X
Ksiądz spał na półpiętrze w niewielkim pokoiku, w którym dach załamywał się jak w poddaszu, a okno wykrojone w dachu dawało niewiele światła. Dzielił ten pokój z majorem, a że było ciemnawo, Andrzej miał trudności z rozpoznaniem, który gdzie śpi. Czarny brewiarz140 przy tapczanie uspokoił go.
„Chyba nie major”.
Ksiądz obudzony ze snu przecierał nieprzytomnie oczy i słuchał niezbyt przytomnie tego, co Andrzej wyjaśniał mu półgłosem. Po czym wypchnął go na korytarz.
— Zaraz się zbiorę; biedny człowiek! Starszy już? Musiał mieć żonę i dzieci. Pan nie wie? Ja zaraz będę gotów; niech pan zaczeka na dole.
Andrzej wrócił do kapitańskiego motocykla z przyczepką i czekał. Na dworze była blada świetlaność norweskich nocy; o kilkadziesiąt kroków fale fiordu podmywały z głuchym pluskiem kamienisty brzeg. Wielki garb wzgórz nad Ankenes urastał, stąd widziany, w wał zasłaniający przed oczami niedaleki już Narwik. Czernił się w nocy lasem dalekim i Andrzejowi raz jeden jeszcze przypomniał się tego dnia niepogrzebany, pozostawiony gdzieś w owej kotlince trup Wolskiego.
„Tego przynajmniej jakoś pogrzebiemy” — pomyślał.
Ksiądz nie wychodził. Popatrzył na zegarek.
„Późno, późno — pomyślał — kapitan kazał pogrzebać natychmiast, na miejscu”.
I naraz refleksja: „Lepiej może było nie jechać po księdza?”.
Ale tamten już schodził na dół z całą walizką liturgicznego sprzętu.
Droga wzdłuż fiordu, mijająca rozrzucone po obu jej stronach domy Haakviku, była wyboista, rozbita jeszcze przejazdami angielskich ciężarówek i gąsienicami ciągników, motocykl skakał na resorach, przechylał się na każdej dziurze. Wielkie leje od bomb lotniczych brunatniały torfiastą ziemią tu i ówdzie. Trzy domy, rozkrojone do podwalin pociskami, wywalały w nieładzie swe szafy, pierzyny, łóżka, naczynia kuchenne, jak jelita z rozprutego brzucha.
— Gdzie dostał tamten? — zapytał ksiądz.
— W głowę, poszedł od razu. To artyleria nasza pomyliła się w obliczeniach i puściła trzy pociski za blisko, niemal na nasze linie. Jeden padł najgorzej: to ten właśnie.
— Boże, Boże...
Ksiądz zirytował Andrzeja.
— Trudno, proszę księdza; takie rzeczy, niestety, zdarzają się często.
— Ja wiem, wiem — tłumaczył się tamten pośpiesznie — tylko tak zawsze żal każdej niepotrzebnej śmierci...
— Po ludzku biorąc, a zwłaszcza po wojskowemu — ciągnął Andrzej — może ona jest niepotrzebna. Ale po bożemu, leżała chyba w tak zwanej woli bożej...
— Pewno — odpowiedział kapelan — ale cóż my, ludzie, możemy o woli bożej tu wiedzieć?
Powiedziane to było z jakimś odcieniem pokory, tak jak poprzednio, Andrzej przypomniał sobie tego samego księdza — dziesięć, tak, zaledwie dziesięć dni temu — innej nocy, gdy szli marszem górskim na Bejsfiord, jak wraz z nimi brnął w śniegu i jak pomagał kaemom nieść ich skrzynki z amunicją. „Dziwnie potulny księżyna — pomyślał — ciekawe, że go w sztabie nie lubią. Jakże z nim można zadrzeć? Każdego chyba rozbroi”.
Tymczasem droga skręcała w lewo, pod górę i w las. Stała się węższa, wiła się kapryśnie. Koła motocykla pracowały ciężko w mokrym, płowawym piasku. Przy mostku wielki lej od bomby niemieckiej, spuszczonej w zeszły wtorek, rozprysł po wrzosowiskach i jałowcach pełno miałkiego żwiru.
— Tu go pochowamy.
— Jak to tu?
