XIII
Jeszcze godzina — mówił do siebie w tej samej chwili porucznik Ostroróg.
— Widać będzie, panie poruczniku, wszystko — dopowiadał podchorąży z kaemów, przydzielony tak samo, jak Stecki, na czas akcji.
Byli z 3. batalionu. Od forsownego marszu z samej szwedzkiej granicy, skąd szli wielkim zakosem, góry nie góry, lodowce nie lodowce, nie spali jeszcze. Niemcy siedzieli o przeszło 400 m za tamtym załomem czworograniastym, nieomal geometrycznym, daleko, a na szarości nieokrytych tu już trawą głazów, białości nawianego firnu i lodowcowych skamielin znać było wszystko najwyraźniej. Toteż czuwało tylko paru. Reszta spała snem pomęczonym i utrudzonym. Porucznik, wbrew wszelkim zasadom polskiego regulaminu, pozwolił nawet zdjąć niezdejmowane od nie wiedzieć kiedy buty. Nogi, natarte śniegiem i owinięte ciepło, rozprostowywały nareszcie swe żałosne obtarcia, wycieki poranin, swędzącą sparzoność skóry. Spały jakby snem własnym, od snu ludzi niezależnym, jak kąpiel krzepiącym. Porucznik za to nie spał i czuwał sam, w pierwszej linii. Patrzał na Niemców na wprost, pochowanych za śnieg jak krety.
— Oni tam podobno mają całą linię Maginot170 ze śniegu. Do swoich tyłów mają nawet przebity ze śniegu korytarz. Na człowieka wysoki.
— Skąd pan wie?
— Mówił o tym ten Francuz, pułkownik Mally.
— Trzeba będzie o tym pamiętać.
Ręce grabiały w lodowatości powietrza, kłującej igiełkami mrozu, zimowego tu naprawdę, górskiego. Porucznik Ostroróg przywodził sobie w pamięci dawne krakowskie wycieczki, lutowe i marcowe, do Zakopanego, na halę Pyszną171, nad Czarny Staw172, do „Murowańca”173. To wszystko, co rozpościerało się tutaj, nazywał nawet Skupniowym Upłazem174, bo istotnie tworzyło to taki wielki, jeszcze bardziej rozsiadły, Skupniów Upłaz. Należeli do najbardziej prawych pozycji tej strony frontu, a że całe wzgórza nad Ankenes podnosiły się coraz wyżej, im bliżej Szwecji — należeli więc i do najbardziej wysokogórskich. „Czy myślałem za cywilnych czasów, że będę prowadził walkę wysokogórską w Norwegii? — przypomniał sobie Ostroróg swoje niewinne narciarstwo. — Ale przynajmniej widzi się stąd wszystko”.
Istotnie, nie była to taka pozycja jak ta, na której Andrzej rozstawiał swych ludzi, a Stecki brał ich pod osłonę cekaemu. Widać stąd było nie odcinek niewielki, ale cały teatr boju. Przede wszystkim góra sama, ów garb ogromny sięgający do fiordów, opadała stąd ukazując pozycje, zarówno niemieckie jak polskie, które sobie ten garb równolegle rozdzieliły. Widać było bliskie pozycje wokoło „fasolki”, nienazwanego, na mapie nieokreślonego wysokością, wzniesienia, gdzie tkwiły najbardziej kąśliwe gniazda niemieckiej broni maszynowej. Widać było na wprost nich osaczające już półkolisko, dwa plutony kompanii kapitana Dańca, Lewickiego i Tracza, przysunięte prawie do niemieckich tak, że wyjrzenie, wyprostowanie się, niekiedy przykucnięcie, ściągało strzały. Widać było, bezbronny z tej strony, ale na strzały za daleki, taras, potem owo płaskowzgórze, w które daremno wgryzał się swego czasu inny pluton Dańca, wreszcie zalesioną na dobre górę. Niska, nieckowata kotlinka, dobrze innym znana, jaśniała stąd jak niewielka plamka, wtulona w las. Las stąd czerniejący, jakby nasadzony niemal sztucznie na owe góry, przesłaniał jakieś falistości, zbocza czy stoki. Sterczał sam już nad wielkim rozlewiskiem głównego narwickiego fiordu. Czarna woda wlewała się pomiędzy niego a niewielki wydłużony półwysep, który wybiegał w morze swoją częścią najbardziej spłaszczoną, jakby ugiętą ciężkimi ciosami młota. Czarny las świerkowy, gęsty zapewne, czerniał na owej patelni podkreślając tym bardziej białość domów, które jak małe kryształki, jak jakiś gród krasnoludzi, wytryskały naraz w tym dziwnym, nieswoim, świecie.
