XII

Kiedy wreszcie porucznik wydał rozkaz, ruszyli w rozładowaniu wyczekiwanego długo odprężenia.

Od zarządzonego rano, wkrótce po powrocie Andrzeja z Haakviku, pogotowia marszowego upłynęło godzin osiem. Wszystko było przez ten czas przejrzane po trzy razy, poprawiane, uzupełniane, zmieniane, przywracane na nowo. Plecaki pozbyły się wszystkiego, czego pozbyć się mogły; pierwsza, tyle marzona, zdobycz społeczna polskiego żołnierza na świętych tradycjach rutyny. Pozostawiono nawet koce; pod klapą plecaka zrolowano tylko niewielkie baranie kożuszki. Był to znak najoczywistszy, że nie chodzi o zwykły powrót na linię, bo z samymi tylko kożuszkami, bez koców i peleryn, spanie w górach nocą było niepodobieństwem. Tedy spać tam nie będą. Wydano dwie porcje rezerwowe suchego prowiantu, z uroczystymi zakazami spożycia ich bez wyraźnego na to rozkazu, porozdawano w sowitej ilości granaty. O pierwszej przymaszerowały dwie drużyny karabinów maszynowych, przydzielonych czasowo do plutonu; jedną z nich prowadził Stecki. Ciężkie podstawy do kaemów, długie rury luf, robiły wrażenie na poły niepokojące, na poły krzepiące. To samo, co warzony po raz drugi, ku utrapieniu kucharza Humenego, gulasz ryżowy i fasowany163 do manierek rum. Humeny patrzył z wielkim zafrasowaniem, jak drewniana baryłka się wypróżnia, i harował, zmordowany, przy kotłach.

— Chyba na Berlin już idziecie, że tyle jecie — stękał.

Goniec motocyklowy batalionu trzy razy przelatywał tam i z powrotem na swej maszynie; w domu dźwięczał telefon. Meldował się I-bud i Icz-3, rozmawiano o „fasolce”, o „sosence”, o „sowie” i o „puchaczu”. Niezrozumiałe słowa, nagłe poruszenie, nieskąpiona żywność i uzupełniana po dwakroć amunicja, wprowadzały elektryczność w powietrze. Gruda położył się spać i radził wszystkim uczynić to samo.

— Nie wiedzieć, kiedy będziesz teraz spał. Może dopiero w Narwiku — powiadał.

Ale mało kto go posłuchał, bo byli to jeszcze bardzo młodzi żołnierze.

Siedziano pod drzewami, nie wydalając się z drużyn, czekając. Już myślano, że tego dnia nic nie będzie, jak przedwczoraj. Patrzano obco na pluton z 3. batalionu, który tu ściągnął tymczasem jako nowy odwód. Jeśli się nie wyruszy, gdzież się tu wszyscy pomieszczą? I prawie zdziwiono się na dwukrotny, gwizdkowy sygnał. Z odprężeniem ulgi poszli w las, rozczłonkowani na drużyny, w trzech kolumnach jakby, na równej wysokości. Za chwilę leszczyna podszycia poczęła rozchylać się szeleszcząco, bić kosmatymi prętami, lepkimi od kulistych pączków, po hełmach i mundurach.

Wspinali się lasem długo, tak jak wtedy, dziesięć dni temu prawie, kiedy pierwszy raz szli na pozycje. Las jednak już nie był ten sam. Wtedy leżały tam wielkie zwały śniegu, który topniał wprawdzie, ale topniał bardzo powoli, w którym zapadała się noga, pod którym ziemia była rdzawa i czarna. Brzozy były jeszcze gołe, rudziejące i bezlistne. Przez tych kilka dni rozciepliła się jednak kilkoma słonecznymi popołudniami późna norweska wiosna. Śnieg stajał. Zieleń liści rozpękła się z pąków, pierwsza trawa zaczęła wychodzić. Czasami las się przerywał i przechodził w stoki łyse lub polanki porosłe gąbczastym, uginającym się mchem; wtedy widać było, że las o kilkadziesiąt metrów jest już niewątpliwie zielony, a także i to, że zieloność ta znakomicie kryje. „Nie to, co śnieg tamtego pierwszego, nocnego marszu... Nas kryje i Niemców kryje. Jak będzie tam, na samej górze?”.

