4

Rosły rany w zieleni — czarne głowy zamków,

rżały chmury spętane, przemienione w konie.

Tylko w hosannach wiosny wspomnieniem o wdzięku

kwitły różowe i złote jabłonie.

Nikt nie powracał drogą. Czekały dziewczęta

odnajdując w zwierciadłach zastygłych rycerzy,

bo wojom — nie pamiętać, kobietom — pamiętać,

bo tętnił drogą człowiek — który wierzył.

O, twarze światowidów3, odynów4, proroków,

o, twarze ciemiężonych, którzy szli w takt serc,

o, twarze tych bez bogów i twarze tych bogów,

trącające o gwiazdy, o radość i śmierć.

Stał olbrzym w głosie ziemi jak w szacie

pod piorunami.

Stał olbrzym jak tysiące w rosnącej postaci

ponad trupami poległych, nad łzami.

Stoi olbrzym pod niebem jak wir

pełnym mgławic — warczących zwierząt.

Stoi w kompaniach lasów, w dzwonach wielkich lir,

ustoi — wierząc.