— Przez moją lornetkę widać jakieś wieże. Może ratusz? Może kościół? Widać na nich sztandar. Zupełnie wyraźnie: swastyka. Chce pan obejrzeć?
— Warto: jutro jej nie będzie.
— Do jutra może kto z nas nie patrzyć na Narwik...
To także była prawda. Porucznik pobiegł dalej wzrokiem, obsuwając się raz jeszcze po śniegu, po lodowcach niedalekiej pozycji, po kosodrzewinie, brzeźniakach, kocie 405. Rozpoznał i zidentyfikował na mapie niemiecki bastion na wprost koty 295. Na nią właśnie spływał, ją ogarniał swym płaszczem ów las daleki, wydostający się na szczyt, popod łysiny skalne, z dolin, jarów norweskich, nadbrzeży fiordów. Ostroróg przepłynął, jakby szybowcem, ponad wczepiony w skłon terenu oddzialik Andrzeja, ogniwko małe, szczegół zagubiony tych całych spięć. Spłynął wzrokiem, wciąż jak szybowcem, bezszmerowo, za Narwik i za morze. Tam od drugiej strony od trzech dni wgryzała się powoli Legia Cudzoziemska. W owym lesie na półwyspie narwickim wylądowała i ruszyć dalej nie mogła. Wzięta była w ogień niemiecki z trzech zorganizowanych stron.
Z żadnej, z żadnej pozycji nie obejmowało się wszystkiego tak, jakby to była wielka mapa plastyczna, wszystko odtwarzająca. Żołnierze, którzy byli na stanowisku, nie potrzebowali tu komentarzy niczyich. Rozumieli, jak słaby uchwyt ma ów desant Legii Cudzoziemskiej, zahaczony o sam Narwik. Odmierzyli bez podziałki i mapy ich pozycje niemieckie, chroniące stąd Narwik, cały ten garb, na którym i ci, i tamci górują nad tym miastem, po drugiej stronie fiordowej odnogi. Odliczyli sobie i odległość, jaka dzieli owe pozycje od miasta, portu oraz wąskiej, białawej drogi, pomykającej stamtąd ku Szwecji. Jeśli tam staną na tych pozycjach, teraz niemieckich jeszcze, będą mieli to wszystko pod splunięciem karabinu maszynowego. Nie już cekaemu, ale karabinu maszynowego zwykłej drużyny. Cały ten Narwik, morzem oblany, będzie wtedy pod ich ogniem, do obrony żadnej niezdatny...
Żołnierze patrzą na tamte pozycje. Jest zimno. Trzeba ręce zabijać, bo grabieją. Kto nie posmarował sobie twarzy, nieogolonej od wielu dni twarzy, tłuszczem jakim, temu czerwienieje odmrożeniami. Czekać, czekać, czekać. Natarcie. Narwik. Natarcie. Narwik.
Na szarej wodzie fiordu, naprzeciw samego Narwiku, spoczęły nieruchomo trzy szare podłużne kształty. Stąd są prawie niewidoczne. Nawet porucznik nie dostrzegał ich niemal.
Także czekają.
*
Czeka także ze swoją drużyną Mietek Płużański. W lesie obok, w lesie, który ich także osłania, siedzi cała kompania, wypoczęta, napojona, gotowa. Tylko podsunąć się tych sto metrów na skraj zbocza, tam, gdzie się ono przełamuje na tamtą niemiecką stronę. Pogotowie pełne natężenia. Najedzeni, opici. Gwarno. Rozmowy się rwą.
— Po coś tyle jadł, żeby Niemcy mieli co wypatroszyć?
*
— Po równym pójdą czołgi francuskie...
— Skąd czołgi, nie ma żadnych czołgów? Ciągniki ci się pomyliły z czołgami.
*
— Jeden z II batalionu powiedział, że na drzewach też siedzą. Obserwatorzy.
