Przyrost Żydów dościga Arabów
Pokoje domów jerozolimskich to takie głębokie wnęki w mieszkaniach. Otwory okienne wysuwają daleko poza swe centrum. Jest w tym jakieś krycie się przed światem z zewnątrz, wiejącym zimą chłodem, dusznymi skwarami latem. Ale w dnie, gdy ani jedno, ani drugie nie daje się odczuć, w pokojach tych panuje spokój, pokrewny spokojowi muzeów czy domów patrycjatu w miastach bardzo starych i wyludnionych. Jerozolima jest miastem, o którym powiedziano „w szatach wdowich” na długo przed śmiercią Chrystusa. Jej kręte zaułki średniowieczne były zbyt często rynsztokami krwi płynącej tu deszczem. Jerozolima jest miastem w żałobie. Jakby drobne pyłki owej żałoby, zamarłej, spylałej wiekami grozy, docierają aż do tego cichego pokoju.
Z dębowej bibliotecznej półki wyciągam na chybił trafił małą zszarzałą książkę. Gdy się czeka na kogoś, co właśnie przeszedł do dalszych pokoi w poszukiwaniu jakiejś statystyki, tak dobrze jest coś przewertować. Książka, którą wziąłem do ręki, to, o dziwo, Kollokacja starego Korzeniowskiego80. Czyż można się tu było spodziewać przedkraszewszczyzny, nalotu wspomnień starych, sprzed stu dwudziestu lat?
Za oknem jest Jerozolima, mieszkanie jest mieszkaniem syjonistycznego przywódcy. A zwiotczałe karcinki książki jak gdyby nigdy nic mówią o wielkim błocie wołyńskich dróg, przez które przenosi się panie z ugrzęzłego głęboko koczu. Szyszkowce i kollokanci, kontrakty w Dubnem, transporty z Odessy.
Zupełnie niepostrzeżenie — takie miękkie są tu dywany — wrócił prezes Farbstein. Ma tan sam spokojny i pogodny uśmiech, z jakim mnie witał całe cztery tygodnie temu. Wówczas byłem ledwo przybył i z listami polecającymi waliłem prosto jak w dym do tego jedynego polskiego Żyda, zasiadającego w najwyższym sanhedrynie żydostwa — w egzekutywie syjonistycznej — jako delegat religijnego odłamu syjonistów-Mizrachi.
I teraz na to wszystko, co zbierałem w ciągu tych paru tygodni, narzuci ostateczny szkielet wiadomości.
— Panie prezesie — mówię — rzecz, która moich rodaków najbardziej może zainteresować jest w stanie, to sprawa, jak wielkie postępy robi emigracja żydowska do Palestyny, jakie są jej widoki, jakie przeszkody? Jak duże skupienie żydowskie może znaleźć miejsce na ziemi ojców?
— Dobrze, proszę pana, służę panu wszelkimi informacjami... Ale odpowiedź na nie niech lepiej dadzą Anglicy...
Nie jest to jednak odesłanie mnie do Wysokiego Komisarza Brytyjskiego. Prezes Farbstein podaje mi tylko dwa grube tomy. Jest to Sprawozdanie statystyczne kraju mandatowego Palestyny, oficjalne wydawnictwo w Kairze 1933, zebrane przez E. Millsa, przydzielonego do sekretariatu Komisariatu. Szukamy i oto:
W roku 1919 (data objęcia mandatu) było:
Mahometan 457 000.
Żydów 55 000.
Chrześcijan 90 000.
W roku 1931 (data spisu ludności):
Mahometan 750 000.
Żydów 189 000.
Chrześcijan 90 000.
Jeżeli chodzi o trzy [?] inne religie, cyfry są jasne i bez większych odchyleń. Jeżeli chodzi o Żydów, to wiem już, że cyfra podana w statystyce jest niższa od prawdziwej. Od samych Anglików słyszałem, że Tel Awiw liczy od kilku do kilkunastu tysięcy ludności niezapisanej, „niestałej”; są to wszystko Żydzi, którzy wobec ostrego prawa o imigracji nie mogli przybyć tu inaczej jak turyści, z paszportem ważnym na trzy miesiące — ale siedzą w kraju od kilku nieraz lat. I Anglicy, i mahometanie zgodni są w ocenianiu liczby Żydów w Palestynie na dwieście tysięcy. W porównaniu z momentem, w którym Anglia objęła mandat, a więc w okresie lat czternastu, ilość Żydów zamieszkałych w Palestynie wzrosła trzy do czterech razy. Ale czy cyfra 200 000 jest stała? Bynajmniej. Miesiące wiosenne 1933 roku były miesiącami tak silnej emigracji żydowskiej jak może żadne: kryzys w Europie, hitleryzm w Niemczech, rozkwit w Palestynie robiły swoje. I znowu statystyki angielskie, jeszcze nie opracowane, nieścisłe, mówią o 6000–15000.
