XV
— A wody tam który ma?
Prawie że trzeba powtarzać dwa razy, tak zapatrzeni są wszyscy. Widać o kilkaset metrów w prawo, jak pluton porucznika Ostroroga posuwa się pod ogniem. I wszyscy wiedzą: gdy dojdzie do tych szarych skał, tam niżej, ruszamy my.
Przed nimi górzysty rozłóg, nierówny, pocięty w falizny. I strzelcy wypatrują już teraz wgłębienia, dobre wnęki, w które będą zapadali.
— Woda! Woda jest!
Leje ją z manierki młody strzelec, jak wszyscy prawie w tym plutonie, cenzusowiec z Polski. Trzech brało udział w obronie Grodna192, jeden był nad Wereszczycą193. Dla reszty to będzie pierwsze natarcie. Nad plutonem, który zaczaił się w cieniu tej skały, zapadło nerwowe wyczekiwanie, powagą nasiąkłe jak poranek mrozem.
Porucznik od niedawna ma oddział w ręku i nie zna go dobrze. Jest to młody oficer kawaleryjski. Może by co trzeba przemówić do nich, może powiedzieć jaki żart? Nie może. W dziwnej powadze tych smarkaczy, w twarzach, które mróz nocny jeszcze bardziej udziecinnia, czerwieniąc śmiesznie nosy od kataru nabrzękłe, trwa nieprzyjemne onieśmielenie.
— Jest woda? No, chwała Bogu...
Odstawia ją uważnie, w menażce194, na kamień. Z plecaka wyciąga ostatni biały ręcznik. Zakłada dalej uważnie na szyję. Ten i ów patrzy. Z kieszeni plecaka wydostaje teraz niewielkie stalowe lusterko i — składaną brzytwę.
— Golicie się pewno jakimiś żyletkami — powiada do tamtych jak gdyby nigdy nic. — Gdy się chce być naprawdę ogolonym, goli się brzytwą.
Pluton niemieje; zresztą, po większej części, nikt z nich nie goli się wcale. Uwaga się odwraca. Wszyscy patrzą, jak porucznik, niby nic, rozrabia mydło, jak rozsmarowuje starannie, po fryzjersku, pianę po brodzie i jak potem brzytwą w pewnej ręce jedzie równo i pewnie, zgarniając narosły od kilku dni włos.
— No, nie zaciąłem się — powiada — a co? Trzeba się wypięknić na tych Niemców.
Różowa cera skóry połyskuje teraz na mrozie. Chowa wszystko po kolei starannie. Jakby wszystko to działo się w domu dalekim i jakby jutro z całą pewnością miał powtórzyć to samo! Ale jeszcze szpera w kieszeni plecaka. Po chwili wydostaje białe zawiniątko, odwija papier. I naraz, na tym pustkowiu norweskim, w pełni roku 1940, jest tak jak w starych opowieściach zaprzeszłowiecznych. W brudzie pozycji, w niedbałości chwil przedostatnich, porucznik naciąga powolnym, leniwym prawie ruchem białe, świeże zupełnie, irchowe195 rękawiczki.
Aż pachnie tą irchą.
— No, jak tam — doszli?
Oczy plutonu wybałuszyły się tak ku tym manierom gwardyjsko-oficerskim, że tym razem znowu nikt nie odpowiada. Aż obserwator z góry woła do porucznika, że tak.
Drużynowi, zastępca, najmłodszy strzelec wiedzą już wszystko od godzin. Pozycję znają od dni. Nic nie ma do dodania, nic do powtórzenia. Porucznik schyla się po pręt nierówny, sękaty, który w tej urękawiczonej ręce wygląda jak komiczny przybłęda.
— Za mną — rozśpiewuje się nosowo — ma-arsz!
To „ma-arsz” kończy już po tamtej stronie pozycji, na jej stoku. Nie widać go. W tej samej chwili grzechot karabinowy staje się jeszcze bliższy, jeszcze ostrzejszy. Z boku gniazda własnych karabinów maszynowych, cekaemów, poczynają, nim tyraliera dojdzie, zdwojenie grzać.
Jeden po drugim, w ślad za oficerem, znikają strzelcy po tamtej stronie okopu.
*
Od pół godziny leżą tak nie mogąc ruszyć się z miejsca. Na tej wysokości jest śnieg jeszcze, jak w pobliżu „fasolki”, o którą teraz właśnie największa idzie walka. Na tle śniegu wszystko widać wyraźnie. Gdyby nie te wgłębienia, nie byłoby nic.
Drzewa, litościwie rozsiadłe, wydają się jak stacje niekończącego się pochodu.
Każdy dół, w który weprzeć się można, w który ciało wdrąża się po hełm prawie, jest upragnieniem strzeleckim.
Aż naraz znowu:
— Naaprzód! Naa-przód!
Po linii łamanej wedle drzew, wgłębin i krzaków rozpryskują się, krzyżując z kulami, urwane słowa komend:
— Kierunek!
— Celownik!
— Tamtych, o!
— Krótkie, krótkie!
Widać w śniegowym wyłomie, który jest jak blokhauz196 z olśniewająco białego betonu, jak drga i pluje ogniem, prawdziwym ogniem — (pociski pewno świetlne) — czarna lufa cekaemu. Tłumik płomieni rozdygotał się szałem.
— Ten cekaem! — leci ryk po linii.
— W cekaem!
