Pieszo przez Emek Izrael
Nazajutrz wczas44 opuściliśmy Merhawię oprowadzeni jeszcze przez niezmiernie uczynnego Prajego po leżącym niedaleko centralnym szpitalu Emeku, czystym i nowym, jak wszystkie tu tego rodzaje budowle. Mimo bardzo specjalnego ubrania na tę kilkudniową wycieczkę, upał już wkrótce zaczął nam silnie dopiekać. Droga zeszła z podgórza, na którym już leży Merhawia, do samej doliny, szła linią, gdzie niegdyś, to znaczy dziewięć czy jedenaście lat temu, biegła oś najgłębszych bagien, a dziś spływają dreny z leżących po obu stronach pól. W kilku miejscach młode gaje eukaliptusów, z wąskimi, przypominającymi brzozowe, liśćmi; to w miejscach, dokąd zepchnięto resztki błot, zasadzono te drzewa znakomicie wyciągające wilgoć. Wokoło spokojne, zwyczajne sobie pola, o marnym dosyć zbożu, obsiane przeważnie pszenicą i jęczmieniem, rzadziej obsadzone kartoflami. Łąki. Gorąco. Mijamy trójjęzyczny anglo-arabsko-żydowski napis wskazujący, że w miejscu, na którym stoimy, znajdujemy się już na poziomie morza, a o parę kroków w głąb Emeku i w głąb kraju dalej ku Jordanowi i kotlinie Morza Martwego zstąpimy niżej tego poziomu. W Geszer będziemy na samym dnie: około dwustu metrów niżej poziomu morza. Geszer jest nie kibucem, lecz kwucą. Buchner precyzuje mi różnice między tymi dwoma pojęciami:
I kibuc, i kwuca są kolektywami. Różnica ich polega jednak na tym, że kwuca jest małym, zamkniętym kolektywem. Ukonstytuowała się ostatecznie w małej kompanii i nie przyjmuje już więcej nikogo do swego grona. Natomiast kibuc jest kolektywem licznym, prawie jak nasze wsie, po kilkaset czasem osób. Oczywiście bywają i mniejsze: taka Merhawia na przykład. Obok tego kibuc jest formacją niezamkniętą: nadal przyjmuje nowych ludzi do swego grona.
Kibuc czy kwuca mają zasadniczo ten sam ustrój, modyfikowany jedynie miejscowymi zwyczajami i potrzebami. Przede wszystkim władzą kibucu jest zgromadzenie ludowe wszystkich jego członków. Odbywają się one stosunkowo często, w każdym razie, gdy tylko istnieje potrzeba jakiejś ważniejszej decyzji. Raz do roku wybiera się „funkcjonariuszy”. (Zauważyłem, że już wczoraj w Merhawii podkreślano mi bardzo skwapliwie, że nie ma w kibucu żadnych „urzędników”, żadnej „władzy”, są tylko „funkcjonariusze”). Stanowią oni zazwyczaj ciało kolegialne, mają i własne funkcje. Główną figurą jest ekonom zarządzający całokształtem spraw gospodarczych, sekretarz, którego zadaniem jest utrzymanie kontaktu ze światem, załatwianie spraw „polityki zagranicznej” kibucu, dalej skarbnik (ta funkcja, zwykle czysto buchalteryjna, łączona jest nieraz z funkcją ekonoma). Do tego dochodzi dwóch ludzi, których zadaniem jest rozkładanie godzin pracy na poszczególne gałęzie gospodarcze i przydzielanie kibucników do tych robót. Osobno od tego wszystkiego stoi tzw. sołtys, który reprezentuje na terenie kibucu władzę gminną, czynnik administracyjny, już podporządkowany władzom krajowym.
Wczorajsze rozmowy z kibucnikami i obecna z Buchnerem zlewają się, gdy tak idziemy polną piaszczystą drogą, w jedną całość.
Co się tyczy kibuców jako jednostek, to ich powiązanie jest różne. Są teorie, by kibuc był zupełnie samowolny, z innymi kibucami niezwiązany, a przynajmniej żadnym węzłem podporządkowania. Są inne, wedle których kibuc jest tylko jedną komórką ogólnego, krajowego, kolektywu... Na ogół wszystkie nowsze kibuce są ściślej ze sobą związane. I wszystkie w ten czy inny sposób związane z pewną partią polityczną. Kibuców Haszomer Hazair jest pięć-siedem — mówi Buchner. Związane są w kibuc-arcy, kibuc krajowy, z radą oraz z władzą wykonawczą z siedmiu członków. Są to tzw. kibuce szomrowe, od nazwy wchodzącej w skład miana partii Haszomer Hazair („ha” stanowi hebrajski rodzajnik), a oznaczającej strażników, oczywiście strażników odzyskanego kraju.
