Histadruth Haowdim

Na ścianie przeciwległego domu, w bieli osłonecznionej południem ściany ostro kładzie się kontur kilku palm.

Socjalisticzeskoje stroitielstwo. Podgotowka. Dwiżenie. Kolektiwnyje choziajstwa. Borba kłass. Wopros. Trudiaszczyjsia mir34.

Twardo, obco, surowo pada, rąbie to całe słownictwo bolszewickiej Rosji. Młody człowiek za biurkiem rozkłada ręce w geście, rzuca je wiecowo, pasąc się każdym dźwiękiem. Przez głowę, nachyloną nad notatnikiem dziennikarskim, przechodzi mi, że jak język łaciński stał się mową uczonych, jak francuski mową feudalnego i burżuazyjnego świata, tak ten nowy język rosyjski staje się międzynarodowym, jeśli nie językiem, to słownictwem socjalistycznego świata i jego elity. Dwóch Polaków, dziennikarz Łotysz, działacz lewicowy rumuński, Amerykanin, który był w Rosji, wszyscy oto słuchamy referatu informacyjnego o budowie Palestyny socjalistycznej jako państwa nowego, przyszłego, socjalistycznego ustroju. Nasz informator rozkłada oto przed nami wszystkie ruaże tej Palestyny, o której wie się najmniej. To nie mówi zalękniony konspiratorek komunistyczny, który boi się, że przymknie go policja, a „inspektor” z Mińska wykryje, że w komkasie brak od maja paru tysięcy „prywatnie zużytkowanych” złotych, to nie mówi zgryźliwy jegomość, przepędzony z synekurki w Kasie Chorych, to nie mówi snobujący na komsomoła młodzieniec, pewny siebie, bo mający cały swój komunizm ubezpieczony w stu procentach należeniem do hurraprorządowej, bacznośćpaństwowotwórczej organizacji. Przez tego człowieka mówi radość tworzenia rzeczywistego, w które wierzy, tworzenia teraz, już, właśnie, w jego słowach pulsuje świadomość, że mówi ex cathedra35 wielkiej w tym kraju potęgi, groźnej i błogosławionej w nim mocy: Organizacji Robotniczej Palestyny, określanej potocznie dwoma pierwszymi słowami swej nazwy: Histadruth Haowdim.

Na dwieście tysięcy Żydów, jacy zamieszkują Palestynę, robotnikami jest czterdzieści pięć tysięcy. Jedna czwarta ludności tego kraju to ludność robotnicza. Na tych czterdzieści pięć tysięcy — należących do Histadruthu jest trzydzieści siedem. Ale Histadruth to nie tylko związek zawodowy. Histadruth rozbudował się w bardzo ciekawy organizacyjny system, system przypominający ogromnie... amerykańskie metody trustowe. Jak tam jeden trust wykupywał portfele akcyjne mniejszych zakładów i opanowując je de facto pozostawiał im nominalną samodzielność, dbając tylko, by szły w kierunku jego interesu, tak tu Histadruth bądź utworzył uzależnione od siebie, współdziałające organizacje, bądź opanował pokrewne. Obok Histadruthu rozrosła się taka „Tnuwa”, wielka spółdzielnia mleczarsko-drobiowa, która scentralizowała w swym ręku cały handel tymi produktami, podzieliła kraj po prostu administracyjnie na obwody, dystrykty, ze stolicą ogólną w Tel Awiwie. Rozrosła się dziś i na handel zagraniczny, i na takie produkty, jak miód, jarzyny, konfitury itd. Jej obroty w roku 1924 wynosiły dwadzieścia dwa tysiące funtów. Dwa lata temu doszły były do stu czterdziestu siedmiu tysięcy.