Na samej górze stanęli wtedy, kiedy już słońce znikało, świecąc z boku, niewygodnie, w oczy od lewej i tak rudawo, że w pierwszej chwili widok niewidziany od tylu dni wydał się nie tak wiele zmieniony w swej barwie. Na dnie kotlinki, która znowu leżała między nimi a tamtymi, milczącymi jak wtenczas, bielał śnieg jeszcze, ale śnieg zalegający płatami mniejszymi, mniej sutymi, bardziej pożartymi przez rudość ciemną podglebia. Nawet kota 405, skąd wtedy wyruszyli na tamto wzgórze, miała jeszcze część swego ostrego stoku obłożonego śniegiem. Widać ją było doskonale po prawej, a z nią cały olbrzymi garb górski, podnoszący się wyżej i wyżej, pofalowany w fałdy, olbrzym pośnieżony cały, jak ochlapany wapnem. Natomiast w lewo wszystko roztapiało się ni to w lesie, ni to w zaroślaku, ni to w nierównościach terenu. Tam opadało to ku fiordowi i morzu, ale też i rozgraniczenie pomiędzy swoimi a tamtymi przebiegało najmniej wyraźnie. W lesie, krzakach, jarach — front się gubił. Wieczór, który zapadał, uczynił to gubienie się jeszcze ostrzejsze. Teraz dopiero uświadomili sobie, że przed tygodniem jasność nocy norweskich była potęgowana białym odblaskiem śniegu i że ta jasność skurczyła się razem z nadejściem odwilży majowych. Było gorzej.

Pluton, prawie przed samym dojściem, rozdzielił się na dwie części. Jedna, z porucznikiem, podsunęła się bardziej na prawo, opierając się niemal swym prawym skrzydłem na kocie 405; druga, z którą poszedł Czeczel, odeszła bardziej w lewo. Rosły tu, porozrzucane jakby, krzaki, sośnina, świerki. Spod mchu wyzierały wielkie łysiny granitu. Jedno ze stanowisk karabinu maszynowego było umieszczone właśnie w takiej szczerbie; dwa kolejne wkopane wprost w grunt. Na tym odcinku stał do tej pory cały pluton. Porucznik i podchorąży, zaciągający z lwowska, objaśnili Andrzejowi wszystko, co mogli tylko wyjaśnić. Spieszyli się; pluton miał być przesunięty w lewo, właśnie w owe zalesienia opadające na fiord. Rozkazy mieli już zupełnie wyraźne, skoro sami wchodzili w skład tych jednostek, które miały przejść do natarcia. Miało to nastąpić w nocy, pięć po dwunastej. Andrzej spojrzał na zegarek. Była właśnie ósma.

Erkaem wysunął najpierwej, na prawy skraj swej pozycji, w owo stanowisko pomiędzy kamieniami. Po to tylko, żeby na wszelki wypadek ubezpieczyć dalsze obsadzenie. Nie był ani zdecydowany, ani pewny. Odczuwał zakłopotanie, ale i rzeźwą164, ambitną radość. Po raz pierwszy samodzielnie rozporządzał odcinkiem; po raz pierwszy od niego tylko zależało rozmieszczenie ognia i strzelców. To nie byłoby najważniejsze. Ale było i co innego. Oto odcinek, na którym jeszcze przed chwilą znajdowało się czterdziestu jeden ludzi, pełny pluton, przeszedł teraz pod obsadę niepełnej drużyny — dziewięciu strzelców. Zamiast trzech erkaemów był teraz jeden. Od strumyka, przeciekającego wolno z owej kotlinki, do zadrzewień w lewo, gdzie odcinek się kończył, było dobrych trzysta metrów. A potem? Potem powinna być kompania Połubińskiego i powinna być z tą kompanią łączność. Czeczel poszedł na sam koniec odcinka, wyszedł nawet dobrze poza jego skraj najdalszy. Było zupełnie pusto. Lewe jego skrzydło wisiało więc w powietrzu, nie natrafiając na nic.

