Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec
Okurzony autobus palestyński wyrzucił nas w źle skleconym skupieniu kilkudziesięciu domów i baraków, na stepowej, gdyby nie w dwa pasy gór ujętej, równinie. „Miasto” przypominać musi przeprzęgowe postoje z epoki dyliżansu. Niemniej jest już miastem, będzie trzecim nowym miastem Palestyny: w Afuli40 krzyżują się bowiem drogi z Tel Awiwu do Hajfy i z Hajfy do doliny Jordanu, do centrali elektrycznej Rutenberga. Wreszcie Afula jest punktem środkowym Emek Izrael. Dolina Izraela, szeroka, od Hajfy ku Jordanowi spadająca dolina kilkudziesięciu wielkich osiedli rolniczych, nie posiada miasta. Afula wyrośnie na tym wyrosłym przed nią zapleczu, podobnie jak Tel Awiw wyrósł na koloniach pardesowych swej okolicy.
Są to dopiero rzeczy, które będą, a nim one będą, idziemy oto szosą przez pola, gdzie nie widać jak pod Jafą gai pomarańczowych, a tylko rosną zielone i niskie, niższe niż u nas, zboża. Mój towarzysz cieszy się nimi, tak jakbyśmy cieszyli się w Polsce winnicami, jak tu ludzie cieszą się każdym wybudowanym domem, drzewem zasadzonym na moczarze, kilometrem szosy oddanym do użytku. Jeżeli tam pod Jafą było bogactwo Palestyny, to tu jest jej spichlerz. Mój towarzysz jest młodym Żydem z Polski, byłym nauczycielem szkoły powszechnej w niejakim Różanie, nazywa się Lejb Buchner. Należy od lat do radykalnie lewicowej partii Haszomer Hazair41, od kilku miesięcy pracuje w kibucu pod Hederą. Emeku jeszcze nie znał. Wybraliśmy się więc razem, by przejść piechotą w kilkudniowej wycieczce tych kilkadziesiąt kilometrów kraju kolektywów, aż po Jordan, aż po najstarsze rolne kolektywy żydowskie nad Tyberiadą. I patrzeć.
*
Gdyśmy weszli na wielki podwórzec kibucu Merhawia, mogła być czwarta po południu i niemal wszyscy byli w polu. Czworobok podwórza zamknięty był z trzech stron budynkami. Przed nami trzy domy mieszkalne o ładnych zielonych okiennicach na tle żółtych ścian. Po lewej naszej ręce duże, stare, nieco zaniedbane nawet, budynki gospodarcze. Za naszymi plecami trzeci rząd budynków stanowiły kuchnia, spiżarnia, wielka wspólna jadalnia, umywalnie. Stąd wszystko przypominało zamożniejszy dworski folwark w Polsce. Tylko w środku podwórza wielka wieża, na czterech betonowych słupach, ze zbiornikiem wody u szczytu, robiła wrażenie trochę miejskie, trochę egzotyczne.
Ale tymczasem nadszedł młody robotnik i Buchner zapytał go o Meira Jariego. Jari, wiedziałem już, to chluba Merhawii. Merhawia należy do kilku kibuców, które są we władaniu, powiedzmy: pod wpływem, owej lewicowej partii Haszomer Hazair. Jari jest jednym z jej duchowych przywódców i tu pracuje. Nie ma go jednak jeszcze; jest w tym tygodniu fornalem i wróci z pola może za godzinę. Robotnik oprowadza nas sam, jest już wolny. Pokazuje dużą, betonowaną i z nowoczesnym ustawieniem żłobów oborę. Krowy są rasy miejscowej, damasceńskiej, skrzyżowanej z holenderską. Czterdzieści pięć krów Merhawii daje dziennie około pięciuset litrów mleka. Już na miejscu przerabia się je na sery i masło, podobnie jak mleko paruset owiec. Mleczarnia i serowarnia nie robią wrażenia specjalnie nowoczesnych, za to są bardzo czyste, wygląda to raczej solidnie i nie na pokaz. Za nimi oglądamy kilka wielkich kurników z inkubatorami. Te są urządzone — o ile się mogę zorientować — rzeczywiście wzorowo. Obok kilka nowych w budowie. Gospodarstwo mleczne i drób, objaśniają mnie razem Buchner i nasz robotnik, stanowią najbardziej dochodową gałąź gospodarczą. Kur będzie niebawem do tysiąca trzystu. W związku z rozwojem miast gospodarstwo mleczne i drób może zawsze liczyć na zbyt.