W ręku Histadruthu jest dalej Bank Robotniczy z kapitałem stu dziesięciu tysięcy funtów, są organizacje oświatowe i kulturalne, jest Kasa Chorych, jest wydział dla budownictwa robotniczego, jest wielka organizacja sportowa Hapoel, jest — podobno najwięcej nakładu mający (w samym Histadrucie podano mi cyfrę nakładu dziennego na dwanaście tysięcy, w administracji pisma na dziewięć tysięcy) — w każdym razie bardzo poczytny organ prasowy palestyński „Dawar”. W ręku Histadruthu w tej czy innej formie, mniejsza o formę, jest cały szereg instytucji i organizacji, z całą siecią placówek, ze sprawnym aparatem pracowniczym, z dużymi pieniędzmi. Histadruth jest w rzeczy samej potęgą. Muszą się z nim liczyć koloniści prywatni i ciąży bardzo ich pracy. Reguluje po prostu dopływ robotników do danych miejscowości, organizuje strajki z precyzyjnością i bezwzględnością, która łączy się zresztą zawsze z bardzo sprytną spekulacją strajkową: ci ludzie nigdy nie urządzą strajku na „było, nie było”, na „pokażmy, co umiemy”, strajku, który jest skazany na załamanie, bo wywołała go czysto polityczna fantazja panów wodzów. My z pojęciem „strajk” łączymy coś wojowniczego, rewolucyjnego, w pewnym sensie bohaterskiego nawet. Dla tych ludzi jest to zupełnie prozaiczny, praktyczny, techniczny środek. Dziś, gdy jednym z kryzysów, jaki przeżywamy, jest niewątpliwie i kryzys socjalizmu (nie wchodzę oczywiście w to, czy jest przejściowy, czy nastąpił z tych czy innych przyczyn, biorę pod uwagę takie fakty, jak zwycięstwo faszyzmu, jak dziwne korzenie się sponiewieranej socjaldemokracji niemieckiej przed Hitlerem, jak stan rzeczy w Austrii, Polsce, zwrot MacDonalda, krach australijski), socjalizm palestyński może stoi u końca swego zenitu, ale nawet ci, co tak sądzą, nie mogą zaprzeczyć, że umiał bardzo małymi środkami zdobyć sobie bardzo wielkie stanowisko i że z tego stanowiska czynił użytek na rzecz mas robotniczych palestyńskich. Można nie wierzyć w jego formułę rozwiązania kwestii arabskiej, ale nie sposób zaprzeczyć, że jest to formuła w wielkim stylu, że jest rzeczywiście realizowana, że więc partia przejmuje poniekąd zagadnienie, obejmujące swą ważnością już nie klasową, lecz ogólnie narodową sprawę. Na ostatek trzeba przyznać, że w uregulowaniu swego stosunku do bogatych kolonistów wykazuje dużo zrozumienia tych korzyści, jakie kraj ten czerpie z posiadania bogatego rolnictwa. Socjalizm palestyński jest socjalizmem w stu procentach: przeprowadza duże reformy, buduje kraj w całym tego słowa sensie, jest radykalny, tworzy komuny rolne. A jednak... A jednak, gdyby chodziło o odratowanie naszego rolnictwa, nie życzyłbym mu innego rządu, jak inspirującego się socjalizmem palestyńskim.

W godłach organizacji sportowej socjalistycznej widnieje sierp i młot. Nie są to bodaj akcesoria żadnego ze znanych mi sportów. Sierp i młot — wygląda na modę co najmniej z lekka sowiecką. Jednym z gmachów Histadruthu w Tel Awiwie jest „czerwony dom”. I to również nie jest bardzo „prawo”. Sportowcy socjalistyczni nie grają w ogóle z Makkabi, gdyż Makkabi jest klubem burżuazyjnym i oczywiście proletariat nie może mieć z nim żadnych towarzyskich stosunków. Komuny rolne, które powszechnie nazywa się z hebrajska kibucami i kwucami, tu nazywa mój mówiący po rosyjsku socjalista kolektywami. Podkreśla, że dzieci od pierwszego dnia urodzenia oddziela się od matki i przenosi się do osobnego domu, że wychowywane są „kolektywnie”, że należą do kolektywu, nie do rodziców. Podkreśla — wciąż patrząc na mnie, wciąż z taką siłą socjalistycznego wyrazu, wciąż tak jak ksiądz mówiący o wielkim religijnym dogmacie — że w kibucach wszystko jest wspólne — aż do ubrań. Aż do ubrań.