Jak wiele emigruje z Polski?
Tym statystyka angielska mniej się już zajmuje. Stare statystyki żydowskie podają tę sumę na 45–49% ogólnej imigracji. Obecnie prezes Farbstein stwierdza, że jest ona znacznie wyższa. (Potwierdzono mi to w naszych konsulatach).
Ale gdy zadaję te pytania, mój rozmówca przeprowadza mnie na inną stronicę wiadomości cyfrowego pana Millsa. Oto długie stronice obliczeń stosunku przyrostu ludności u Żydów i u Arabów. I oto zbudowana na ich podstawie prognoza. Zaiste warto czytać statystyków!
Ni mniej, ni więcej E. Mills stwierdza, że:
1) Ludność żydowska podwaja się co 9 lat;
2) Ludność arabska podwaja się co 20 lat;
i jeszcze nie dając rozważyć wszystkich stąd płynących konsekwencji, konsekwencji, które naraz rozpychają wszelkie inne, nieliczące się z tymi nieznanymi u nas dotąd cyframi, miażdży czytelnika finałem swych obliczeń. Jeżeli obecnie panujący stan rzeczy nie ulegnie zmianie na minus, to wówczas:
3) Za lat dwadzieścia stosunek Żydów do Arabów w Palestynie będzie jak jeden do jeden. Będzie równy.
Odkładamy Millsa. Te trzy obliczenia angielskie wyszarpują nam z ręki wszelkie inne cyfry. Prezes Farbstein rozkłada mi dalsze widoki Palestyny w cyfrach. Są to rzeczy, których spisywanie musiało sprawiać statystykowi radość notowania istnych sensacji. Takie pardesy z 32 000 dunamów w roku 1922 urosły w ciągu ośmiu lat do 110 000. A ile ich przybyło teraz w bogatych, w tłustych latach 1930–1933? W roku 1922 produkcja skrzynek pomarańcz jest 1 239 000 skrzyń. W 1932 — 3 500 000. Kraj wielkości Wileńszczyzny sprowadza rocznie towarów na 7 000 000 funtów...
Ale ponad tym wszystkim, co teraz słyszę i co potem jeszcze w dwóch ciężkich tomiskach Millsa wyszperać zdołałem, góruje myśl o tym roku 1953, w którym ilość Żydów w Palestynie zrówna się z Arabami. W owym nie tak już dalekim roku może się śmiało nie zdarzyć nic szczególnego... a i tak ów meteor przewidziany i wyliczony przez angielskiego astronoma wydarzeń ludnościowych zapełni treść 365 dni owego roku. Będzie to rok historyczny: po raz pierwszy, nie od stuleci, ale od dziesiątków stuleci, znajdzie się kraj, w którym Żydzi przestaną tworzyć mniejszość. Po raz pierwszy w dawnej swej ojczyźnie będą mogli powiedzieć Arabom: równych jesteśmy tu sił. I po raz pierwszy wreszcie, w roku, który przyjdzie po 1953, poczną tworzyć pewnego kraju większość...
Jakie będzie znaczenie tego foktu? Nie wiem. Wszelkie statystyczne rachuby zawodzą. Pisząc o Palestynie, cały szereg autorów oparł się na statystykach bardzo dowolnie branych. To, co cytuję — to ostatnia, oficjalna, statystyka angielska. Czy jest fałszowana, przekręcana? Nie wierzę, bo nie widzę racji jej takiego fałszowania. Fałszowanie to jest bowiem najwyraźniej dla Żydów korzystne, a jako takie musi obudzić czujność Arabów i zwrócić ją przeciw Anglii, za rządów której dokonuje się ten pochód Izraela. Nie. Inna rzecz, czy statystyka jest nauką dość dalekowzroczną, by z dnia dzisiejszego ogarniać horyzonty roku 1953. Ale ze wszystkich statystyk palestyńskich najpewniejsza jest właśnie ta.
Trzeba się tylko wczuć w żydostwo, wczuć poprzez pryzmat syjonizmu, by zrozumieć, co znaczy to obliczenie Millowskie. — To więcej niż deklaracja Balfoura81!
