Oczyma młodego islamu
Jeżeli Palestyna stanowi u nas, przy całym okropnie powierzchownym „zainteresowaniu się” sprawą żydowską, wielką nieznaną, to poglądy, jakie istnieją dotąd na jedną z najważniejszych kwestii osadnictwa żydowskiego w Palestynie, tzw. kwestię arabską, są horrendalne w swej niewiedzy. Walkę Arabów z kolonizacją żydowską tłumaczą nasze symplaki83 jako odpowiednik ich własnej walki z żydostwem. Prawdopodobnie — rozumują — Żydzi w Palestynie tak samo wyciskają pieniądze z kraju, tak samo małżeństwami mieszanymi zatruwają rasę, odbierają chleb robotnikowi, tak samo opanowali handel. Wielki mufti w konstelacji palestyńskiej to tyle co „wielki oboźny”, a perfidne Angliczany, niczym druga sanacja, po to właśnie istnieją na tym świecie, aby powstrzymywać dzielnych Arabów, którzy bez tego zrobiliby Żydom „kęsim”. Jest to oczywiście groteskowe przedstawienie tych poglądów, ale takie mniej więcej u nas kursują. Są zaś najzupełniej błędne. Samo porównywanie antysemityzmu Arabów z naszym, niemieckim czy nawet rosyjskim to najfatalniejsza pomyłka, jaką można tu w ogóle zrobić. Przede wszystkim antysemityzm arabski nie istnieje sam z siebie i za siebie. To, co przed jedenastu laty pisał znakomity badacz starożytnej Palestyny, ks. Szymański T.J., jakoby Arabowie uważali chrześcijan za swoich „braci”, Żydów zaś za swoich „psów”, jest nonsensem. To, co nazywamy potocznie antysemityzmem arabskim, nie jest niczym innym jak tylko częścią, i to nawet nie częścią najbardziej aktywną, zadrażnioną, tego, co tak świetnie zobrazował E. Kisch w swym Asien gründlich veraendert, antyeuropeizmu ludów islamu i Azji.
— Kwestia żydowska u nas, taka jak kwestia żydowska w Niemczech, gdzie studiowałem, w ogóle nie istnieje. — Tymi słowami rozpoczął mi swój wykład młody inteligent arabski, dyplomant84 jednego z największych uniwersytetów europejskich, i zajmujący w Palestynie bardzo znaczne miejsce. — Tak samo jak dla nas, Arabów, nie ma osobnego „problemu Palestyny” lub nie ma osobnego „narodu palestyńskiego”. Kolonizacja żydowska nie jest naszym wrogiem, jest tylko narzędziem, jednym z narzędzi w ręku naszych wrogów.
Jest to niewątpliwie ujęcie teoretyczne, ale trafne i odpowiadające stanowi rzeczy. Oto co mówią Arabowie: po wielkiej naszej epoce, która się zakończyła z momentem hegemonii Turków w islamie, byliśmy narodem zamarłym w sposób podobny do narodu czeskiego po Białej Górze na przykład. Podczas wielkiej wojny poszliśmy przeciw Turcji wobec obietnicy angielskiej, że ukonstytuujemy się jako niezależne państwo. Znaliśmy nasze siły i angielskie, niestety, przeliczyliśmy się co do wyników wojny: licząc na zwycięstwo angielskiej koalicji, nie liczyliśmy na tak pełne i tak wielkie. Sądziliśmy, że wojna skończy się pokojem kompromisowym, w którym uda się nam zostać j państwem położonym między dwiema grupami zaborczych mocarstw i utrzymać dzięki temu swą niepodległość, jak utrzymują ją w Azji Syjam lub Persja.
Jak wiadomo, stało się inaczej. Bezapelacyjne zwycięstwo Anglii (w Europie nie było ono tak kompletne jak u nas) pozwoliło jej urządzić Arabię wedle swoich planów. W planach tych oparto się na strukturze Indii z czasów po powstaniu sipajów85, a przed podniesieniem ich do rzędu dominium. Wykrojono kilka państw, które, mniej lub więcej potrzebne Anglii, stały się od niej mniej lub bardziej zależne. Syrię oddano Francji. Arabii jednoczonej, jaką była pod rządami Turcji, obiecywano Arabię Niepodległą, dano zaś w rezultacie rozbiór Arabii i „niepodległość” będącą bluffem. Obietnice były zbyt świeże, by nie wywołać reakcji zawiedzionych. Reakcja ta zmusiła okupantów anglo-francuskich do szukania punktu oparcia wśród ludności. Rozpoczęło się wyszukiwanie plemion, religii, ras „mniejszościowych”, opiekowanie się nimi celem wygrywania ich przeciw arabskiej większości.