Byliśmy już koło domów mieszkalnych, obszedłszy obejście, gdy spotkaliśmy Meira42. Mył się właśnie i przebierał, jak przebierają się tu wszyscy kibucnicy, wróciwszy wieczorem z pola. Był to tęgi, turowato zbudowany mężczyzna, wyglądający dużo starzej od spotykanych już w czasie naszego obchodzenia Merhawii innych, chyba nie więcej jak po dwadzieścia lat mających robotników. Przypominał typ robotniczego działacza z Zagłębia, oczywiście działacza wyszłego z fabryki, nie inteligenckiego pętaka. Byłem ciekaw tego człowieka, ciekaw, co powie ten służący za fornala działacz, ten członek „parlamentu” palestyńskich Żydów, o którym słyszałem wiele, a który siedzi ot w takiej Merhawii i powozi. Ale Meir, gdy otworzył usta, to było po to, żeby mnie poinformować, że na 2625 dunamów Merhawia posiada przeszło 2200 pod rolą, 80 dunamów młodego pardesu, coś koło tego, nie mniej, młodej winnicy, sadu, ogrodu warzywnego.
Podeszliśmy byli do owego zbiornika wody, stojącego w środku dziedzińca. Meir mówił, jak ta woda musi być przeprowadzana z miejsc odległych stąd, jak zbiornik zastępuje studnię, jak jednak brak wody do nawadniania pól daje się kibucowi odczuwać. Potem opowiadał, jak temu blisko osiem lat przybył z zawiązkiem obecnego kibucu z Rzeszowa. Jak pracowali na szosie i w mieście, i na roli u kolonistów prywatnych, jak potem rozchwiała się założona przez kooperatystów Merhawia i im oddano wówczas kolonię wyposażoną już w budynki i część inwentarza. Ale resztę dokupili sobie sami. Meir pokazuje mi traktory, dar Keren Hayessodu, i wielki „kombajn”, amerykańską żniwiarkę; kosztowała tysiąc osiemset dolarów, a po dwóch latach wróciła już prawie dwie trzecie tej sumy. Jest to znakomita maszyna, tak dobrej nie ma wiele innych, młodszych, mniej zamożnych kibuców. Merhawia oszczędzała na budowie domów, budynków, dzięki temu mogła sobie na to pozwolić. Inwestycje Keren Hayessodu wynosiły 7362 funty szterlingi. Oznacza to, że na jeden hektar gruntu przypada około ośmiuset złotych inwestycji inwentarzowych.
Na tych dwustu sześćdziesięciu hektarach żyje pięćdziesięcioro sześcioro dorosłych i kilkanaścioro dzieci. Właśnie jesteśmy w ich domu. Jasne pokoiki dziecinne, białe łóżeczka, małe mebelki. Nad każdym pochylona matka; praca już się skończyła, a gdy praca się kończy, wszyscy rodzice przychodzą odwiedzić dzieci. Niesłychanie mnie uderza jedno: typ tych dzieci. Wszystko niemal są to płowe jak len czuprynki i modre słowiańskie oczy. Można by je łatwo wziąć za dzieci niemieckie, z północy, z Meklemburga czy Prus. Niezmiernie dziwna przemiana. Jednocześnie, przyglądając się nachylonym nad pociechami rodzicom, spostrzegam, że i ci są naprawdę jacyś inni fizycznie od typów żydowskich z diaspory. Działa tu może opalenie, praca fizyczna, zmiana klimatu. Co by jednak nie działało, ci ludzie zmienili się ogromnie od owego czasu, gdy opuścili Tarnowy, Rzeszowy i Jasła.