Zawrócił.

Strzelcy leżeli na swych stanowiskach, jak ich rozstawił chwilowo, przykryci gałęziami. Michałek był przy erkaemie; trzeba było wynaleźć mu nie to stanowisko nowe, ale stanowisko najlepsze, jakie mogło być, skoro w tym położeniu erkaem Michałka i garłacz-granatnik165 Grudy stanowiły jedyną siłę ognia. Na karabiny wzruszał ramionami; mrok zapadał i jeszcze teraz można było wprawdzie czytać najspokojniej, ale o pięćdziesiąt kroków nie rozróżniało się pnia drzewnego od człowieka leżącego. Karabiny to dobre, gdy się widzi z daleka, gdy jest czas celować.

Tylko gdzie?

Tam, gdzie był, nie; kamienie, pomiędzy którymi było prowizoryczne, odziedziczone po tamtych, stanowisko Michałka, leżały przede wszystkim na prawym skraju odcinka. To znaczy, że o kilkadziesiąt metrów za nim, w owych choinkach i brzozach, siedziała cała reszta plutonu. Czeczel pomyślał, nie bez złości, że porucznik skomasował wokoło siebie obie pozostałe drużyny własne, poczet dowodzenia — bądź co bądź pięciu ludzi — no i oba przydzielone o pierwszej cekaemy. „Ubezpieczenie dowodzenia wcale, wcale niezgorsze...” — pomyślał. Ale na rozważania nie było czasu; noc zsuwała się górami i lasem. Nie, po tej stronie nie pozostawi erkaemu. Niech tu broni bliskie sąsiedztwo porucznika i całych sił plutonu, zresztą dno kotlinki w tym miejscu się spłaszcza i jest najbardziej odkryte, odsłonięte, widoczne. Erkaem będzie najpotrzebniejszy na lewym skrzydle, tam, gdzie te zalesienia są najtrudniejsze do obserwacji, tam, gdzie urywa się łączność.

Przez gońca posłał jeszcze meldunek ze szkicem sytuacyjnym, z nadmienieniem o niemożności nawiązania łączności z „sąsiadem z lewej”, i wrócił pod górę, przechodząc wzdłuż stanowisk strzeleckich. Były tu dwa stare stanowiska do erkaemów, pozostałość po zluzowanym przed godziną plutonie, ale żadne nie wydawało się odpowiednie. Oba leżały na samym załamaniu wzgórza, na tak zwanej linii horyzontu, tak że były oba na pewno z daleka widoczne. Za to nieco poniżej, w miejscu, gdzie już pozycja opadała w głąb kotlinki, ku stanowiskom niemieckim, były długie płaty kosówki, zmierzwionej i skarlałej. Dla pewności, by jego krzątanie się nie było czasem zauważone przez tamtych, Andrzej podczołgał się na łokciach. Rozejrzał się, rozparł w kolczastym poszyciu. Rozpoznawał. Stąd miał dobre pole obstrzału na wprost przed siebie, zupełnie znośne w lewo. Tylko pomiędzy oboma kierunkami czerniła się, jak klin, niewielka kępa brzozowa, a w niej jakieś nienaturalne wzniesienia. Długo nastawiał szkła. Teraz w nocy było jednak coraz ciemniej. Wreszcie rozpoznał. Były to sągi166 drzewne, pewno nacięte jesienią i nie zwiezione do tej pory. Otóż ani wybrane przezeń, ani żadne pobliskie stanowiska nie dawały mu obstrzału na ową kępę. W ogniowym zorganizowaniu terenu, jak to nazywał regulamin, powstawała luka.

„Zamknie ją w razie czego granatnik Grudy”.

