Mur Płaczu

— To pan był w Jerozolimie? — zapytano mnie w jednym kibucu.

— Oczywiście — brzmiała odpowiedź.

— I pan widział Mur Płaczu?

— Widziałem.

— Jakie to zabawne! Pan jest chrześcijanin i Polak. Ja oto jestem w Palestynie osiem lat, ten mój towarzysz trzy, tamci trzy i cztery, a żaden z nas, Żydów, nie był jeszcze w Jerozolimie. Nie zdążył...

Czymżeż71 dla Żydów diaspory jest Mur Płaczu, ten załom muru dawnej świątyni Salomona, jak nie największą i jedyną narodowo-religijną świętością, ostatnią pamiątką, symbolem takim jak korona św. Stefana dla Węgier, jak zaginione insygnia koronne dla Polski. Stary Żyd przybywa do Palestyny po to, aby stanąć pod Murem Płaczu. Stary Żyd przed Mur Płaczu nasamprzód dąży. W kibucach trafią się setki ludzi, którzy w Palestynie są od lat — ale w Jerozolimie jeszcze nie byli. Z Emeku do Jerozolimy jedzie się pół dnia.

Jak to rozumieć? Jak to tłumaczyć, zdając sobie w pełni sprawę, czym dla starego Żyda był Mur Płaczu? Czy tylko „zanikiem uczuć religijnych?” Nie: Mur Płaczu — to narodowa świętość, jeszcze bardziej może niż religijna. O zaniku uczuć narodowych wśród Żydów, którzy poszli do Palestyny — trudno chyba mówić. Przyczyna tego leży w czym innym:

Mówiłem o tym zdumiewającym zjawisku, jak dynamika rewolucyjna rozsadzająca po prostu przybyszów chaluckich zanikała do zera w pierwszych już dosłownie dniach pracy na roli. Mówiłem, że zapewne przemienia się w innego rodzaju energię. W naturze człowieka, jak w naturze wszechświata, nie ginie nic. Otóż i ta energia rewolucyjna, i te wiekowe tęsknoty diaspory w chwili nabrania najpierwszego kontaktu z gruntem Ziemi Obiecanej, w samej chwili stąpienia na nią niemal, nie zmieniają ani na jotę nasilenia, nie zmieniają kierunku i charakteru.

W swym studium nad psychologią społeczeństwa Sowietów72, Myśli w obcęgach73, pisze Stanisław Mackiewicz74 o hipnozie, o zhisteryzowaniu się, zhaszyszowaniu tego społeczeństwa frazesami piatiletkowej propagandy. W innym sensie i innymi środkami dokonało się coś takiego i tutaj. Chaluc, przybywający z diaspory, przyciągany był magnesem pracy nad odbudową Erec Izrael, Kraju Izraela. Jak stęsknieni za Helladą hoplici legii Ksenofonta, przedarłszy się przez bezmiary Azji wołali thalatta, thalatta75, tak tym ludziom śnił się kibuc, budowa domu, moszaw. Ci ludzie nie szli, by Palestynę oglądać, szli, by w niej pracować. Gorączkowo, jak najszybciej pracować.

Hasło: „Socjalizm za naszego życia”, które obijać się im musiało dawniej o uszy, obijać sympatycznie, miło, przemieniło się w niesformułowane: „Odrodzona ojczyzna jeszcze i dla nas”. Ogromna przemiana. Żydostwo czekało całe wieki na powrót do ziemi ojców. Co więcej, to żydostwo najwyraźniej chlubiło się z tego, że czeka, że umie, że potrafi czekać. „Czekać na Palestynę” — jest dla młodego pokolenia hańbą. Ni mniej jak hańbą. Odrętwienie gett przetopiło się w żywość kibuców. Można by powiedzieć, że ci ludzie przeczuwają jakieś wielkie, tajemnicze jeszcze niebezpieczeństwo, jakąś nadciągającą burzę, przed którą należy na gwałt zbudować arkę schronienia. Miłość ojczyzny, która ongiś była całą kontemplacją, na kontemplację dziś nie znajduje ani chwili czasu.

Jest jednak jeszcze coś innego. Do Muru Płaczu schodzi się wąskimi, cuchnącymi zaułkami arabskiego miasta. Idzie się wśród szyderczych uśmiechów Arabów. Kilkadziesiąt osób stoi pod murem, starym, o wyżłobionych latami głazach, takiej ruinie biednej i nędznej, w całym swym wiekowym dostojeństwie równym dostojeństwu piramid i większym. Ale — nędznym. Policjant strzeże. Wzrok nie może uciec wyżej, bo wyżej natrafi już tylko na szmat zwykłego muru i przypomni sobie, że tam za nim, na ruinach największej chwały hebraizmu, stoi meczet arabski i Żydom wstęp jest wzbroniony. Na miejscu świątyni Salomona! Przypomni sobie, że tę nadbudowę Muru Płaczu wzniósł filantrop żydowski Montefiore — by ustrzec modlących się Żydów od kamieni i śmiecia, jakim na nich zza Muru Płaczu ciskali ulicznicy arabscy...

Mur Płaczu jest symbolem trwania i przetrwania, ale jako wielka świętość jest typową świętością narodu w niewoli. Jego poniżenie i nędza skuwały go tym silniej z ludźmi, którzy pielgrzymowali wypłakać tu całe żywoty poniżenia i wzgardy. Ale te właśnie cechy oddaliły go od nowego pokolenia, które odbudowuje już Syjon. Te cuchnące arabskie zaułki, te szyderstwa arabskiego otoczenia, ta bieda i ruina, ta pamięć na dawne napaści, ten policjant, którego obecność jest konieczna, by chronić spokój narodu na jego miejscu świętym — to wszystko wysmagiwuje bunt w duszach nowych ludzi. Świętość dwóch tysięcy lat niewoli przestaje być świętością. Ale niemniej póki upodlenie, poniżenie nie jest przeszłością tylko i snem dalekim — póty Mur Płaczu będzie dla tych młodych świętością niewoli.

Raz jeszcze — jakie to dziwne. Przez piętnaście pierwszych lat naszej Niepodległości świętym hymnem polskiego nacjonalizmu była pieśń przypominająca nasz byt helotów wyrzucanych z ziemi, przypominająca największe znęcanie się nad nami. Był to hymn młodzieży, nie starych, i młodzieży najbardziej „narodowej”. Śpiewały go tysiące młodych ludzi w wyzwolonym kraju, jak młodzi ludzie w nędzarskiej Rosji śpiewają o rewolucji, która ogarnie świat, jak młodzi ludzie w pokonanych Niemczech śpiewają o ich ojczyzny przyszłym zwycięstwie. Walka o hymn mocarstwowców na uniwersytecie rozbijała się o zastępy działaczy Obozu Wielkiej Polski, poddających młodemu pokoleniu za hymn słowa Roty. Francuzi upajali się kiedyś Marsylianką. U nas upajano się dumną poezją słów: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”.

Są to oczywiście uwagi na boku. Nie chcę, by zaciemniły w czymkolwiek ów fragment z „studiów nad psychologią ludzi kibucu”. Ale nigdy nie jest źle coś cudzego z czymś swoim, choćby bardzo bolącym, porównać.