XI

Cmentarz leżał od domów Haakviku o kilkaset kroków, na wzgórzu niewielkim, wpartym już w lasy. W jego środku stała drewniana kaplica protestancka, podobna, nie wiedzieć czemu, do rosyjskiej cerkiewki. Widać było od razu, że kraj nie cierpi na brak ziemi i miejsca, bo mogiłki były porozsypywane daleko jedna od drugiej, pomiędzy niewielkimi świerkami, które w tym kraju sadzi się jak rzadkie, przyjmujące się z trudem, okazy południowych krain. Północna brzoza wyrastała tu i ówdzie jak nieproszony gość z lasu.

Ksiądz i obaj strzelcy byli już na lewym skraju cmentarza, gdzie nie było jeszcze żadnych grobów prócz paru zupełnie świeżych, żołnierskich, żółcących się w słońcu sypkim piaskiem. Dźwignęły się nad nimi krzyże wysokie, wyróżniające się tym od norweskich, podobne do polskich. Były obciosane niedawno, więc bielały i one żółtawą białością świeżo ściętego drzewa. Kapelan wydostał był skądś trumnę, zbitą z paru desek jak skrzynia, w której na kresach przechowuje się przez lato wielkie, podróżne futra. Trzeba było zwłoki zdjąć z noszy postawionych na mchu i przełożyć je do jej wnętrza. Okazało się ono za wąskie, a zwłaszcza za krótkie. Nie było na to rady. Trzeba było zwłoki wcisnąć w tę skrzynię na nie za małą, ugiąć je w zesztywniałych już kolanach. Czerwona miazga rozłupanej pociskiem głowy przyrosła do deski górnej, barwiąc ją jak plamą połyskliwej, tłustej farby. I wreszcie, gdy już opuszczeniem w dół płytki wykonał tę grabarską robotę, wieko nie chciało się zawrzeć. Próżno Pawłowski, zstąpiwszy na sam dół, porał się z nim, dopasowywał. Nie poszło. Ale ksiądz, już w białej komży na mundurze, dał znak, żeby zaprzestać. We czterech, hełmy zdjąwszy, stanęli teraz nad dołem i wysłuchali krótkich słów modlitwy. Był wschód, kiedy rękami, a potem łopatami, zaczęli sypać z powrotem wyrzucony uprzednio przy kopaniu białawy, morski piach. Osypywał się w dół szeleszcząc ciężarem miałkim i sypkim. Odnalazł od razu szparowate niedomknięcia trumny i przesączał się w te niedomknięcia, jakby dążył świadomie do zetknięcia się co rychlejszego z owym trupem, którego bronić miały owe źle sklecone i jeszcze gorzej zachodzące na siebie deski. Ale była to chwila krótka bardzo i niebawem na cmentarzu haakvickim przybyła jedna mogiłka więcej.

Strzelcy odeszli pierwsi, w ślad za wózkiem, który toczył się leniwie po dróżce polnej do cmentarza. Andrzej odwiózł księdza motocyklem pod dom. Gdy wracał, popatrzył raz jeden jeszcze na niewielki cmentarzyk u stóp górskiego zbocza, włochaty od świerków. Nigdzie pustka norweska nie wydała mu się tak obca, a kraj sam nie wydał się tak bardzo skrawkiem świata z innej planety. Zrobiło mu się aż nieswojo. Chciał zejść, podejść do grobów i choć tą darnią gąbczastą pokryć piaskową jałowość tamtych pierwszych żołnierskich mogił. Ale było już późno.

„Zrobię to innym razem” — przyobiecał sobie przejeżdżając.

Cmentarz, jak gaj niewielki, zlał się z przylegającym lasem.

*

Na kilometr przed miejscem postoju plutonu, już w lesie, ktoś wyszedł na drogę. Z daleka Andrzej rozpoznał Grudę.

— Jest co do mnie? — zatrzymał motocykl.

— Nic, panie podchorąży, póki co. Do porucznika były telefony ze sztabu. Co tam, nie wiem... Ja ta tylko wyszedłem tak do pana podchorążego...

— Bo co?

— Mnie się tam, panie podchorąży, jedno teraz wydaje... A wam nie?

— A co się ma wydawać?

— A z tym Ziemiańskim, z sierżantem. Podchorąży pamięta. Najpierw to się stawiał i taki był hardy. Sam do porucznika chciał iść. Jeszcze się wygrażał. Był pewny. A gdy pan podchorąży jemu iść nie dał, a tylko porucznika chciał na miejsce ściągnąć, to zaraz taki się miętki w pysku zrobił. Coś w tym, panie podchorąży, siedziało. Coś tam siedziało.

Przystanęli w lesie. Podejrzliwe, bystre oczy Grudy były pełne napięcia.

— Więc co?

Gruda zaśmiał się cicho i chytrze:

— To już wy, podchorąży, pomędrkujcie toto, skoroście mądrzejsi. Ja ta bez ten czas swoje upraktykował. Bo on, cholera, już taki bez niczego hardy i bez niczego miętki to się cheba nie robił. Eh, comment?155

Oczy ich spotkały się ze sobą na długą, wypytującą chwilę.

— I coście tam upraktykowali, Gruda? Powiedzcie no.

Kapral zaśmiał się cichym, radośnie chytrym śmiechem.

— Ej, panie podchorąży, to jedno wiem: jeśli było tak, jak mnie się to widzi, to albo on by już zagiął nas wszystkich, albo my jego. Kogoś by już prowadzili pod mur...

— Ale bajacie, kapralu.

