VII

Wielkie okno jest otwarte na przestrzał, rozwarte szeroko i powietrze napływa wielką strugą, orzeźwiające po tych chloroformach, karbolach85, odorach, jakie wczepiły się w kąty, przepajając sobą koce, sienniki, prześcieradła. Za kilka dni, gdy będzie mógł się podnosić, będzie widział przez to okno morze. Tak mówiła siostra Mary. Kilka dni, czy to cztery czy dziewięć? Siostra Mary mówiła wczoraj, gdy był doktor. Próbny ruch mięśnia przebiega przez udo i więdnie, jak w zatorze ulicznym, w bólu rany. Cichy, cichy jęk. Nie, nie trzeba drażnić, nie trzeba próbować.

Ranny Niemiec ze złamaną nogą poruszył się i odwrócił głowę. Kettler nie lubi tego spojrzenia. Niemca przyniesiono tu wczoraj, w bandażach. Ma tę nogę i jeszcze opalenizny skroni. Głowa jest opasana białymi pasami, tylko oczy patrzą ostro, odsłonięte białe wargi i jakby ściągnięty nos. Niemiec przeszedł na noszach w niemej obcości sali, tego Czecha z Legii Cudzoziemskiej, tych czarnych chasseurs alpins, tego Kanadyjczyka, który już chodzi o kulach, Kettlera. Nosze zatrzymały się przy Kettlerze, gdzie było puste łóżko. I od tej pory ma za towarzysza niemieckiego lotnika. Przez tamten dzień Niemiec patrzył w sufit i on w sufit. Dziś rano zajrzeli sobie po raz pierwszy w oczy, o dwa metry odległości. Kettler odwrócił głowę, Niemiec — nie. Teraz jest to samo. Szarpanie rany rozchodzi się powoli, wygładza ponownym znieruchomieniem, Kettler ma oczy utkwione w bladym niebie norweskim za oknem, ale czuje doskonale na swej twarzy ciężar cudzego spojrzenia, nieznośny, uporczywy, wytrwały. „Jakby mu pokazać, żeby dał spokój, żeby poszedł precz — męczy się Kettler — że nic z nim nie chcę, nic, nic? Niechby wiedział, że jestem Polakiem; może zrozumie”. I, mówi przez salę do tamtego Czecha głośno, po polsku. Czech nie bardzo rozumie i źle słyszy; nie wolno mówić głośno; siostry gniewają się o to. Kettler mówi głośno, po polsku. I to sprawia mu ulgę.

— Grenoble86 — słyszy z tamtego łóżka.

„Grenoble”; wyraźnie: „Grenoble”. Grenoble, Grenoble... Jakiś świat otworzył się naraz w szarym niebie ujętym w ramy okna. Domy stare, wybrzuszone zabawnie w uliczkach-staruszkach pnących się zdyszanie w górę; i arkady uniwersytetu; i plac przed Hôtel de Ville87, i winiarnie, i góry, góry, góry, zielone góry, winne góry, wesołe góry. Grenoble, Grenoble. Jakiś świat, pełen blasków, barw i śmiechu, dziewczyny strojne, niosące głowy prosto jak w tańcu, kamienie chodników powytłaczane, staroświeckie. Plącze się to niezdarnie, wiruje, wypływa jak woda bulgocząca na ogniu.

— Grenoble — mówi Niemiec głosem znajomym jakimś, ciepłym — Grenoble, Grenoble...

Kettler zwraca głowę, ale nim zwrócił, nim spojrzeli sobie w oczy, już zrozumiał i wie.

Nie, nie są nawet o dwa metry od siebie. Są tuż przy sobie. Przejście między łóżkami w tym przygodnym szpitalu jest takie wąskie. Twarz tamtego jest okolona bandażami, które zbiegają aż pod brodę, tworząc wokoło biały, obcisły skafander. Dlatego nie poznał go wczoraj. Twarze obu są blade, poznaczone zielonkawymi cieniami, powleczone woskiem bezkrwistości. Ale oczy są jednak te same.

Ich bin doch Gallen, Johann Gallen. Erkennen Sie mich nicht?88

I naraz:

Mais oui, tu me reconnais!89

Kettler kiwa głową, że tak, i nie wie, co więcej go ścina: czy to, że tamten mówi po niemiecku, czy to, że gdy zaczął po francusku, wrócił do dawnego, starego „ty”. Przez chwilę leżą naprzeciw siebie i Gallen ma blady, życzliwy uśmiech. („Czy ja mam też taki niezdecydowany uśmiech?” — myśli Kettler). Robi mu się aż ciepło i to ciepło podpływa pod gardło, głowa ciąży ku poduszce. Przymyka oczy, jak wtedy, gdy zmieniają opatrunek, i przez wpółotwarte widzi po chwili to samo, co zawsze od czterech dni: biała ściana, portret wysokiego króla Haakona90, okno, a za nim niebo szare, północne niebo polskich jesieni i niebo dzisiejszych wojen.

Gallen...

Obraz Grenoble przestaje naraz wirować, skakać, łamać się na części. Przestaje być nieładem fotografii rozsypanych z otwartej nagłym ruchem szuflady. Poczyna płynąć przed oczami wolno, sennie, w rytmie obrazów z pogodnego, plenerowego filmu. Znowu więc jest Grenoble i on tam, w tej Grenoble. Oto wchodzi znowu po schodach wysokich u Madame Javel i schody te są wyfroterowane jak zawsze, wchodzi do pokoju i pokój jest ten sam, i obicia wypłowiało czerwone, i gnąca się wąsko płyta biała kominka, i wysiedziany, oklapnięty fotel. Słońce pada przez okno, jest ranek, niedziela rano. Johann goli się przed lustrem, do połowy nagi, smukły, muskularny; skóra pleców ma lekki ton różowawy, jak to bywa często u blondynów, których jasność włosów przechodzi w rudawe, miedziane błyski. I śpiewa podnosząc brodę do lustra, aby się czasem nie zaciąć, śpiewa piosenkę studencką, śląską:

In einem polnischen Städtchen,

Da lebt ein süsses Mädchen...91

Po czym taśma filmu rwie się krótkim, zdecydowanym szarpnięciem. Naraz znowu jest nic, wszystko miesza się w oczach tak nagle, że niczego już rozróżnić nie sposób, a potem blaknie naraz i szarzeje w mdławą szarość ekranu. Z powrotem jest tylko biała ściana, otwarte okno i szare, szare niebo. Wszystko jest już tak, jak było przed chwilą i przed godziną. Niezupełnie. Obok, tuż po prawej, na takim samym łóżku szpitalnym, jest teraz obecność, która niepokoi, podnieca i nęka. Przedtem był tam po prostu człowiek cierpiący. Teraz jest tam ktoś, z którego każdym ruchem, odcieniem głosu, spojrzeniem, podpływa z okropnej odległości ciepła struga wspomnień. Okropnej dalekości. Jakże to doprawdy dalekie. Grenoble; tamto wszystko! Ta struga wspomnień nagle wytrysła jakże jest ciepła.

