Sabry Ain Charothu
A jednak monotonne w całym swoim porządkowym, prostolinijnym, ekonomicznym, nierozrzutnym pięknie są te wszystkie kibuce. Mówiłem to sobie, wychodząc tego samego jeszcze dnia (szliśmy jednak szybko, a osady nie są bardzo od siebie oddalone) z Gewy, gdzie brzmiała mowa rosyjska i niemiecka i gdzie w bibliotece wiejskiego kolektywu mogłem przewertować kilka najbardziej lapidarnych dla mnie, najbardziej w swych złowróżbnych dla naszej kultury porównaniach-proroctwach uderzających stron wielkiego dzieła Oswalda Spenglera48. Wzorowe gospodarstwa drobiowe, chromające mimo wysiłków tych ludzi zbożowe, ludzie młodzi i młodo wyglądający, dzieci. Przypomniało mi się, co mi powiedział Buchner, gdym go poznał i mówił z nim o kibucach:
— Szkoda, żem pana nie spotkał w zeszłym tygodniu, byłbym pana zawiózł do nas, pod Hederę. U nas wtedy było wielkie święto, wszyscy się bawili cały dzień...
— A dlaczego?
— Urodziło się dziecko.
Przypomina mi się to, bo Buchner pokazuje mi właśnie bloki Ain Charoth: z lekkiego skłonu góry zbiegają w sześciu liniach białe dachy niewielkich domów, niżej folwark, a u szczytu spinają jakby to wszystko dwa duże, o nowoczesnych liniach budowy gmachy i nieco niżej, między tymi dwoma, jeszcze większy trzeci. Jest niesłychany kontrast między tymi corbusierowskimi49 liniami paropiętrowych gmaszysk a dzikim jeszcze krajobrazem okolicy. Otóż dwa podobne sobie domy to domy dla dzieci, gdzie mieszkają one „z dala od rodziców”, jak mówiono w Histadruth Haowdim. Blok między nimi to jadalnia.
Merhawia to była skolektywizowana później osada. Ain Charoth, nim stał się kibucem, był tylko bagnem, Ain Charoth jest rasowym, pełnokrwistym kibucem. Salutuję50 w nim pierwszy rolniczy kolektyw spotkany na mej drodze życia, nowy typ osady rolniczej. Co mi powie? Co mi jego ludzie powiedzą?
Do Jonaja, sekretarza kibucu, do którego nas skierowano, idziemy uliczkami wśród parterowych, niezbyt dużych, a licznych domków, które przedzielają ogródkowe skwerki. Uśmiecham się do myśli, jaka mi właśnie przyszła do głowy. Buchner pyta, dlaczego.
— Widzi pan, ten widok przypomina mi, wie pan co? Coś tak „staromodnego”, jak to jest „nowoczesne”: uliczkę wśród domków pustelniczych zakonu kamedułów na Bielanach krakowskich. Jeden ze starych ascetycznych zakonów katolickich — i żydowski kolektyw.
Buchner się nie uśmiecha. Buchner mówi, mówi całkiem poważnie:
— Nawet pan nie wie, jak wiele jest tu podobieństwa...
Jonaj jest typowym robociarzem: ciężki, barczysty typ, poważny, mówiący raczej powoli, z dużym namysłem. Jest bodaj trzeci rok z rzędu „funkcjonariuszem” kibucu. Wielką machinę kolektywu, gdzie dużo znajdzie się ludzi z dyplomami, prowadzi tak, jak się prowadzi traktor, czołg. Wziął w rękę rosyjską, robotniczą czapkę, taką samą, jaką mnie51 w dłoni Lenin gestem wiecowego trybuna na znanych z lat rewolucji fotografiach. Demonstruje pługi i siewniki. Oprowadza po długiej, jak hala maszyn, oborze. Aż z folwarku przechodzimy ku położonej wyżej „części mieszkalnej” Ain Charoth.