Ale Andrzej już szedł od drogi w prawo, ku niewielkiej jakby polance porosłej niskimi krzewami, głównie właśnie owym jałowcem, i wystającej niewielkim tarasem nad huczący w dole strumień. W tym właśnie miejscu stał już koń, zaprzężony do niskiego wózka, na jakim zwyczajnie zwozi się w tych stronach drzewo. Obok dwóch strzelców najwidoczniej kończyło kopanie dołu. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył jeszcze zwłoki. Buciory na wyprostowanych nogach były w błocie i we własnej zabitego krwi. Na piersiach położono mu strzaskany pociskiem hełm.
— Nie, mój panie; ja tu nie będę grzebał.
Andrzej opanował zniecierpliwienie.
— A gdzież mamy go grzebać, proszę księdza?
— Jak to gdzie? Na cmentarzu!
Andrzej poruszył się:
— Księże kapelanie, posłano mi te zwłoki od linii z tym, żebym je pogrzebał natychmiast, w ciągu nocy, na miejscu. Już jadąc po księdza postąpiłem na własną rękę.
— A, jeśli tak pan to rozumie... Pozbyć się, byle prędko, czegoś, co jeszcze godzinę temu było żołnierzem. Pochować w byle dole...
— Przecież to nie jest byle dół. Postawi mu się krzyż, grób usypie.
— Nie widział pan takich grobów w Polsce? Opuszczonych, rozsypujących się, przeorywanych?
— Księże kapelanie, to ja pierwszy pojechałem po księdza...
— Zrobił pan to, co pan powinien był zrobić. Trzech kapelanów ma brygada nie po to, żeby ludzi chowano bez księdza.
W chwili, gdy zwłoki z powrotem układano na wóz, Andrzej dostrzegł, że obaj żołnierze wyznaczeni do kopania nie przyjmowali tego niechętnie. Czyżby i oni byli jednak po stronie księdza? I sam się sobą zawstydził.
— Księże kapelanie, mam przy miejscu postoju metalową tabliczkę z nazwiskiem biedaka; może skoczę po nią na motocyklu i dogonię przed Haakvikiem?
— Dobrze, że pan pomyślał o tym — pochwalił ksiądz pojednawczo — jak się zaraz nie zrobi, to się potem zapomni. Niech pan bierze motocykl, my pójdziemy powoluśku przy wózku. Dogoni nas pan przed zakrętem.
Kondukt wojenny ruszył swoją drogą. Z motocykla Andrzej obejrzał się raz jeszcze. Jeden ze strzelców, Pawłowski, szedł przy koniu. Drugi, z księdzem, podtrzymywał od lewej zsuwające się z wózka ciało. Wóz zachybotał raz jeden jeszcze w płytkim piaszczystym rowie, który odgradzał polanę od drogi, i wjechał w pylne koleiny wijące się poprzez las.
Zatrzymał motor przy drodze o kilkaset metrów dalej. Z boku, między drzewami, miała postój drużyna 9.; to kapral Gruda miał wyciąć z blachy od konserw tabliczkę i gwoździami wybić na niej napis.
— Znam się na tym. Te, cośmy robili, na pewno przetrwały, chyba je Maury141, dranie, pozrywali...
Czeczel nie spytał, czy chodziło o wspomnienie kaprala znad Jaramy142 czy z Guadalajary. Wiedział, że wspomnienia hiszpańskie kaprala nie wszędzie są przyjmowane z zapałem. Gruda nie spał czy też, usłyszawszy motor, sam podszedł.
— No, cóż tabliczka?
— A dawno jest; i nazwisko, i nawet numer, wszystko. Krzyż chrześcijański dałem u góry...
— No i gdzież to, kolego?
— A zaniosłem i położyłem u pana podchorążego, pod telefonem. Właśnie miałem tam nawet iść. Niech ta podchorąży tam teraz zajrzą.
— Cóż tam znowu?
*
— Iii... nic. Tylko ten szpicel, no ten Ziemiański, polazł tam coś powęszyć.
Gruda mówił to udale obojętnym tonem, który źle wychodził. Czeczel uznał za wskazane zlekceważyć to gadanie, tym bardziej, że sam nie miał serca do sierżanta.
— Pewno coś zapomniał w kancelarii.
— Może i zapomniał. Podchorąży sam zobaczy.
Andrzej poszedł ku domowi. Przypomniała mu się znowu historia z księdzem. Ten pogrzeb zabierze czas; a może by wcale nie pojechać? Kapitan będzie później sztorcował. Tylko ta tabliczka... No, ostatecznie, nawet godziny nie potrwa.
