XVI

Samoloty wytrysnęły czarno znad tych gór białych w dalekości, jak krótkie, pierzaste strzały, puszczone z jednej cięciwy. Przeleciały ptakami czujnymi nad całym olbrzymim zboczem. Nie znały przeszkód. Wszystkie lasy, załomy, wzgórza przesadziły w jednym mgnieniu. Spłynęły, jakby zwalniając, nad roztocz narwickiego fiordu, którego rąbek, dostrzegalny stąd o tej porze dnia, barwi się najjaśniejszym z błękitów. I zawróciły znowu ku nim.

Wszystkie trzy drużyny plutonu pozapadały we wklęśliny ziemi.

Michałek rozkrawa nożem konserwę mięsną. Jest zmrożona i sucha. Wyciąga jakiś suchar chlebny i je, żując wytrwale i ważnie: rano, gdy zluzowano ich na tym wzgórzu i posłano naprzód, nie było czasu. Inni przypadli do ziemi jeszcze silniej. Plutonu jak nie ma. Widzą ich tamci czy nie widzą?

Ale tamci kołują teraz nad doliną przy Haakviku.

— Szukają nas, gdzieśmy byli — powiada któryś.

To prawda.

Od pierwszego z samolotów oddzielają się trzy białe błyski. Widać je dokładnie nad tym lasem brzozowym, który obściela stoki. I w powietrze górskie spływa głęboki ton wybuchów.

Jeszcze brzmią, a z tamtych samolotów sypie się cała plewa takich samych błysków. Huk zlewa się teraz, drga falą dalekiego drżenia, które ziemią dochodzi aż tutaj. Nad las w dole wzrasta kleisty, czerniawy dym. Pęcznieje jak wrzód ciemny, rozsadzany od środka.

— To tam, gdzieśmy stali przez tydzień...

Jasne, że tam. Zbombardowano odwody. Nic się nie udało ukryć w lesie. Jak oni wytropili, choć spóźnienie? Jak doszli?

— Widzi pan — powiada porucznik — na moich mapach było to wszystko oznaczone. Z opowieści ustnej, nawet gdyby się ktoś do nich przekradł, nie zdołaliby ustalić — gdzie. Z mapy — mogli.

Mówi to do Andrzeja poufnie, półgłosem. Andrzej patrzy w kierunku owych bomb. „Czy dom tamten dostał, czy dostał?” — wplata się niepokój. I naraz chwyta na sobie spojrzenie z ukosa Ziemiańskiego. Sierżant siedzi o kilkanaście kroków. Jak inni rozciął swoją konserwę i wyjada ją powoli kozikiem198, kawał po kawale. Nie oderwał się od tej roboty nawet na widok owych bombardowań. Pozierał tylko ku nim jak człowiek, co czegoś dogląda. Niezdziwiony i obojętny. Andrzej ma wrażenie, że równocześnie łapał na anteny najtajemniejszych podsłuchów, co tylko mówił porucznik.

Ziemiański naraz się ogląda.

Za nim, tak samo o kilkanaście kroków, położył się kapral Gruda. Wyciągnął się wygodnie do słońca, które jest już wysoko. Będzie chyba jedenasta. Wygrzewa się jak stary, mądry pies. Niby to nic nie widzi i nic nie słyszy. Niby to nawet nie patrzy.

Sierżant, bez żadnej widomej racji, przesiada się tak, że nie ma go za plecami.

Od słońca jest gorąco.

Ludzie porozkładali się w oczekiwaniu na rozkazy natarcia. Po prawej stronie, tam daleko w śniegach, posuwa się ono nagłymi rzutami naprzód lub zamiera na całe kwadranse nieruchomo, kiedy opór wczepia się w jakieś przeszkody. Po lewej, w lesie, nowo przybyłe kompanie batalionu klajstrują tamtą lukę nocną.

Ten i ów drzemie po prostu z twarzą wprost w słońce.

Andrzej odczuwa także trud dwóch nieprzespanych nocy, zmęczenie marszu i zmęczenie przed wszystkim dalszym. Opiera głowę na łokciu, policzkiem w mokrawy mech. Jak w twarz czyjąś bliską, twarz od łez mokrą. Jakieś przypomnienie niedalekie wiruje nad nim jak motyl barwny...

„Czy domu nie trafili? Czy był w nim kto?”.