Już są blisko, coraz bliżej. Cekaem jest tu chyba głównym elementem ognia. Prawdziwa pozycja z gęsto ubitego śniegu. Odstrzeliwuje się ze spokojną, zajadłą wprawą. Ludzie naprzeciw maszyny. Na rozłogach nieruchomieje w słońcu porannym kilka ludzkich plam.
— Granaty! Kto z granatem podejdzie?
Podejść nie jest łatwo. Najpierw trzeba będzie przebiec wypiętrzenie. Niewielkie, parumetrowe, ale białe od śniegu i odkryte zupełnie. Trzeba pod nie podpełznąć. Chudy, niewysoki chłopak podczołguje się pod nie istotnie. Aż gdy jest już na szczycie, nie wyskakuje na tamtą stronę całym ciałem, a tylko — przerzuca się i obsuwa po śniegu w dół. Cekaem nie zdołał się obniżyć, ale zdołał zagrzmieć. Już po tamtej stronie.
— Następny! Granatami ich!
— Granat! Granat! — rozhukowuje się w huku strzałów po linii.
Tamci dwaj pierwsi — następny już zabiegł z drugiej strony, przy tamtych, o, głogach — skokami grzęzną przez wilgotny od roztopów moczar197. Cekaem nie może ich brać na cel.
— Uwaga, granaty! — wołają do nich ostrzegawczo.
To niemiecki granat, o długiej szyjce, wyfrunął wysoko w powietrze prosto nad ich pozycją, by opaść, furkocząc, na moczar pod nią. Pod niebo w błysku i huku wylatują czarne płaty błota, plamiąc śnieg blokhauzu.
Nim przebrzmiało, jeszcze w dymie całym widać, jak pierwszy z tamtych dopadł pod białą ścianę. Jest o kilkanaście metrów od cekaemu, widzi jego lufę i jakby ją od dziecka pamiętał. Cekaem umilkł. Ustał. Jest znowu nieruchomym przedmiotem, niepodobną do lufy częścią skomplikowanej ogromnie maszyny, jaka nie wiedzieć skąd znalazła się naraz na tym pustkowiu północnym, na owych wysokościach, jak bolid, ciało obce, spadłe z innej planety. Jak część składowa jakiejś maszyny fabrycznej.
*
...Tylko tam w tyle, za podbiegającym, gdyby się obejrzeć, coś się czołga bezsilnie na czworakach.
...Tylko na tamtym śniegu ktoś wywalony twarzą do ziemi farbuje czerwono, obficie.
*
Szybki wyrzut ręką, niemal poziomy. I drugi raz, zaraz potem. I naraz, po sekundach, niedoliczonych w pośpiechu, huk rozpękających się złomów. Białe bryły zwalają się z lawiny na moczar, pył, wytrysk śnieżnobiałego pyłu bucha naraz i drży nad pozycją jak biała chorągiew kapitulacji.
Drży nieustannie jak srebrna mgła.
Przez tamto zbocze ośnieżone, którym ci dwaj prześlizgnęli się co dopiero, jednym rzutem przeskakuje teraz dziesięciu, dwudziestu, na wyprzódki. Który prędzej! Kto pierwszy! Niemcy mogliby ich kosić drużyna po drużynie. Ale Niemców już nie ma: uciekli przed wybuchem granatu.
Po gruzach rozbitego blokhauzu, po jakichś blachach, śladach obozowiska, wszystko pędzi dalej, przesadza śnieg, zbiega w dół, skokami na oślep. Byle gnać na karku samym Niemcom, nie dać im czasu na zatrzymanie się, na zajęcie pozycji.
Po chwili nie ma tu nikogo.
Z lewej i prawej strzały, pojedyncze, urywane, coraz dalsze.
Jakaś krótka seria broni maszynowej wyrwie się jeszcze, zaszczeka.
Jakieś echa odrzucą góry, rozpiętrzone białymi szczytami.
Aż powoli, niepostrzeżenie, wpełza tu wgłębieniami, jarami małymi, ukradkiem, chyłkiem — cisza. Słoneczna cisza górska — (słońce jest coraz wyżej, a niebo połyskliwie modre) — przejasna, wyiskrzona mrozem wielkich wyżyn. Paruje jakby z moczaru, w którym czernieją zapadliny świeże po butach żołnierskich, głębokie, wodą napływające. Rozpełza się z owego białego pyłu, na który eksplozja granatów zmełła zatwardły śnieg. Była tu przed wiekami i będzie po wiekach i wiekach w miliony takich samych rozsłonecznionych poranków. Chwila jedna zmąciła ją i spłoszyła jak ptaka, ale chwila ta już przeszła. Skończyła się. Nie wróci już.
Tylko jak ślad po owej chwili jednej, bieli się na wpół w śniegu, a na wpół opada w grząz lśniący, długi przedmiot: niemiecki cekaem.
Tylko dalej jeszcze znieruchomiało w tej ciszy wielkiej sześć ciał żołnierskich jak czyjś dziwny ślad.
I między tym martwym przedmiotem a tym, co przed godziną było ludźmi, rozsnuwa się powoli jakaś tajemna, ponadprzyrodzona więź. Coś odtąd łączy ze sobą, niewyrozumowanie a istotnie, to porzucone przez Niemców i to pozostawione przez Polaków. Krew polska i niemieckie żelazo leżą tak na wprost siebie, w owej obcej ciszy norweskiej, jak wieczna, po wsze czasy, nieprzyjaźń.