3

Był czas hipocentaurów1, zwierząt zodiakalnych,

gdy niebo rosło z ziemi jak korona blasku.

Te zwierzęta z obłoków jak kosmate palmy

ulepione z namułu i wzdętego piasku.

O świecie muzealny! Skorpiony napięte

jak kusze przed wystrzałem wielkich prawd,

gdy w plusku płetw jak drzewa, w dzikim śpiewie mięty

szedł niebem srebrny komar i jak pasterz — grał.

A pod piosenkę — ciche powtórzenie wrzawy,

szły szeregi zdziwione, jakby ziemią sięgając do chmur,

gdzie w kolebce kotliny, w mrocznych stadach trawy

kołysał się na liściu maluteńki stwór.

I śmiały się zwierzęta — wędrujące góry,

z ostatniego potomka burzy,

kiedy wodził palcami w koczowniczych chmurach

i wróżył.

Marszczyły się i tarły grzebieniami grzbietów

o niebo z ognia pełne dziwnych figur,

podobne zadumanym nad śmiercią kobietom,

sierść obłoków — uszami strzygąc.

W lesie krętych storczyków został mały człowiek,

a był to prometeusz2. Rósł, aż go uniosła

wielka woda, i płynął, odbijał od brzegów,

wiosłując jak płomieniem — ognistym wiosłem.