III

Dojrzewały w sadach śliwy, śliwy złociste, jakby

kto krople słońca w powietrzu ostudził nagle jak wosk.

Tańczyły siostry kołem, od tej wesołej jazdy

migało pod powiekami, drażniło nozdrza jak kłos.

Dudniły warkocze, tak lśniące, że prawie w słońcu białe,

jak ulew jasne sploty rzucane z nieba ukosem.

Dudniły deszcze owoców poprzez rozwiane włosy,

żeś już nie wiedział na pewno, czy włosy, czy śliwy dojrzały.

Tańczyły siostry kołem, a Tytan przystanął; od żaru

oczy ręką ogarniał jak od lśniącego bąka:

«Weźcie mnie, siostry, będziemy po kolorowych łąkach

tańczyć pośród jesieni zielonożółtych pożarów».

Śmiały się siostry, śpiewały głosami

jak zielonymi wilg owocami:

«Jakże będziesz tańczył z nami

pod jesieni namiotami,

kiedy ręce masz jak stal i mosiądz?

Strącisz z gór sokoły lawin,

huk lodowców słońce zdławi,

kiedy pieśń zaśpiewasz mocnym głosem.

Jakże bratem naszym jesteś,

kiedy my jak płomień lekkie,

który biegnie po płonącej słomce,

a ty wiatrem noc zalewasz,

piorunami płoniesz w drzewach,

rozdmuchujesz w kolorowy zachód słońce?

Jakże mamy tańczyć z tobą,

kiedy zamiast serca obłok

w piersi burzą wypełnionej nosisz?»

I wesoło się siostry śmiały,

w świergot ptaków coraz bardziej zanikały,

aż pozostał po nich lot pajęczyn

rozwieszony w powietrzu dźwięcznym.

Został Tytan sam na brzegu żalu

jak na brzegu najsmutniejszej wyspy,

gdzie na drzewach nawet ptaki wszystkie

są z zimnego złocistego metalu.