Średniej wielkości pokoiki są zalane ostatnimi blaskami zachodu. Są bardzo czyste. Są przytulne. Kwiaty na oknach, obok łóżek tapczany z masą haftowanych „salonowych” poduszek. Fotografie. Najczęściej fotografie dzieci. Taki pokój to mieszkanie. Każda rodzina („rodzina” oznacza tu małżeństwo) posiada taki pokój. „Wolni” (jest ich niewielu) mieszkają po dwóch, trzech w jednym pokoju.
Na samym rogu ostatniego domu, na przyzbie siedzi stary Żyd. Mówi po polsku lepiej niż po hebrajsku. Buchner mnie objaśnia: w wielu kibucach już zagospodarowanych posprowadzano sobie swych starych rodziców z Polski. Siedzą oni tak w kibucach i żyją na łaskawym chlebie. Ten to jeden z takich. Wchodzimy do jego mieszkania, stara Żydówka pyta nas o Tłumacz i Trembowlę. Jak wszyscy niemal w Merhawii, i ona jest z Małopolski. W pokoju tych dwojga starych, których dzieci wróciły do Ziemi Obiecanej, stoi blaszany, siedmioramienny, liturgiczny świecznik...
Było już ciemno, gdyśmy przeszli do jadalni i rozsiedli się na ławach, idących wzdłuż ścian i za stołami. Podano jakąś słodką potrawę z ryby, gorącą sytną zupę, pieczeń z dużą ilością jarzyn i oliwek. Przy nas rozsiedli się kibucnicy. To, co uderzało przede wszystkim i jeszcze raz, to to, że wszyscy wyglądali młodo. Bardzo niewielu tylko można by było dać więcej niż lat trzydzieści. Poza jednym chyba Jarim. Jednocześnie nie można było jednak powiedzieć, by nawet najmłodsi wyglądali na to, co się u nas może niesalonowo, ale trafie określa mianem smarkacza. Wszyscy świeżo (był to wieczór przedsobotni) zafasowali byli czyste ubrania ze wspólnej szatni.
Pijemy jeszcze herbatę, gdy rozpoczyna się meeting. Korzystając z tego, że jutro święto, urządzono wieczór dyskusyjny, poświęcony, jak mnie informują, rewizjonizmowi. Rewizjonizm, żydowski faszyzm, objaśnia mnie pokrótce nieoceniony Buchner, zrobił ostatnio duże postępy w diasporze, zanosi się nawet na nie mniej znaczne w Palestynie... Rozumiem, że ta sprawa musi obchodzić kibuc, który pozostaje pod wpływem socjalistycznego Haszomer Hazair. Prelegentem jest Praji. Jest to również jeden ze starszych, ale zupełnie różny od Meira Jariego. Ma głowę typowego doktrynera, człowieka, który czuje się najmocniej w dyskusji, w teoretycznym zmaganiu poglądów. Widać, że dyskutowanie jest jego pasją. Praji mówi, ja zaś mam już pomoc sąsiadów z prawa i lewa, którzy mi w skrótach tłumaczą referat. Mały Buchner oparł głowę i uważa pilnie; też mi to zreferuje.
Ale na razie słyszę słowa jak „faszyzm”, jak „Mussolini”, jak „Hitler”, jak wreszcie „Polania”. Dzięki uczynności sąsiadów mogę śledzić sens hebrajskiej mowy. Jest on mniej więcej ten: kryzys wywołał na świecie wzrost tendencji reakcyjnych, faszystowskich. Każdy faszyzm — dowodzi Praji — jest związany z antysemityzmem. W tym miejscu ma mówca niezły orzech do zgryzienia: a Włochy chociażby? Tłumaczy zatem, że Włochy stanowią wyjątek, że dobre współżycie Mussoliniego z Żydami ułożyło się dzięki temu, że tam sytuacja przed przyjściem faszyzmu była mniej napięta niż gdzie indziej, nie tak skomplikowana jak w Niemczech... Ciężko idzie Prajemu i z Polską. Tu znowu stwierdza, że antysemicka jest opozycja, nie faszyzm. Za to na terenie niemieckiego faszyzmu teoria syjonisty-socjalisty króluje w pełni. I dopiero po tym wszystkim przystępuje do rewizjonizmu, by stwierdzić, że to „żydowski faszyzm”; przedwywód, który to poprzedził, czyż ma na celu wszczepienie pojęcia, że skoro każdy faszyzm jest antysemicki, to i żydowski faszyzm?... Ale o rewizjonizmie mówi krótko.