Leżąc w kosówce planował dalej. Strzelców zgarnie bliżej siebie, ściągnie; nie jest pewien, czy czując się sami, odbici od zwartego oddziału, w razie czego nie „uskoczą”. Pozostaje lewy skraj. Nie ma wciąż łączności w lewo; nie do niego należało jej nawiązanie; mimo to — nie ma. Nowa luka. Jeśli w tamte zadrzewienia dostanie się nieprzyjaciel, zroluje mu cały odcinek, przerwie całą linię obronną. Popatrzył w tę stronę. Istotnie. To jedno, że po kilkunastu metrach przerywał się ów las, rozpinający się nad pozycje niemieckie i polskie, a następował taki ogołocony stok, trochę pewno grząski, trochę kamienisty, jakich tyle tu było wszędzie. Myśl strzeliła nagła: stanowisko zapasowe erkaemu, z którego, gdyby naraz Niemcy od lewej zaszli, gdyby na to wyłysienie wyleźli, można by ich odepchnąć z powrotem.

„Ale gdzie?”.

Przepełzł z powrotem. Był teraz zasłonięty. Powstał. W tym właśnie miejscu dwie niewielkie fałdy terenu zachodziły na siebie jakby załamaniem, wklęślizną. Tu. Tylko tu. Odmierzył kroki od miejsca, gdzie leżał przed chwilą. Dwanaście. Odtworzył sobie skok nagły, poderwanie się z ziemi w tych kosowiskach z ciężką maszyną, przerzut wraz z nią na tę stronę i ponowne przypadnięcie do ziemi. Pięć sekund. Zmiana celownika? Nawet niepotrzebna zmiana celownika. I tu, i tam można na 400 m. Tylko trzeba skupić całą obserwację na tym właśnie punkcie. Stąd widzi się jak na dłoni kotlinkę, nawet tamten pamiętny taras, owe płaskowzgórza, na których się krwawili. Widzi się w lewo ten las; niedobry, ale zawsze dosyć rzadki (gdybyż nie tamte sągi!) — wreszcie, jeśliby tamci zaszli z lewej, przerwali się w tym miejscu bez ogniw łączności, zamknie im dalsze posuwanie się ogniem stanowiska zapasowego. Jedno było jasne: trzeba tu kogoś, co by czuwał nad tym i nad tamtym, widział to i tamto, a gdy trzeba będzie, podejmował decyzje natychmiastowe. „Będę tu nad Michałkiem” — postanowił.

Ziemia, rozkopywana, by erkaem umocować głębiej i bardziej płasko, sypała się na jałowce mokrym żwirem. Michałek obejrzał jedno stanowisko, drugie. Wykonał ów przerzut z bronią w rękach. Powtórzył go, by ruchy zautomatyzować. Wreszcie zasiadł.

Kiedy to właśnie kończyli, przyszedł jeszcze goniec od porucznika z zapytaniami. Porucznik czuł się jednak niepewny, zaniepokojony nieliczną obsadą. Była kartka i od Steckiego. Tadzik pisał:

„Wiemy, jak cię wpakowano. Nic się nie bój. Położyłem ogień mego cekaemu przed wasz przedni skraj. Będę tam w nocy posikiwał z niego od czasu do czasu, na wszelki wypadek. Jeśli chcesz, żebym jeszcze gdzie położył ogień, daj odpowiedź”.

W załączeniu był szkic ogniowy. Andrzej odesłał inny, prosząc o „zajęcie się” w szczególniejszy sposób ową kępą brzezin z sągami drzewa i dojściem do nich od strony nieprzyjaciela. Wszystko to z jego stanowiska było typowym „polem martwym”, niemożliwym do trzymania ogniowo. Sam, dla własnej satysfakcji, wykonał nowy szkic sytuacyjny, z całym układem ogni, zmiennością stanowisk ogniowych, ogniem zaporowym cekaemu, granatnikiem VB167. Pokazał Grudzie. Zaniósł do Michałka, który już zaległ w kosówce i zlewał się z nią w mroku, przykryty naciętymi gałęziami. Potem wrócił do reszty drużyny. Zapadająca noc, oddalenie od reszty plutonu, poczucie, że tam dalej nie ma żadnej łączności, nie podziałały najlepiej. Czeczel znał tę drużynę jak żadną inną z całego plutonu, bo to była w swej większości jego dawna drużyna. Wiedział, że jeśli coś nie idzie, wszystko zacina się w milczeniu. Wolał zawsze przekłuwać takie milczenia, wywołać nawet wybuch, byle żale wylazły na wierzch. Tym razem czuć było, o co chodzi.