Czymże bowiem był ów słynny list angielskiego ministra do „Drogiego Lorda Rothschilda” o tym, że „rząd Jego Królewskiej Mości odnosi się przychylnie do założenia w Palestynie narodowego home’u żydowskiego”? Ten akt, który dla Żydów jest wydarzeniem epokowym, czyż nie jest czymś bladym w porównaniu z tym, co na jego podstawie wyrosło, i czymś ogromnie małym wobec tej jasnej, sprecyzowanej, fundowanej na cyfrach zapowiedzi: „Przyjdzie dzień, gdy będzie Was tylu, ilu Arabów. Stanie się to w roku 1953”?
Deklaracja Balfoura była wielkim aktem dziejowym. Jeszcze wrócimy do deklaracji Balfoura. To było rzucenie promyka nadziei syjonizmowi politycznemu. To było rozwieszenie ponad wszystkie getta diaspory wielkiej tęczy nadziei. Ale to była także jedna z tych licznych obietnic, jakimi w latach 1914–1918 szafowały na lewo i na prawo obie strony wojujące. Ale to był akt wychodzący ze stampilą Foreign Office, akt podpisany przez dyplomatę, cały w dyplomatycznych omówieniach, zastrzeżeniach, niedomówieniach. To, co dziś obliczył E. Mills, jutro każdy sprawdzić i obliczyć może. To, co się widzi w tym kraju rosnącym w oczach — to może widzieć każdy, kto tu tylko przybyć zechce. To są rzeczy namacalne, wyraźne. Żeby ziścić deklarację Balfoura, trzeba było aż wielkiej wojny i jej wygrania przez Anglię. Dziś, żeby odwrócić to, co przewiduje Mills, trzeba by nowej wielkiej wojny — i przegranej Anglii.
*
Ilu Żydów pomieści jeszcze Palestyna?
I znowu jest to pytanie, na które nie ma pewnej odpowiedzi. Jedną tylko dać naprawdę można: tylu, ilu tylko Żydów się tam dopuści. Tej odpowiedzi nie dał mi bynajmniej polski członek egzekutywy syjonistycznej. Tę odpowiedź zebrałem sobie ja sam z tysięcy przeróżnych odpowiedzi na to samo pytanie: Wedle jednak przypuszczeń i obliczeń najzupełniej bezstronnych, Palestyna może pomieścić od trzech do pięciu milionów Żydów. Palestyna z Transjordanią. Nie są to cyfry przesadne. Są to raczej cyfry niedostateczne.
W chwili obecnej jeszcze zaludnienie i Palestyny, i oddzielonej od niej Jordanem Transjordanii jest bardzo słabe. Wszystkie obliczenia co do pojemności Palestyny datujące się sprzed paru lat, a negujące jej możliwości kolonizacyjne, są oparte na dwóch przesłankach: że Palestyna będzie krajem rolniczym, że Palestyna nie dokona melioracji „handlowo nieopłacalnych”. Zdaje się, że już pokazałem, jak grube uczyniono tu pomyłki: przecież Palestyna najwyraźniej rozbudowuje się także na kraj przemysłowy, przecież taki Tel Awiw i Hajfa są tego bijącymi w oczy dowodami, przecież Rutenberg ze swym „wielkim planem” wytrąca ów, zdawałoby się, nieodparty argument, że wszelki przemysł stoi na węglu, którego Palestynie brak! Ale jeżeli twierdzenie, że Palestyna może być tylko krajem rolniczym, jest już pomyłką grubą, to liczenie na to, że w Palestynie jak w reszcie świata nie będzie się dokonywało inwestycji „handlowo nieopłacalnych”, jest jako pomyłka istną Grubą Bertą82. Rozmija się przede wszystkim z celem, dla którego kolonizowano Palestynę: ten cel — powiedzieliśmy — nigdy handlowym nie był. Kolonizowania Palestyny nie można porównywać do kolonizowania Ameryki czy Australii. Palestynę kolonizowano niehandlowo i dlatego dokonano szereg melioracji, które się nie opłaciły, ale też były czynione za pieniądze funduszy niedbających o opłacalność. A zresztą... ileż tych „nieopłacalnych” opłaciło się sowicie?
