VIII
Jest pan, ostatecznie, zastępcą dowódcy plutonu. Drużynę zda pan kapralowi.
Chodzą z porucznikiem po tej samej leśnej i pylnej drożynce, w której piasku Czeczel rysował kilka dni temu Michałkowi szkic sytuacyjny akcji. Spadł po południu krótki wiosenny deszcz i długie podhalańskie płaszcze są ciężkie od wody.
Obok drogi jest ten sam żółto malowany dom; dziewczyna, która im wtedy grzała kawę, rozwiesza teraz bieliznę po sznurach przeciągniętych między drzewami. Musiała do tej czynności podnieść ręce wysoko nad głową i jest w ten sposób jeszcze smuklejsza niż naprawdę.
— Nie byłem, co prawda, z niego zadowolony podczas akcji... Teraz znowu jako obserwator zagapił się; ja odszedłem, a tymczasem buchnął ktoś mapy...
— Znajdą się, panie poruczniku, znajdą... Po co one komu potrzebne.
O te mapy już od rana było piekło.
— Znajdzie nie znajdzie, ale niewyraźna sprawa. Żeby zginął mapnik. Ale to mapy, dwie mapy, najwyraźniej wyjęto. Po co ja mam obserwatora na drodze, żeby nie widział nawet, czy kto do mnie idzie, czy nie idzie. O, jako mój zastępca będzie pan musiał to wszystko wziąć do galopu. Kapral wróci do drużyny. W akcji też był nietęgi.
— Dlaczego, panie poruczniku? Myślałem raczej, że to pan porucznik nie był ze mnie zadowolony...
— Ja? Z pana? Przecież wszyscy wiedzą, jak pan się zachował. Przecież przedstawiłem pana do odznaczenia...
— Tak jest, panie poruczniku. Ale przedtem wysłał pan meldunek: „Drużyna Czeczela zupełnie zdemoralizowana. Dwie pozostałe trzymam w garści”.
Nastaje milczenie. Wszystko, co nawisło między nimi od tamtych dni, wyładowało się naraz wybuchem wyrzutu.
— Dlaczego pan to zrobił, panie poruczniku? Chodzi mi o to, dlaczego?
— Mam to rozumieć jako zarzut?
— Nie, jako pytanie. Pan rozumie, ja nie jestem oficerem zawodowym. Ja się jednak szkolę w dowodzeniu, w wydawaniu rozkazów, w prowadzeniu praktycznym walki. I właśnie od czterech dni zastanawiam się, czemu pan porucznik, gdy o tym nie wiedziałem, posłał jednak taki meldunek. Przeze mnie zresztą.
— To pan meldunek przeczytał?
— Pokazał mi go kapitan Daniec.
Znowu zrobiło się milczenie. Dziewczyna wyniosła z domu okrągłą balię ze świeżym zapasem upranej, niewysuszonej bielizny. Przez chwilę mignęła jej głowa ogromnie jasna od włosów, niesiona pewnie na mocnym, sportowym karku.
— Dlaczego, panie poruczniku? Moja drużyna była chyba najmniej zdemoralizowana z tych wszystkich ludzi. Ma pięciu rannych; dwóch pan porucznik uznał za stosowne przedstawić do odznaczenia; paru do awansu.
Ja nawet tego nie poruszałem; zrobił to pan z własnej inicjatywy. Więc dlaczego tamten meldunek?
Przed domem nowa porcja bielizny poczyna obciążać rybackie, poprzeciągane sznury. Dziewczyna co moment zniża się do leżącej na trawie balii, a potem rozprostowuje się ruchem silnym jak zgięta na chwilę tylko brzózka.
— Może pan ma rację, że pan mnie o to pyta.
— No, widzi pan, panie poruczniku. Niechże pan powie.
