III

Kula bzyknęła niespodzianie, długo, zdradziecko. Łączka w kotlinie przed nimi, górski maliniak porosły krzakami, wydłużony płasko upłaz53 — wszystko to było dalej najzupełniej milczące. Na całej przestrzeni górskiej nic się nie poruszyło, nie drgnęło nawet. Strzał był oddany przez niewidzialnego człowieka, niewidzialnym ruchem, z niewidzialnego kierunku.

— Leżąc widziałby pan równie dobrze — powiedział Czeczel.

O mało co nie użył zwrotu: „leżąc jak ja”, ale powstrzymał się szczęśliwie. Raz jeszcze był w stosunku do zastępcy dowódcy plutonu poprawny, arcypoprawny.

— Chciałem wiedzieć, skąd oni strzelają — odpowiedział nie ruszając się Wolski.

Andrzej pomyślał, że podchorąży ani drgnął, ani się ruszył, i mimowiednie54 pozazdrościł mu opanowania. Wbrew temu, co sam mówił, podczołgał się wyżej i uniósł na łokciach. Było piękne, słoneczne popołudnie, niebo ogromnie jasne, prawie wiosenne powietrze.

— Miał pan rację: istotnie widać stąd wszystko, nawet Narwik.

— Tylko ich nie widać.

— To także się zobaczy. Parę drobnych patroli w sile jeden do dwóch, jeden do trzech, tej nocy, następnej nocy. Trochę takich pojedynczych strzałów jak tamte dwa przed chwilą...

Wolski się jakby zawahał:

— Szkoda, że nie pomyślałem, żeby przez pana wypytać tych Anglików, nim odeszli. Siedzieli tu tyle czasu, musieli wiedzieć...

„Co za poprawność — pomyślał Czeczel nie odwracając głowy — nie powie: »Czemu pan nie zapytał tych Anglików?«”. Poczuł nagle sympatię do tamtego, tym większą, że mógł odpowiedzieć szczerze:

— Kiedy ja nie umiem po angielsku.

— Jakże to? Tyle pan się napodróżował.

Andrzej lubił, gdy mówiono w ten sposób o jego obieżyświactwie, a poza tym wydało mu się, że był pewien podziw młodszego dla starszego w tym powiedzeniu. Odparł więc:

— Widzi pan, każdy sobie życie obiera. Pan wybrał wojsko; ja co prawda jestem w wojsku, ale wybrałem przedtem co innego. Zresztą teraz role się pozmieniały: ja wprawdzie podróżuję, ale jestem w wojsku jak pan, pan jest w wojsku, a podróżuje jak dawniej ja. I już umie pan po norwesku...

— Bardzo mało...

— Na dziesięć dni, to wcale nie tak mało. Wojna potrwa, my pojeździmy po świecie. Wróciwszy do Polski, będzie pan władał językiem francuskim, angielskim, norweskim, lapońskim...

— Jakoś sobie tego nie wyobrażam...

Wolski powiedział te słowa tak niepewnie i dziwnie, że Andrzej odwrócił się ku niemu. Ale zastępca dowódcy plutonu patrzył teraz, jak przedtem Andrzej, przed siebie, ku ukrytym w górskich zaroślach pozycjom niemieckim. Andrzeja uderzyła tylko, jak już dwukrotnie przedtem, młodocianość jego twarzy.

— Czego pan sobie nie wyobraża?

— Ja? Niczego.

— Jak to niczego? Nigdy sobie pan nie wyobrażał przyszłości?

— Owszem. Dawniej — tak.

— No, i cóż pan sobie wtedy wyobrażał?

Bezwiednie Andrzej stawał się jeszcze starszy od swego dowódcy, niż był nim naprawdę, i pytał natarczywie, spowiadająco, lekarsko.

Wolski, dalej nie odwracając głowy, odpowiadał zupełnie ulegle:

— Różne rzeczy. Co będzie po maturze. Że pójdę do wojska na zawodowego. Kiedy dostanę podporucznika. Kiedy...

Andrzej wyczuł lekkie wahanie w głosie, jak penitent55 trwoży się przy spowiedzi, gdy ma mówić o grzechach najbardziej tajonych; jak pacjent poczyna się mieszać wobec lekarza, gdy mówi o sprawach wstydliwych. „Aha — pomyślał — chłopak zakochał się jeszcze w gimnazjum, młodocianie, sentymentalnie, chciał się żenić. Mógł to zrobić tylko wtedy, gdyby możliwie szybko zdobył sobie chleb. Kariera wojskowa dawała mu te możliwości stosunkowo najprędzej. Czyżby zatem dlatego?...”.

