IV
— Zapytaj ich pan o straty — mówił pułkownik.
Adiutant, pochylony nad wielkim stołem z nieheblowanych desek, pełnym map, szkiców sytuacyjnych, meldunków, powtarzał pytanie przez telefon. Łączność działała świetnie; głos z pozycji na górze huczał tu w sztabie tak głośno, że wszyscy obecni słyszeli go wyraźnie.
— Do tej pory czterech. Rannych trzech, jeden ciężej, w płuco.
— Co za zabici?
W sztabie zrobiło się ciszej. Telefon chrobotał dalej:
— Jeden podchorąży, jeden sanitariusz, dwóch strzelców.
— Zapytać, co za podchorąży — mówił pułkownik.
— Nazwisko podchorążego? — powtarzał do słuchawki adiutant.
Ale w tej samej chwili telefon się zaciął i odpowiedź przysyłana tam z góry, od linii, dochodziła tylko jako niezrozumiały poszmer dźwięków. Dwukrotnie adiutant powtarzał pytanie i rzucał:
— Nic nie słychać, nic nie słychać.
Szklanka z niedopitą herbatą, odsunięta przez jednego z oficerów, zadźwięczała w tym milczeniu jak gong.
— Pułkownik — zapytuje — co — za — pod — cho — rą — ży? — sylabizował donośnie adiutant.
— O jakiego podchorążego wam chodzi? — odpowiadał telefonista z góry, któremu widocznie pomieszał się wątek pytań.
Znowu wszyscy obecni usłyszeli wyraźnie telefon. Żachnęli się w tym samym odruchu zniecierpliwienia.
— O podchorążego, który zginął na kocie 405, podajcie nam nazwisko podchorążego, który zginął na kocie 405 — sylabizował raz jeszcze adiutant.
— Nazwisko podchorążego? Zaraz zapytam kapitana Dańca.
Teraz już odpowiedź przyszła szybko.
— Wolski. Podchorąży Wolski.
*
Leżą rozsypani półkolem, przywarci do ziemi, wtuleni w gąbczasty mech. „Może by przesunąć bardziej na lewo, o tam, stanowisko małego Kettlera: czy wtedy nie miałby w polu obstrzału tych cholernych brzózek? — Nie. Czy Michałek pilnuje ze swoim erkaemem tych tam pod złamaną sosenką? — Trzeba będzie przesunąć się do Jaskólskiego; czy oni tam czego nie widzą?”. Znowu przegwizdały kule w kierunku na porucznika...
— Z erkaemów nie strzelać bez rozkazu, tylko krótkimi seriami, tylko gdy naprawdę widzicie. Inaczej zmacają nasze stanowiska, wytłuką erkaemy, a wtedy koniec. Nie śmią wymacać erkaemów!
Rozkaz przechodzi w wykład. Strzelcy przylepli do rozpadlin, wczołgani w kępy bagienka, wszyci w zmarniałe górskie chaszcze, słuchają tego, co mówi Andrzej, i patrzą ufniej na dwa karabiny maszynowe wparte nisko w grunt.
Na góry od dwóch chyba godzin wysączył się bladawy, rozcieńczony mrok. Wodnisty mrok nocy skandynawskich. Wszystko widać jak za dnia, tylko że wszystko zszarzało. Kolory mają tylko najbliższe chojniaki, ostro zielone chojniaki, pod którymi są stanowiska trzech strzelców z Jaskólskim. Śnieg odcina się od szarości, a na nim niedaleka, więc jeszcze widoczna, czerwona, rozlana plama wokoło głowy sanitariusza, który padł. Gdy Andrzej teraz odwróci głowę ku prawej, może jeszcze dostrzec wyraźnie, o sto kroków, mundur feldgrau tego, który dostał z erkaemu Grudy. „Niepraktyczny jest ten kolor mundurów niemieckich” — myśli. Niemiec wyprężył się w skurczu śmierci i tak skamieniał. Wrasta powoli w tę nieruchomą senność górską, na jaką oni parę godzin temu patrzyli tak długo z koty 405.