Drzwi domu zamknięte były starannie. W pokoju z lewa, w którym mieściły się skrzynie kancelarii, parę nadliczbowych karabinów i stał telefon, było pusto. Wszystko znajdowało się w stanie, w jakim zostawił to wychodząc. Drzwi od salonu na dole były nawet otwarte i widać było niezamknięty od wczoraj fortepian i nuty rozłożone na pulpicie. Nie było ani Ziemiańskiego, ani nikogo. Przeciwnie, było tak właśnie, jakby od jego wyjazdu nikt nie był tu wchodził i jakby błyszcząca metalowa tabliczka, położona na środku stołu, spłynęła tu sama z sufitu.
Napłynęła do mózgu myśl: „Grudzie się przywidziało; dobrze, że się nie nabrałem”.
I chciał już wyjść, ale właśnie kiedy znalazł się w sionce143, posłyszał nagle na piętrze niespodziewany, suchy łoskot, jakby padającego ciała czy mebla. Zaraz potem zaległa znowu cisza, ale teraz nie był to spokój nocnego wypoczynku, lecz naprężone wyczekiwanie.
— Kto tam? — zapytał.
I zaraz po norwesku:
— Hvor?144
Na górze wszystko ustało nagle i zupełnie, tak nagle i tak zupełnie, jakby nie odezwało się tam nic, ani przed chwilą, ani nigdy. Znowu naszło zwątpienie. Naprawdę przywidziało się więc tylko? Może, oczywiście, narobić alarmu; ale co za kompromitacja, jeśli potem nie okaże się nic? Tylko, jeśli nic nie ma, dlaczego ta dziewczyna nie odpowie na pytanie norweskie; ona jednak musi tu być.
— Hvor?
Powtórzył jeszcze głośniej i zaczekał. Nic. Dom, las, kraj, wszystko to zdrętwiało w umownym, jakby konspiracyjnym, milczeniu. Aż robiło się po nocy, choć tak widnej, trochę nieswojo. Po raz trzeci, prawie z rozpaczą, zawołał:
— Hvor?
Drzwi wejściowe od dworu za plecami skrzypnęły w tej chwili. Andrzej odskoczył. W drzwiach jednak pojawił się tylko Gruda. Oczy kaprala miały chłopski, czający się błysk, były nieufne i prawie groźne. Zjawił się tak cicho, jakby szedł w onucach145. Brwi duże podniosły się nad oczami ku górze. Za spojrzeniem wyciągnął się ku schodom prowadzącym na piętro palec wskazujący, gruby, szorstki, kruczkowaty.
— On jest tam.
Andrzej w mgnieniu oka skoczył po schodach, drewnianych, wąskich, pod górę. Karin mieszkała w którymś z tych pokojów. Z lewej? Z prawej? Nie wiedział. Zapukał do drzwi po prawej, chwycił za klamkę; zamknięte. Zapukał po raz drugi.
— Otworzyć! — zawołał po norwesku.
Zaczekał chwilę. Wydało się, jakby po tamtej stronie ściany, obok drzwi, czaił się ktoś. Za plecami powolnym ruchem Gruda odbezpieczał rewolwer.
— Co tam po norwesku; niech pan podchorąży po polsku do niego zagada. Ten ptaszek, co tu siedzi, i po polsku rozumie.
Drzwi otworzyły się naraz bez wezwania, spokojnym, powolnym ruchem. Pierwsze, co się pokazało, była to Karin. Dziewczyna stała na środku pokoju blada, z oczami wylękłymi, wpatrzonymi we wchodzących z przerażeniem. Miała zarzucony na siebie jakiś granatowy płaszcz czy szlafrok. Jasne włosy były rozrzucone, spadały kosmykami na twarz. Ręce zaciskała przy piersi, zgarniając odzież wokoło szyi, jakby przed idącym z dworu chłodem.
Dwa wywrócone gięte krzesła, na wpół odrzucona szuflada komody, papiery na podłodze, wszystko to mówiło o walce.
Tuż przy ścianie, w bok od drzwi, stał jeszcze ktoś drugi, spokojny, opanowany, czekający. Tylko w oczach gasły jakieś niepokojące ogniki, zasnuwając się w obojętną szarość.
— Co wy tu robicie?
Ku największemu zdumieniu Andrzeja Ziemiański odpowiedział prawie hardo:
— Co ja tu robię, panu porucznikowi to powiem.