Przekręca się na bok, nie myśląc o tym, co robi: Ból, szarpiący ból uda. Usta skrzywiają się skurczem, który otwiera je do połowy i pozostawia tak chwilę otwarte. Oczy obu spotykają się właśnie w takiej chwili, pytające, wyczekujące.

— Dostałeś? — pyta współczująco tamten.

Kettler uśmiecha się uśmiechem wpółbolesnym, a wpółzbywającym: nic takiego. I tak jak ranny rannego, pyta po chwili poważnie:

— A ty?

Tamten porusza ręką w kierunku nóg, w kierunku skroni:

— Za dwa miesiące nie będzie znać.

— U mnie nawet wcześniej — powiada Kettler.

Gallen wykonywa ruch ręką, nowy ruch ręką, który nie wiedzieć, co ma znaczyć. Czy, że to wszystko jedno, czy też, że to tak samo. Patrzy milcząco na Kettlera spojrzeniem ciężkim, uważnym:

— Więc byłeś w wojsku francuskim?

— Nie, w polskim.

— W Norwegii?

Zdumienie jest tak niepohamowane, tak ogromne, że w Kettlerze wzbiera jakaś milcząca, rozgrzewająca duma. Tonem obojętno-informacyjnym, jakby nigdy nic, objaśnia:

— Pod Narwikiem jest jedna z naszych polskich formacji. Wyłącznie polska.

— Słyszałem — mówi Gallen — w radio, że były tu polskie okręty wojenne przy angielskich. O wojsku nic nie mówiono.

I moment zniecierpliwienia, jakby wzruszenie ramion, jakby odcień mimowolnej pogardy:

— Polacy — skąd? W Norwegii?...

— A wy?

Gallen wykonywa znowu jakiś niewyraźny, okólny ruch, coś tak, jakby mówił, że to jest całkiem a całkiem odrębna — jemu, Niemcowi, zupełnie jasna, innym do rozumienia zupełnie nie niezbędna — sprawa. Przez chwilę rozmowa się rwie i obaj mają oczy utkwione w szpitalnej białości ściany i nudnej szarości nieba, ale czują, że każdy z nich przerwie to milczenie lada chwila.

— To wojna zastała cię we Francji? — zaczyna obojętnie Gallen.

— Nie; w Polsce.

— Więc jak się tutaj znalazłeś?

Zdumienie tamtego jest tak szczere, że wywołuje uśmiech, dawny, przekorny, sztubacki92 uśmiech Kettlera.

— Zwyczajnie; przeszedłem granicę.

— Co za „granicę”?

— Najpierw słowacką, potem węgierską, potem jugosławiańską...

Unerhört!93 Co ty gadasz? Przecież Słowacja jest przez nas obsadzona.

— A Węgry i Jugosławia kontrolowane? A Włochy — kraj bratni? No tak, teraz mogę ci powiedzieć, że tysiące nas tak przeszło. I pewno dalej przechodzi. I właśnie z tego tworzą się te brygady, pułki, dywizje polskie we Francji...

— No, i ze skomunizowanych robotników, którzy walczyli w Hiszpanii...

— Racja. Mną nawet dowodził drużynowy, który podobno walczył w Hiszpanii. Doskonały element. Umieją się znakomicie podkradać, rzucają jak nikt granatami, nie boją się czołgów.

Ale Gallen słucha tego wszystkiego z największym lekceważeniem. Wzrusza wyraźnie, nieopanowanie ramionami.

— I po co to wszystko?

— Jak to, po co?

Odpowiedź Kettlera jest taka, że rozmowa się urywa. Ale myśl tamtego kłębi się koło czegoś, czepia, nie może oderwać. I już po chwili pyta:

— Widziałeś wojnę w Polsce?

— Brałem w niej udział.

— Gdzie, ciekawym.

— W ochotniczym batalionie obrony Warszawy.

— Warszawy? Byłeś podczas tego wszystkiego? I nic?

— Na szczęście, nic.

— A... a potem nie byłeś w niewoli?

— Nie, przebrałem się w cywila i wyszedłem na Radom.

— Do Francji?

Kettler kiwa głową. Jest trochę zniecierpliwiony. Czegóż tamten tak nie rozumie? Czemu trzeba mu to wszystko, bardzo proste przecież, powtarzać, w głowę wtłaczać? Na jakież pytania, niezadawane głosem, ale nurtujące w myśli tamtego, musi dawać odpowiedzi? Jakie, jakie pytania? Nastawia się nieufnie; jest, najwidoczniej jest coś, co tamten chce od niego wydobyć, wyciągnąć, podstępnie, ukradkiem. Niepostrzeżenie. Po co? Co to może być? Czegóż nie może zrozumieć? Znali się tak dobrze, tak bardzo dobrze; są młodym pokoleniem dwóch sąsiadujących ze sobą narodów; ich sprawy są wyraźne. A przecież...

Posługacz szpitalny, zwany w sali nie wiedzieć czemu Don Pedro, przynosi z dwiema siostrami obiad. Okno zamknięto, gorący bulion rozleniwia, rozsypia. Ale Gallen wraca znowu do swoich pytań:

— Jesteś w jakiej broni?

— W piechocie.

— W piechocie?

Znowu zdziwienie. I znowu jakiś ton lekceważący, ale jakby dobrotliwy: kto wie, czy ta dobrotliwość nie drażni właściwie najwięcej.

— A... a czym byłeś?

— Żołnierzem.

— Ach, oczywiście — ale ja pytam o stopień. W jakim stopniu?

— Właśnie — żołnierzem.

Gallen odstawia talerzyk z kompotem, zadowolony, uśmiechnięty. „Albo kompot nowozelandzki smakował mu jakoś szczególnie, albo ja go czymś dziwnie rozśmieszam” — myśli Kettler. Tamten nie patrzy mu w oczy, jakby ich unikał, ale uśmiecha się nadal. Widać, jak ten uśmiech spływa od bladych kącików ust aż pod białe pasy bandażu. Znowu sięga po kompot i wyjadając ostatek soku mówi, ubawiony jakby:

— Prawda, prawda. Słyszałem, czytałem, że nawet wasz dawny ambasador w Berlinie i wszyscy dyplomaci poszli na prostych żołnierzy...