Andrzej znajduje się teraz w sam raz na owym podługowatym płaskowyżu, który zamykał z drugiej strony nieckowatą kotlinkę. Wypatruje oczy w tym mglistym, bladawym mroczku, bo trzeba czuwać, a także, bo teraz widzi to wszystko, czego stamtąd za dnia nie mogli się wcale dopatrzyć. A więc na lewym skraju płaskowzgórza tamto wzniesienie rozczłonkowało się tu na dwa, może trzy garby: tam, gdzie te utrapione brzózki, ta złamana sosenka i może jeszcze ten jakby fałd, bardziej ku fiordowi? Tego wszystkiego wczoraj po południu nie można było dostrzec, gdy na wzgórze patrzyło się wprost. Zlewało im się to. Teraz, o kilkaset metrów bliżej, gdy ma się je od lewej, widać wyraźniej.
Odwraca głowę na prawo, nieco w tył. W tym kierunku garb górski, na którego grzebieniu wszystko to się odbywa, podnosi się coraz wyżej.
Widać wyraźnie taki taras, wyrastający wprost na nich. To stąd biją tamte ciężkie karabiny maszynowe. Góra spiętrza się jeszcze nad tarasem, idzie aż gdzieś ku granicy szwedzkiej, przechodzi w głazy i lodowce. Tam są dwa plutony ich kompanii, na wprost tamtejszych linii niemieckich. A dalej batalion trzeci. Gdyby mogły przełamać te linie, gdyby mogli spaść z góry na ten taras! Czekać, trzeba czekać, czekać.
Buty, spodnie, na których się leży, łokcie, na których się opiera, to wszystko jest mokre. W górach śniegi zaczęły tajać, pokrywając wszystko roztopem. Bezruch leżenia przepaja tę mokrość ziąbem studzącym cieplik ciała, słabiącym; żeby choć rumu dla strzelców; Chałupka dygocze, będzie do niczego. Kukurutz także. Czas dłuży się, dłuży i dłuży, aż wreszcie rozpływa się w owym czekaniu nie wiedzieć na co, rozcieńcza jak ten mrok w norweskim powietrzu. Napięcie pierwszych godzin walki, kiedy ludzie padali, kiedy szybko, w jednej chwili, opanowywało się teren lub oddawało, rozprowadza się teraz w owym oczekiwaniu pozycyjnym, kiedy naraz linie stanęły i skostniały, jak kostnieje w zimnie nocy tamten trup niemiecki. Andrzej podsunął się przez torfy, by sprawdzić, jak czuwa Jaskólski i tamci w chojniakach, i wrócił do erkaemów swojej drużyny. Znowu zastygł. Na niebie jest blady, smutny księżyc. Istotnie, widok, jaki oglądał wtedy po południu z Wolskim, nim przyszedł rozkaz, przesunął się bardziej naprzód. Teraz są u skraju owego garbu. Skraj opada już niemal równo, lasem młodej brzeziny, ku dołowi. Na dole wąską strugą wlewa się morze fiordu, wije się jakaś droga bezludna, rozsypały się dachy jakichś domków, kościołek biały z gontową59 wieżyczką: Ankenes. Po drugiej stronie całkiem wyraźny, niedaleki narwicki port. Port jest zupełnie zamarły, jak wczoraj miasto. W mieście, na wielkim placu, ciemna plamka pomnika jest trochę większa niż widziana stamtąd. Domy jeden od drugiego odcinają się wyraźniej. Wieże dwóch kościołów, niższych znacznie od wielopiętrowych gmachów, rozpaczliwie wydłużają swe strzałki. Fiord trzema wielkimi rozlewiskami obkłada to wszystko jeszcze większym znieruchomieniem, skamieniałością martwoty. Góry, morze, miasto, wszystko to zaparło jakby dech w sobie, wstrzymało krążenie krwi. Świat nachylił się nad tą garstką ludzi porozsypywanych w wądołach60 brzeźniaków, powczołgiwanych w rozpadliny i załomy, czających się przeciw sobie z bronią nowoczesną, z