Dyskusję rozpoczyna młody chłopak, który dużo notował, a obecnie zaczepia poszczególne punkty dyskusji. Zasadniczo nie różni się od Prajego, jest może bardziej pełen optymizmu. Uważa, że wszelkie faszyzmy mają już bardzo niedługi żywot przed sobą, jest zdania, że jeżeli polski faszyzm nie „poszedł na antysemityzm”, to dlatego, że przede wszystkim Polska jako kraj mało uprzemysłowiony przeżywa kryzys mniej silnie, a dalej, że polski faszyzm robili ludzie, którzy go robili nieco „wbrew sobie”. Inny mówca powtarza właściwie te poglądy. Inny jeszcze zwraca uwagę na bardzo jakoby bliskie niebezpieczeństwo rewizjonizmu.
Ale mnie dużo bardziej niż treść tej, tak wewnętrznożydowskiej, dyskusji interesuje odnoszenie się do niej ludzi kibucu.
Odnoszenie się to było cały czas dość mierne, mimo że — jak podkreślili wszyscy mówcy — niebezpieczeństwo faszyzmu (rewizjonizmu) stoi u bram kraju. W dyskusji zabierano z rzadka głos. Słuchano mało. Dziewczęta i chłopcy powymykali się jedno za drugim na dwór, gdzie tymczasem ciemniała noc. Wielu drzemało.
W chwili, gdy na zakończenie dyskusji zaczął mówić Jari, nastąpiło pewne obudzenie. Najwyraźniej jego osoba wywołała ten odruch. Jari mówił bardzo powoli, zastanawiając się; to, co mówił, streszczono mi najsłabiej. Zdaje się, że zapowiedź zawalenia się faszyzmów przyjmował dość sceptycznie. Wskazywał na to, że robotnicy niemieccy głosują za Hitlerem. Wskazywał na to, że faszyzm ma swoje reformy socjalne, które na swój sposób będzie realizował. Wskazywał na jego siłę. Cytował — nie mogłem dojść z jakiej okazji — Turgieniewa i Tołstoja.
Zdaje się, że nie można mówić o obojętności kibucników Merhawii wobec tych wielkich zagadnień. Natomiast byli to ludzie fizycznie zmęczeni pracą i byli to ludzie, którzy zgadzali się z zasadniczą linią wywodów Prąjego i innych... Przyjmowali jego słowa, jak lud przyjmuje do wiary podawane słowa prawdy z ambony. Praji do pewnego stopnia „pokrywał zapotrzebowanie światopoglądowe” kibucu. Dawał długi, solidny, udokumentowany wykład socjalistyczny, z którego jednak słuchacze przyjmowali tylko najniezbędniejsze, ich zdaniem, ABC.
*
Właściwie z ulgą wszyscy poszli spać. Mnie umieszczono koło domu dzieci, w pokoju z dwoma innymi. Przeszliśmy wielkie podwórze kibucu. Górowało ono nad szeroką doliną pól Emeku. Ciągnęła nimi mgła, dawna malaryczna mgła, i wilgotne ciepło południowej nocy. Daleko przed nami ku wschodowi zniżał się szerokim pasem swych ziem Emek, kraj kolektywów.
I znowu wtedy, jak w Petach Tikwa, opowiedziano mi cichą palestyńską nocą jedną historię tego zdobycia.
Było to po prostu tak:
Największa dolina Palestyny, kwitnąca niegdyś, stała się w czasach rządów tureckich wielkim bagnem. Bagno sięgało aż po Nahalal, niemal po zatokę hajfską. Z wzgórz galilejskich koloniści chaluce patrzyli przez lata w wielką dolinę, o której przecież mówiły Święte Księgi, że była dla ich przodków mlekiem i miodem płynąca.
Moczary przygrzewało silne, podzwrotnikowe słońce; unosiła się z nich mgła wyziewów. W moczarach topiono się jak w bagnach pińskich; nawet ziemie sąsiadujące z nimi objęte były zasięgiem malarii. I była pustka.
