu ptak spod stopy tryśnie,

ni mu gałąź nie zatrzeszczy,

kiedy wznosi modry lot

potrącając liści strop.

*

Znów się świt wyroił,

minął dzień i noc,

zbladły wodopoje

nad różową wsią.