instynktem pierwotnym, zapędzonych w strony obce jednym i drugim, tak samo jednym i drugim dalekie, jednako cudze. Była chwila, że walka przedarła to całe znieruchomienie nagłymi skurczami akcji, hukiem strzałów, świstem zbłąkanych kul, jęczeniem ludzi powalonych w męce, cichym obsunięciem się ku ziemi rażonych śmiertelnie. Życie, zazwyczaj rozrzedzone na tych olbrzymich przestrzeniach tak skąpo, jak ciemność mroku rozrzedza się w nocy tutejszej, zbiegło się było na tym garbie górskim, jak krew zbiega się w skrzepie. Teraz znowu rozpływa się i rozsącza wszędzie. Teraz znowu wszystko rozprostowywa się znieruchomieniem. „Jest jak dawniej — myśli Andrzej — jest tak, jak tu było przed nami i jak w wieki po nas tu będzie. Tak samo pachną mchy zgniłe i obdarta przez zające brzozowa kora, tak samo szumią na wietrze chojniaki-niedorosty, tak samo bezludne są góry i tak samo nieruchome jest morze. Co się zmieniło przez to, że jakichś kilka istnień zgasło nagle, tak jak nagle znika liść zwiany wiatrem, jak gaśnie w wietrze wielkim płomyczek małej zapałki? Co się zmieniło przez to, że padli Gołębiowski, ten sanitariusz, ten Niemiec przede mną, Skuruta, Wolski? W świecie, w Polsce, w wojnie?”.
Znieruchomiały w olszynie, ziębnący każdym muskułem ciała, zanurza teraz myśli w roztworze prawdziwej kontemplacji. Taką kontemplację może dawać klasztor i wojna: daje ją zawsze przymusowy bezruch, wstrząs zetknięcia ze śmiercią, pustka górska i milczenie nocy. Wszystko to krzyżuje się teraz w Andrzeju, choć o tym nie wie, jak kilka godzin przedtem krzyżował się nad nim ogień cekaemów61 z tarasu i erkaemów spod tamtej sosny. Teraz nachyla się Andrzej nad tajemnicą niby to dobrze znajomą, a nad którą nie przystawał nigdy. Jakimże smętnym niczym są te śmierci! Jakimże niczym w świecie, gdzie tysiące tak samo odchodzi w ów no-man’s-land62 z tamtej strony pozycji życia, w Polsce, gdzie zginęły setki tysięcy, w wojnie, która miliony położy. Jakże tragicznie niczym. Nie ma ich. Koniec. Koniec.
*
Wzrok, który wpierał się w kępy zaschłych badyli, ważył spojrzeniem jak skrzydłem nad chaszczami brzeźniaków, prześlizgiwał się powoli od lewej do prawej i od prawej do lewej, spływa momentami dla odpoczynku tam, w dół i dal, ku morzu milczącemu ciężko w szerokim jarze fiordów. Jakże zginęli ci ludzie? Jak kamień, który by padł w tę senną masę wody i zadrgał na niej przez chwilę coraz słabszym, słabnącym kręgiem. Jak strzał samotny, który czasem trzaśnie to z tej, to z owej strony, przeświśnie kulą, otrzepie o gałęzie, wryje się, wkąsi milczkiem w grunt. „Trzy są rzeczy, których nic nie zmąci — myśli Andrzej — pustka górska, nieruchomość mórz i życie. Możemy tu paść wszyscy i wielu, bardzo wielu innych, ci, co są w dole i w odwodzie, i w sztabach, i jednym, jedynym rysem nie poznaczy nasz koniec gładkości tych rzeczy odwiecznych”.
Od tajemniczej sosenki na skraju stoku, złamanej sosenki, na którą od tylu godzin zaczaja się Kettler, wyrwała się krótka seria strzałów, jak w Polsce jesienią wylatują spod nóg zapóźnione w polu kuropatwy. Żaden erkaem podhalański nie rozdzwonił się w odpowiedzi. Tylko Michałek, Kettler i gruby Gruda nachylili się uważniej, wciągnęli silniej kolby broni w dołek strzelecki obojczyka.