— Wolski, nieboszczyk, może by to już zrozumiał; panu trzeba to wyjaśnić, bo pan wojskowym nie jest. Otóż, proszę pana, i niech pan to sobie na przyszłe dzieje wojenne zapamięta, w wojsku nie może być tak, aby się okazało, że rozkazu nie można wykonać z winy samego założenia. Samo założenie nie śmie być mylne...
— Dlaczego? Błąd może się zawsze zdarzyć...
— Błąd może się zdarzyć, ale w wojsku taki błąd nie może wyjść na wierzch. Błąd podważyłby wtedy wiarę żołnierza w rozkazodawcę. I dlatego, gdy rozkaz okaże się niewykonalny, bo błędny z założenia, to wtedy należy przesunąć ów błąd z założenia na wykonanie... Ze sztabu na linię...
— A dalej z oficera na żołnierza?
— Choćby i tak. Zaufanie wojskowe nie może być podważone.
— Pan myśli, panie poruczniku, że ono jednak podważeniu na pewno nie ulegnie?
— Jeżeli się nie znajdą ludzie, którzy będą zaufanie to podważali.
Ostatnie słowa brzmią jak przestroga. I tak je przyjmuje Andrzej.
— A czy i bez takich uczynnych ludzi nie potrafi żołnierz sobie roztrząsnąć, co było zrobione lepiej, a co gorzej, co wyszło słabiej i w czym był błąd?
— Panie podchorąży, a raczej nie: panie literacie, umówmy się. Kto z nas zna się z zawodu na książkach, a kto na żołnierzach? Osiem lat przesiedziałem w wojsku, a nasze polskie wojsko umiało prowadzić swych ludzi.
— Tamtych, swoich ludzi.
— Jakich tamtych?
— Tych, panie poruczniku, jakicheśmy mieli w Polsce. Pan szkolił polskiego rekruta. Pan dowodził polskim rekrutem. Zgoda. Ale tamten rekrut polski to był zupełnie inny człowiek niż ten rekrut tutaj. Tamten był parobczakiem121 nawykłym do posłuchu na wsi, gdzie ojciec walił pasem, gdzie jeszcze i karbowy122, bywało, nie odszedł od dawnych pańszczyźnianych tradycji...
— Demagogia.
— Nie, panie poruczniku; stwierdzenie pewnego faktu. Otóż z takim parobczakiem rzecz była inna. Chłopak wsiowy jest inny niż miejski, do władzy odnosi się mimo wszystko w sposób bardziej wierzący, bardziej się na nią spuszcza, bardziej jej ufa. Długo nie dopuszcza nawet myśli o jej omylności. I dopiero dowody tej omylności wytwarzają w takim człowieku prawdziwy kryzys religijny. To jak poganin, kiedy zrąbie mu misjonarz bałwana, zrąbany bóg nie pośle piorunów...
— Czy pan czasem, drogi panie, nie komplikuje myślenia polskiego parobczaka?
— Nie sądzę, panie poruczniku. To my, inteligenci, źle robimy, jeśli myślimy, że ludzie „od wideł” czy „od gnoju”, jak to się niekiedy wytwornie powiada, nie mają życia duchowego, a zatem nie przechodzą przez kryzysy wiary, załamania, kompleksy. Przeciwnie. Mają życie duchowe takie samo jak każdy z nas, tylko jego objawy przybierają formy, słownictwo i określenia nieco inne niż nasze. Ale wracajmy do naszej sprawy. Otóż, zgodzę się z panem porucznikiem, że z polskim rekrutem musiało być inaczej. W swej olbrzymiej większości pochodził ze wsi, w pokaźnym odsetku był Jasiem zza Buga, a więc z tych ziem Polski, gdzie po tyloletnim panowaniu Rosji, przy przeludnieniu wsi, przy zacofaniu, rozwój umysłowy nie musiał stać wysoko. Dla takiego rekruta musiały istnieć w większej mierze zewnętrzne objawy wyższości czy zewnętrzne oznaki władzy. Zwierzchnik musiał mu bardziej imponować. Tam ważna była postawa, prezencja, mundur, noszenie się, odznaki. Tu jest inaczej. Sam pan to wie.
