VI

Dudniły rzeki po zboczach. Pełzały żółtym płomieniem

ogniska ludzi w dolinach, kiedy się do snu kładli

nic nie widzący powyżej, niż biegły z ognisk cienie,

nie szukający ponad to, co już od dawna odgadli.

Ryczały krowy mleczne i rogi nurzały w senność,

a ptaki spały mocno jak wyrzeźbione w gałęziach.

Piersi zwierzęce i ludzkie wznosiły, zniżały ciężar

ogromnej kuli nocy, którą zamknęła ciemność.

Wtedy z pieczar głos się piętrzył i tak urósł,

jakby nie był lotem ptasim, ale czarną górą.

Wołał Tytan w puste studnie nocy,

aż mu oczy wypalone troską zgasły,

a od głosu ziemia stała w gromach jasnych,

złote kule na doliny tocząc.

A lawiny lały się jak srebrne rzeki,

jakby starte kołem czasu — wieki.

Właśnie świt nad nocą przysiadł; jakby ptak

skrzydłem mlecznym gwiazdy z wolna ścierał,

kiedy drogą bladą jak we snach

Matka szła o twarzy wyrzeźbionej

w smugi smutku, jakby się nią przelał

czarny płomień zamknięty we łzach.

A łzy były za Tytanem tęsknione

i nie gorzkie już, a tylko czerwone.

Wtedy w piersi Tytana obłok

tak się dźwięcznie w białą chmurę skłębił,

że po halach posypał się pogłos

cekinami mieniących gołębi.

I w ramionach Matki zamilkły

jego oczy jak zamarzłe wilki.

Tylko skrzydła jej srebrnych włosów

długo wiały na porannym wietrze

i sypały się w błękitną przestrzeń,

zastygając w konstelacje i znaki,

nie wiadomo, czy łzy, czy ptaki?

ukończone 30 sierpnia 1941 r.

Przypisy:

1. przemóc (daw.) — przezwyciężyć, pokonać. [przypis edytorski]

2. korab (daw.) — statek. [przypis edytorski]