Olbrzymia większość kibuców znajduje się jednak pod wpływami Robotniczej Partii Palestyny (socjaliści należący do Drugiej Międzynarodówki45) władającej Histadruthem Haowdim. Są to tzw. kibuce chalucowe. Powiązane są ze sobą w sposób daleko ciaśniejszy niż kibuce szomrowe. Łączą się w jednym kibuc hamuschad (kibuc zjednoczony). Jeśli u szomrów członek zostaje najpierw członkiem danego kibucu, a w następstwie tego dopiero członkiem kibuc-arcy, to tu rzecz ma się zupełnie odwrotnie: najpierw jest się członkiem kibuc hamuschad, a potem dopiero otrzymuje się przydział do jakiegoś kibucu. Przydział w miarę zapotrzebowania sił w danej okolicy. Co do kwuc, to i one poszły na wytworzenie pewnych wspólnych organizacji. Taką jest zrzeszenie kwuc hewra hakwuzoth. Wszystkie te ponadkolektywne organizacje mają przede wszystkim znaczenie jako wzajemna pomoc należących do nich osiedli.
W polu nie ma prawie wcale ludzi wobec upału i wobec szabatu. Koło południa, minąwszy kilka mniej ciekawych osad kibucowych, doszliśmy do Kfar Jechezkiel, ślicznej, rozległej osady, której niewielkie domy o czerwonych dachach toną już, jak pod Tel Awiwem, w zieleni pomarańczowego sadu. Kfar Jechezkiel jest moszawem, innym jeszcze typem osiedla rolnego. Moszaw — moschaw of dim, osiedla pracujących — jest formą pośrednią między gospodarką prywatną a kolektywną. Osiedli tu osadnicy, którym brak kapitału lub przekonania socjalne nie pozwalały na stworzenie kolonii prywatnych tego rodzaju, jakimi są np. kolonie Petach Tikwy. Moszawy opierają się na następujących zasadach:
— każdy osadnik jest wyłącznym właścicielem swej działki gruntowej, oddanej mu przez Keren Kayemet. Nie może jej jednak sprzedać po cenie innej, niż ją sam nabył od Keren Kayemetu, ani osobie, na którą tenże się nie zgodzi. Nie wolno mu również używać pracy najemnej;
— wspólna jest gospodarka zbożowa (zaoranie, zasianie, plony) i co do niej decydują władze moszawu, wybrane przez zgromadzenie jego członków. Natomiast pardes, winnica, obora, hodowla bydła i drobiu są indywidualne, tak samo jak zyski, jakie przynosi kolektywna uprawa zbóż.
To pojęcie moszawu powtarzam sobie właśnie, gdy wchodzimy na chybił trafił do jednej z chat osiedla. „Chata” ma kilka czyściutkich pokoi, przyjmują nas dzieci, oczywiście znające już tylko język hebrajski. W salonie, w którym się znajdujemy, uderza mnie widok wielkiego jakiegoś ni to mebla, ni to pudła. Myślałem zrazu, że jakiegoś dziwnego rodzaju fortepian, okazało się, że po prostu... inkubator. Hodowla drobiu i w moszawie popłaca. Mówi nam to już młody, ogorzały po arabsku gospodarz, którego przywołały dzieci. I on jest z Polski, z Tarnowa. Wyjechał jednak jeszcze w 1913 roku, toteż z polskiego przechodzi chętniej na niemiecki, mocno zaprawiony jidyszem, ale i w tym idzie niesporo. Wreszcie towarzysz Buchner staje się tłumaczem. To jednak, co opowiada, nie jest zbyt interesujące. Mówi o kłopotach gospodarczych — och, bardzo małych — mówi i o spodziewanym urodzaju zbożowym, którego Emek oczekuje, jak tylko być może. Ma troje dzieci. Bawią się oto przy nas. Znowu uderza mnie to, co uderzyło w Merhawii, te płowe, niewytłumaczalnie słowiańskie główki i niemal nordycki typ twarzy, oczu, rysów dzieci. I znowu uderza jeszcze to, że i mój gospodarz, i jego młoda żona, która tymczasem weszła i zatrzymuje nas na obiad, również ma inny typ niż typy dziś jeszcze spotykanych ich rodaków z Tarnowa... Ale nie można powiedzieć, by był to typ nieżydowski. Przeciwnie: jest żydowski. Jest żydowski, nie jest gettowski. Może leży tu cała różnica, jaka istnieje między człowiekiem silnym i pewnym siebie a człowiekiem słabym, zestrachanym. Nieraz nawet w arogancji tych ludzi u nas znać jakby — przynajmniej mnie się tak wydaje — jakąś fałszywą nutę, coś urobionego, coś nienaturalnego. Nic podobnego u tych hebrajskich chłopów.