Był to dziesięcioletni okres pierwszej walki niepodległościowej arabskiej. Okupanci chwytali się różnych sposobów: w Syrii wyszukano zarabczonych potomków rycerzy krzyżowych i starano się zrobić to, co nazywali ozdobnie komisarze francuscy: les fils dociles de la France86. To samo czyniono z Maronitami, to samo z paroma innymi plemionami lub ze zgoła arabskimi szczepami. Sprowadzono niewyrżnięte resztki Armeńczyków spod jarzma tureckiego i stworzono z nich mniejszość. Anglia nie pozostała w tyle. W Iraku wskrzeszono „Asyryjczyków” chrześcijan i wygrywano ich przeciw Arabom. To samo czyniono z innymi narodzikami. Arabowie w ciągu dziejów ani nie islamizowali ludności, ani jej nie asymilowali. Stąd narodziki i kulty dowegetowały tu przez długi ciąg wieków i na nich poczęto wznosić dzieło rozbicia Arabii.
Plany te najzupełniej zawiodły. Zawiodły dlatego, że główna masa ludności, na której chciano się oprzeć, chrześcijanie narodowości arabskiej — pozostali jednak wierni swej rasie. Dotyczy to w mniejszej mierze sekt, dotyczy głównie Arabów prawosławnych i katolickich. Inne „mniejszości” były w Arabii za słabe, by móc być podstawą poważniejszych działań politycznych. Manewr skonsolidował tym silniej Arabów. Natomiast na jednym odcinku Arabii nieudały87 ów manewr przyniósł, nie możemy tego negować, bardzo poważne rezultaty: w Palestynie.
Popieranie Koptów i Asyryjczyków, stwarzanie armeńskiej mniejszości narodowej było próbą tak cieplarnianą jak irredenta bretońska we Francji, ale otworzenie wrót dla imigracji żydowskiej, proklamowanie w Palestynie żydowskiego home’u osiągnęło z punktu widzenia okupantów europejskich swój cel, gdyż poprowadziło w rzeczy samej do powstania bardzo silnej i zwartej grupy ludnościowej, etnicznie stojącej w antagonizmie do tubylców. W dwujęzycznym i dwunarodowym kraju Anglicy mogli rządzić łatwiej niż w jakimkolwiek innym. W miarę swych potrzeb mogli wygrywać Arabów przeciw Żydom i vice versa.
Moment obecny jest w Arabii — ciągnął mi ów rozmówca — tym historycznym momentem, w którym atak antyarabski został odparty na wszystkich odcinkach. Ci, co byli narzędziami Anglii, opuszczeni dziś przez nią, gorzko pokutują za swoją zdradę (była to aluzja do Asyryjczyków, którym się odpłacono krwawymi napadami). Cała uwaga i wysiłek narodu, aż po Aden i dalej, wytężyły się, by wspomóc naszą walkę w Palestynie. Naprzeciw Hajfy widział pan może Akko88, Saint-Jean-d’Acre? Może pan pamięta, że była to ostatnia twierdza i ostatnia piędź ziemi arabskiej, której trzymali się krzyżowcy, okupanci europejscy sprzed ośmiu wieków? Otóż Palestyna to coś w rodzaju tego ówczesnego Akko...
Pamiętam, jak mój rozmówca zastanowił się chwilę i rzekł:
— Co prawda, wyprawy krzyżowe były zorganizowane gorzej: ograniczały się do opanowania kraju, a nie do jego kolonizacji...
Po czym ciągnął dalej:
— Istnieje u nas głęboka niechęć do Europejczyków, niechęć do waszej cywilizacji, którą my, wychowani na Zachodzie, przejrzeliśmy na wskroś. Istnieje u nas wola bycia samymi w naszym kraju; możemy współżyć z narodami czy religiami, które znamy od lat, nie zniesiemy obecnych intruzów. Nie zniesiemy ich przede wszystkim dlatego właśnie, że są oni narzędziem okupantów...
W tym miejscu rozpoczęła się moja indagacja. Zadałem memu Arabowi i jego towarzyszom, słabiej mówiącym po francusku, szereg pytań. Zanotowałem niemal dosłownie ich odpowiedzi.
Pytanie: Czy wpływ Żydów nie podniósł ekonomicznie kraju?