I zapada z tą myślą razem w grząz szary, lepki, gęsty, grząz spracowany snu. Sen jest nierówny, gruzłowaty. Pływają w nim, jak kry w rzece na wiosnę, ułomki czegoś, co już było. Żółty dom i czyjaś drewniana trumna na płowym piachu haakvickiego cmentarza... Odnalazły się — „co za szczęście, a nie mówiłem, że się odnajdą?” — skradzione porucznikowi mapy, podklejone na niebieskim płótnie. Wisiały wraz z bielizną na sznurze przy domu; dlaczego nie widzieli ich przedtem? Przyniósł je sierżant Ziemiański — nie, Bodenheimer — jest w mundurze niemieckiego podoficera i ma rude włosy... „Dlaczego rude włosy? — zastanawia się męcząco we śnie. — Dlaczego Ziemiański ma rude włosy?”.

Ciecz snu robi się gęstsza i równiejsza. Wszystko rozprowadza się w niej powoli, rozgotowuje na płyn. Płyn kleisty i ciemny, jak dym po owych bombach w dolinie leśnej.

Połowa plutonu odsypia ostatnie załapane kwadranse w takim właśnie utrudzonym śnie.

*

Samoloty powróciły raz jeszcze i jednym rzędem obniżają się nad cały garb górski nad Ankenes, to olbrzymie, drgające ludźmi, jak punktami małymi, pole walki. Łoskot motorów wchłania w siebie strzały, wypryskujące krótkimi seriami broni maszynowej, gwizdem zbłąkanych kul.

Cały front idzie teraz naprzód.

Jedynie tam, gdzie jest owa leśna czapa, nasadzona na koniec garbu, gdzie wczorajszej nocy wykrwawiła się kompania Połubińskiego, zapadły naprzeciw siebie karabiny maszynowe tych i tamtych i wyszczekują się niemilknącym jazgotem.

Wszędzie indziej front ruszył. Idzie naprzód, wyżem samym garbu, w wielkim słońcu popołudnia.

— Panie kapitanie, plutony Lewickiego i Tracza są w Nyborgu!

Nyborg, Nyborg? Nikt w drużynach nie wie, gdzie jest Nyborg.

— Nyborg to jak Ankenes — wyjaśnia Banaś — nad fiordem. W dole samym. Nasi doszli do fiordu.

Słowo „fiord” wyjaśnia wszystko. Fiord jest metą, jest rajem, jest końcem. Dojść na całej linii do fiordu! Zepchnąć do fiordu Niemców!

Goniec urywkami opowiada.

Porucznik Lewicki dobił się tam jeszcze w nocy nad ranem, coś o drugiej. Zaraz po nim Tracz i Pogonowski. Trzy plutony naszej kompanii.

Pluton czwarty, który słucha, rozpaja się dumą oddziału.

— Dużoście ich natłukli?

— Ho ho, zobaczycie jak dojdziecie. Jeden kapitan niemiecki to przy sobie miał sztylet złoty. Cały złoty. Z orłem. A konserw tam, jedzenia, wszystkiego.

— Zatrute pewnie...

— Iii, co zatrute. Sami jedli. Dawali my ich jeńcom kosztować...

— A jeńcy co?

*

— Naprzód, naprzód! Kierunek: te skałki.

Pluton podrywa się dalej, przelatuje paręset metrów. Góra znowu rozfalowuje się w rozpadliny i jarki.

— Wziuu, wziuuu — prześwistuje kilka kul.

Padają. Skąd? Nie wiedzieć.

— Jakby z tyłu kto strzelał — zauważa Andrzej.

Kula przeszła mu gwizdem tuż, tuż. Pluton zasadza się. Czy nie wycofać? Oderwał się zanadto naprzód. Z boku ktoś idzie. „Żeby mieć tu szkła, dobre szkła”.

— Panie poruczniku; nasi, to nasi!

Wielkie wołanie ulgi. Z boku istotnie idzie cała ława naszej tyraliery. Zrówna się z nimi niebawem. Dzielić ich będzie tylko ten jar moczarowaty.

— Naprzód! Naprzód!

Żaden strzał nie pada. Nic. Musieli strzelać jacyś ostatni uciekający, w popłochu ucieczki... Myśleć nie czas. Pluton w rozpędzie biegu, waląc jeden przez drugiego, bez ociągań i pozostawań, wbiega na linie grzbietowe garbu, zaczyna zbiegać na stok.

— To jest ten taras.

Prawda. Są teraz na tarasie górskim, tym samym, z którego wtenczas łupiono do nich bezkarnie.

— Całe obozowisko niemieckie.