Pół kilometra za nimi w tyle, na planie sytuacyjnym w miejscu, gdzie niewielka, do góry skierowana, strzałka wskazuje już umiejscowienie sosenki, Banaś leżąc zakreśla elipsoidę czerwonym ołówkiem.
Takie elipsoidy, tylko szersze jeszcze, mniej pewnie wytyczone, naniósł już Banaś na swój szkic tam, gdzie poziomicami zbiegającymi się gęściej zaznaczył wyniosłość tarasu.
Nowa seria zafurczała znowu, wciąż od sosenki. Kettler bierze na cel, ale jeszcze nie puszcza ognia.
Na oddartej kartce papieru, która wciąż uzupełnia się w linie, znaki, szczegóły, Andrzej także zaznacza elipsoidą miejsce wokoło sosenki. Ale jego elipsoida jest już węższa, ciaśniejsza niż ta, jaką rysuje jednocześnie Banaś. W jej obrębie dwa krzyżyki umiejscawiają to, o co chodzi, szczegółowiej, dokładniej. Widzi lepiej: jest przecież bliżej. Strzelcy podnoszą trochę głowy, patrzą na rysunek podchorążego jak na rzecz, której znaczenie wydaje się im zupełnie jasne, ale którą widocznie trzeba wykonać.
Trzecia seria sypie się gniewnie, już po krzakach. Strzelcy chowają głowy. Obsługa cekaemów nie spuszcza terenu z oka i w pewnej chwili poczyna trzaskać ogniem, który klaszcze głośno, radośnie. „Krzepiący jest huk własnej artylerii, ale łoskot własnych kaemów jest jeszcze bardziej krzepiący” — myśli Andrzej i podnosi głowę wyżej, cokolwiek wyżej. Nie mimo strzałów, ale właśnie dlatego, że są strzały. Po to, aby wypatrzyć.
I schyla się na moment nad swoim szkicem, żeby na świeżo, od razu, rzucić na papier możliwie dokładne, możliwie ścisłe rozmiejscowienie gniazd broni maszynowej nieprzyjaciela.
O to przecież chodzi.
*
Mglisty, białawy świt. Kotlinka i kota 405, i sosenka, i brzózki z lewej poczynają na nowo nabierać kolorów. Rudawych, zielonkawych, płowych.
W kierunku chojniaków, w których wartuje Jaskólski, prześmiguje w powietrzu, jak pocisk, manierka. Rum bulgocze lejąc się w gardło, miesza się ostrym zapachem alkoholu z gnilnymi oparami kotlinki.
— Pan kapitan wam posyła, chłopaki; szła do was wczoraj kolacja, ale nie doszła.
— Psiekrwie kucharze zeżarły — jęczy Michałek — kary bożej nie ma na te cholery...
— Przyssał się do manierki jak dziecko do cyca i innym nie daje — irytuje się Kukurutz.
Michałek z żalem oddaje manierkę.
— Bo musisz wiedzieć, chłopie, że pierwszy łyk rumu smakuje jak pluskwa. Dla tego, co się zna. Drugi smakuje też jak pluskwa, ale młoda pluskwa. Trzeci jak woda ze stawu. Czwarty też nie zanadto. I uważasz, dopiero piąty smakuje jak koniak.
Są dalej mokrzy, zziębnięci, ale rum zrobił swoje.
— Noc jakośmy odwalili — stęka Kukurutz.
Spojrzenie w kierunku sosenki, brzeźniaków, tarasu. Wszystko to obsnuwa się teraz w nici mgławej waty. Wszystko śpi.
— Niemcy tak samo mówią — podchwytuje podchorąży. — „O rany boskie — powiada tam teraz jeden do drugiego — to ten verfluchte Pole63 Kukurutz aus Olleschau im Deutsch-Oberschlesien64 ciebie, Fritz, jeszcze nie ustrzelił? Widać — powiada — Gott sei Dank65, od rumu w kafejkach francuskich ręka mu się rozlatała i nie taka jak za śląskiego powstania, nie taka...”.
Kukurutz, rodem spod samego Opola, bardzo lubi, gdy w plutonie wspomina się jego śląskie wyczyny, ale teraz wzdycha żałośnie; wspomnienie kafejek francuskich zapachniało całą urodą utraconego raju...