Socjalizm...

Jesteśmy w innym pokoju, ale i tu brzmi mowa rosyjska. Znowu szybko, zwięźle, twardo. Znowu tak to jakoś nie pasuje z gorącą miękkością widnego z okien półtropikalnego ogrodu...

Dla czterdziestu pięciu tysięcy robotników palestyńskich, dla wstępujących do Histadruthu robotników arabskich, dla dalszych mas proletariatu żydowskiego, który Anglicy do Ziemi Izraela przepuszczą — Histadruth Haowdim buduje dach nad głową, wznosi socjalistyczne, robotnicze dzielnice, osiedla, domy...!

I oto:

— Do 1931 roku zbudowano pomieszczenia dla trzech tysięcy rodzin...

(Pochylony nad notatnikiem zapisuję. Zapisuję szybko, stenograficznie, bez czasu na myślenie... Aż nagle coś mnie odrywa).

— ...rodzin??

Da, famielij36 — odpowiada informator. — Famielij.

(Dziwi się memu pytaniu. Czyżbym nie dosłyszał? Nie. Słyszałem. Dlaczegóż to proste, zwyczajne takie słowo „rodzina” zabrzmiało wśród tamtych słów sowieckich tak jakoś, jakbym się przesłyszały pomylił...?)

I słyszę:

— ...w jednym tylko 1931 roku stanęło nowych domów na siedem tysięcy rodzin. Wszystko na ziemi Keren Kayemetu...

(Nie, to aż śmieszne. Znowu mnie to słowo „rodzina” zdziwiło. I nawet mój informator wymówił je jakoś jakby mniej pewnie).

— ...budujemy ich trzy typy:

1) Bloki — sto dwadzieścia mieszkań, przeważnie: kuchnia, dwa pokoje, balkon, łazienka. Także większe mieszkania. Wszystko kooperatywy.

2) Już nie w mieście, lecz na peryferiach. Każdy dom dla siebie, małe osobne domy, z ogródkami, czterysta metrów kwadratowych.

3) O trzy kilometry od miasta. Każdy dom z większym, tysiąc-dwa tysiące metrów kwadratowych, ogrodem. Też domy małe, odrębne, dla rodziny.

4) Kolektywne domy: każda rodzina jeden pokój, dzieci mieszkają razem, osobno od rodziców, wspólna kuchnia, wspólne ubrania...

Mój informator urywa. Zadaję pytanie:

— Jakiego typu domów najwięcej się buduje?

Odpowiedź była krótka: najmniej typu czwartego. Obecnie istnieje tylko jeden taki, w Ramath Rachel, na osiemdziesiąt rodzin. W Hajfie ma stanąć na sto pięćdziesiąt. Najwięcej buduje się typu drugiego i trzeciego. Ni mniej, ni więcej tylko cała dzielnica w Tel Awiwie, osiedle w Jerozolimie, całe osiedle w Hajfie. W takim np. Schechuwath Borochow już mieszka w tych niewielkich domach dwieście rodzin, niebawem przybędzie sto czterdzieści. W Hajfie mieszka już ich sto osiemdziesiąt, w budowie na dalszych dwieście...

Ach, więc tak?

I naraz, w jednej chwili, wszystko się zmienia. Z tym jednym „Ach, więc tak?”. Jeżeli przedtem panowie z Histadruth Haowdim zasypywali mnie jak gradem kul tym całym słownictwem i frazeologią rewolucyjną — to teraz zwija się ta cała ofensywa, teraz po prostu ja przechodzę do ataku.

Choć kryje się on w pytaniach, refleksjach, ciekawości.

— Zatem, jak mi panowie mówią, z czterech typów budownictwa robotniczego Histadruthu typem najmniej stosowanym jest typ czwarty??