Bratanek mego gospodarza, młody chłopak niedawno z Polski przybyły, poczyna sekundować Buchnerowi, niestrudzonemu tłumaczowi. Dowiaduję się, że mój gospodarz pracował niegdyś w kibucu i stąd przeszedł do moszawu. Dlaczego? Tłumaczy mi to on sam. Oto w kibucu nie mógł znieść, że nic nie jest jego własnością. Zbyt silnie odczuwał fakt, że jeżeli po latach dwudziestu np. odejdzie z kibucu, to w takim razie mimo pracy całego życia, jaką weń włożył, odejdzie z pustymi rękoma. „A tak na końcu życia nic nie mieć, niczego się nie dorobić, to ciężko przecież”.
Towarzysz Buchner, szczery kolektywista, kręci się na kanapce jak diabełek pokropiony kropidłem. Oczywiście — zwraca się ku niemu gospodarz — oczywiście. Nie neguje, że gospodarka kibucowa stoi na wyższym poziomie niż w moszawach. Nie zaprzecza, że w takim Ain Charoth przeciętny kibucnik niemający własnej koszuli na grzbiecie żyje lepiej i wygodniej niż on, właściciel jedenastohektarowego46 kawałka. Jednak wygodą życia jest przede wszystkim pewna swoboda własnej woli, pewne sobiepaństwo. Znaczy to — przynajmniej dla niego — więcej niż lepsze jedzenie, lepsze mieszkanie, niż to wszystko, co mają inni w dostatniejszych kibucach.
Jego własny dawny kibuc? — Nie istnieje. Cały się rozpadł. Najpierw wyrzucono komunistów. „Bo chcieli tworzyć swoje rosyjskie porządki” — dowiaduję się. Potem podzielono się na „lewych” i „prawych”. Potem część odeszła; jest teraz w jednym dużym kibucu pod Hederą. Z tym wszystkim gospodarka rolna szwankowała. „Kibuc, widzi pan, funkcjonuje dobrze wtedy, jeżeli wszyscy jego członkowie są przeniknięci tą samą ideą. Wszyscy — i tą samą. Inaczej wszystko się rozpada samo”.
Tak było i z Kfar Jechezkiel. Od kilku lat istnieje już ten moszaw. Bez — lub niemal bez — kapitału, czterystu kilkunastu ludzi znalazło w tej kompromisowej formie osiedlnictwa dostatni dach nad głową.
Czy kompromisowej? W chwili gdy po smacznym wiejskim obiedzie przyszło nam się żegnać, zapytałem jeszcze swego eks-kibucnika, co myśli robić w przyszłości.
Okazało się, że ma już gotową odpowiedź: ciuła pieniądze, by kiedyś kupić sobie własny, niezależny pardes. Dzieci dorosną, jedno zostanie w moszawie, innym trzeba będzie dać wedle możności prywatne gospodarstwo. Czy zdoła tyle uciułać wobec drożyzny ziemi? Zdoła, ziemia nie jest droga. Koło Tel Awiwu, oczywiście. Ale daleko, na pograniczu jordańskim... A wtedy, może, będzie już Transjordania47...
Jej góry, całe w płowych i błękitnych plamach, rysowały się w nieco przymglonym powietrzu jak daleki za Emekiem ekran. Widać je tu niemal ze wszystkich osad. Eks-kibucnicy z moszawu Kfar Jechezkiel, eks-kibucnicy z dziesiątka innych moszawów patrzą na nie w chwilach południowego odpoczynku. Tak jak ten przygodny gospodarz myślą może o tym, jak to kiedyś dzięki pracy w moszawie przejdą jeszcze do własnej kolonii prywatnej, dojdą do tego stanu posiadania, do którego doszli synowie założycieli Petach Tikwy i Richon Le Zion. Moszaw jest drogą powrotu do gospodarki indywidualnej. Czy zawsze? Ależ nie. Jest spora część ludzi, których myśl nie sięgnie dalej w swych planach, niż sięgają zwykłe, gospodarskie troski moszawu. Znajdzie się kilku ideologów, ludzi głębokich, którzy przemyślą wiele — i przejdą, czy też wrócą, do kibucu jako lepszej, wyższej formy bytu i gospodarki. O takim wypadku mówiła mi w parę dni później Chajuta Bussel w Daganii.
Ale bodaj reszta i większość wybiega w swych planach ku przyszłości, która ustrojowo bliższa jest Petach Tikwie niż Merhawii.