II

A miał Tytan ramion dwoje — gałęzi,

jak mosiądz, co się w słońcu wygina,

i oczy, jakby w nich niebo uwięził

albo jakby mu błękit spojrzeniem

przez głowę na wylot płynął.

A nad głową koronkę włosów

do ptaków podobną, koloru róży czy rtęci,

spadającą na wysmukły pomnik twarzy,

kiedy w drogach złocistych brodził,

w płomieniami płynącym zachodzie,

i tętniące cyklony marzył.

Kiedy świt jak owoc mleka dojrzewał

w kolorowych szybkach jaskiń,

ruszał Tytan przez dzwoniące jaskry

jak przez gwiazdy wdeptane w trawę,

i melodie echem śpiewał,

a przed sobą pędził jak korabie2

zamyślone, koczujące jak owce

w szczerym srebrze wykute lodowce.

A spod stóp się sypały lawiny

jak odłamki kroków wędrujących

przez pustynie planet innych,

przez kotliny zatopione słońcem,

poprzez ziemię jak wielką przyczynę

zgasłych studni i źródeł bijących.

Parły trąby miedziane wichury

w kolorowy codzienny zachód,

pędził Tytan bezimienne góry

nad koralowy wodopój,

gdzie jak senne zwierzęta — łapą

przecierały znużone oczy,

zanurzały pyski w spokój —

w aksamitne fale nocy.

Czegóż więcej potrzeba, gdy głos twój

budził gór żelazny obryw?

Czegóż więcej trzeba oczom modrym,

że tak w smutek patrzyły prosto,

że aż śmiercią lodowatą wiało od nich?

Nosił Tytan w piersiach mocnych

wyrojone w groźną noc narodzin

smutne serce wykarmione na wyjących wichrów głodzie,

smutne serce wybujałe na lamentach ptaków nocnych,

na modlitwach psów — rzucanych w tarczę snów okrągłą —

— dziwne serce — zamiast serca — obłok.