Istotnie. Wszystko pozostawione bezładnie. Koce, płachty namiotowe, konserwy, broń.

— Patrzcie, Narwik!

Narwik, miasto, o którym mówi się i myśli, dla którego to wszystko się dzieje, miasto, które dostrzegali chwilami w tamtej walce, z koty 405, teraz wyrasta na dole przed nimi, otwarte zupełnie. Widzieli je zawsze na tle gór, jak pierwszego dnia po owym marszu, lub na tle morza i ziemi, jak w tamtej walce dwudniowej. Teraz jest prawie całe okąpane morzem, bo patrzą na nie od gór. I jak w południa pogodne jest taka jasność pogodna wody, rozlanej szerokim rozlewem, błękit, który białość miasta ukrysztaloną w domy podnosi swym kontrastem. Węższa odnoga fiordu, która dzieli brzeg Ankenes i Nyborga od narwickiego portu, jest sina głęboką sinością górskich jezior, rozsiadłych w przepaściach.

— Narwik, Narwik!

Zmęczenie opada na widok, jaki otwiera się przestronnie przed tymi ludźmi, którym w długie godziny walki jedynym horyzontem była kępa niewielka, drzewinka mała, wykrot lichy, skiba199 ziemi. Teraz świat się przed nimi otwiera jak kwiat, w nagrodę z owym miastem, morzem, wstęgą gór białych na dalekim widnokręgu. Oczy syci cała białość miejska, z pustkowi tych tak wypragniona, niebieskość nieba i morza bezmierna przestrzeń.

Oko opada niżej.

Niżej to stok garbu, już ten, który schodzi do Ankenes. Jest i Ankenes! Teraz dopiero widać domki o dachach, które się zapadły, o ścianach urwanych w połowie jak tasakiem kucharskim. Coś, co było może składem, a może szkołą, jakiś dom większy, żarzy się jeszcze niedopaleniami. To po wczorajszych armatach. Wyrwy ogromne, jak ślady potworów, rudzieją na białej szosie, na zielonawej łące, na bruku rynku.

Między nimi na tym garbie a owym miasteczkiem, nad samym fiordem, jest jeszcze kilkaset metrów, kilometr chyba stoku. I otóż ten stok jest jednym wielkim brzozowym lasem, rozchwianym zielonością majową, przeogromną, jak samo zwycięstwo. Po tym lesie może przemykają się z lękiem ostatni Niemcy, może zamierają w bólu ranni, którym nikt pomocy nie niesie. Ale las wyzielenia się nad to wszystko najpiękniejszą barwą młodej, budzącej się w świecie, nadziei.

Z półwyspu narwickiego za morzem i z owego lasu na końcu samym garbu dolatują wciąż jeszcze strzały.

*

Poderwali się i biegną owym lasem, było nie było, w trzecim kolejnym szturmie. Wybiegali tak i padali, przesiani ogniem maszynowym.

— Oni te erkaemy mają już wstrzelane — stwierdza Płużański.

— Najgorszy odcinek!

Płużański leży przy zabitym, który musiał tu paść jeszcze w nocy, nim oni weszli w akcję. Przedtem też przypadł przy zabitym. Jedyna myśl: trzymać drużynę w garści, żeby się nie rozbiegła po tych krzakach i jarach, nie pogubiła w lesie. Jak tamci w nocy. Nie puścić!

Poderwanie nowe.

Byle dosięgnąć wykrotu.

— Widzisz tam co? — pyta Nowaka.

Nowak jest sympatycznym młodym Pomorzaninem, synem gajowego z Tucholi200. Harcerz. Wyczołguje się. Nie ma go. Wraca.

— Schodzą, uciekają w dół!

Nikt się nie rusza. Nowa zasadzka? Mają dosyć. Ale po linii, za drzewami, tamten pluton poczyna biec.

Podrywają się jeszcze. Nic.

Biegną, biegną jednym biegiem, długim, nieregulaminowym. Skarpa niemieckich pozycji milczy. Czy przemówi w ostatniej chwili? Nie. Wbiegają. Nieład porzuconego obozowiska. Dwa trupy przykryte płachtą. Nikogo.

— Mogą być miny. Uwaga!

Kompania, w nagłym odprężeniu nerwów, wybiega na stok. Wyrasta rzędem ludzi nad ostatni niezajęty dotąd szczyt. Ma pod samymi nogami Ankenes, ma nisko przed sobą Narwik...

— Pak-pak-pak-pak — rozstrzeliwa się ogień najzajadlejszy.

