V

Czesała Światłołuna włosy ciemne

przed zwierciadełkiem strzaskanym potoku,

zanurzała wąskie ręce głęboko,

ku swym oczom zielonych tajemnic,

które w wodzie się tliły i gasły

jakby z mroku utkane, a jasne.

Zeszły sarny do strumienia, wodę

tuląc miękko do wilgotnych twarzyczek,

przybliżały kosmaty policzek

do jej dłoni błękitnych od chłodu

i wznosiły nozdrza mokre i czarne,

jakby w piersiach jej przeczuły sarnę.

Widział Tytan Swiatłołunę i pokochał,

rzucił stada gór lodowych i gromów

i co rano przed płynącym lasu domem

dzwonił pieśni na wydętych wiatru konchach,

aż z przestrzeni taki żal wywabił,

że na liściach osiadało łzami.

Tylko z dali ryczały porzucone lodowce

przystanąwszy w zasłuchane stada

i skręcone orkany jak owce

pobekując zawisły w powietrzu,

nawet ostre pociski deszczów

zwisły z nieba — stanęły nad ziemią,

w kręgi pieśni zasłuchane niemo.

Tytan grając śpiew smutny w ciszę długo snuł,

jakby ciemną nicią żalu niebo rozciął wpół:

«Szybują bąki wiecznych burz

chmurami w dół, chmurami w głąb.

Spadają deszcze szklanych róż

pośród mosiężnych wiatru trąb.

Widziałem w twoich oczach las

wiodący sarnim rytmem w świat,

gdzie zamyślone ryby gwiazd

nad nawałnicą lat.

Uchroń mnie lotem swoich rąk

jak białych ptaków snu

od wędrujących za mną łąk,

od wędrujących gór.

Szybują burze, w burzach drży

mój własny groźny krok.

O, schroń mnie w namiot swoich snów

przed stalą moich rąk».

Wyszła wtedy Światłołuna na brzeg światła,

pół się śmiejąc, pół po wietrze ręką wodząc

jak po grzbiecie zbudzonego pieśnią bawoła,

i uniosła smutne oczy jak lecących chmur zwierciadła,

jak jaskółki zabłąkane późną nocą

w wirujących planet kołach.

Pół się śmiejąc, pół śpiewając zawołała,

jakby strumień ciepłym altem w niebo lała:

«Jakże ty mnie chcesz, Tytanie, kochać,

zadumaną w moich białych potokach?

Jakże chcesz mnie w mocne dłonie uchwycić,

kiedy nie wiesz, czy to ja, czy moje odbicie?

Bo ja jestem na wpół prawdą, na wpół ciszą,

jakby liście, co w powietrzu — zanim spadną — wiszą.

Boję ja się twoich gór tętentu,

twoich wichrów jak lecące zwierzęta.

Kiedy rykną twe lodowce lawiną,

moje oczy znikną w liściach, w kwiaty się rozpłyną.

Za wysoka będzie miłość z tobą,

kiedy ty masz zamiast serca obłok».

Za wysoko było podjąć płacz z tej nuty,

gdzie go piersi wyrzuciły ponad przestrzeń,

gdzie go taki lodowaty wylał smutek,

aż zamarzły nieruchomo wszystkie ptaki na wietrze.

Tylko z powiek Tytanowi łabędź spłynął

zamiast łzy — i w chmurach zginął.