— Bajam, nie bajam, a ot co: jedno wiem — swój plan ten ptaszek nasz miał. On nie z fantazji tak chciał iść sam do porucznika, a nie chciał, żeby porucznik na górę se szedł. On już tam po drodze byłby nam coś takiego wywinął, żeby się i ze wszystkiego wykręcił, i na bohatera jeszcze wyszedł. Na pewniaka szedł. I nam, panie podchorąży, trzeba było go puścić, a tylko po drodze miarkować, co tam nie zmajstruje, i wtedy za łapę — haps. Już byśmy go wtedy mieli...

Oczy z chytrym, łowieckim uśmiechem wświdrowały się gdzieś w las.

— I ja, panie podchorąży, tak leżąc w lesie myślałem sobie potem i myślałem o tym wszystkim. Kombinowałem i kombinowałem. I dokombinowałem ja się. He, he...

I jakby las mógł słuchać, wyrzucił z siebie cicho i szybko:

— On, panie podchorąży, on skradł mapy pana porucznika.

Myśl przeleciała szybciej od słów, jak iskra, jak dreszcz. Andrzej ruchem głowy zaprzeczył.

— Wiem, co mówię, panie podchorąży. Ja ta nie pierwszy mam front i nie pierwszego szpicla widzę. A w Hiszpanii mało ich nie nasyłali? I on, panie podchorąży, te mapy ma. Gdzie? Nie na sobie. Może na dole domu, może gdzie. I wie pan, co kombinował ten hycel156? Że ot po drodze tak jakoś pokombinuje, żeby te mapy wziąć, i gdy my jego do porucznika dostawimy, to on te mapy z zanadrza — i proszę. Że niby na tę dziewczynę podejrzenie miał i u niej je znalazł...

Czeczel zaśmiał się, ale nieszczerze:

— Ej, Gruda. Te mapy, co porucznikowi zginęły, pewno je sam zgubił, i na co one komu były potrzebne? Niemcy takie same mają. Albo lepsze. I dziewczyna by się wybroniła. I czemu to już ze zwykłego drania aż szpiega robicie? Stary żołnierz, a że swołocz157, to swołocz.

Ale Gruda tylko wzruszył ramionami.

— Ja tamto myślał, jak to porucznik wczoraj o te mapy zachodził, po jaką cholerę one komu potrzebne? Okolice Narwiku? Mamy takie my, mają Niemcy; norweskie to mapy przecież. Ale na tych mapach było dorysowane wszyściutko: i gdzie my, i gdzie kompania, i tamte plutony, i batalion. Ginęły takie mapy pod tą Guadalajarą, to w dwa dni później przylatywali Niemcy i młócili z samolotów prosto w sztaby, kuchnie, lazarety158. He, he... jak za dwa dni tak do nas czasem przylecieliby, nie zdziwiłbym ja się. Dziewczyna? Dziewczyna by się, głupia, wybroniła, jakby sierżant zeznawał, że u niej te mapy kradzione znalazł? Na froncie takie sprawy niedługo się macha. I jakby się tam broniła? Po norwesku?

— Słuchajcie, Gruda, nie wiecie, że to stary żołnierz?

Gruda wzruszył ramionami.

— A od kogo ja wiem, że on stary żołnierz, panie podchorąży? Że sam tak gada? A papiery jego kto widział? Pewno, że poginąć gdzie mogły. To wiem, że był po sztabach w Warszawie, a wokoło sztabów różni się zawsze kręcą. A jest taki jeden w 3. kompanii, co go znał, jak się jeszcze Bodenheimer nazywał, nim na ślachcica się przemienił...

— Czego ludzie nie gadają. O was też, żeście bolszewik...

— Bolszewik? Żem hyclów niemieckich prał, nim inni się na nich poznali? Bolszewik? Niech i tak będzie; bolszewik. Ale to wam powiem, panie podchorąży, jedno: mnie nie trzeba, żeby mi kto mówił. Ja chodzę, słyszę. Ja se patrzę, choć nikt ta nie widzi. I widziałem takich hyclów, co to na tamtą stronę robotę odrabiali. Taki, jak w rewolucji pracuje, to zawsze najczerwieńszy, a jak w takim oficerskim wojsku, to najgłośniej w obcasy trzaska. Ziemiański może inny? Ho, ho; ale po bokach to on swoje i powiedzieć potrafi, i wie komu, i co, i jak...

— To czemu o tym nie meldujecie?

Chłop wzruszył ramionami:

— Bolszewikowi, czerwonemu z Hiszpanii, uwierzy tam kto?

— A ja wam nie uwierzę?

Gruda zaśmiał się życzliwie:

— Pan podchorąży nie oficer, cóż na to pomoże? Eh! A potem, to ja, uważacie, nie lubię zwierzynki płoszyć... Nie, nie. Niech pójdzie ptaszynka w same, same pastki159. Trzask! Ale tak, o byle tam co, nie, nie.

Oczami bez przestanku świdrował, obmacywał las. Od strony postoju plutonu. Aż Andrzej się obejrzał.

— Myślicie, że poszedł za wami?

Gruda zaprzeczył ruchem głowy:

— Nie myślę, panie podchorąży... Siedział tam w lesie. Jeden kumpan na niego pozór160 już ma. Ale to ten młodzik — Socha. Zagapić się może, gawron161. A tamten — lisiura stara, jak rzadko się przytrafia. Pozierać162 zawsze lepiej. To ja i wyszedłem przed pana podchorążego, żeby tu, niewidziany, pomówić. A mówię tak: było nie było, a na tego gada pozór miejmy. Udawać, że nic. Sam wpadnie.