— A tak. Tam u nich było tak, że strzelali do nich, strzelali i nie wiedzieć było skąd. Aż zasiadł jeden, podczołgawszy się. Czeka. Nic. Czeka dalej. Nic. Zejść mu już się chciało — na ochotnika był, kiedy patrzy: sosna się rusza. „Co jest — myśli — wiatru nie ma, a całe drzewo tańczy?”. Wziął na muszkę: bach! Patrzy, a tu niemczura, ogromny taki, zlatuje jak ten bochen z półki. Podpełzli tam do niego, przyciągnęli. Cały był obwieszony tymi świerszczynami, jak wotami obraz w kościele. Podoficer jakiś. Trzy srebrne galony175. To mu je odpruł nożem. I lornetkę miał, to ją zabrał, i zegarek...
— Na rękę zegarek?
— Na rękę. Zatrzymał go sobie. Ale chodził głośno jakby budzik jaki. Oni tam podobno fasują takie zegarki...
— Nie może być.
*
„Niecała godzina, mniej niż godzina” — powtarza sobie Płużański.
Jeszcze nie był w akcji ani razu. Na patrolu tylko. Nie jest niespokojny, ale ma tremę. Tremę publicznych wystąpień, tremę teatru, tremę pierwszej malarskiej wystawy. Myśl jednocześnie jakby odczepiła się od tego, co jest, szybuje gdzieś daleko i naraz widzi wszystko, co było, co jest, co gdzieś się może daleko dzieje o tej właśnie porze. Płużański nie jest już młody. Jest starszy, dużo starszy nie tylko od Banasia, ale i od Czeczela. Włosy, kosmykami spadające na czoło, są już pasmami całymi siwe. Wydobywa w jakimś dziwnym zdenerwowaniu lusterko, małe, stalowe lusterko, dar od francuskiej „mareny”176. Przez chwilę widzi w nim twarz podłużną, o silnych, nieregularnych kościach, o oczach szarych, marzycielskich trochę, smutnych. Po raz pierwszy tej nocy, może po zmęczeniu dojścia na pozycje, może po zdenerwowaniu przygotowań, doznaje uczucia, że młodość jest czymś, co zostało już w życiu poza nim.
„Jestem już stary, stary” — myśli.
Znowu myśl odrywa się od tych mchów i lasu, od fiordu, co w dole między drzewami przebłyska stalowo, od rozmów przygłuszonych, żołnierskich. Jak ptak zatacza naraz wielkie, spokojne koło nad owym życiem zaprzeszłym, gdzieś między Bukowiną, wielką góralską wsią matki, a Lwowem ojcowskim, miastem lat młodych, miastem pierwszych wagarów, miastem jego pracy. Kościół barokowy Bernardynów ze św. Jackiem, patronem miasta, który zbiegł na gipsowej chmurze, opartej o kapitel177 kolumny, kląkł i ku niebu rozkrzyżował zakonnicze ręce; młode akacje Wysokiego Zamku178 i rozgwarzona ludźmi Akademicka179, i ulice pnące się wzdłuż ogrodów Cytadeli180, i rozkopany Park Stryjski181... Obraz po obrazie zakołysowuje się, zatrzymuje, rozprasza. Pachnie mu naraz Łyczakowska182 i kramy za Operą183, jak roztasowane niespodzianie w dziwacznych zestawieniach karty u brudnej kabalarki184. I naraz żal, jaki nigdy nie bywa udziałem grafomanów i pacykarzy, jaki czują za to najwięksi artyści: „Nie dałem z siebie nic wiecznotrwałego, nic, co by było naprawdę warte, nic, co by mogło przetrwać. Przepływały przez człowieka fale dziwne, a nie znalazł anteny, która by je umiała złapać, uwięzić utrwaleniem, przetłumaczyć na ludzkie sławo, na ton dźwiękowy, na barwę i odcień”. Wielkie dłonie Płużańskiego, chłopskie w swej sile, rzeźbiarskie w plastyce swego układu, są wpółotwarte, wpółzgięte. Jakby oto poprzez te ręce, zwieszone tak bezradnie, bezsilne już teraz, przeciekła doszczętnie wielka możliwość życia.
*
— O, patrzcie, Gromnica się modli!
*
Płużański ocknął się jakby. Gromnica to ładowniczy z drugiej drużyny, starszawy już, religijny. Dlatego przezywają go „Gromnica”. Półmistyk. Sekciarz. Przyjechał tu z Ameryki. Pierwszy amerykański ochotnik. Lubią go, cenią, ale czasem żartują z niego. Tym razem żart i śmiech nerwowy nie biorą.
— Co tam za wice185 robicie — strofuje łagodnie Płużański.