— To prawda. Lipski jest teraz na froncie zachodnim. Z dyplomatami rozmaicie bywało. Przyzwoici zgłosili się do wojska, inni...

Urywa; nie, nie powie tego wobec Niemca. Ale Gallen uśmiecha się z innej, zupełnie innej rzeczy:

— Przyzwoici, powiadasz, poszli do wojska?

— No, tak.

— I wy tych właśnie nazywacie „przyzwoitymi”?

— A jakbyś ty ich nazwał?

Uśmiech Gallena, który uporczywie wyjada jakieś resztki kompotu z pustego chyba talerza i nie patrzy Kettlerowi w oczy, jest szczególnie dobry, łaskawy, życzliwy. Jest pewne ubawienie w odpowiedzi:

— Oczywiście, że można to i tak nazwać, niewątpliwie. Dla nich jestem z całym szacunkiem. Więc u was za żołnierzy są byli ambasadorowie, dyplomaci i kto jeszcze? Profesorzy, naukowcy, inżynierowie, pisarze?

— Profesorzy, naukowcy, inżynierowie, pisarze. Nie żartuję. Weź moją brygadę. W sztabie jednego z batalionów siedzi sierżant — profesor prawa kanonicznego na najstarszym uniwersytecie polskim. Plutonowym w kompanii karabinów maszynowych jest młody historyk. Kapralem w kompanii strzeleckiej jest pięćdziesięcioletni docent archeologii. W moim plutonie jest docent ekonomii. Starszy strzelec. Drużynowym w kompanii 3. jest jeden z najlepszych naszych korespondentów zagranicznych; miał świetną pozycję w Rzymie do ostatnich czasów. Są to teraz wszystko dobrzy celowniczowie i karabinowi, dobrzy drużynowi, dobrzy strzelcy, dobrzy żołnierze. Nie gorsi od tamtych skautów, studentów, osiemnastolatków, którzy ze mną przechodzili granicę...

— I to wszystko to teraz starsi strzelcy, celowniczowie, karabinowi?

— Tak.

Gallen ziewa, odsuwa pusty talerz ze zniechęceniem i zmęczeniem. Przez chwilę patrzy na Kettlera uważnie, przyglądając się z zaciekawieniem badacza obserwującego okaz nader rzadki, więc ciekawy, ale niewątpliwie wychodzący daleko poza ramy zdrowej normalności. („Obserwuje mnie jak owada, jak bakterie pod mikroskopem, jak rozwój jakiejś tkanki czy plazmy — myśli Kettler. — Co to znowu ma być? Co to znaczy?”).

— Nie próbowałeś chociaż — zagaduje niezupełnie oczekiwanie Gallen — dostać się do lotnictwa?

— I jak.

— Nie udało się?

— Nie.

— Francuzi nie mieli aparatów? — drwi wyraźnie, zwycięsko Gallen.

— Były różne trudności — wymiguje się Kettler.

— A wasi woleli mieć parę postawnych dywizji? To takie piękne — dywizje piechoty! Zwłaszcza, gdy maszerują na defiladzie. Prawda?

Kettler milczy, milczy. Ma w tej chwili zmęczoną twarz i zmęczenie wycienia jego rysy, robi je dziecinne, chłopięce. Gallenowi staje przed oczami Grenoble, piękna Grenoble, ten sam dom, te same schody i pokój, który zjawił się godzinę temu przed oczami wyobraźni Kettlera. Wspomnienie zbliża go znowu, patrzy. Po twarzy Kettlera rozpełzł się wyraz zmęczony, bolesny prawie i smutny. W tamtym naraz rozbraja się i rozkuwa wszystko:

— Powiedz, powiedz — mówi szeptem prawie, prosząc — powiedz, możesz, możesz mi mimo wszystko powiedzieć... Było ci źle? Co? Było ci źle? Powiedz. Nigdy, nigdy, nie było ci choć ciężko? Bardzo ciężko?

Są chwile w najbardziej twardym życiu, właśnie w życiu najbardziej twardym, kiedy człowiek staje się naraz miękki. Taka chwila jest chyba teraz w życiu strzelca z cenzusem, Kettlera. Gallen nalega głosem tak samo ściszonym jak wtedy, kiedy powtarzał słowo „Grenoble”, i ten głos działa tak samo jak wtedy, przed południem. Kettler ma oczy wpółzmrużone, z powrotem utkwione gdzieś w przestrzeni i mówi wreszcie, jakby mówił sam do siebie, tylko do siebie, i jakby wydawał je westchnieniem z największej, najtajniejszej głębi:

— O, tak...

Po chwili wstrzymuje się.

— Zapewne nie powinienem tego tobie mówić...

— Dlaczego? — dziwi się smętnie Gallen — Ja to wszystko bardzo dobrze wiem.

— Skąd ty to możesz wiedzieć?

— Chcesz — pyta Gallen — żebym ci powiedział, skąd? Mogę ci powiedzieć, powiem.

To przecież proste zupełnie. Mogłem — ja, lotnik — nie wiedzieć, że w siłach, jakie wysadzili tu Francuzi dziesięć dni temu czy więcej, znajdują się i Polacy; mieliśmy in der Luftwaffe94 inne zadania. Ale myślisz, że nie znam spraw polskich, że nie czytałem o sprawach polskich, że się u nas o tym nie czyta, nie pisze, nie śledzi, nie wie? Mój stary, wierz mi, my wiemy wszystko. To, o co się pytałem raz z tej, raz z tamtej beczki, to tylko dla dopełnienia sobie obrazu. Teraz już ten obraz cały mam. Wiem już o tobie więcej, niż ty sam o sobie wiesz.

Gallen podniósł się na łokciu i patrzy długo na Kettlera.

— Mój drogi, jedno ci powiem jak najżyczliwiej w świecie, tylko się nie zdziw ani nie miej za złe: po co ty jesteś Polakiem?

Kettler wzrusza ramionami, nic nie odpowiada. Aż dopiero po chwili:

— Mój drogi, a jeżeli ja zapytam się ciebie: po co ty jesteś Niemcem?