Tylko Kettler nie pije i trzyma się dobrze bez rumu. Ale Kettler to co innego.
Kettler jest harcerzem.
*
Za pół godziny rozwidni się zupełnie. Za godzinę będzie całkiem widno. Na cóż nasi czekają? Kapitan przecież zapowiedział wyraźnie...
— Panie poruczniku, tam są jakieś ludzie...
— Gdzie? Gdzie?
Porucznik wypatruje przez lornetkę na skraj kotlinki, od tej swojej strony. Istotnie. Skraj zaludnia się ruchliwymi punktami tyraliery. Schodzą w dół kotliny. Skokami. Są na tle śniegu. Kilkadziesiąt ciemnych punktów porusza się ławą w kierunku na wzgórze z sosenką, z brzeźniakami, na wykryte wczoraj pozycje niemieckie.
— Chłopcy, trzymać się. Nasi ruszyli.
Strzelcy unoszą głowy do góry; wypatrują. Cały ciężar przebytej na zimnie, w mokrości, pod obstrzałem i w obawie zasadzki nocy opuszcza się wolno z ich ramion. Rum pokrzepił zadatkiem nadziei. Nadzieja to tych kilkadziesiąt czarnych punkcików rozbieganych po śniegu, wśród krzaków, w kierunku góry okrytej drzewami, milczącej.
— Jeszcze 400 m! — oblicza Andrzej.
— 370, 350 — liczy znad erkaemu Kettler.
Obaj czują łomot w piersiach, walenie młotem serc i każdy wstydzi się za drugiego. „Jak to dobrze, że to ten mały przy mnie leży — myśli w przelocie Czeczel — przy cenzusowcu66 mniej mi wstyd”. „Jak to dobrze, że to podchorąży, a nie kto z kolegów; wyśmieliby mnie” — myśli Kettler.
Aż naraz cała góra, zalesiona i milcząca, wstrząsa się hukiem i ogniem. To już nie kępa brzeźniaków, to już nie z elipsy pod sosenką padają pojedyncze, odmierzone serie, rozdygotało się to z niewidzialnych dotąd stanowisk, zarytych chyba jak kretowiny na pastwisku; wszędzie. Ołówek Andrzeja zatrzymuje się bezradny nad nowym szkicem terenowym. Które punkty uchwycić pierwsze? Całą górę obwieść zamkniętą krzywą, elipsoidalnym rysem, który by wskazywał artylerii, gdzie ma wyładować zapasy swych pocisków?
Tam, w kotlince, rozsypane punkty wstrzymują się naraz w miejscu. Są czarne, dobrze widoczne na śniegu, który tam jeszcze leży przecież sowicie. Przez sekundę przebiega w myśli Andrzeja przypomnienie jego rozmowy z Wolskim, wczoraj, jeszcze nad tą samą kotlinką. I za chwilę podrywa się jeszcze kilkanaście punktów. Już tylko kilkanaście. Znowu kilkanaście. Ale huragan ognia, prawdziwy huragan ognia, siecze w to maszynowo, niestrudzenie, dokładnie.
— Panie poruczniku, strzelamy?
Porucznik waha się jakby przez jeden, jeden moment.
Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Wie podchorąży i celowniczowie erkaemów, i ostatni, ostatni strzelec: jeśli oni tu ze swych pozycji otworzą ogień, na sosenkę, na brzeźniaki, na tę górę zionącą ogniem, to mogą zahamować jego morderczość, postrzelać obsługę, sprawić, aby pod obstrzałem strzelała mniej celnie, mniej pewnie; ale gdy otworzą ogień, zdradzą dokładnie wszystkie swoje stanowiska, okopane w cieniu nocy, strzeżone pilnie przed wykryciem. A wtedy zlikwidowanie tych stanowisk będzie dla tamtych sprawą dziesięciu minut...