A ponieważ Wolski zamilkł, jakby był zapatrzony w tamte zarośla przed nimi niżej, więc zapytał:

— Czegóż pan sobie nie może wyobrazić? Dalszej wojny? Powrotu do Polski?

Wolski milczał chwilę, aż zaczął znowu:

— Kiedy właśnie w tym cała trudność, że w ogóle niczego. Zawsze robiłem sobie jakieś wyobrażenie przyszłości. Choćby mylne. Choćby najbliższej, parodniowej. Dopiero jakeśmy odjechali z Bretanii, wszystko mi się zaczęło zacierać. Nie. Nie mogę sobie wyobrazić, że wracam do nas, do domu. Nie mogę sobie wyobrazić, że odbywam wojnę, że bierzemy Oslo, że rozszerza się to na Szwecję, że wkraczamy do Niemiec. To znaczy, mogę sobie wyobrazić, że to wszystko gdzieś będzie, ale, uważa pan, siebie w tym wszystkim nie widzę. Ja tego może nie potrafię wyrazić, mimo że to jest właściwie zupełnie proste, choć i dziwne. Nagle człowiek traci wyobrażenie przyszłości. Ściślej — wyobrażenie swojej przyszłości. Jest dalej Miechów56, matka i siostry, ale mnie tam nie ma. Jest wojna dalej i wojsko polskie, i Brygada Podhalańska, jest porucznik i pan, i strzelcy, ale także tam mnie nie ma. Ja dalej nie wiem, czy tłumaczę się dość jasno? Przypuśćmy, że pan wyobraża sobie swój powrót do Lwowa albo zobaczenie ludzi bliskich, albo to, że będzie pan pił kawę w zdobytym Narwiku, albo że pójdzie pan jutro do Haakviku57, do dowództwa półbrygady. To ostatecznie nie takie trudne. Otóż ja sobie nic z tego wyobrazić już nie mogę. Stopniowy zanik autowyobraźni, jakby powiedział mój ojciec, lekarz. Stopniowy, bo z początku zatraciłem możność wyobrażania sobie rzeczy dalekich, jak Polska, jak koniec wojny, potem — coraz bliższych. W miarę jakeśmy się zbliżali do Norwegii. Teraz doszło to już do tego, że dziś nie mogę sobie w ogóle wyobrazić, żebym mógł być gdzie indziej niż tu, na tych górach, w tym karłowatym lesie, nad tą kotlinką przed nami, na wprost tych stanowisk niemieckich. Prawda, że to ciekawe uczucie?

— Dziwne...

— Nawet, powiedziałbym, nieprzyjemne. Na statku, potem na Hinnoy, to mnie jakby dręczyło. Rozumie pan, głupie uczucie człowieka, któremu przed nosem wyrosła wielka biała ściana i ta ściana wszystko mu zagradza. Jeśli pan nigdy niczego takiego nie doznał w życiu — nie? nic? — nie pojmie pan w całej pełni, jak bardzo potrafi to być dręczące. Człowiek, przestawszy myśleć o tym, co będzie z nim w przyszłości, stara się tylko o to, by mu teraz było dobrze, było wygodnie. Byłem dawniej zawsze oszczędny, a teraz wydawałem wszystko, co miałem. Nie chciało mi się nic przedsięwziąć na dalszą metę. Czy pan uwierzy — nawet dać zdjęcia do wywołania w Harstad58? Byłyby za dwa tygodnie najdalej.

— A na przykład listy?

— Co, listy?

— No, przecież pan pisywał w ostatnich czasach listy. Dużo listów, prawda?

— Skąd pan wie, że dużo?

— Mówił mi podoficer pocztowy baonu — odpowiedział Andrzej najnaturalniej w świecie.

— A... a czemu pan tak naraz zapytał o listy? Czy to ma jaki związek?

— No, jeśli pan pisze listy, spodziewa się pan odpowiedzi?

— To prawda. Ale nie. Istotnie pisałem teraz dużo listów. Mogło to nawet zwrócić uwagę. Pisałem, bo czułem potrzebę pisania, nawet silniejszą niż zwykle.

— Silniejszą niż zwykle?

— O, znacznie silniejszą. Ale to nie znaczy, żebym czuł też potrzebę otrzymywania odpowiedzi. Przeciwnie. I to jest dziwne, że pisałem, jakby te odpowiedzi nigdy nie miały nadejść, jakby ich nikt nie miał napisać...