U tamtego raz jeden jeszcze nieznaczny uśmieszek wyższości:

— Janku, jeżeli mamy sobie odbijać pytania jak piłkę na korcie, doprawdy nie warto gadać. Wierz mi, że mówię do ciebie z całą serdecznością. Trzeciej Rzeszy nie zależy na tym, abym zaagitował jednego polskiego strzelca; nie wiem, czy by jej nawet zależało na tej całej waszej brygadzie. Ja jestem Niemcem: ale nie jestem już Sasem czy Badeńczykiem, bo ja i ludzie u nas zrozumieli, że nie ma już Bawarów, Austriaków czy Sasów; bo dojrzewa już w Europie świadomość, że nie ma Fryzów, Holendrów czy Flamandów, że nie ma Duńczyków, Norwegów, Szwedów. Historia, a właściwie trudności komunikacyjne, schizmy religijne, spory małych dynastii, rozluźniły na naszym kontynencie dawne wielkie całości plemienne, ale wynalazki kolei, samolotu, radia dawno już zbliżyły wszystko na nowo, tak jak dawno ostygły spory religijne, a potraciły znaczenie ostatnie dynastie. Lada dzień u was, Polaków, zrodzi się instynkt, że właściwie jesteście Słowianami, to znaczy Rosjanami; i będziecie w najlepszym razie rozrywani przez dwa wielkie programy na przyszłość: czy macie stać się tym, czym stali się przed wami Obodryci95, Łużyczanie96, ba — spora część waszych Ślązaków, i przedłużyć świat prusko-germański do Bugu; czy też macie w sobie wskrzesić przytępione tęsknoty słowiańskie, podnieść ludowy instynkt tłumiony przez waszą historię, która była europejska, katolicka, łacińska, szlachecka, i stać się zachodnim, nadwiślańskim puklerzem97 słowiańskiego olbrzyma znad Dniepru, Wołgi i Oki. Nie, mój kochany. Nie ma w rodzącym się świecie miejsca dla małych narodów.

— Trzydziestomilionowy naród uważasz za naród mały?

— Trzydzieści milionów ludzi, mój drogi, nie znaczy nic. Jest to wartość stosunkowa. Ulokowani w Kanadzie, w Australii, na kontynentach bezludnych i nie zagrożonych jeszcze, bylibyście może zadatkiem na wielki naród nawet w wieku XX i XXI. Ale nad Wisłą jesteście wtłoczeni między stumilionowe Niemcy i ponad stumilionową Rosję. Między olbrzymiego kolosa, który was miażdży samym ciężarem, a doskonałą maszynę, która was zgniecie swą doskonałością techniczną. Wasza liczba, to prawda, utrudnia strawienie was. Wy nie jesteście Czesi, Słowacy czy Węgrzy. Wasza liczebność opóźnia to strawienie. Ale prędzej czy później będziecie musieli dać odpowiedź na pytanie, czy macie stać się Germanami czy Słowianami. To znaczy Niemcami czy Rosją? Europa, jaka się kształtuje, będzie latyńska nad Morzem Śródziemnym, germańska od Alp po biegun, słowiańska na wschodzie.

— Nim się cała nie stanie germańska?

— Nie żartuj, nie żartuj. Kto jak kto, ale wy, Polacy, moglibyście od Września nie żartować już z niemieckich planów. Oczywiście, poddanie naszego kontynentu pod nasz organizacyjny ład jest to drugi dopiero etap. Ale już w pierwszym etapie sprawa waszego narodu ulegnie rozstrzygnięciu, i powinieneś już teraz o tym rozstrzygnięciu dla siebie pomyśleć...

— Dlaczego właśnie ja?

Denn du heissest Kettler; du bist von Kettler...98

„Ach, tak — myśli tamten sennie — bo nazywam się Kettler...”.

Gallen opadł na poduszkę, jakby sam chciał odpocząć i jakby chciał dać tamtemu chwilę na przemyślenie. Ale Kettler nie myśli, lecz przypomina sobie. Wtedy, gdy w auli uniwersyteckiej pierwszy raz poznał Gallena i gdy ten się zdziwił tak naturalnie i naiwnie, że z tym nazwiskiem jest on Polakiem, i potem, wielekroć potem, gdy z pedanterią Niemca do tej sprawy powracał, i potem, gdy do Polski przychodziły niemieckie broszurki, wykresy, wywody, i potem, gdy żartował na ten temat, drażniąc Gallena. Cała grenoblska przeszłość studencka, całe lato razem spędzone w górach i winnicach, powraca, jak późną jesienią wraca wspomnienie maja.

— Więc ja, twoim zdaniem, nie powinienem zostać Słowianinem, to znaczy Moskalem? Rezerwujesz mnie łaskawie Niemcom. Razem z Wawelem, razem z Warszawą?

— Nazywasz to bardzo dobrze; nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak dobrze. Tak, razem z krakowskim burgiem99, razem z niemieckim kościołem Mariackim, razem z tym pałacem w Warszawie, gdzie było wasze ministerstwo zwodniczego pułkownika Becka100. Z tym pałacem budowanym za saskiego u was króla przez saskiego u was ministra. Ty swoją przynależność narodową bierzesz według tego, co ci się żywnie podoba, my — wedle tego, co jest. Czymże ty jesteś bowiem, jak nie von Kettler? Jesteś tak jak kościół Mariacki i jak tamten warszawski pałac, jak łódzkie przędzalnie i tylu Burschów, Dekertów, Fukierów i Fiszerów101. Odpryskiem niemieckości ugrzęzłeś w tym świecie obcym. Wtłoczeniem szlachetnego drzewa w mebel z mniej cennej materii. Tak, jak bursztyn nasz pruski, gdy grzęźnie w białawym piachu Sambii102. Przez całe stulecia byliście najcenniejszym budulcem Polski, dziejów Polski, kultury polskiej. W tym kraju, który nie lubi czytać, a lubi pisać jak najmętniej, wydaliście setki uczonych o jasnych, porządkujących mózgach: Lindych, Hubych, Lelewelów, Estreicherów, Brücknerow103. Budowaliście kościoły ludowi, pałace magnatom, mauzolea królom. Trwoniliście wartości niemieckie, odziedziczone przez was z waszą krwią, należne do tej krwi, nie do was. Nie, nie chcę robić tu sądów i Trzecia Rzesza ich nie robi; nie na to czas. Ale trzeba, żebyście wszyscy i wszystko, co z niemieckiego się poczęło, wrócili do niemieckości. Niemieckość ciebie nie zmarnuje, Kettler.

— To polskość mnie marnuje, Gallen?

— Widzisz, Kettler; my siedzimy od was o miedzę, my was znamy, my na was patrzymy. Nasi uczeni ostukali wasze zagadnienia rolne, o których ględzicie średniowieczne frazesy; wasze zagadnienie przyrostu ludności, wobec którego stoicie bezradni; wasze nędze i wasze możliwości. Polskość ciebie marnuje; polskość zresztą siebie marnuje. Pierwsza rzecz, jaką zrobiliśmy, gdy nasze armie w błyskawicznej kampanii zmiotły opór waszych bohaterskich dzieci i tromtadrackich104 generałów, to było niszczenie waszych warstw wyższych, waszej inteligencji...

