Geszer
Tel Josef, secesja sprzed lat z Ain Charothu, swe dwa białe bloki nowoczesnego „dziecińca” wznosząca na wprost tamtego kibucu, Beth Alfa skulona swymi niskimi domami pod masywem gór Gilboa były już za nami w następnych dniach. Koleją dosięgliśmy samego dna rozpadliny, którą Jordan spływa do Morza Martwego. Wpadliśmy w nią parnego, dusznego wieczoru, gdy z daleka huczały turbiny palestyńskiego Dnieprostroju, centrali elektrycznej Rutenberga. Noc spędziliśmy w kwucy Geszer. Istnieje stosunkowo dawno, ale jej domy to baraki, gdzie nocą prócz moskitów dokuczają i mniej egzotyczne insekty, gdzie bieda w tych „tłustych latach” biblijnego kraju nie ograniczyła tylko jednej rzeczy: pożywienia. Ludzie tu tylko tyle, że nie głodują.
Geszer ma tysiąc dunamów gruntu, położonych tuż przy samej kwucy, ale Geszer leży już poza Emekiem, jego grunty wspinają się po zboczach wzgórz nadjordańskich, jednych z najbardziej pustynnych chyba wzgórz na świecie. Z tych tysiąca dunamów pod uprawą — i to po jakich trudach! — jest dziś zaledwie dwieście pięćdziesiąt. Inwentarza jest bardzo, bardzo mało. Nie ma tak rozbudowanego gospodarstwa mlecznego jak w kibucach Emeku; przede wszystkim warunki do chowu bydła są tu słabsze niż na podgórskich halach Emek Izraela, a dalej brak większych rynków zbytu. O krok stąd rozpoczyna się pustynna dziś zupełnie Transjordania.
Chwycono się więc jeszcze jednej gałęzi palestyńskiego rolnictwa: bananów. Żeby się odratować, zasadzono ich od razu aż pięćdziesiąt dunamów. Ale klątwa nieurodzaju, jaka od trzech lat prześladuje Geszer i okolicę, nie ominęła bananów: zwarzyły je zimna i spaliło słońce. To spalone pole wyschłych, nędznych badyli mijają robotnicy Geszer, jak się mija cmentarz: leży tu zaprzepaszczonych 2500 funtów.
Banany dobiły kwucę. Jej zadłużenie sięga 5000 funtów. Zalegają od dawna, zalegają w sposób niepokojący spłaty pięcioletnie za maszyny rolnicze. Komornicy angielscy nie są nastawieni na celowe niszczenie rolnika — polityki ochraniania rolnictwa nie uważa się tu za nadzwyczajną, ad hoc i o trzy lata za późno uchwaloną łaskę — ale przecież i to wisi nad kwucą.
Klęska. Kryzys. Krach.
Ale ludzie, żeby przejść do Geszer nad Jordanem, porzucili Siedmiogród i Małopolskę, przebyli tysiąc trudów i przewartowali tysiąc i niejedną noc w obawie, czy na ich baraki i namioty nie zwali się napad beduiński. Z 12 założycieli kwuca rozrosła się ponad normalne rozmiary kwucy: liczy 140 dorosłych i 32 dzieci. Ludzie ci radzili i radzili. Dostali od rotszyldowskiej PJCA obszar gruntu 3000. Położony dalej od kwucy był jednak, jak się zdawało, dobrym terenem pracy. I to zawiodło; rozpoczęły się o warunki dzierżawy, o kwestie polityczne i gospodarcze ciągłe zatargi z PJCA. Co gorsza, nieurodzaj nie oszczędził i rotszyldowskich gruntów. Popróbowano uprawy pomarańcz i winogron. Sto dziesięć dunamów pardesu stanowi pewną pozycję dodatnią w opłakanym budżecie Geszeru. Ale pozycję bardzo, bardzo małą.
Jeżeli Geszer się utrzymał, jeżeli Geszer utrzymuje się nadal, to stało się to dzięki systemowi pracy, który podratował i wyprowadził „na swoje” niejeden nędzarski kibuc: tylko pół kilometra i most na Jordanie dzieli Geszer od miejsca, gdzie stanęła stacja Rutenberga, z siły spiętrzonych wód Jordanu i jego dopływu wydobywająca elektryczną energię. Przy budowie tej stacji, przy jej powiększaniu i przy pracy w niej, już pod dachem, trzeba było dużo robotników. Kapitalistyczny sąsiad podratował kolektywistów. Przez pięć lat budowy stacji pracowało tam czterdziestu-pięćdziesięciu ludzi. Dziś jeszcze pracuje tam piętnastu. Niekwalifikowany nawet robotnik, tylko po pewnej początkowej praktyce w stacji, zarabiał i zarabia dziś jeszcze piętnaście złotych dziennie. Kibucnicy z Geszeru, podobnie jak to czyni wielu ich towarzyszy spod Hajfy, posyłali część ludzi na roboty do Rutenberga. Druga część przez ten czas budowała Geszer i gospodarzyła. Zarobek robotniczej części Geszeru szedł na potrzeby wspólne i potrzeby kwucy. Jak obliczają, w ciągu tych pięciu lat pracy wpłynęło z tego źródła ze dwadzieścia tysięcy funtów.
Geszer to byli niegdyś ludzie skrajnej, podobno, lewicy. PJCA — te informacje mam zresztą od nich samych, mogą więc nie być obiektywne — dawszy im ziemie, wojuje z nimi na tle ich formy kolektywnej. „Bądźcie moszawem, jakoś się ułożymy”. Ale kwuca z Geszer jest zżytą, zgraną kompanią. Wspólnie odpierali napady arabskie z Transjordanii, zbyt długo na tych kresach Palestyny żydowskiej żyli tak, jak się żyło na stanicach polskich kresowych czasu Tatarów. I zbyt długo biedzili się wspólnie nad opłakanym stanem finansów kwucy. Nie chcą być moszawem, nie chcą na drobne rozprószyć swe wspólne istnienie56.
W kolektywnym wysiłku kwuca pokazuje też rotszyldowskiej PJCA zęby. Próżno jej tłumaczą, że z tymi pieniędzmi, które miała, z tymi dwudziestoma siedmioma około tysiącami funtów każda inna niekolektywna osada zrobiłaby bądź co bądź więcej, lepiej i — oszczędniej. Może to być prawda, jest niewątpliwie prawda, ale oni wolą tak. Dało to im więcej moralnej satysfakcji. Dało im to takie wspomnienie, jakie daje czasem front, pułk, pozycja. Dało, czego nie da moszaw.
Jednocześnie gdy w oczach ludzi z Geszer PJCA wyrastała niemal na wroga, na wielkie bloki fabryczne, jakie rosły im pod bokiem, kibucnicy patrzyli nie jak na kapitalistycznego zbója, ale jak na największego przyjaciela. Stacja Rutenberga — największy kapitalistyczny, przemysłowy kolos Palestyny — i biedny, lewicowy kolektyw.