Jest to krótki, ułamkowy moment, w którym oficer waży decyzję, a pluton na nią czeka. Wszyscy widzą już zresztą, że tamto natarcie jest za słabe liczebnie, zupełnie niewsparte ogniowo, że tamta milcząca niemiecka góra jest fortem najeżonym taką masą broni maszynowej, taką ilością karabinów maszynowych, pistoletów automatycznych, moździerzy, że musi odepchnąć te punkty biegnące po śniegu, rozścielić je na nim w porwanych strzępach. Trzy erkaemy plutonu nie zrobią tu nic.
A jednak, gdy porucznik podnosi głos ponad strzały:
— Celownik — jak uprzednio...
— ...Kierunek — pozycje nieprzyjacielskie pod sosenką, brzozami z lewej.
— ...Długimi seriami — ognia! — pluton, cały pluton, rozpręża wielka, radosna ulga.
Gruda, Michałek, Kettler walą jak rozszalali, pełnym ogniem, pełnym spustem. Trzech ładowniczych podpełza z gotowymi do ładowania ładownikami. Łuski pocisków odlatują znad zamka w powietrze jak plewy w młockami, powietrze napełnia się łoskotem, prawie że ziemia się wzrusza. Na chwilę niewielkie wzniesienie na płaskowyżu, wczoraj osiągnięte przez pluton, staje się także fortem zionącym na tamten wyższy, lesisty fort.
„Jeszcze nas nie zmacali” — myśli porucznik.
„Jeszcze nas nie zmacali” — myśli Andrzej.
Gruda, Michałek, Kettler, przywarci do kolb broni, która wstrząsa się od strzałów, rusza się, dygoce, już nie pamiętają o tym w gorączce walki. Dla strzelców ten łoskot własnej broni jest zbyt radosny, pokrzepiający. Ale porucznik i podchorąży panują nad tym myślą: technika walki nie wciągnęła ich tak silnie. Przed chwilą cały pluton był tego świadomy, ale teraz tylko oni dwaj pamiętają o tym. Za kilka minut, najdalej kilkanaście, nieprzyjaciel będzie miał dokładne rozmieszczenie ich stanowisk broni maszynowej z przybliżeniem do 2–3 m. Wzięli na siebie tę konieczność, kiedy otworzyli ogień. Nie żałują jej, ale — liczą się z nią. „Oto nasz pluton — myśli Andrzej — jest już w tym no-mans-landzie, jaki rozciąga się za pozycją życia, a jeszcze przed pozycjami śmierci. Za chwilę powinniśmy być jak Wolski, Gołębiowski, Skuruta. Co potem? Potem? Potem znowu milczenie zalegnie po górach, a morze pozostanie martwe i gładkie, jakie było i jakie będzie po wszystkie dni”. I dziwi się, że jeszcze to się nie staje.
Dziwi bardzo krótko. Naraz, z dalekich brzeźniaków, innych niż tamte, wypryska w górę wielki, furkoczący pocisk, który niemal widać, jak leci: moździerze67. Pocisk padł koło chojniaka, w którym leżał Jaskólski, i rozprysł się mokrą, tłustawą ziemią. Drugi uderzył w sam chojniak. Co z Jaskólskim? Trzeci, czwarty i piąty opadają razem między stanowiska erkaemów. Ktoś się zrywa, odbiega w bok, kogoś ochlapuje ziemia, rozkwaszone pociskiem łupki. Teraz pociski lecą za pociskiem, z furkotem powietrza, z masami wyrwanej ziemi. Cała wyniosłość rusza się i podnosi, faluje ziemia, opada. I naraz milczenie. Wielkie milczenie.
— O Jeeeezu, Jeeezu — poczyna ktoś jęczeć cicho, cicho, coraz śmielej.
— Oooooo — skomli coś pod chojniakiem.
Kettler, Kukurutz, Wiczewski obsunęli się w dół, ranni, wpółzgięci z bólu. W kotlince gasną już strzały. Kilkanaście ciemnych punktów wlecze się z powrotem w kierunku, skąd przyszło. W dole kotlinki, między krzakami, wśród plam śnieżnych, ktoś pełza, ktoś leży. Ktoś woła:
— Sanitariusz! Sanitariusz!