— Masz się czym chwalić.

— Daruj, Kettler, nie o to chodzi. Jeślibyś z twego karabinu mógł zastrzelić niemieckiego generała lub niemieckiego żołnierza, to byś strzelał do niemieckiego generała. Jeślibyś mógł wysadzić w powietrze dom z mózgami kierującymi naszym życiem politycznym, gospodarczym, naukowym, zrobiłbyś to także. Jest wojna. Niszczenie nie może być bezmyślne. Musi być precyzyjne. My niszczymy polską inteligencję, my rozstrzeliwamy polskich ziemian i kupców w Poznańskiem, w naszych obozach koncentracyjnych pomarli polscy uczeni, pisarze, inżynierowie, adwokaci, inteligencja, myśmy odebrali młodzieży polskiej możność kształcenia się wyższego, bo to leży w naszych planach, jak leży w planach sowieckich. I nawet gdybyśmy upadli i nad Wisłę wkroczyli wasi Anglicy, pozostawimy pustynię. Państwa, nowoczesnego państwa nie odbuduje sam tylko chłop, sam tylko robotnik, półinteligent, banda samouków, czyli niedouków. Wyście upadli nienaukową organizacją pracy, gospodarowaniem wedle demagogicznych frazesów; rewolucja hitlerowska, nawet rewolucja sowiecka postawiły w sztabach państwa uczonych ekonomistów, statystyków, demografów, zamiast po waszemu wzruszać ramionami. Ale teraz nie będziecie mieli nawet tej słabiutkiej, nienowoczesnej, krótkowzrocznej ekipy naukowców, jakąście mieli; chyba po prostu poprosicie Anglików o łaskawe zastąpienie Niemców w rządzeniu Polaczkami. Oto cel, jaki osiągamy. A wy sami nam pomagacie...

Cios Gallena idzie teraz bez oporu, wchodzi w mózg gładko jak nagły atak zmasowanych na równinie czołgów.

— Wy sami nam ułatwiacie. Z kogo chcecie mieć przyszłych kierowników życia gospodarczego, które trzeba będzie wznowić; intelektualnego, które przyjdzie wskrzesić nie tylko na uniwersytetach, w szkołach średnich nawet; administracyjnego, które nie może być takie, jakie było; handlu, przemysłu? Z oficerów internowanych na Węgrzech, w Rumunii? Czy nie zdajecie sobie sprawy, że pchanie resztek waszych ludzi wykształconych, fachowych, do wojska, do piechoty — to dopełnianie pracy niemieckiej, pracy sowieckiej? Czy myślicie, że jeśli z dobrego urzędnika służby dyplomatycznej uzyskacie dobrego celowniczego w drużynie strzeleckiej, to potem z lada celowniczego uzyskacie z tą samą łatwością dobrego urzędnika służby dyplomatycznej? Czy myślisz, że inżynier, spawacz metali, zatrudniony w segregacji mundurów, jest dobrze wyzyskany? Czy myślisz, że dziennikarz mający kontakty w Rzymie nie byłby tam właściwszy niż przy cekaemie? Czy myślisz, że student ekonomii, któremu studia na High School przerwano, nie będzie człowiekiem, którego brak odczuje się kiedyś bardziej niż brak stu generałów?

— Ale młodzi...

— Mój drogi, młodzi? Są tylko dwie młodzieże na świecie równie ofiarne, równie zapalne, równie bohaterskie: nasza i wasza. O, nie myśl, że my, Niemcy, nie wiemy, kto bronił Katowic, gdy armia, województwo, urzędy i dygnitarze przemysłowi byli już dawno na szosie radomskiej! O, nie myśl, że nie wiemy, kto bronił Warszawy, kto ostrzeliwał się z gruzów Radomia, kto nam na tyłach wysadzał mosty, atakował z zasadzki. Ani nie myśl, żebyśmy nie mieli cichego, głębokiego podziwu dla tych skautów, dla tych gimnazistów105, dla tych wyrostków. Nasi nie byliby gorsi. Niemcy i Polska mają w swej młodzieży cudowny materiał, najwspanialszy surowiec ludzki, równy chyba kruszcom, z których wytapia się stal wysokoprocentową, najlepszą do budowy samolotów czy armat. Ale Niemcy przetapiają ten swój kruszec właśnie na stal najcenniejszą. Uważają ją za budulec najwartościowszy, chronią jej zużycia, oszczędzają zapasy. Polacy używają jej do łatania dziur robionych przez innych, do wysługiwania się. Trwonią, używają nieproduktywnie. Nasz młody chłopak, gdy chce latać — lata; my go do lotnictwa zachęcamy, miast stawiania mu barier. Nasz młody chłopiec — to najcenniejszy materiał wojskowy. Wolny od rutyny sztabowej, wolny od skostnienia koszarowego. U nas, w Niemczech, nie na wszystko używa się stali i nie do wszystkiego używa się młodych. Jestem w twoim wieku — i jestem oficerem-lotnikiem; nasi towarzysze z Grenoble są młodymi oficerami w czołgach, na Westwallu106: jeden, dwudziestoparoletni, zarządza dziś waszą Warszawą. To u nas, a wy?

— Kto wie, nie rezygnuję z tego, żeby być jeszcze komendantem placu w Berlinie...

— Z tego, mój drogi, zrezygnuj. Nie będziesz. Nie będziesz nawet nie dlatego, że zdobycie Berlina — to sen waszej niepoprawnej, lekkomyślnej, polskiej beztroski. Niemcy, Włochy i Rosja są potężne, bo przełamały w sobie głupi guz w mózgu; przesąd, że nie można stać się czymś w maszynerii rządzenia, nim brzuch nie obrośnie w fałdy tłuszczu, nim łysina nie zalśni kopułą, a kamienie nerkowe, żółciowe czy inne nie obciążą dostatecznie ruchów. Zobaczysz, co dadzą Francji jej rozumni starsi panowie! A wyście tego w sobie nie przełamali ani przedtem, ani potem, ani teraz. Oto dlaczego nie będziesz komendantem placu w Berlinie. Wy nie odciągniecie najwartościowszych waszych ludzi ze zużycia na dzisiaj, z myślą, że kiedyś będą paląco potrzebni, jeszcze bardziej niż celowniczowie teraz. Wy nie zużytkujecie najdoskonalej waszego młodego, wspaniałego elementu. Będziecie nim łatali luki, jakie wytwarza rutyna, niefachowość, skoszarniałość mózgownic; będziecie z niego tworzyli silny cokół pod słabość, podmurowywali zmurszałe, podpierali próchno. Powiedziałeś, i to mnie tak ubawiło, że „najprzyzwoitsi” z waszej dyplomacji poszli do wojska. Tak. No ładnie, ale czy nie pomyślisz o tym, że w takim razie poza wojskiem, ale w dyplomacji, został najmniej „przyzwoity” element; ten, co się do wojska nie myślał zgłosić. No — a który rządzi? No — a czy głupstwa robione przez tych „mniej przyzwoitych” to są tylko drobiazgi, które łatwo wyłata na linii eks-ambasador celowniczy, karabinowy eks-poseł?