— Niestety, inaczej.
— Ja nie wiem, czy niestety. Przede wszystkim ta cała armia jest w znacznie większym stopniu armią ochotniczą. Procent ludzi, którzy do niej przybyli nie dlatego, że otrzymali kartę wezwania z PKU123 i bilet wolnej jazdy, ale bez takiej karty, a nawet wbrew przepisom, karom i nakazom najpotężniejszych państw w Europie, jest w tej armii bardzo znaczny. Ci ludzie nie przyszli tu przecież po żołd czy po strawne124. Entuzjazm, jaki przynieśli, to surowiec wojenny, z którego mądry wódz wykuje niepośledni oręż...
— Ale gorszego żołnierza.
— Czemu pan jest tak uprzedzony, panie poruczniku? Kettlera pan nie lubił, a jednak po pierwszej walce podał go pan do odznaczenia. A element robotniczy z Francji? To już także nie Jasio zza Buga. Jego praca w kopalni wymagała więcej zastanowienia i pomyślunku, ostrożności i uwagi niż machanie kosą i przekładanie siana. On stykał się już nie z karbowym, ale z inżynierami, to znaczy z elementem inteligencji w pracy, on nauczył się ją cenić, on wie zarazem, że to także ludzie omylni. On tę omylność rozumie i wybacza. Jemu nie tylko trzeba rozkazać, jego trzeba jeszcze przekonać.
— Wojsko jednak stoi na rozkazywaniu.
— Wojsko? Wojsko się zmienia, panie poruczniku. Armia niemiecka była kiedyś armią niesamowitego drylu, dyscypliny żelaznej a bezmyślnej. Czytał pan kiedy Na zachodzie bez zmian125? Nie, nie jest to wcale książka tendencyjnie antywojskowa. Jest to dzieło psychologiczne. Pokazuje właśnie, jak ten dryl Himmelstossów126 był niewłaściwy i fatalny w zastosowaniu do elementu ludzkiego innego niż ten z czasów Fryderyka Wielkiego127, bo do młodych inteligentów niemieckich. Niech pan nie myśli, panie poruczniku, żebym był fanatycznym przeciwnikiem dyscypliny tego rodzaju. Nie. Myślę tylko, że bez niej kiedyś nie byłoby wojska, że te surowe rygory stworzyła konieczność, jak konieczność stworzyła kiedyś na świecie kary obcinania rąk, wyrywania języka czy wyłupiania oczu. Ale przemiany, jakim ludzie ulegali, zmieniły tamte rzeczy. Te same przemiany zmienią w toku obecnej wojny naturę i formy dyscypliny wojskowej tak samo, jak czołg zmienia sztukę wojowania. Wojskowość to sztuka nader płynna i zmienna. A wojnę wygra nie tylko ten, kto będzie miał najwięcej armat i samolotów. Wygra ją i nowy duch wojska, bardziej dostosowany do nowego ludzkiego materiału, mniej go łamiący, lepiej wyzyskujący.
— Czuć w panu czerwoną Hiszpanię...
— Niech pan się nie natrząsa z mojej czerwonej Hiszpanii. Ludzie z ładunkami dynamitu szli tam na zagony stalowe czołgów, ludzie z karabinami maszynowymi ściągali na ziemię samoloty, każde pueblo128 zamienili w fortecę...
— No i przegrali.