Odpowiedź: Podniósł. Najniewątpliwiej podniósł. Przede wszystkim dzięki wniesieniu kapitału.
Pytanie: Czy w Palestynie nie ujawnił się ujemny wpływ Żydów na życie duchowe arabskie? Chodzi mi o to, czy Żydom nie stawia się zarzutów podobnych do tych, jakie są stawiane w Niemczech hitlerowskich?
Odpowiedź: Pod tym względem zdania u nas są nieco podzielone. Przeważnie jednak zarzutów tych się im nie stawia. Ludzie wykształceni im przeczą.
Pytanie: Czy Żydzi, jak się w Europie mówi, tuczą się na krzywdzie Arabów? Innymi słowy, czy panuje wyzysk robotnika arabskiego przez Żydów?
Moi bardzo poprawni rozmówcy nieco się obrazili. Uważali to pytanie za tendencyjne, gdyż znaną jest rzeczą, że koloniści żydowscy płacą robotnika arabskiego lepiej, niż był on płatny u właścicieli arabskich (co Żydzi bardzo często wytykają). Wreszcie otrzymałem odpowiedź przeczącą. Istnieje jedyna możliwość wyzysku: oto gdyby Żydów więcej naszło do Palestyny, toby prawdopodobnie zatrudniali tylko swoich robotników.
Pytanie: Czy zagraża zamach żydowski na arabskie świętości (meczet Omara np.) lub coś podobnego?
Odpowiedź była znowu przecząca, z motywacją, że Żydzi palestyńscy są obojętni religijnie, a przynajmniej zajmują się dużo więcej sprawami kulturalnymi, politycznymi itd. niż religijnymi. Z drugiej strony, siła uczuć religijnych ludu arabskiego (a Arabia jest typowym społeczeństwem ludowym, niezależnie od efendich i mieszczan) stoi tu na straży.
Pytanie: Czy panowie obawiają się, by Palestyna mogła stać się krajem o większości żydowskiej?
Odpowiedź: Tak jest.
Odpowiedź ta bardzo mnie zdumiała. W chwili obecnej jeszcze stosunek Żydów do Arabów w Palestynie jest jak jeden do trzech i pół. Bodajże nawet gorszy. Zatem parcie kolonizacyjne Żydów musi być przez tubylczą ludność oceniane jako bardzo silne.
Pytanie: Czy panowie nie widzą możliwości dojścia do porozumienia między Żydami a Arabami, wspólnej akcji w stosunku do Anglików, utworzenia mieszanego ludnościowo państwa, względnie kantonu czy stanu, federacyjnego imperium arabskiego?
Odpowiedź: Nie. Polityka żydowska Anglii, widziana ze stanowiska Żydów, jest połowiczna, ale widziana ze stanowiska naszego jest zasadniczo prosyjonistyczna. Wspólna akcja jest niemożliwa, nie zechcą jej sami Żydzi. Żydzi są tylko czynnikiem w walce anglo-arabskiej, ale nie są jednym z podmiotów.
Pytanie: Gdyby jednak warunki dowiodły czego innego, czy panowie nie sądzą, że mogłoby dojść do kompromisu żydowsko-arabskiego? Czy panowie nie sądzą, że jeżeli jakiegoś wroga nie można zwalczyć, jak panowie zgnietli irredentę koptyjską czy asyryjską, to należy się z nim pogodzić?
Odpowiedź: Są to rzeczy w zasadzie oczywiście możliwe, ale w praktyce nierealne. Jedyną akcją porozumiewawczą ze strony Żydów jest propaganda socjalistyczna wśród naszego ludu. Nie wdając się w ocenę tego, czy ma ona rację, gdy [mowa] o wyzyskiwaniu naszych robotników przez możnych, musimy stwierdzić, że godzi przede wszystkim w te elementy, na których wspiera się politycznie i finansowo ruch arabskiej samoobrony i wyzwolenia. Jest więc akcją mającą na celu osłabienie arabskiego oporu wobec wroga. Przyzna pan, że „akcją porozumiewawczą” to nie jest.
Pytanie: Reasumując, Arabowie są za walką z Anglią i wykluczają możliwość kompromisu z jedynym elementem w kraju, który stanowi oparcie dla „okupacji”, a nadto rozporządza finansami zdolnymi do realizacji wyzwolenia gospodarczego kraju. Czy panowie nie sądzą, że idąc tą drogą będą musieli długo czekać na rezultaty?