Pospadali w dół!

To z portu narwickiego niemieckie cekaemy zagrały na widok Podhalan na swe własne niedawno pozycje.

Powczołgiwali się w jarki. Kule pękają po wierzchołkach drzew. Co im z tego? Swoje zdobyli. Narwik niech biorą inni.

— O, patrzcie się, odpływają!

— Gdzie?

— O, tam, panie podchorąży, tam! Na te kutry siedli i wyrywają do Narwiku.

Płużański podsuwa się. Istotnie. Na morze wypływa wielka barka norweska, pełna żołnierzy feldgrau. Z dołu widać dokładnie jak na stole. Odpływa i świeci plamą jasną na ciemnozielonej toni.

Płużańskiego aż poderwało. Rozgląda się. Barka jest coraz dalej. Nie widzi skądby. Jest!

U owej pozycji wypiętrza się komin skalny jak w Strążyskiej201 w Tatrach. Komin skalny, skałka nadstrzępiona, porwana w głazy. Jedno spojrzenie uważne, szybkie, góralskie. Płużański poczyna się wdrapywać. Wczepia wielkimi łapami w każdy występ i podciąga ciało w górę. Buciory obślizgują się niezdarnie. Są pełne błota.

— Co pan robi, panie podchorąży?

Z pasją malarską, chłopską, bez słowa niepotrzebnego, Płużański, odpadłszy od ściany kamiennej, ściąga na trawie buty. Kule pękają nad skałką. Odwija z czerwonych stóp onuce. Teraz poczyna na nowo piąć się rękami wielkimi, uchwytami tych nóg czerwonych po ciemnej skałce. Jest!

— Erkaem!

Nie rozumieją w pierwszej chwili, osłupiali tym wszystkim. Aż podskakują z erkaemem.

— Prędzej, odpłyną — jęczy na górze Płużański. — Na pasie wciągajcie, na pasie!

Trzeba pasa, pasa. Jest pas! Koniec zarzuca się Płużańskiemu — uchwycił, koniec drugi — cztery pasy spięte tu w jeden — owiązuje erkaem przy samym zamku. Chwila i broń, kołysząc się w powietrzu, jedzie do góry.

— Tłumik poobijacie! — ryczy celowniczy.

— Odpłyną, gówniarzu, odpłyną! — wścieka się u góry Płużański.

Jest. Jeszcze ładownik. Drugi. Trzeci. Podchorąży zgarnia je na tej skałce pod siebie łapczywie — inaczej jeszcze zlecą. Trzask zakładania.

— Już!

Boi się, boi się popatrzeć na morze. Może już dobijają przy tym guzdraniu piekielnym? Nie. Barka jedna i druga są na fiordzie, w połowie drogi do portu. Śmiech, nerwowy śmiech złej radości.

— Bryz!

Erkaem rozdygotał się pierwszą serią puszczoną w dół.

Płużański leży na skale wysuniętej, zawisł nad morzem prawie. Seria poszła w dół, ponad wierzchołki brzóz obrastające stok, wprost w morze. Dosłownie w morze. Z wysoka woda fiordu nie jest jasnobłękitna, jak gdy się ją widziało z daleka, a tylko ciemnozielona. W ten szmaragd, na którym drewniana płaskość barki lśni celem widocznym, posłał oto andante202 swego koncertu.

I patrzy.

W prawo od barki wykwitły na ciemnej wodzie białe wytryski.

Poszło w bok.

Przykłada jeszcze raz. Na pierwszej barce widać z góry jakby nerwowy pośpiech. Ale on, teraz, nie śpieszy się jak przedtem. Ma barkę przed oczami czy raczej pod oczami i wie, że potrzeba jej zbyt wiele czasu na przebycie całej drogi.

— Bryz!

Jeszcze nie. To nic: bliżej. Ciągle zanadto w prawo, ale to wszystko nic. Nie ma siły ludzkiej i niebieskiej, która by mu tę barkę wydarła z rąk.

— Bryz!

Na wodzie tym razem nie wytrysł żaden biały ślad kul. Wszystkie poszły w łódkę, prosto w łódkę. Widać wyraźnie śmiertelny popłoch na barce. Są przecież naprawdę jak na dłoni. Nie ujdą, nie mogą.