W żadnej części reportażu jak w tej nie bałem się, by moje słowa uznano za dyktowane przesadnym optymizmem. Czuję bowiem to, czego Czytelnikowi oddać nie jestem w stanie: ogromny dystans między tym, co w Palestynie widziałem, a tym, co o niej myślałem przedtem. Wówczas moje myśli i wiadomości o Palestynie nie odbiegały od myśli i wiadomości o niej przeciętnego Polaka. Czy dziś od nich odbiegły — niech to Czytelnicy sami osądzą. Ale jeżeli odbiegły, to dlatego, że pięć tygodni dziennikarskiej włóczęgi po tym kraju odgięły jakby stalowymi obcęgami linię mych dawnych myśli. Trzeba Palestynę widzieć, by zrozumieć, ile się mieści prawdy w zapewnieniu, że nie ma takiego kawałka ziemi, którego by tam kiedyś pod uprawę nie wzięto. Dziś całe skaliste zbocza gór ujmuje się w małe terasy, które zapełnia się ziemią i obsadza winem. Na takich w części terasach leżą słynne już winnice Karmelu. A zresztą... Gdy mi ktoś powie: przecież Palestyna to piaski, na których nawet kartofle nie wschodzą, mam już dla niego odpowiedź: „Ma pan rację. Są tam takie piaski czerwone, na których kartofle wschodzą okropnie nędznie, ale za to właśnie na nich rosną pomarańcze i dają trzy razy lepszy dochód z hektara ziemi niż najlepsze gleby proszowskie. Widziałem także i inne jeszcze piaski: akurat na nich postawiono kilkudziesięciotysięczne miasto”. Otóż nie twierdzę bynajmniej, że na wszystkich łachach powstaną pardesy i Tel Awiwy, ale niemniej stwierdzam, że ludzie, którzy już całe latyfundia nieużytków potrafili odebrać pustyni, potrafią odebrać jej i resztę.
*
Już po mym powrocie do kraju „Manchester Guardian” podał, że dziewięćdziesiąt procent przemysłu farmaceutycznego angielskiego zaopatruje się z Morza Martwego. Palestine Potas Co., wielka spółka kapitałów anglo-żydowskich do eksploatacji bogactw mineralnych tego przesyconego nimi jeziora, pracuje zaledwie od kilku lat. Obok centrali Rutenberga jest to największy zakład przemysłowy Palestyny — i podobnie jak centrala Rutenberga dzieło będące dopiero w zaczątku. Bogactwa Morza Martwego, które również Anglicy ocenili cyfrowo, są nieprzebrane. Stagnacja na rynkach Europy nie pozwala Palestine Potas Co. rozwinąć się na zamierzoną skalę. Są to rzeczy, które czekają.
Są to rzeczy, które czekają, podobnie jak pomarańcza nie jest ostatnim hasłem palestyńskiego rolnictwa. Przyjęcie się w Palestynie grapefruitu, który w świecie anglosaskim staje się artykułem codziennej potrzeby, spowodowało powstanie grapefruitowych pardes. W porównaniu z pomarańczą jafską ich rola jest jeszcze minimalna. Ich przyszłość może być jeszcze większa; jeżeli pomarańcze miały do zwalczenia w Europie konkurencję włoską (nawiasem mówiąc, poszło im to łatwo), to konkurencję Palestynie robiłaby przeważnie... Kalifornia. Obliczona już i tak na rynek amerykański, jest ona mniej groźna. Wreszcie mówi się dziś w Palestynie o uprawie grapefruitu afrykańskiego, który podobno ma się udawać właśnie na gruntach o pewnej zawartości soli. W ten sposób zadrzewienie pobrzeża basenu Morza Martwego czyż byłoby rzeczą dokonaną? Może... To pewna, że w Palestynie na jedną rzecz chyba skarżyć się nie można, na brak inicjatywy inwestycyjnej. Nie wiem, czy jest drugi kraj, gdzie jest jej tak wiele. W tym małym kraju skondensowała się ona doprawdy tak jak te sole i chlory, i magnesium, i co tam jeszcze w szklistej i ciężkiej od nich toni Morza Martwego... Prze ku jasnej dacie żydostwa: ku rokowi tysiąc dziewięćset pięćdziesiątemu trzeciemu.
*
Tego wieczoru opuściłem późno mieszkanie przywódcy Mizrachi. Nie wiem, czy żegnając mnie przypuszczał, że w niecałe pół godziny potem znajdę się w pokoju, gdzie już z żadnej półki nie wyciągnę staroświeckiej powieści Korzeniowskiego, ale wszelkie nadzieje żydowskie przekreślać i przełamywać mi pocznie szaleńcze veto arabskie...