(Nie. Wcale się nie mylę. Mój czerwony rozmówca odczuł także to pytanie jako atak. Gdzieś się załamała cała jego swada, cała bezpośredniość, cała lotność jego odpowiedzi).

— Tak — odpowiada — istotnie.

— A za to — podkreślam owo „za to” — typem najbardziej przez was — podkreślam owo „przez was” — budowanym jest typ drugi i trzeci??

— Tak. Tak jest.

W owych twierdzeniach ścisza się cała bezsiła człowieka, co chwilę temu szedł na mnie z pełnymi rękoma argumentów, a teraz wypadły mu z nich wszystkie. Jest zbyt silny, by nadrabiać i negować.

A teraz „cichym sztychem”:

— Jeżeli dobrze zrozumiałem te cenne informacje, jakie panowie zechcieli mi dać, to owym zarzuconym „typem czwartym” są domy-wspólnoty, nieznające pojęcia odrębnych mieszkań dla rodziny, stanowiące kolektyw, gdzie wspólnymi są dzieci i ubrania, kuchnia, jadalnia, gdzie każdy (każda) ma tylko osobny pokój względnie miejsce. Zaś typy drugi i trzeci — to domy jednostkowe, dla rodziny, zupełnie odrębne, nawet z własnym ogrodem i stanowiące najzupełniej własność prywatną. Coś jakby wille dla robotników.

Trzeba się wczuć w tę atmosferę marksowską, która tu wisi, by zrozumieć, ile zabawnej a istotnej prowokacji brzmi w zestawieniu tych niewinnych słów: „wille dla robotników”.

Ale i teraz mój rozmówca nie przeczy. Nie może przeczyć.

I ostateczny atak:

— Histadruth Haowdim, Organizacja Robotnicza Palestyny, buduje nowy socjalistyczny ustrój. Prawda? Stawianie domów-kolektywów jest oczywiście tańsze niż budowanie całych osiedli małych domków. Dom-kolektyw — o ile mnie moja znajomość socjalizmu nie zawodzi — jest tworem bardziej postępowym, bardziej dostosowanym do przyszłego, kolektywnego ustroju — niż prywatne, indywidualne domy, ów znany cel marzeń naszych małych urzędników, nauczycieli itp. — świata. Panowie zaś, potężna organizacja socjalistyczna, zamiast przeprowadzać masy robotnicze do ustroju socjalistycznego, przeprowadzacie je do tego życiowego, praktycznego ideału, którym jest świat drobnego kapitalizmu. Panowie z tych mas, którymi przy waszych środkach możecie dowolnie kierować, tworzycie po prostu ów tak potępiany przez marksizm świat drobnej burżuazji.

Ciężko, ogromnie ciężko wali to rozumowanie w mych informatorów z Histadruthu. Trzeba być socjalistą, by pojąć jak ciężko. Istotnie. — Organizacja socjalistyczna, jedna z najsilniejszych na świecie, pracująca nad upodobnieniem życiowych ideałów proletariatu do życiowych ideałów drobnej burżuazji! Po cóż wobec tego ta komedia, że drużyna piłkarska Hapoel nie rozegra meczu z drużyną piłkarską Makkabi, bo Makkabi jest związkiem sportowym burżuazyjnym, gdy Hapoel proletariackim, a zatem utrzymywanie stosunków z Makkabi byłoby zdradą własnej klasy, zacieraniem koniecznych do przestrzegania, odwiecznych, dogmatycznych różnic między burżuazją a proletariatem? Po cóż, jeżeli na odcinku tysiąc razy ważniejszym od boiska sportowego uprzystępnia się proletariatowi życie tak jak burżuazji, uwłasnościawia się go, zamiast by on ubezwłasnościawiał innych, zbliża go do małego urzędnika, lekarza powiatowego, subiekta, sklepikarza. I pomyśleć, że to wszystko robi i temu wszystkiemu patronuje nie kto inny jak socjalistyczna, robotnicza organizacja!