Kettler leży, wparty głęboko w poduszkę. Ma oczy przymrużone, przymknięte. Każde słowo Gallena wdrąża się w koleiny, którymi już chodziły niejedne własne myśli, niejedne innych refleksje.

I jak czołgi idące w szyku wolno, kiedy opór już dawno został za nimi, kiedy na widnokręgu spokojnym żaden nowy nie powstaje, sunie wolno stalowy wywód Gallena:

— Widzisz, widzisz. Uczyłeś się sztuki wojskowej choć trochę? Tak. No, to przecież wiesz, że wojna to nie jest romantyzm. We Wrześniu wasi ułani szarżowali z lancami107 na nasze czołgi; sto lat temu Indianie w Ameryce strzelali z łuków do piechoty z karabinami. Wojna jest rzeczą pojmowaną celowo. U nas do wojska nie idzie ten, co chce, a pozostaje w biurze, kto nie chce; u nas do wojska stawia się każdy, a dopiero państwo decyduje według kwalifikacji, wedle zadań, kogo lepiej wyzyskać tak, kogo inaczej; kto więcej się tu przyda, kto mniej; kto jest naprawdę i do jakich zadań niezbędny, kto nie jest. To się nazywa gospodarowanie ludźmi. Prowadzenie wojny, prowadzenie państwa — to gospodarowanie ludźmi. Nasza armia zwycięża, bo położyła nacisk nie na kawalerię, jak wy, nie na umocnienie betonowe, jak Francuzi, ale na lotnictwo, na czołg, na maszynę, nie spuszczając się na to, że czołg ugrzęźnie, gdy będzie „brzydka” pogoda, że samolot niedowidzi we mgłę. Dobrze. Wyście przegrali. Ale czy przeszliście chociaż z tą przegraną prawdziwy, odnawiający wstrząs? Czy wasza nowa rzeczywistość, ta, do której szedłeś przez lasy karpackie ku Francji, jest naprawdę nowa i inna? Czy nie wlecze za sobą czegoś, co znasz, aż zanadto dobrze znasz?

*

Czołgi jadą równo i spokojnie, coraz dalej, coraz pewniej i głębiej.

*

— A teraz pomieść siebie samego w tym wszystkim. Jesteś częścią tej ludzkiej stali, marnowanej tu, cenionej wedle swej wartości gdzie indziej. W naszych oczach rozprzęga się to, co było kiedyś Polską, owo dziwne połączenie słowiańskiego tworzywa z łacińską obróbką, ów stop Zachodu ze Wschodem. Rosja upomni się o to, co jest u was jej, to jest słowiańskie. My upomnimy się o to, co jest nasze, to jest europejskie. Sam zresztą widzisz, jak się niecelowo, niewprawnie ratujecie; jak wasz wysiłek jest rozpaczliwy może, ale na pewno nie mądry. Jesteś zagubiony w dziele, przeciwko któremu idzie wielki prąd historii, i w dziele, które na domiar samo siebie niszczy bezmyślnie. Nie możesz tego nie widzieć. Nie możesz nie przyznać mi racji.

— Mogę.

Jakby w drodze pochodu czołgów zjawiła się niewidzialna przeszkoda.

— To mi zaprzecz.

— Owszem, zaprzeczę ci. Jestem jak ty głęboko przekonany, że świat idzie ku jedności, że w naszej epoce opadły różnice wzniesione ongi108 przez spory religii, ambicje dynastii, nawyki trądycij; ale jestem jeszcze przekonany i o tym, że to wszystko nie znaczy jeszcze, abyśmy my, Europa, mieli pójść pod jarzmo czyjekolwiek i jakiekolwiek, przeciwnie, jestem przeświadczony, że nawet na lądach dalekich, z dawna przywykłych do niewolnictwa, w czarnej Afryce i żółtej Azji, kończy się okres cudzego władztwa, przychodzi pora usamodzielnień, że nawet tam współpraca zastąpi panowanie: czy więc właśnie w tym czasie nasz kontynent, Europa, ma być poddanym jednowładztwu, które z nowoczesności bierze chyba tylko narzędzia podboju? Nie. Przeciwko tej wizji świata, jaką rozsnuwasz, buntuje się moje ludzkie poczucie sprawiedliwości, mój optymizm, moja wiara w przyszłość. Raczej jestem skłonny uwierzyć, że to, co przeżywamy, jest ostatnim przesileniem zła, ciemności i starego ładu; że wyjdziemy z tej próby zwycięzcy, zjednoczeni i wolni. Że wielkość Europy to nie przekształcenie wszystkich jej krajów w niewolników jednego, ale wyzwolenie ich wszystkich do wspólnej i wolnej pracy. Nie mógłbym ci zaręczyć, że właśnie mój obóz zwycięży, ale nic by mnie nie mogło zachęcić do walki w twoim obozie...

— A to, że u was wszystko jest wciąż takie samo, nigdy cię nie zniechęca?

— Gdzież to „u nas”?

— Ano, w Polsce...

*

Czołgi znowu poczęły jechać, jak jechały przed chwilą równo.

*

— Dzisiaj już nie...

— A dawniej? — podchwytuje Gallen — To znaczy, że dawniej tak?

— Dawniej, przyznaję, tak... My, młodzi w polskiej armii, tacy jak ja i inni, myśmy nie raz jeden myśleli o tym wszystkim, o czym ty mówiłeś teraz. Kiedy mówiłeś, czasem jedno słowo wywoływało całe fale przypomnień; mój Boże, ileż się widziało, na jakie rzeczy patrzyło. Ile przeżyło! Ile razy buntował się najprostszy rozsądek! Ile trzeba było wyrozumieć! Ile nieporozumienia! Pomiędzy organizacją tej naszej nowej, a nie nowej, armii a jej elementem żołnierskim, powołanym we Francji, leżała obcość całych dziesięcioleci. Obcość emigranta i pozostałego w kraju. Obcość tego, któremu wiodło się dobrze, i tego, któremu nie wiodło się wcale. Obcość tego, dla którego znalazło się w kraju masło, i tego, który w kraju nie miał nawet chleba. Mógłbym mnożyć te obcości; mógłbym pomnożyć je o obcość ludzi, którzy wrośli, chociażby w trudzie ciężkim, w świat pojęć Zachodu, i ludzi, którzy, cokolwiek da się powiedzieć, rośli we wschodnim cieniu od Rosji, od waszych nowych Niemiec. I otóż my, wciśnięci w masę żołnierską z Francji, sami czasem nie wiedząc o tym, przez nikogo w tym niedocenieni na pewno, myśmy, śmiem to twierdzić, wiele wyrównali, wiele przesypali...