— Za parę godzin — rozpoczął — jeszcze w nocy, wychodzi nasze natarcie...

Wszyscy dostrzegli to dawno z nieomylnych wojennych znaków, ale słowa zapadły jak potwierdzenie czegoś, w co się jakby nie wierzyło.

— Natarcie — pokazał na góry — pójdzie aż stamtąd, od granicy szwedzkiej, het, za tymi górami i aż za tamtym lasem, pod tamtą górką, z której wtedy... Pamiętacie?... Tak nas grzali...

W bladym półmroku — noc przesycała się mgłami — twarze nieruchomiały uwagą.

— Natarcie poprzedzi artyleria angielska z gór za nami, z krążowników na fiordzie. Zobaczycie dopiero, jak takie coś wygląda...

Znowu urwał. W Coëtquidan, we Francji, jego wykładowca z podchorążówki powiadał słusznie, by nie mówić żołnierzowi ani za wiele, ani za mało. Czeczel wiedział, że wedle ocen polskich objaśnia raczej za wiele. Uważał jednak, że ci robotnicy z Francji muszą wiedzieć więcej, że ta zapowiedź wiszącej w powietrzu ofensywy, w tych rozmiarach, ze wsparciem artyleryjskim, podniesie ducha owej nocy chłodnej.

— Teraz — podjął — co my robimy?

Sześcioro oczu znieruchomiało w jednakowym spojrzeniu, jak przedtem ścięły się twarze...

— My nie pójdziemy do natarcia. Nasze zadanie jest zostać tu, tu — powtórzył znacząc ręką, aż obejrzeli się na pozycje za nimi — i tu trzymać. Trzymamy to ogniem cekaemu podchorążego Steckiego z tamtej górki. Trzyma to erkaem Michałka, który tłuc będzie i tam, i tu. Trzyma granatnik kaprala Grudy, który obrzuci tamte drzewa — O! Że niech! Trzymamy to — my. Wy...

— Jest nas mało. Jesteśmy tu po raz pierwszy.

— Dlatego trzeba dwa razy tak wypatrywać oczy, co zawsze. Dlatego spać będzie tylko trzech. Wy trzej pójdziecie teraz pod tamtą kolibkę168. Was się potem zwolni.

Kolibkę tworzył załom skalny, przesłonięty z jednej strony wielkimi gałęziami sośniny, widocznie zrąbanymi gdzieś dalej i przyniesionymi tutaj przez ów zluzowany pluton. Trzech wyznaczonych do służby rozmieścił w prawo od erkaemu, ku stanowiskom reszty plutonu. Najdalszy był o 40 m. Kiedy wszyscy pokładli się na owym załamaniu terenu, było to tak, jakby uchwyciły je podłużne, brunatnoszare szpony niewidzialnego ptaka. Ustało ostatnie chodzenie po mchu, nieuniknione trzaskanie gałęzi, przytłumiony odgłos saperskiej łopatki Michałka, wkopującej się w jałowiec i coraz to zgrzytającej o skałę. Znieruchomienie zlewało leżące kształty ludzkie z ziemią, krzakami i kamieniem. Milczenie zlewało je w owej chwili ze światem.