I teraz erkaem, zwieszony ze skały, rozszala się istnym ujadaniem, które zlatuje tam ołowiem, kąsa, zabija, kładzie. Wielkie łapy Płużańskiego obciskają go i prowadzą, jak się prowadzi maszynę, która ściegami jakimiś pokrywa tkanie, materiał czy blachę. Erkaem rozsiewa kule po całej barce, przesuwa się od jej przodu do steru, smaga pokład w szerokość i powraca na ślad świeży swego przechodu. Jacyś ludzie odrywają się i skaczą: jedni prawdziwie sportowo, nurkiem gładkim. Ci odbijają daleko i widać potem, jak płyną równo. Inni padają niezgrabnie, a potem szamocą się w wodzie, bezradni jak muchy w lepie.

Druga barka jakby namyślała się czy chciała zawrócić.

Nikt nie miał się o tym dowiedzieć więcej. Pierwsza seria puszczona spadła wprost na jej pokład. Tylko przerwa nakładania nowego — to czwarty chyba? — ładownika i erkaem gra na nowo swym maszynowym graniem. Jest to kośba203, istna kośba ludzka, na środku tej wody, mordercza, techniczna. Płużański, przechylony, nie widzi nic. Erkaem w jego ręku wali pełnym spustem. Zagłusza wszystko. Nawet kule tamtych.

— Uwaga, walą w was — ktoś woła.

Istotnie. Ogień niemiecki z tamtej strony, z portu narwickiego, szukał długo po brzegach i stokach owego zdradzieckiego erkaemu. Nietrudno go było znaleźć, choć mundur jest ciemny jak sama skała. Ogień ciągły naprowadził na trop. Kule rykoszetami odpadają teraz od skałki. Trzeba się odsunąć.

— Kryjcie się, panie podchorąży!

— Jeszcze ich, jeszcze ich — zaciska zęby w pasji radosnej Płużański.

Wydaje mu się, że jest lotnikiem i że z lotu widzi to wszystko pod sobą, z lotu, z góry, rżnie po nich, salwa za salwą. Radość, radość, radość. Co znaczy to wszystko, te gwizdy ostrzegawczo przeciągłe, to łupanie kul w skałę, wobec tej radości przeogromnej, przestrasznej radości wojennej!

Nowy ładownik. Podnosi głowę. Wiatr leci od gór i fiordu, wiatr morski i górski zarazem. Swój prawie wiatr: tatrzański. W tej radości niezmiernej, w tej chwili nad wszystkie pięknej i tego mu więc nie zbrakło.

— Bryz! Bryz! Bryz!

Nowy paroksyzm morderczy po tych, co rzucili się z barek do wody, po barce drugiej, która przełamuje się jakby wpół, po tym obcym morzu. Mógłby strzelać ku portowi. Nie warto. Nie raczy. Wyszukuje, wytrapia pływających, wstukuje w nich serie. Wyławia, by posłać na dno.

Naraz ścieg rozświegotany opryskuje sam szczyt. Aż kamienie odleciały w górę.

Drugi i trzeci ścieg. To dwa inne cekaemy przyłączyły się do tego pierwszego. Włupują twardym świergotem w kamień skały, w ciało człowieka. Wdziobują się z pasją od tamtej nie mniejszą: długo szukały, nim wreszcie znalazły.

— Podchorąży ranny — woła ktoś na dole.

Nie. Podchorąży nie jest ranny. Tylko głowa, grzbiet nachylony, piersi, wszystko to jest poprzeszywane kulami, posztyletowane po wielekroć i na przestrzał. Cekaemy to naprawdę wspaniała broń. Nie było czasu na nic. Nawet na ból. Kiedyś, gdy zdejmą ciało Płużańskiego z tej skały, jak cokół pomnika wyrosłej, będzie ono wykrwawione do cna, z hełmem wczepionym w kość czaszki i podziurawionym wraz z nią, jakby wbitymi i wyjętymi potem czyjąś ręką litosną gwoździami. Będzie go trzeba ściągać, bo sam nie zleciał. Zanadto był góralem. Zmarł na tej skale wysokiej jak ptak górski na gnieździe. Nie spadł.

Tylko naraz ze zgrzytem żelaza o piarg204 obsunął się karabin maszynowy, z rąk niepotrzebnych wypadły. Przekreślił powietrze czarnym przelotem i gruchnął w dole o kamienie jak rozbity na zawsze przedmiot. Jak skrzypce, na których ktoś wydźwięcza ostatnią swoją pieśń i na których nie zagra nikt więcej.

*

Taka była śmierć narwicka Mieczysława Płużańskiego, górala i malarza.

Podchorążego z Coëtquidan.