Czeczel ogarnął raz jeszcze wzrokiem pokój, nieład, przerażenie dziewczyny. Nie; nie było żadnych wątpliwości, czego tu mógł szukać po nocy, korzystając z nieobecności na dole, tamten człowiek. I Andrzej powziął decyzję:
— Dobra. Kapral Gruda zostanie tutaj. Nikt nie ruszy się z miejsca. Ja sprowadzę wam zaraz pana porucznika.
I prawie schodził, kiedy zatrzymał go głos Ziemiańskiego:
— Po co pan podchorąży będzie się fatygował; ja sam pójdę do porucznika i wszystko się wyjaśni...
Cała hardość pierwszego odezwania się gdzieś spłynęła, odprysła. Andrzej, aż zdziwiony tą zmianą, przystanął. Ziemiański, biorąc to skwapliwie za przyzwolenie, podsunął się ku drzwiom. Ale w drzwiach, w progu samym, stał już znieruchomiały jak warta Gruda. Odepchnął przemykającego się ręką:
— Stać!
— Nie słyszysz, skurwysynie, że idę do porucznika? Cóż to? Kapral sierżantowi będzie teraz rozkazywał? Tu nie wasze sowiety...
— Stać! — huknął Gruda.
— Panie podchorąży, panie podchorąży, niech pan z łaski swojej pozwoli mi wyjść. Przecież ja sam chcę pójść do porucznika. Po co pan porucznik ma się tu po nocy trudzić...
Oczy, niewielkie, świdrowate oczki Ziemiańskiego coś najwidoczniej kryły. „Coś wymyślił przez czas, kiedy pytałem od dołu, coś tam sobie wykombinował”. W planie tego człowieka o skrytych oczach leżało, jako konieczność, wyjście stąd. Wyjście z tego pokoju było koniecznością obrony. „Może pozwolić mu wyjść — pomyślał Andrzej — cóż on takiego, idąc do porucznika, może zrobić? Uciec? Nie; chyba nie to. A może po prostu chce łgać nie mając przed oczami ani swego zwierzchnika, ani tego pokoju w nieładzie, ani tej dziewczyny z przerażeniem w oczach? Nie, nie; to samo już jest oskarżeniem największym”.
— Macie broń?
Ziemiański ulegle odpiął pas z rewolwerem, który był skądeś wycyganił i nosił. Andrzej zauważył, że pochwa od rewolweru była niezapięta. Ujrzał też, że oczy dziewczyny wpatrzyły się jak urzeczone w ten rewolwer. Czyżby przed chwilą ten człowiek istotnie z rewolwerem czaił się za drzwiami, wtedy, kiedy on łomotał? Dziewczyna mogłaby dać odpowiedź, cóż, kiedy nie ma tłumacza.
— Zostaniecie tutaj i ani się ruszycie. Kapral Gruda, macie rozkaz strzelać, jeśli Ziemiański spróbuje wyjść, ruszyć się, cośkolwiek robić. Zrozumiano?
— Tak jest.
Słowa i postawa Grudy nie pozostawiały żadnej wątpliwości. Andrzej już miał odejść, kiedy nagle stało się coś, czego nigdy nie byłby przewidział. Oto Ziemiański gruchnął naraz na ziemię jak długi, upadł na kolana i chwycił go za rękę. Na twarzy nie było ani hardości, ani podstępu, tylko zwierzęce przerażenie.
— Panie podchorąży, panie podchorąży, na litość, na litość boską!
— Co wam, Ziemiański?
— Panie podchorąży, panie podchorąży, a to pan przecież chce mojej śmierci. Panie podchorąży, to mnie rozstrzelają. Za to się u nas rozstrzeliwa w wojsku.
— A do porucznika się prosił — burknął Gruda.
Ale Ziemiański już nie mówił, nie prosił, nawet nie jęczał. Osunął się na ziemię, w szlochu, w spazmie płaczu tak nagłym, tak niesłychanym, że przygwoździł tym Andrzeja w miejscu. Był to lęk człowieka przed egzekucją, widmo karabinów podnoszących się ku oczom, czarność wylotu luf, miarowość podnoszenia broni, wizja plastyczna, bo powtarzana przez żołnierza przy tylokrotnych ćwiczeniach musztry. Pod nogami trojga ludzi leżał nie człowiek, ale zmięty strzęp, kłąb nerwów okrwawiony, wijący się skurczami, który zrzucono przez nieuwagę ze stołu operacyjnego na ziemię i w którym za chwilę przestaną już drgać resztki życia, a nawet resztki cierpienia. Było to coś wstrętnego, obrzydliwego, przejmującego bardziej odrazą niż litością. I naraz jęk zwierzęcy począł włamywać się znowu w mowę ludzką, przechodzić z powrotem w słowa, w całe zdania:
— Panie podchorąży, ja powiem całą prawdę! Jak Boga kocham. Jak dzieci kocham. Jak ten sztandar pułkowy kocham!