Andrzej, przysiadły w niewielkim wgłębieniu tuż pod niskimi chojniakami, uzmysławiał sobie, że cisza, która tu nastaje, jest ciszą tak niespotykaną, tak idealną, jakiej nie zna się w innych krajach, a pewno i nigdzie indziej. Chyba tam, na zupełnej już północy, gdzie zaległy wielkie rozwaliska lodowe, rozłogi dziewiczych śniegów, pobojowiska kier, paruje ku słońcu cisza tak chemicznie czysta, tak wydestylowana ze szmerów. „Biedny Kettler — pomyślał — on, co lubił odnajdywać w nocy głosy dzikich kaczek i przybłąkanych głuszców, co by tu teraz robił?”. Zastygło, istotnie, wszystko. Jedynym ruchem widocznym była rozrzedzona, bielista mgła, napływająca z wolna bladymi obłokami, jakie nieraz przejeżdżały między nimi a kotą 405, tamtym tarasem i górą wielką w prawo, a potem, jakby się ośmieliły i zaczęły podchodzić w ową stróżowaną kotlinkę poniżej, przystawać przy jakiejś sosence niepokojąco samotnej, co gorsza, obsuwać się watowatą cieczą wokoło owych brzezin kryjących sągi drzewne, widoczne przez szkła i ukryte przed najlepszymi szkłami, niespodzianki wojenne. Ale mgła także była bezszelestna, a wiatr, jaki ją musiał pędzić, był za słaby do poruszenia najsłabszej nawet gałązki. Las, który opełzał ich wokoło jak wielki, ciemny wąż, był lasem martwym. Nie gadał tak, jak gada las europejski, las polski, w maju zwłaszcza, nie odzywał się nawoływaniami zwierząt, tajemniczymi stąpaniami, łamaniem suchym chrustu, puszystym szelestem odginanych liściastych gałęzi. Nic. Zupełnie, zupełnie nic. Od gór, które tam dalej o parę kilometrów wypiętrzały się szarością granitu i białością lodowców, jak szperacze czy małe patrole wysłane w świat przez biały krąg biegunowy, szedł jakby nie tylko chłód wilgotny, ale i niemość. „To może lepiej — powiadał sam do siebie Czeczel — w takim lesie, jak ten, wszystko się słyszy, nie pomyli się słuch, nie wpadnie na błędny trop. Gdyby ktokolwiek podchodził, słychać go będzie właśnie, bo jest tak okropnie cicho”. Powstał, porozumiał się z Michałkiem, obszedł strzelców, zajrzał do koliby. Zasiadając z powrotem miał wrażenie, że cichość tego lasu wywiera aż i ciśnienie psychiczne, ciśnienie podobne temu, jakie wywiera gęstość płynu czy powietrza w świecie fizyki. Nie, nie miałby siły zawołać tutaj głośno.

Wszystko zresztą z powrotem zastygało od razu, jak wygładza się woda kamieniem rzuconym rozdarta, jak zasklepia się klej i zasycha gaszone wapno. Tylko mgła na szczęście nie gęstniała wcale. Chodziła tędy i owędy przejrzystymi jak dym faliznami, ni to obłoki niskie, ni to opar błotny. Niepokojące, zastanawiające sągi odsłoniły się raz jeszcze; nie, nic. Właśnie w to upewniające „nic” wdarł się naraz suchy, urwany, jakby chwycony w okamgnieniu za gardło, trzask cekaemu. To Stecki puścił serię. Gdzie?

Właśnie na owe sągi czy za nie?

Zobaczył co?

Niżej Michałek przyciągnął twarz do celownika, bezszelestnie a nagle.

Czeczel obsunął się i patrzył przez szkła peryskopu169. Wydało mu się, że drwa są z lewej strony jakby przesunięte. Nie; zdawało się tylko. Poprowadził powoli oczami po całym odcinku, powiódł aż za drugą stronę garbu, w to miejsce, które miał trzymać ze stanowiska zapasowego erkaemu, i obejrzał się jeszcze. Gruda podsunął się na łokciach i też patrzył, ale nic nie dostrzegł.

Tam daleko, z prawej, w górach wysokich, poszła czyjaś inna, krótka, zgłuszona seria. Ale też chyba po to, by nie dać się przeżreć tej ciszy. Jak człowiek, który wyrzuca z siebie jakieś słowa niezrozumiałe w głębokim śnie i potem ich nie pamięta.

Popatrzył na zegarek. Dochodziła zaledwie jedenasta.

Jeszcze godzina, jeszcze cała godzina, ostatnia.