Kubiczny52 gmach, zawierający kuchnię i jadalnię, posiada salę wielką, robiącą wrażenie sali jakiegoś nowoczesnego sanatorium. Czystość ścian i stołów, rząd okien wychodzących na pogodne stoki gór Gilboa, gdzie padł pierwszy król żydowski, wywoływały może to wrażenie. Był podwieczorek, zasiedliśmy więc przy herbacie. Jonaj odpowiadał na pytania stawiane mu za pośrednictwem Buchnera.
I znowu:
Od pięciu lat gospodarstwo zbożowe 8000 dunamów niemal nie przynosi dochodu. Kibuc stoi głównie hodowlą drobiu, zbytem do Tel Awiwu. Ale ma się, co sam widzę, doskonale.
Jako ciężary podatkowe płaci kibuc stały podatek roczny 250 funtów rocznie za ziemię (800 hektarów) i 50 funtów za budynki. Tych ostatnich jest czterdzieści kilka. Nadto płaci podatek z gospodarstwa zbożowego — 130 funtów rocznie.
W kibucu żyje 120 rodzin, 180 dzieci, około 30 nieżonatych i 14 „starych” — sprowadzonych z diaspory... Mają rytualną kuchnię, zbudowano dla nich nawet bóżnicę...
W tym miejscu przerywam:
— A wy tutaj nie chodzicie do bóżnicy?
Buchner odpowiada od siebie, że przecież mówił mi już, że kibucnicy są niewierzący, a Jonaj pośpiesza z resztką swego rosyjskiego:
— Jest takich paru, co chodzą... Dwóch, trzech...
— A wy — pytam Jonaja — jesteście religijni?
Jonaj uśmiecha się szeroko, pogodnym uśmiechem. A przecież to nie jest ten uśmiech, z jakim na modlącego się żyda patrzył chaluc z „Dacii”. Odpowiada po hebrajsku, że nie. Teraz nie. Niemniej kiedyś, jak się zestarzeje, kto wie...
*
Poznałem nauczycielkę z Polski, która od kilkunastu miesięcy jest tu z małą córeczką. Pokazała mi wszystkie nowoczesne urządzenia dwóch wielkich dziecinnych domów. Nie wiem, czy czułbym się dobrze w czymś takim, to jednak przypomina i szpital, i ochronkę zarazem. Ale bawiące się tam dzieci czuły się dobrze. Było ich zresztą w pokojach mało. Z balkonu widzieliśmy, jak na folwarku na kilkunastu koniach, tylko co odprzężonych od pługów, jeżdżą, podtrzymywane dłonią przez rodziców, paroletnie pociechy. Tu, jak wczoraj w Merhawii, wszystkie dzieci od chwili skończenia pracy w polu bawiły się z rodzicami.
Buchner, jako pedagog, podszedł do paru i w jednym momencie mieliśmy wokoło nas całą bandę dzieciaków. Garnęło się to z dziwną ufnością. Dziwiło, dlaczego nie zostaniemy tu na stałe? Po cośmy więc przyszli?
Jeszcze długo rozmawiałem z nimi i z wychowawcami. Podchodzili rodzice. Oni, wychowawczynie w białych kitlach i ja, polski dziennikarz, byliśmy tak razem nachyleni nad niesforną, ciekawską bandą główek, bandą, dla której wybudowano tu najlepsze domy, dla której oddano to, co kibuc miał najlepszego. Aby chować, aby hodować.
Dzieci te urodzone już były w Palestynie, nie na wygnaniu. Dla nich pogrom w Płoskirowie53 i wypadki niemieckie będą już historią, będą tym, czym dla nas są Kroże54, a dla naszych dzieci będzie Radzymin55. Potocznie dzieci urodzone w Palestynie nazywa się tu sabry — od nazwy polnego, zwykłego w tym kraju krzewu.
Sabry Ain Charotha, żywe i wesołe, odprowadziły nas ukłonami, gdy na drugi dzień poszliśmy Emekiem dalej. Pomyślałem jeszcze o nędznych, słabowitych, wrzaskliwych i cherlawych dzieciach naszego getta. Gdyby można zestawić takich dwoje — synów jednego i tego samego narodu, tak postawić po prostu obok siebie i pokazać ludziom — może by się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania a światem odnalezienia ojczyzny.