— Tylko bez sztandarów, Ziemiański.
— Panie podchorąży, ja wszystko powiem. Niech ta dziewczyna zaświadczy. Panie podchorąży, ona sama powie. I jej nie skrzywdziłem, panie podchorąży. Ja nie miałem czasu.
— Ach, tak, bo czasu nie miałeś?
— Panie podchorąży. Człowiek tak żyje na froncie, dziś tu, jutro tam. Panie podchorąży, nie ma wojny, żeby bez kobit. A Niemcy to nie gwałcą? Panie podchorąży, człowiekowi tak czasem ciężko, żyć samemu trudno. Tu w lesie... Panie podchorąży, ja wiem, pan podchorąży mnie nie lubi, bo ja jestem twardy dla ludzi, ja dbam o porządek, ja jestem za dyscypliną. Ale co ja poradzę, panie podchorąży, tak mnie uczyli, tak mnie dwadzieścia lat uczyli...
Szloch jego i jęk wczepiały się w myśl Andrzeja, jak ręka taternika szuka po stromej ściance skalnej jakiegoś występu, uczepienia, zaczepu. Obsuwały się po odpornej gładziźnie wstrętu, aż znalazły. I teraz wczepiły się wszystkimi pazurami, jak wiszący nad przepaścią.
— Panie podchorąży, ja jestem stary żołnierz polski. Dwadzieścia lat! Ja jeszcze Marszałka Piłsudskiego. Pana Marszałka Piłsudskiego! Ja byłem, panie podchorąży, pod Kijowem146. Ja byłem ranny pod Korosteniem147. W kawalerii pana generała Rómmla148. Na Ukrainie. Pod Szepietówką149. Pod Winnicą150. Nad Słuczą151!
Czy wiedział? Czy wyczuł? Miana dawne rodzinnych stron, nazwy miękkie, rzeki dzieciństwa trysły i rozsiały się naraz ciepłą falą przypomnień. Nie. Zaczep, na który natrafił, błądząc po omacku, sierżant Ziemiański, był silnym zaczepem. Odpór pękł wielką szczeliną.
— Byłem żołnierzem, panie podchorąży. Co kazali, robiłem. Jakim kazali, byłem. Poszedłem tu do wojska. Mam w kraju dzieci...
Głos mu się rozchlipiał, starczo prawie.
— Małe dzieci, panie podchorąży. Starszy już do szkoły powszechnej chodzi. W Piaskach Luterskich152. Pomyślą, że ojciec, bohater, w Norwegii padł. A tu ojca, jak dezertera, rozstrzelają sądem polowym...
— Gdzie tam was tak zaraz rozstrzelają, Ziemiański...
Ale Ziemiański rozszlochał się nowym spazmem, takim jak wtedy, gdy runął wprost na ziemię, tak bezdamym i bezradnym, że to wrażenie nagłego postarzenia jeszcze urosło, jeszcze wdrążyło się głębiej. I łkał tak, aż niewzruszony Gruda postanowił skończyć:
— Ja pójdę już, panie podchorąży, po porucznika...
I zbierał się do odejścia, ale wtedy wtrącił się tu ktoś trzeci. Karin, o której zapomniano zupełnie, podeszła naraz ku drzwiom i ona to Grudzie, gdy wychodził, zagrodziła drogę ręką. Szczupłe białe ramię, zupełnie obnażone z nocnej koszuli, wyciągnęło się między drzwi i żołnierza i zatrzymało. Gruda stanął. Ziemiański podniósł głowę, obrzydliwą głowę o zmierzwionych włosach, wybałuszonych lękiem gałach, czerwoną i mokrą od płaczu.
— Więc co?
Dziewczyna utkwiła w Andrzeju swe przejrzyste, zielonkawe oczy, które powracały do swej zwyczajnej jasności i z których wyparowało uprzednie przerażenie. Były teraz smutne i nawet wylękłe, ale jakimś nowym lękiem. I powiedziała pół po norwesku, pół po polsku:
— Poruczik — ikke153. Ikke — lejtnant154.
