1
Jak gdybyś ciszą znużoną spojrzał na światło:
elipsy, kreski i koła
krążące przez krzywe zwierciadło.
Z drugiego końca ciszy nie echo, tyś sam wołał.
Przez dzień płyną już tylko ptaki,
czasem opada liść jak karta proroczych pism.
Możeś pędzącym przez burze rozwianym chłopcem,
możeś już tylko sam o sobie list?
To nie, że lęk mnie zjeżył i płaczę oparty
o kolumny krzyżów człowieczych.
To nie, że ja nie dudnię pięścią w kamień martwy,
tylko żem nie znał oczu głębszych niż ten wieczór.
Teraz są te jaskółki zwieszone u powiek
jak odłamki nieznanych gwiazd.
Teraz są chmury — coraz to inne zwierzęta,
maszerujący tętnem las.
To nie, że mi nie była żadna ziemia święta,
ale żem ciszą znużoną spojrzał na światło
i uniósł czas tak mały, jakby to nie czas.