— Po dwóch długich, długich latach. Dwóch. Ale byli pierwszą próbą zorganizowania nowoczesnej, dla tej wojny, armii. Mogą nawet idee tej armii nie odpowiadać panu; ale przykład sam, nauka, jest nie do pogardzenia. Wojny wygrywa ten, co szybciej od innych potrafi sobie przysporzyć pewne nowe zdobycze, nowe wynalazki, nowe właściwości techniczne i nietechniczne. Mieli u nas rację ci młodziutcy harcerze, co wyobrażali sobie przyszłą wojnę jako najazd samolotów w powietrzu, czołgów na ziemi. Nie mieli racji ci wszyscy „fachowi” znawcy, którzy w takim obrazie widzieli wymysł bujnej fantazji i pouczali, że po dwóch tygodniach zabraknie dla samolotów paliwa, a czołgi ugrzęzną w błocie polskich dróg. Patentowani idioci! Ale wojnę wygrywa także i ten, kto zbada i wyzyska w pełni możliwości ludzkiego surowca i wydobędzie z niego najlepsze, zmarnuje najmniej...
— To literackie, drogi panie, przenośnie.
— Nie, panie poruczniku. Tylko forma jest w tym wszystkim, jak pan porucznik łaskawie określa, literacka. Pan to sam dobrze wie. Tamta wojna, z czternastego roku, rozpoczęła się barwnymi mundurami, zwiadami kawalerii. Nie znała jeszcze okopów, w których miała przesiedzieć cztery lata. Nie znała czołgów, gazów. Samoloty służyły jedynie do celów wywiadowczych. A jak potężną ewolucję przeszliśmy podczas tamtej wojny? Czy pan nie sądzi, że w tej wojnie nie przejdziemy znacznie silniejszej? Wojsko to taka dziwna arena, gdzie zmaga się stale rutyna z postępowością, myśl — z szablonem. Kto wie, co obecnie z tego wyjdzie... Więc, panie poruczniku?... Więc czemu pan posłał meldunek o zdemoralizowaniu jednej drużyny?
— Chodzi panu o to?
— Tak. Chodzi.
— Więc dobrze. Pan sam od początku chciał, abym wydał rozkaz wycofania się z tamtego wzgórza? Ja nie mogłem wydać takiego rozkazu. Ale mogłem — to rzecz inna — spowodować wydanie mi takiego właśnie rozkazu. Na to jednak trzeba mi było przedstawić, że z wielu racji zleconego mi zadania spełnić nie mogę. Bo mam rannych, bo jestem pod obstrzałem, bo ludzie mi się psują... Tymi argumentami mogłem spowodować rozkaz wycofania się...
— Nie mógł pan wprost powiedzieć: „rozkaz niewykonalny”?
— Panie podchorąży, oficer polski nie zna rozkazów niewykonalnych.
— Panie poruczniku, a jeżeli ja spytam w tym samym narzeczu? Jeśli spytam, czy oficer polski zna obciążanie niezasłużone żołnierzy?
— Przedstawiłem was do odznaczeń.
— Ale przedtem wysłał pan ten meldunek.
Przez chwilę chodzą razem po pylnej, wijącej się lasem drodze. Milczenie jest kłopotliwe, ciążące. Ale przerywa je, wyciągając rękę, porucznik:
— Daruje mi to pan?
Wybuchy szczerości, niespodziewane w tym człowieku, zawsze rozbrajały Andrzeja.
— Panie poruczniku, ale drużyna?
— Mam nadzieję, że drużynie tę krzywdę wyrównam.
Krótki uścisk dwóch dłoni. Wracają ku domowi. Białe, niebieskie, szarozielone płachty bielizny wiszą sztywno między brzozami. Dziewczyny nie ma.
— Panie poruczniku, ale kiedy już tak, to czemuż pan to napisał akurat o tej drużynie, która najlepiej się trzymała przez cały czas?
— No, jak to, proszę pana — brzmi ogromnie szczera odpowiedź — przecież tamtymi dwiema drużynami dowodziłem osobiście. Ładne bym wystawił świadectwo samemu sobie...
„Prawda, że tamtą dowodziłem ja sam; to co innego” — pomyślał Andrzej.
Jednak ubawiła go szczerość odpowiedzi.