— Ona nie chce, ona nie chce — zawył radością Ziemiański. — Ona mi darowała, pan podchorąży sam widzi.
— Stul pysk, skurwysynie — szczęknął Gruda.
— Nie? — spytał Andrzej.
Dziewczyna potrząsnęła głową spokojnie, zdecydowanie, godnie, ale uparcie. Była dziecinna w tej stanowczości powziętej naraz, w chwili, gdy ani nikt jej nie widział, ani na nią nie patrzał. Trzymała się jakby kurczowo. A jednocześnie w tej całej dziecinności była tajemnicza. Andrzej nie dowiedział się wtedy i nie miał się już dowiedzieć nigdy, co spowodowało tę nagłą interwencję. Czy odraza przed widmem czyjejś, z jej powodu, śmierci, czy widok tego ludzkiego skomlenia, czy pragnienie, by między nią a tymi ludźmi, którzy tu przyszli, nie został ów przypadkowy, obrzydliwy osad? To jedno było jasne, że nie chciała.
— Ja się jeszcze rozmówię co do was z porucznikiem, a teraz marsz stąd.
Gruda, niechętny, wyszedł za Ziemiańskim. Drzwi skrzypnęły za nim na dole. „Musiały skrzypnąć, gdy wchodziłem do domu; ten drab to posłyszał i kazał dziewczynie być cicho; dlatego w pierwszym momencie nie słyszałem niczego” — odtworzył sobie scenę Andrzej. Obiegł wzrokiem pokój. „Czemu mu otworzyła? — pomyślał. — A może miała po prostu drzwi otwarte? Przyzwyczajona była w tym kraju do ufności, teraz z wojskiem nie miała żadnych przykrości. Ktoś zwykle śpi na dole przy telefonie; czegóż miała się bać? Rosła dziewczyna, mogła mu się opierać”.
Krzesła powywracane, szuflada rozwarta, papiery na podłodze, wszystko to uderzało nieprzyjemnie. Począł to podnosić, ustawiać. Kląkł na ziemi i zaczął zbierać papiery, jakieś książki, stary kalendarz. Dziewczyna podniosła coś z ziemi. Była to duża stłuczona lalka. Pewno leżała tu gdzieś jako maskota panieńska, przypomnienie ostatnich zabaw półdziecinnych a półdziewczęcych, pierwsze, jeszcze dziecinne, ale już macierzyńskie, marzenia przyszłej kobiety. Scena sprzed chwili nie tylko zburzyła młodą ufność do ludzi, ale jeszcze stłukła martwy przedmiot, nasiąkły pieszczotami dziecinnego pokoju, najpierwszą w życiu miłością.
Uważnie, ostrożnie wziął lalkę. Nie broniła mu. Złożył na nowo połamane maleńkie ramię, zasłonił włosami szczerbę porcelanowej skroni. Karin oparła się łokciem o okno, skąd widać było w bladym świcie zieleń brzozowych gąszczy i szare góry za fiordem. Jasne włosy miała zburzone jak od snu i policzki od tego snu ciepłe, parujące jakby od łez roztartych przez drobne dziecinne piąstki. Kiedy oddawał jej lalkę, ruchem naturalnym, prostym ogromnie i instynktownym, wparła się naraz w jego pierś, o ramię, pod szyję. Wtuliła się tak, jakby szukała pomocy lub też po prostu chciała się naraz na złość ludzką wyżalić. Trwali tak chwilę zupełnie nieruchomo. Andrzej czuł na szorstkości khaki grubego munduru twarz rumiano-białą jak spieczony w słońcu owoc, świetlaną jasność włosów niesamowicie złotawych, wreszcie młode ciepło, ciepło kobiece, nieznane mu od długich, ciężko długich miesięcy.
Mimowolnie otoczył ją ramieniem. Poczuł krągłość słabą jej ramienia, twardą nabrzmiałość piersi.
Odprowadził ją ku łóżku, ułożył, jak była, okrył. Dziewczyna, jakby zmęczona, nie stawiała żadnego oporu. Patrzyła tylko, jakby nie rozumiejąc, jak podszedł do drzwi, uśmiechnął się od nich niewyraźnie i znikł. Wstała, podeszła do okna i widziała jeszcze, jak szedł śpiesznie, jak wsiadł w motocykl, jakby sobie coś bardzo ważnego przypomniał.
Na cmentarzu kapelan już zaczął się dziwić, że podchorążego nie ma.