Wiele się rzeczy zatarło; można by było zatrzeć jeszcze więcej. A to było nie tylko zrastanie się gór i dołów jakiegoś wojska. To było jeszcze zrastanie się gór i dołów całego narodu. Jego najnędzniejszej emigranckiej klasy, jego nowej, narosłej za niepodległości, klasy władczej...

— Które — i ta, i tamta — nie będą wam tego miały za dobre...

— Nie miały i nie będą miały, oczywiście. Ci w „dole” długo nam mieli za złe, że broniliśmy tego, co było w Polsce, która dla nich nie była krajem radosnych wspomnień, bo nie dała im chleba; ci u „góry” mieli nam za złe, że kochaliśmy to, co tu na Zachodzie jest wolnością, równością, innym stosunkiem człowieka do człowieka; czego oni z kolei nie umieli zrozumieć. Ale taki jest zawsze los ludzi, którzy mają swoje zdanie, a nie doheblowują tego zdania do okoliczności. To trudno.

— I tak byliście między niebem i ziemią.

— Byliśmy i nie byliśmy. Jest u nas pieśń ludowa, rewolucyjna, że armaty pod Stoczkiem109 zdobywała wiara rękami czarnymi od pługa, a panowie palili tymczasem cygara, ta pieśń — to wyraz tego, że o Polskę walczyły klasy ludowe, Polska zaś była krajem pańskim. Otóż nasz tłumny udział w tej armii, przy górniku polskim z Nord110, przy rolniku emigrancie z Calais111, to kłam zadany temu. Trzeba dla scalenia narodu, aby w obsłudze cekaemu spotkał się taki były górnik z byłym ambasadorem i taki ziemiański panicz z emigranckim bandosem112. Trzeba, by w marszu ciężkim erkaem z ramion milicjanta, który walczył w Guadalajarze113, przeszedł na plecy katolickiego historyka z seminariów uniwersyteckich. Tego nie było; to trzeba...

— Brednie, romantyczne brednie, powinniście mieć tysiące lotników, a nie tysiące w dywizjach. Biliście się w Polsce bez pomocy, sami, czemu macie pomagać innym w Wogezach114, w dalekiej Norwegii? Żeby jeszcze więcej się wykrwawić? Jeden nasz zmotoryzowany atak zmiecie w tydzień wszystkie wasze dywizje. Skąd wtedy weźmiecie nowe? Anglia uzupełni swoje siły Australią, Kanadą, Indiami; Francja uzupełni swoje choćby Senegalem i Madagaskarem; czym wy? Zespalacie tysiące emigrantów polskich ze sprawą polską na nowo; ale u „góry”, gdzie będziecie potrzebni, czyście mocni dosyć, aby wzruszyć, aby zmienić, aby odnowić? Twoja dobra niemiecka krew, twoje niemieckie poczucie obowiązku, twoja niemiecka solidność czemuż służą, kogo podpierają, komu swym trudem dają oparcie? Cóż mogą zmienić w ten sposób? Przedłużają jedynie stan, na którym pasie się ludzkie robactwo gnilne, hieny żyjące z padliny upadłych państw, żuki-grabarze politycznego ścierwa...

— Wrócimy do kraju burzą, która zmiecie to wszystko!

— Nie. Nie wrócicie. Wykrwawicie się na takich fiordach, w lasach Wogezów, nie wiedzieć jeszcze na jakich morzach i na jakich lądach. Uścielicie, wymościcie żołnierskimi mogiłami drogę pod limuzyny, te same, co Wrześniem szły do Rumunii...

— Nieprawda!

— Prawda. Oczywista prawda. Ludzie, którzy by kiedyś mogli budować waszą przyszłość, zorganizować nowocześnie pracę waszych mas, roznieść prawdziwą oświatę w waszym życiu, służyć rzetelnie waszym sprawom, poginą jako dobrzy celowniczowie, wytrwali piechurzy. Tamci, nieodzowni, z własnej nominacji, rozmoszczeni, sobiepańscy, przetrwają, wrócą. I będą ronili nad wami swoje parszywe łezki...

— Nieprawda!

— Ej, prawda, prawda.

Obaj podnieśli się teraz, sobie naprzeciw. Na tamtym końcu sali ranny Czech coś mówi.

— Nieprawda. Nawet gdyby nas nie było, kraj im zatrzaśnie drzwi powrotu.

— Kto taki?

— Kraj. Nie, mój drogi, nikt na białym koniu nie wjedzie tryumfatorem do Warszawy, sponiewieranej, bohaterskiej, męczeńskiej. Po tym, jak ten kraj, niemal bezbronny, bronił się, marł i trwał, nawet najdzielniejsi spośród nas, ci, co swoich odznaczeń nie będą zawdzięczali niczyjej łasce, żadnemu spryciarstwu, nie będą śmieli wejść do tego kraju inaczej niż na klęczkach. Wyście swoje jednak zrobili. Przeoraliście w tym nieszczęsnym kraju i polską dobroć, i polską wybaczliwość, i polską niepamiętność. Trzeba będzie mieć legitymację rąk karabinem prawdziwie utrudzonych, aby do tej ojczyzny wejść, aby mieć do niej prawo. Trzeba będzie czymś się wykazać przed tymi, których walka była stokroć i tysiąckroć cięższa, straszliwsza, wspanialsza. I może my, co wejdziemy w szarości mundurów żołnierskich, będziemy gościem najmilszym, synem najmniej niegodnym...

— Mistycyzm...

— Może mistycyzm. I to jest nasza siła. Potrafimy iść, bić się, ginąć bez oparcia na rachubie, na wyliczeniu, na argumentach, na racjach. Będą nas może kopali jedni, mieli za obcych sobie inni. Przed waszym młodym Niemcem otwiera się dziś przyszłość pełna ponęt, rozpaja go władza dawana właśnie jemu, upust najlepszym ambicjom, pole do popisu szerokie. Jego szlak to równa droga waszych betonowych autostrad. Na autostradzie nie ma wypadków, ale gdy raz się zdarzą, to tylko śmiertelne...

— Już się nie bój o nasze autostrady!