Ale Żydzi chcieli kolonizować największą dolinę swej skalistej ojczyzny. Po kilkakroć uznano to za niemożliwość. Wreszcie, już po wojnie, Keren Kayemet wysłał trzy komisje fachowców dla ostatecznego zbadania, czy przecież nie dałoby się tam osiedlić zrzeszonych w kolektywy robotników? Wszystkie komisje zameldowały szefowi Keren Kayemetu, Usyszkinowi43, że jest to niepodobieństwem: Emek Izrael jest nie do osuszenia.
Usyszkin wahał się długo. Choć nigdy jeszcze żadni rzeczoznawcy nie byli tak jednomyślni. Usyszkin, który życie strawił na organizowaniu Nowej Palestyny, wahał się. Wreszcie wezwał samych robotników: „Trzy komisje powiedziały, że Emek jest nie do zamieszkania — rzekł. — Ale nie komisje mają go kolonizować i osuszać, a wy. Wybierzcie sami komisję i zobaczcie”.
— Sam znałem — mówi mój towarzysz — jednego z tej komisji robotniczej. Oto, co opowiedział:
„Poszliśmy poza Merhawię i chodziliśmy cały dzień. Błota, błota, błota. Nie było nawet ptactwa wodnego, ani nic, taka martwota! Gdzieś pod wierzchołkami gór lepianki arabskie. A myśmy chodzili i chodzili, a żaden słowa nie powiedział. To, cośmy widzieli, to malaryczne «grzęzawisko śmierci», jak je zwano, było takie, że nie można było rzec innych słów prócz słów rozpaczy. Więceśmy milczeli.
I takeśmy obeszli wokoło — przejść go nie było można niemal — ten Emek. Stara Merhawia była to ostatnia placówka. Od niej zaczynał się grząz. Wróciliśmy do miasta, przyszli do Usyszkina. — No cóż? — zapytał Usyszkin.
A myśmy nie wiedzieli, co powiedzieć. I dalej myśmy nic nie mówili. — Więc cóż powiecie towarzyszom? — pytał Usyszkin. Aż jeden był taki, co rzekł: — Panie prezesie. Co powiemy? A ot, co powiemy: jak matka ma jedno dziecko zdrowe, a jedno kulawe i w gorączce, to, panie prezesie, do którego ona pójdzie najpierw?”.
A potem mój towarzysz mi mówił, jak na tę dolinę zwaliła się cała armia chaluców.
„To nie byli nieliczni, odosobnieni koloniści prywatni dawnej epoki. Nad bagnami lądowały jedne po drugich, jedne po drugich, całe desanty młodych robotników. 167 227 dunamów Emeku porżnięto rowami. W duszny wyziewami błot skwar palestyńskiego lata, w zimne dnie wiosny stali po pas w wodzie, nadzy, chaluce. Kopano rowy na półtora metra. Pracowano ze zgiętym godzinami w łuk grzbietem, wyrzucając ziemię za rów, wbijając łopatę głębiej i dalej. Brzęczały gromadą moskity. Z każdym dniem niewidzialna ręka malarii wyszczerbiała szereg pracowników... Ale lukę zasklepiały nowe, młode siły i przybywający z diaspory chaluc brał za wypadłą z rąk rozdygotanych śmiertelną gorączką motykę. Luka zasklepiała się zaraz — a bagno nie odzyskiwało ani piędzi wydartych mu raz ziem.
W 1922–23 tereny Nahalalu wolne są od malarii. W 1922 koło Beth Alfa zapada na nią trzydzieści trzy procent pracujących, już w 1923 tylko pięć procent. W tym samym czasie w Nahalal z dziewięćdziesięciu spada na jeden procent. Jeszcze całe lata idzie praca. Chaluce mieszkają w barakach; ręce spękały od wysiłku, skórę nóg toczy jakby trąd. Doprawdy, wszystko tu inaczej niż na całym świecie: nim powstaną osady, powstały cmentarze. Ale w Emek Izrael walą po kolei nowi, nowi i nowi. I dziś pan przejdzie kraj kwitnących wsi, cieszących się tym, co zrobili ludzie. Bardzo piękny jest Emek. Choć ginęli tu młodzi chłopcy i dziewczęta, jak się ginie na wojnie, na froncie”.