„Żeby już zamilkł, żeby zamilkł — myśli Andrzej. — Ten krzyk jest gorszy od wszystkich moździerzy świata”. Ale tamten nie milknie wcale. Tylko okrzyk podnosi się w jęk, rozwleka, rozsnuwa w samogłoski:
— Saanitariusz! Saaanitaariusz!
W kierunku kotlinki i stanowisk kompanii spełza wśród zetlałej pod śniegiem zeszłorocznej trawy kilku lżej rannych, jak zranione na polowaniu bekasy68.
Długie, długie milczenie. Nic się teraz na wzniesieniu nie rusza. Ziemia zryta pociskami moździerzy czernieje jak skiba spod pługa.
Spod sosenki pada ostry, obcy gwizd. Brzeźniaki odpowiadają drugim. Andrzej, Gruda, Pyliński podnoszą głowy. Z chaszczy, o kilkaset metrów, wykwitły wpółzgięte, posuwające się w skokach, postaci barwy feldgrau. Coraz dalej, coraz pewniej, coraz bliżej. Czemuż by nie? Wzniesienie, przemłócone ogniem moździerzy, milczy bezsilnie i bezbronnie: moździerze spełniły swą misję.
Postacie w feldgrau podchodzą ostrożnie, czając się, ale coraz pewniej. Widać dokładnie ciężkie kopuły hełmów bojowych. Połyska srebro kołnierzy. Czernieją zwieszone z ramienia, na pasach, pistolety automatyczne: wspaniała broń.
I naraz szczekot karabinu maszynowego odrywa się od milczącego, zrytego wzniesienia, sponad tych zmartwiałych w skurczu, sponad rannych. Seria, jedna, druga, trzecia, przebiega po stoku. I już, w mgnieniu oka, nie ma nikogo. Tamte krzaki zachybotały rozparte. Tam na skraju ktoś biegnie schylony. Tam jakiś kształt zielony pełza z powrotem. Tam ktoś przygwożdżony do ziemi wypręża się, martwieje.
Gruda zniża się, odciąga swój karabin maszynowy; odpełza o parę metrów. W sam czas. Z góry od „tarasu” zaczyna łupić świeży, wypoczęty zupełnie cekaem niemiecki; za późno o sekund dwadzieścia. Gruda i Andrzej, skryci w rozpadlinie, uśmiechają się do siebie złym żołnierskim uśmiechem.
Po czym wszystko milknie. Fortuna wygląda. Kasprzak się podnosi. Nie. Nikt nie zbliża się już ani od sosenki, ani od brzeźniaków, ani znikąd. Tylko pomiędzy wzniesieniem a tamtymi pozycjami Niemców pokładło się kilka zielonych, znieruchomiałych cieni feldgrau. Jakiś hełm ciężki odtoczył się w dół i czyjaś odsłonięta twarz bieleje czołem ku niebu.
Dzień już się zrobił zupełny. Blady, wystraszony dzień. Znowu nadpłynęła przyczajona, zdradziecka cisza. Tylko z głębi kotlinki zrywa się czasem i przypada jakiś jęk, jakiś skowyt.
— Saanitariusz! Saanitariusz! — woła tamten ranny na nowo.
I ten krzyk kołuje nad kotliną, nad płaskowyżem, nad sosenką i brzeźniakami, nawet nad tamtym tarasem, jak ptak nieszczęścia, niepokojąco, kruczo.
„Żeby on już zamilkł, żeby on już nareszcie zamilkł” — powtarza do siebie Andrzej.
Ale głos podrywa się znowu, wczepia w powietrze kurczowo, jak w zawalonej sztolni69 kopalnianej wpija się w kamień i ziemię szponami zagiętych palców ręka przywalonego górnika. Daremnie, zupełnie daremnie. Nikt nie zejdzie w kotlinkę śmierci, na biały śnieg, pod celowniki cekaemów. To tylko cały ostatek życia wyzwala się w tym krzyku, drży w nim, krwawi. I krwawić tak będzie nad białym śniegiem, w wielkiej martwocie górskiej, męcząco, uporczywie, beznadziejnie długo.