— I pisał pan, prawda, do wielu osób? Nawet do mało znajomych?

— Tak, jak na mnie, to nawet do bardzo wielu... Pan widział moje listy?

— Skądże?

Andrzej wytrzymał na swej twarzy długie spojrzenie Wolskiego, nie widząc, udając, że nie czuje, patrząc wciąż przed siebie, na kotlinkę pod nimi, daleki upłaz, fiord. W milczeniu, jakie zapanowało, słychać było dochodzące z tyłu, zza stanowisk, głosy strzelców grających w karty. Andrzej zapragnął nagle odejść, zmienić temat rozmowy, rozstać się z Wolskim. Ale ten miał niespodziewaną potrzebę wynurzeń:

— Wielka biała ściana, która zagradza wszystko... To było mniej więcej tak właśnie. Aż dopiero teraz przestało to być dręczące. Oswoiłem się z tym.

— Kiedy się pan oswoił? Tu?

— Tu.

— Patrząc na tamto tam?

— Patrząc na tamto tam.

— I pan patrzy może na... na tamto tam, jakby pan to już kiedyś w życiu widział?

— Nie. Co za literackie określenie... Ale swoją drogą jak na coś, co jest takie dziwnie nieobce.

Rozmowa urwała się znowu. Patrzyli teraz razem na to nieobce. Niewielki występ, na którym leżeli, wysunięty poza pozycje przejęte tego ranka po Anglikach, zwisał nad kotlinką wydłużoną nieckowato, która sama stanowiła wklęsłość wysokiego, spłaszczonego u grzbietu górskiego garbu. W kotlince leżał jeszcze śnieg grubymi, wielkimi płatami, które tylko gdzieniegdzie zaczynały się przedzielać rudymi plamami mchów lapońskich, zeszłorocznej trawy i pokarlałych drzewek. Paręset metrów dalej kotlinka podnosiła się znowu i przechodziła w długi, podłużny płaskowyż, równoległy zupełnie do linii stanowisk. Dalej w prawo cały garb podnosił się silnie do góry, stawał się mniej porosły lasem, bardziej skalisty i zaśnieżony. To, co widzieli, było raczej bez wyrazu i bez uroku; krzaki wpółprzywalone śniegiem, niewielkie chojniaki, kępy brzezin, usypiska, porosty bagienne — wszystko, co wyrasta na ziemi iłowatej, chudej, kwaśnej, w klimacie wilgotnym i bezsłonecznym. Ale z dwóch stron okolone to było morzem fiordu. O tej godzinie popołudniowej bardzo jasnego dnia morze, widziane z wysokości kilkuset metrów, było silnie błękitne, prawie zielonkawe, jak górskie jeziora oglądane z wysokich przełęczy. Wszystko, co się widziało z bliska, to skarlałe, zmarniałe, ubogie, ujęte było w uchwyt tej wielkiej wodnej roztoczy, sennej, znieruchomiałej, ogromnej. Góry, jakie rysowały się po tamtej stronie fiordu, miały już błękitnawą szarość oddalenia.

Nisko pod nimi, a zarazem przed nimi, zaraz za tą kotlinką i płaskowzgórzem, rysowało się wyraźnie miasto. Między nimi a nim wcisnęła się odnoga fiordu, ale odnoga ta była wąska i z ich pozycji zupełnie niewidoczna. Andrzej przez chwilę oceniał odległość. W linii prostej musiało być tego 3–4 km zaledwie. Może nawet mniej. Widać było wyraźnie bloki wysokich, nowoczesnych kamienic, zarysowane cieniem wąwozy ulic, jakiś wielki plac z czerniejącą plamką pomnika — pusty. Zupełnie pusty. Miasto szerokim wydłużeniem tego placu zbiegało do jakichś hangarów, składów, długich sznurów wagonów; tam zaczynał się zapewne, niewidoczny dla nich, bo przesłonięty zboczem góry, port. To miasto, wyrosłe niespodziewanie w pustkowiu północnych gór, z trzech stron oblane morzem, widziane wciąż, znikąd niedostępne, bielało w dole jak gród tajemniczy z zapomnianej rycerskiej sagi, gniazdo stworów przemyślnych, a złych.

— Panie podchorąży, panie podchorąży!

— Co tam znowu? — zapytał Wolski.

— Jest pan kapitan i pan pułkownik, i pan major. Pan pułkownik kazał pójść po pana podchorążego.

Kapitan? Pułkownik? Popatrzyli na siebie pytająco.

— Coś się chyba zaczyna — powiedział jeszcze Wolski.