Odpowiedź: Oczywiście. Ale tak jak wielka wojna wygnała Turków, tak samo inna wielka wojna może tu wiele zmienić...
Było to już mówione bardzo dyplomatycznie... Trzeba mi się było nagiąć do tego samego tonu. Ale tu właśnie rozmowa stawała się najciekawsza:
Pytanie: Bardzo słusznie. Ale z drugiej strony panowie mi mówili, że wielka wojna wygnała Turków, żeby usadowić Anglików. Czy ci, którzy liczą na nową wielką wojnę, nie boją się, by z kolei Anglików nie zastąpił ktoś trzeci? Na przykład... Rosjanie. Och, przenośnie, przenośnie... I czy ci, którzy by wtedy przyszli, nie byliby dużo gorsi i od Turków, i od Anglików? I nie szerzyliby socjalizmu jeszcze gorliwiej niż Żydzi?...
Walka szła już tylko na kryte sztychy.
Odpowiedź: Ci, którzy sądzą jak pan, nie biorą pod uwagę tego, że pierwsza wielka wojna nauczyła Arabów bardzo dużo rzeczy, a między innymi tej, że nigdy nie trzeba pozwalać na czyjeś walne zwycięstwo i czyjś pogrom na głowę.
Rozmowa wchodziła na tematy, co do których moi goście woleli nie wypowiadać się wyraźnie. Ale jej zrąb był wystarczający.
Przedwojenna emigracja Żydów do Palestyny natrafiała na antysemityzm. Był to jednak bądź religijny fanatyzm, bądź po prostu żądza rabunku. Po wojnie uległo to przemianie. Zawiedzione nadzieje arabskie skojarzyły się z widokiem wyrastających masowo kolonii żydowskich, z mnożącą się z roku na rok o dziesiątki tysięcy ich ludnością. Żyd, dawny antagonista religijny, pojawiał się na horyzoncie jako antagonista narodowy. Jeżeli chodziło o przeprowadzenie mas arabskich od antagonizmu religijnego do antagonizmu narodowego, to Żydzi byli do tego najlepszą kładką. A pamiętajmy, że przepaście kulturalne w społeczeństwie arabskim są doprawdy całowiekowe.
Ale jakie to od stosunków naszych czy niemieckich różne!
Żydzi u nas są nienawidzeni za „wciskanie się w życie polskie”, za handlowe pasożytowanie na Polakach, za zajmowanie miejsca swym polskim zawodowym konkurentom, za wygląd fizyczny nawet. Żadna z tych racji nie zachodzi w Palestynie. Żydzi tam przywieźli pieniądze, Żydzi bynajmniej w świat arabski się nie wciskają. Tworzą najwyraźniej osobny świat. Chcą tworzyć. O ich nadmiarze nie można mówić, skoro ani kulturalnie, ani ekonomicznie on nie ciąży, przeciwnie. Antysemityzm arabski — to jest coś zupełnie innego niż wszystkie antysemityzmy, niemiecki nawet. Tu nie ma owych racji zawiści, że „Żydzi są wszędzie, Żydzi mają wszystko”, bo to, co mają, tego by bez nich w ogóle nie było. Tu istnieje nie zwyczajny antysemityzm, ale po prostu jedna z tych nienawiści plemiennych, tych narodowych wendet, jak te, które istniały między Armeńczykami a Turkami, nienawiści, których ostatnimi odpryskami w Europie są kraje jak Albania czy Macedonia. Jest to część składowa wielkiej ksenofobii Arabów. Jest to nienawiść najzupełniej ślepa. Jeżeli przeciętny Europejczyk będąc w Palestynie nie widzi, by się doń odnoszono z tą nienawiścią, to dzieje się to właśnie dzięki temu, że cała ona koncentruje się dziś na Żydach, tak że dla innych pozostaje już skąpy udział. Słowo „giaur” z całym swym nienawistnym sensem zostało zastąpione słowem „Żyd”. Ta nienawiść rozsadza wszelkie teorie o antysemityzmie palestyńskim, nawet głoszone przez inteligentnych Arabów.
— Czy pan wie — mówiono mi — że jeden samolot w ciągu ośmiu godzin zbombarduje wszystkie kolonie żydowskie?
Powtórzyłem te słowa Żydom. Odrzekli tylko:
— O ile nam wiadomo, to Arabowie jeszcze samolotów nie mają. W Tel Awiwie jest szkoła lotnicza — żydowska.
Oto dzisiejszy stosunek dwóch narodów.