II
Z pamiętnika Andrzeja
Jesteśmy od przedwczoraj w południe nad Bejsfiordem, który jest odnogą, jedną z odnóg, wielkiego narwickiego fiordu. Wieś nazywa się tak samo. Jest rozrzucona półkolisto nad niewielką zatoką; nasza kompania zajęła lewy skraj tej wioski, dalej jest grupa spalonych domów, potem dowództwo batalionu, kompania 3., kaemy45. Do Steckiego i Różańskiego mam prawie kilometr drogi; gdy nie wypada na nas służba, można się przejść aż do nich. Ale przez cały dzień wczorajszy było pogotowie marszowe: mają nas, podobno, przesunąć bliżej Narwiku czy też, jak dowiedział się wczoraj Banaś, przewieźć kutrami przez fiord aż na drugą stronę ku Ankenes dla zluzowania Anglików. Trzeba nie wydalać się poza drużynę i trzymać strzelców przy miejscu postoju. Na stryszku naszego domu jest mały pokoik. Poszedłem się tam przespać, no i piszę.
Kiedyś może, gdy trzeba będzie opowiadać o tym wszystkim, ludzie nie zrozumieją, jakeśmy widzieli tę Norwegię. Może nawet będą się dziwili, że mieliśmy czas na nią patrzeć, my, ludzie wojenni, że mogliśmy zapamiętać jej białawe niebo, czarne ściany skał, przekrojone siklawą46 strumieni, zimne roztocze fiordów, lud jasnowłosy, smukły i ufny, barwione domy drewniane, kępy choin karłowatych na piasku, rozchwiane na wietrze gaje brzóz. Ale żeby się temu dziwić, trzeba nie znać samemu wojny, okopów, natarć. Trzeba nie wiedzieć, że cała wojna to jedna nierówność tempa. Po dniach stłoczonych w wydarzenia, nabrzmiałych nieludzkim wysiłkiem, trudem strasznym, przychodzi naraz zanik wszystkiego, co możemy nazwać działaniem. Rozprostowują się wtedy zmęczone członki, powracają do spokoju nerwy. Jest się w jakiejś dziurze wojskowej, gdzieś w okopach, w jakimś lasku, sterczy się na miejscu bezczynnie i myśli sennie, powoli, o sprawach niezwiązanych ani z wojną, ani nawet z życiem. Jestem pewny, że ci, co byli przed nami, ci z Ypres47, Kostiuchnówki48, Piave49, także musieli tak myśleć, tak się zapamiętywać i patrzeć. Tak samo musiała im się rysować z całą precyzją poleska surowość wsi wołyńskiej, nurt zmętniały lombardzkiej rzeki, cegła miasteczek flandryjskich. Wojna to nie tylko przeżycia wojenne. To wykrojony na chybił trafił wycinek jakiegoś kraju; ekran, po którym biegnie obrazami film.
Z okien tej mansardy drewnianego rybackiego domu widać właśnie taki wycinek. Jest rozkosznie martwo i cicho. Kilkadziesiąt metrów przede mną rozsychają się przekrzywione na bok brzuchate łodzie rybackie; obok brązowawe sieci, porozwieszane na kołkach; dalej w morzu wrak jakiejś olbrzymiej, niezgrabnej barki, poobdzieranej, rudawej od rdzy, osiadłej ciężko na dnie. Wygląda niekształtnie, jak jaki potwór głębinowy, który ostatkiem sił doczołgał się tutaj, aby zemrzeć w spokoju przystani, u progów stałego lądu. Fala mętnawa, zielonkawa obiega go białymi wężykami piany, a potem odchodzi spłukiwać płowy piasek wybrzeża. Pomiędzy domkami rozrzuconej wsi rybackiej, poznaczona czarnymi głazami jakichś lawin, które odeszły, ciągnie się pagórkowata łąka. Właśnie od przedwczoraj zaczyna zmieniać barwę. Jej jesienna, wyżółkła płowość zielenieje coraz świeżej i coraz soczyściej. Owce o zabrudzonej zimą wełnie sennie drepczą u naszych okien.
Ludzie tu są cisi i mili, prości i nic nierozumiejący. Od setek lat żyli życiem wegetatywnym, spokojnym, rozsądnym. Dawno zapomnieli o zdobywczych szaleństwach Wikingów, którzy z takich fiordów północnych na płaskich łodziach żaglowych spływali w ujścia Sekwany i Dźwiny, Tamizy i Wisły, by burzyć i zakładać państwa. Dawno stali się narodem wielkich trustów50 rybackich, mleczarskich kooperatyw, uniwersytetów ludowych i szkół jasnych, widnych, czystych, właścicielami domów drewnianych, tandetnych, nietrwałych chyba tak jak japońskie domki z bambusu i papieru i jak one czyściutkich, przytulnych, swojskich. Gdzieś daleko, na dole globusu, w owej wielkiej Europie, od której trzymali się z dala, wyładowywały się pioruny wojen i orkany rewolucji, kłębiły olbrzymie osiedla ludzkie, było niespokojnie i ciasno. U tych ludzi przezornych, osiadłych na chłodnym przedmieściu kontynentu, panował niezmącony spokój pustynnych gór i jeszcze większa przestronność milczącego morza. Tu było wszystko inaczej. Chłopi z Polesia i Bretanii łatwiej odnajdą wspólny język, niż ci ludzie, którzy naprawdę nie mają pojęcia o nędzy, choć żyją w kraju skał i wody, o przewrotach, choć rządzą nimi socjaliści, o wojnie, choć są ludźmi z planety Ziemia. Wszędzie indziej na świecie słowo „wojna” ludzi przeraża; tu ono najpierw dziwi, jak zło, o którym nie ma się jeszcze pojęcia, o którym pamięć zaginęła zupełnie, jak zacierają się napisy na starych runicznych nagrobkach, jak zatraca się nawet w baśni ludowej dalekie wspomnienie o wymarłych potworach, które trapiły i nękały naszych praszczurów w zapomnianej erze potopu. Patrzą się tedy51 zdziwieni na nas, którzyśmy przyszli im pomagać, na Niemców, którzy naraz, we mgle nocnej marca, wylegli na ten brzeg. Jest to zdziwienie saren hodowanych w zwierzyńcach, które nagle opadnie zły pies lub weźmie na cel zły człowiek. Dopiero potem, gdy pierwsze wrażenie przejdzie, poczynają rozumieć wojnę, współbronić się, współwalczyć.
Dziś rano, podczas czyszczenia broni (bardzo łatwo rdzewieje tu metal: muszę zajść do batalionu po smary), rozmawialiśmy w drużynie o tym wszystkim. Bardzo podoba się naszym ta Norwegia. To nie są ani brudy bretońskie, ani nędza naszej wsi. Zaszedł Stecki i mówił nam o historii Norwegii bardzo ciekawie; okazuje się, że sprawowały tu rządy nasze Piastówny52. Żołnierzy to bardzo zajęło. Zdaje się, że tylko w rozumieniu naszych inteligentów chłop polski czy emigrant nie interesuje się historią. Mówiliśmy potem, jak oni umieli się zagospodarować, jak wyzyskali morze, jak wodospady górskie dają im energię świetlną. Michałek, który jest z fermy, kręci głową z zachwytu nad mlecznością krów. Człowiek, u którego mieszkamy, jest „zwyczajnym chłopem”, ale ma w szafce przy radiu cztery półki książek. Moi towarzysze pytali dużo o Norwegię: Stecki musiał dużo odpowiadać. Nadszedł nawet porucznik, posłuchał, o czym mówimy, ale znudziło go to, więc wyszedł.