— Nie boję się o wasze autostrady. Tylko to mówię: wy dla walczenia musicie mieć mnóstwo, mnóstwo rzeczy. Dalekowidze i płaszcze ochronne, pistolety automatyczne i przeciwpancerne, regularne posiłki, minimalne obciążenie. Musicie wiedzieć, że idą czołgi i samoloty, że jest olbrzymia produkcja seryjna, że Węgry posyłają pszenicę, a Rumunia naftę...

— Chciałbyś, aby u was tak było!

— A pewno, że bym chciał. Kto by nie chciał lepszego uposażenia, kto by nie chciał widzieć tego, że nie marnuje się żadna siła w narodzie, że najmniejszy człowiek wyzyskany jest mądrze, że na darmo nie idzie żadna śmierć żołnierska! Gallen, kto by z nas nie chciał! Ale w tym jest nasza od was odmienność, a powiem i nasza przewaga nad wami, że potrafimy walczyć bez tego i mimo tego.

— To znaczy nie walczyć, a dać się wyrzynać.

— Nie. To jednak znaczy walczyć. Bo kiedyś może i na was przyjść chwila, kiedy coś się w waszych rachubach, z dawna przygotowanych, długo wyliczanych, poplącze i połamie. Czy ja wiem, co to będzie? Może Anglicy będą mieli więcej samolotów i lepsze samoloty. Może, gdy się zapędzicie aż do Afryki i Azji, uderzy was z boku sztylet sowiecki. Ale coś takiego zawsze zdarzyć się może. Coś takiego przyjdzie. A wówczas wy nie potraficie tak walczyć z rozpaczą i trwać w walce jak my.

— Takiej chwili nie będzie.

— Taka chwila przyjdzie.

I przez chwilę są obaj wyczerpani, stargani rozmową w spór przechodzącą. Oddech, długi, męczący oddech rannych w szpitalach polowych.

Cicho weszła siostra Mary: nastawiła radio. Jest godzina popołudniowych komunikatów. Słychać naraz norweską stację z Bodo115, potem angielską, potem jakiś wtręt niemiecki i gwizdy i wreszcie głośnik wpływa na wyraźny, potoczysty komunikat francuski. Ranni na łóżkach poderwali się z miejsc: przez komunikat płyną ostre, dobitne słowa premiera o dokonanej wczoraj, ubiegłej nocy, niespodzianej zdradzie świeżego sprzymierzeńca, Leopolda116, króla Belgów.

*

Tylko dwóch ludzi nie ruszyło się nawet, wysłuchało do końca komunikatu. Polak i Niemiec.

Alors, on est foutu117 — dochodzi z tamtego końca sali.

Reszta milczy. Który to tam powiedział? Czy to nie obojętne zresztą.

— Słyszałeś? — pyta Gallen.

— Słyszałem.

— I to, co powiedział tamten Francuz, żołnierz francuski?

— Wszystko, wszystko.

— No i co ty na to?

— Jak to co? Nic.

Urywany, krótki śmiech Gallena. Kettler uśmiecha się także innym, znudzonym śmiechem.

— Posłuchaj mnie — mówi — nie, ty nawet zrozumieć nas nie możesz. Nasza polska walka nie jest wcale związana z tym, czy zdradza nas czy nie zdradza Leopold, król Belgów, czy z nami jest czy nie jest Francja, czy kto zawiera czy nie zawiera odrębnego pokoju z Niemcami. Nasza walka nie skończyła się z upadkiem Polski, nie skończy się ani teraz, ani nigdy. Będziemy ją toczyli na lądzie, morzu i powietrzu, pod lądem i pod ziemią, jawnie i skrycie: odnajdziecie nas wszędzie, gdzie kiedykolwiek jakikolwiek napotkacie opór. W dniu, gdy padniecie, gdy będziecie myśleli, żeście od dawna skończyli z nami, odnajdziecie ostrość naszego noża na waszym gardle...

— Renegat!

— Ty wiesz, że taka chwila będzie, będzie: i tego się boisz. Ja wiem, że taka chwila będzie: i mnie to trzyma. I wy wszyscy, Niemcy, wiecie, że tak będzie: i to nęka was po nocach i dniach, mimo wszelkich sukcesów, mimo wszelkich czołgów, mimo wszelkich Leopoldów, Hachów118, Quislingów119, Tisów120. I my wszyscy, Polacy, wiemy, że tak będzie, i to nas trzyma mimo wszystko, co było, co jest i co jeszcze będzie.

— Ty...

To „ty” wyplute jest z gardła, załamane w zatorze nienawiści, gróźb, złorzeczeń, wściekłości. Gallen podnosi się w łóżku: pod bandażami twarz mu sinieje, czerwieni. Dobiegła siostra miłosierdzia i coś mówi: przykuśtykał Don Pedro, popodnosili się ranni. Przenoszą rannego Niemca na inne, dalsze łóżko.

W przechodzie raz jeszcze, raz jeden jeszcze oczy obu spotkały się na chwilę. Kettler zrozumiał, że może się wyraz oczu odmienić czasem na zawsze. Nigdy szare oczy Johanna Gallena nie będą już miały dla niego połysków ciepłych i miękkich, nigdy nie będą przekorne, nigdy więcej nie będą dobre. „Grenoble — pomyślał w tym momencie — Grenoble”.

Wparł głowę głębiej w poduszki: był zmęczony. Obraz Grenoble, wywołany tak dziwnie tego rana, przeszedł jeszcze raz przed wzrokiem wspomnienia. Miasto wesołe, wzięte w zieloną ramę gór, pospinane stokami winnic, zieleniejące i domy wybrzuszone w uliczkach starych i wąskich, i arkady uniwersyteckie, i ludzie dobrzy, weseli, prości, i schody wyfroterowane u Madame Javel, i pokój, i obicia wypłowiałe, i fotel oklapnięty, i nad kominkiem lustro...

Kettler uśmiechnął się spokojnie, wydechująco. Pożegnał raz jeszcze owo wspomnienie dalekie, jak człowiek żegna się z domem, w którym mieszkał i w którym było mu dobrze, ale do którego człowiek nie wróci już nigdy. Patrzył na nie, jak patrzy się człowiek na pierścień, który zbyt wiele przypomina rzeczy przekreślonych na zawsze, i dlatego rzuca się go w wodę morza, jeziora czy rzeki, śledząc, jak przebłyskuje złotem poprzez zieloną mętność wód. I kiedy się obraz zatarł zupełnie, doszczętnie, poczuł ze zdziwieniem, że mu ulżyło.

„Może to opadł ze mnie ostatek mojej dalekiej, przeszłowiecznej niemczyzny?”.