— Więc, proszę panów...?

Jest to już ostatnie pytanie, jakie zadam. Jest to jakby ostatni strzał w tej dyskusji, która toczyła się samymi pytaniami, która nigdy nie wkraczała w ataki wprost. Nie spodziałem się też, że usłyszę jeszcze prawdziwy, realny argument. Tego argumentu nie ma. Ale spodziewam się, że usłyszę typowy, tak częsty wykręt. Że bynajmniej zbudowanie jednego wielkiego domu zamiast kilkudziesięciu małych nie jest tańsze... Że robotnik posiadający własny dom nie odchodzi bynajmniej od marksistowskich ideałów... Że przez to jeszcze nie cuchnie burżuazyzmem... — Spodziewam się, liczę na te wykręty, na to kluczenie, na to wymigiwanie się przed oczywistością przełamywania doktryny, w którą się wierzy.

Już przede mną nie ma człowieka, który mówi szybko, by zdążyć w krótkiej odpowiedzi wyrzucić z siebie cały arsenał swych argumentów. Już przede mną nie siedzi i nie peroruje ktoś, komu wprost uciechę sprawia miażdżenie niesocjalistycznego audytorium całą krasotą i krasnotą37 sowieckiej terminologii. Ale w tej bezradności człowieka, wychodzącego bezbronnie z okopów, jest coś, co nagle sprawia, że ginie gdzieś mój, już gotowy, ironiczny uśmiech.

Człowiek ten mówi:

— Proszę pana. Robotnicy nasi chcą mieszkać właśnie tak. My uważamy, że są w błędzie. My uważamy, że te ideały są sprzeczne z socjalizmem. Ale zadaniem naszym bardziej jeszcze niż budowanie socjalistycznego ustroju jest realizacja szczęścia proletariatu. Szczęście jest takim, jakim je kto pojmuje. Więc budujemy im te, jak pan powiedział, wille dla robotników.

W ustach, które mówiły „kolektyw”, jak więzień mówi „wolność”, słowo „willa” brzmi zgaszenie38. Dla ideowego socjalisty przyznać nie tylko, że robotnicy sami marzą o takim burżuazyjnym szczęściu, ale jeszcze że organizacja socjalistyczna właśnie im to ułatwia, brzmi jak kapitulacja. I jest kapitulacją w stu procentach. Czuję, że tak to rozumie ten człowiek. I że myśli: psiakrew, pokonali nas.

Ja zaś wcale tak nie myślę. Wcale, wcale, wcale. Po raz pierwszy w ciągu mych rozmów w Histadrucie jestem naprawdę pokonany. Pokonany jako człowiek, który może socjalizm traktować dziennikarsko lojalnie, ale który jako człowiek, acz zgoła, o zgoła, nie „kapitalista”, ma odrazę do czerezwyczajkowego39 skoszarowania społeczeństwa, jak ktoś, który więcej Rosji sowieckiej widział, niż inni o niej czytali. Jestem pokonany, choć, że tak właśnie jest, ani na moment nie spodziewa się mój rozmówca.

Wstajemy. Trzeba iść i rzec to:

— Jeszcze raz bardzo panu dziękuję. To, co słyszałem, i to, co widziałem, jest dla mnie imponujące. W stosunku do socjalizmu mam sympatie, ale i zastrzeżenia. Tym więcej niech dla panów znaczy, jeżeli może znaczyć, to wyznanie.

Socjalista jakby się wahał.

— A wie pan dlaczego? To nie tylko dlatego, że bez takiego ustawodawstwa socjalnego jak w innych państwach, bez pomocy rządu lewicowego jak gdzie indziej, zrobiliście tyle. To dlatego, że jako niesocjalista stwierdzam, że realizujecie naprawdę szczęście czterdziestopięciotysięcznej masy robotniczej. Naprawdę i wbrew wszystkiemu. Gdy trzeba, to nawet — wbrew własnej doktrynie.