I patrzy na owego Gromnicę, któremu wargi zaciśnięte, zwiędłe poruszają się w rytmie żarliwych szeptań. Może by on także? Nie; swój rachunek sumienia odbył już, jeśli trzeba tego było, przed chwilą. Teraz już wszystko skończone. Jest mu lżej przez ten akt żalu za życiem, któremu nie umiał czy nie mógł dać tego, co chciał, wyrazu, przez ten akt skruchy z tego, że nie zdołał był sztuką swoją wypowiedzieć siebie do końca. Coś jakby opadło mu z ramion, jakieś lata trudne osunęły się z pleców na ten mech. Płużański nie jest wierzący, ale jest religijny. Pulsuje w nim wieczna, odruchowa religijność chłopów wszystkich krajów i wszystkich czasów, religijność ludzi, których życie upływa z ziemią i przy ziemi, w rytmie kolejnych wiosen, lat, zim i jesieni, z wiekami niezmiennej zależności od sił przyrody, łaskawych i złych. Jest to religijność góralskich przodków, obcujących z majestatem skał, grozą urwisk i lawin, pięknem hal wydźwigniętych nad światy nizinne, i obcowania z rozgwieżdżonym niebem w długie pasterskie noce. I ciepła, zachowana na dnie wspomnień najgłębszych, religijność umarłej matki.
„Może naprawdę co będzie, jeśli myślę o matce” — i przeszedł dreszcz ostrzegawczy.
Przeszedł, ale i rozpełzł się zaraz w jakimś niezwykłym spokoju myśli. Czy miał już kiedy taki spokój? Miewał. To było w latach najwcześniejszych religijnych wzlotów, przechodzących w ekstazy. To było w chwilach młodości. Najpierwszych i najrzadszych. To było najczęściej, gdy malował. Kiedy czuł, że mu szło. Ale oto, w tej godzinie skupienia, uświadomił sobie to jeszcze, że jeśli takiego uczucia już zaznał kiedy, to nigdy w tym stopniu, w tej pełni. Było tak, jakby wyszedł poza siebie i spoza siebie już tylko patrzał na takiego Mieczysława Płużańskiego, który oto siedzi we mchu leśnego zbocza i czeka.
Ktoś siedzący poniżej wydobył zegarek.
— Jeszcze pół godzinki; nie więcej.
Na fiordzie, poprzez drzewa doskonale z góry widoczne, drzemią nieruchomo te trzy długie szare kształty.
Ze swych pozycji nie mógł ich prawie dostrzec Ostroróg.
Góra i las przesłaniały ich widok Czeczelowi.
Tylko niemiecki Narwik i niemiecki Ankenes widzą je dobrze, szare, ze swych białych i barwnych domów.
To dwa, stojące na wprost portu, krążowniki brytyjskie.
I jeszcze, jeszcze jedno.
Na tle morza fiordu widoczna długa, ciemna plama. Jak głębinowy ślad. Pełno tych śladów na fiordach wokół Narwiku; to zatopione niemieckie, angielskie i norweskie okręty przebłyskują w wodzie cmentarzem zatopionych kadłubów. Bezimiennym, wojennym cmentarzem.
Tylko ten jeden, osobny kształt, pokazują sobie strzelcy od wielu dni. Od czasu, jak tu są. Z ich pozycji górskich on jest zresztą najlepiej widoczny.
„Grom”186.
I w dniach na pozycji bezczynnych patrzano z góry na ten ślad ciemny na dnie: okręt polskiej marynarki wojennej, który tu pierwszy był pod Narwikiem i zatonął właśnie, gdy oni nadciągali.
„Grom”...
*
— 20, 15, 10 minut — idzie ciche liczenie po górach, stokach, kotach.
Mgła, przejrzysta, strzępiąca się mgła, pojawia się, przesuwa, znika jak widmo, ektoplazma187 tajemnicza spirytystycznych seansów.
Cichość górska jest tym cięższa, tym bardziej męcząca, im krótsze jest jej panowanie, im bardziej policzone godziny.
„Powinni już... powinni byli już...” — łomocze coś w piersi Czeczela, łomocze w kilkuset innych piersiach.
— No, budzimy ludzi — mówi tam na górze porucznik Ostroróg.
I właśnie w owej chwili naraz spoza ich pleców wylatuje dziwny, straszliwy furkot. Huk. Powietrze gra falami za nimi. Socha, młodzik, kurczy ze strachu głowę.
— Nie kul się, nie kul — śmieje się Gruda — to nasze, angielskie.