Tak ogromnie różne drogi
Das wirkliche Deutschland102
W piątym dniu pieszej wycieczki, jaką z młodym Żydem z Polski, Arią Buchnerem, odbyłem po koloniach Palestyny północnej, dołączył się do nas trzeci towarzysz. Spotkaliśmy go wczesnym rankiem u wyjścia z Tel Or i pierwsze zamienione słowa zgłuszał nam jeszcze szum wód Jordanu, wpadających z łoskotem w rozwarte czeluście turbin elektrowni Rutenberga. Był to młody, najwyżej dwadzieścia trzy lata liczący chłopak, który wędrował do swych towarzyszy w kolektywie syjonistycznym, kibucu, za Tyberiadą. Nie miał w sobie jednak nic z robotniczego, trochę ciężkiego typu palestyńskich chaluców. Zresztą był kraju zaledwie od roku, a pochodził z Berlina. Było to dla mnie swego rodzaju sensacją, nie tylko ze względu na to, co się właśnie w tym czasie (kwiecień 1933) działo w Niemczech, ale po prostu dlatego, że dotąd niemieckich Żydów spotykałem bardzo mało. We trzech szliśmy odtąd prawie pół dnia drogą idącą przez sam środek doliny Jordanu.
Okazało się, że nowy towarzysz zna Polskę. Był w Polsce z wycieczką; bawiła ona u nas trzy tygodnie. Młody Żyd poznał wtedy Warszawę, Wilno, nawet Białystok. Ale poznał jeszcze szereg zupełnie małych, jak mówił, miejscowości, z których wymienił kilka: Kutno, Sochaczew, Nowe Miasto, Mławę. Zdziwiłem się: cóż mogło ściągnąć do Mławy pierwszego tam chyba zagranicznego turystę?
— Wir suchten das religiöse Judentum103.
Tak rozpoczęła się opowieść młodego Żyda. Nie miała ona ani przez chwilę charakteru spowiedzi w stylu rosyjskich, łatwych i „szerokich”, wynurzeń. Wszystko mówione było z tą jedną jedyną myślą, aby ten obcy, który wybrał się aż nad Jordan w celu poznania żydostwa, zrozumiał racje, które sprawiają, że palestyński kolektywnik, kibucnik, socjalista i syjonista szukał wszystkich innych dróg, nim znalazł tę ostatnią.
W opowiadaniu były rzeczy, których się przedtem domyślałem. Młody człowiek, miał w sobie coś, co tchnęło i dobrobytem, i staranną, wszechstronną kulturą. Poza tym wyglądał, jak powiedziano by w Niemczech, na chłopca von der guten Kinderstube. Opowiadanie sprecyzowało mi takie szczegóły, że Kinderstube mieściła się w Berlinie, w domu rodziny od pokoleń zamieszkałej w Brandenburgii, bogatej, przemysłowej burżuazji. Ojciec umarł w czasie wojny na skutek zatrucia gazami na froncie zachodnim. Matka pozostała sama, bodaj z dużym majątkiem, opowiadający tego specjalnie nie podkreślał, ale i nie ukrywał. Pozostała z dwoma synami, z których starszym był właśnie mój nowy towarzysz.
Rodzice nie należeli już do żadnej gminy wyznaniowej. Dzieci na Boże Narodzenie miały drzewko. Choinka, obwieszona srebrną watą i szklanymi świecidłami, to była szczątkowa forma cudzej religijności w asymilowanym środowisku, utrzymana dla wieku zabawy klockami i ołowianymi żołnierzami. Ołowiani żołnierze mieli jeszcze w życiu tych małych Żydów odegrać rolę chyba wyjątkowo ołowianym żołnierzom przydzieloną: oto kiedyś, w tym właśnie czasie, malec posłyszał w rozmowie starszych niezrozumiałe słowo die Juden.
— Mama, was sind das — Juden104?
— Billige Bleisoldaten; deine sind viel, viel bessere105 — uspokoiła ciekawość matka.
Pierwsze lata berlińskiego gimnazjum, choć nie były to bynajmniej czasy obecnego roznamiętnienia, powiedziały dzieciom o Żydach i żydostwie mniej więcej wszystko. Szkoła, w której uczyli się obaj chłopcy, skupiała bardzo duży procent synów z zamożnych zasymilowanych rodzin żydowskich Berlina. W siódmej klasie gimnazjalnej ci młodzi chłopcy, z których domów dawno wymieciono ostatnie ślady semickiego pochodzenia, poczuli się Żydami całą siłą swej duszy. W tych chłopcach, wypielęgnowanych w czystości, wygodzie i luksusie, separowanych od kontaktu z żydostwem z nie mniejszą troskliwością niż od kontaktu z tym wszystkim, co mogłoby szkodzić np. zdrowiu, obudziła się niespodziewana tęsknota, chęć powrotu do zupełnie im już nieznanej religii ojców. — Chcieliśmy wrócić do niej, pozostając nadal ludźmi współczesnej kultury — powiedział w tym miejscu nasz towarzysz. Robią więc wycieczkę do Polski, bo słyszeli wiele fantastycznych wprost historii o jej getcie, którego już w Niemczech nie ma. Pamiętam, jak podkreślił wtedy, że chodziło im o religijne (religiöse) getto. Wędrują po Mławach i Sochaczewach, po chederach i jesziwach. Mówią ze starymi rabinami i z ich uczniami, ze swymi rówieśnikami, z którymi nie mogą już odnaleźć wspólnego duchowego języka. Opowiadał nam, jak patrzano na nich na pół nieufnie, na pół ciekawie. — Dann aber kehrten wir zurück; in dem Ghetto war nichts zu suchen106.
Ten socjalista mówił ostatnie słowa z bardzo głębokim przekonaniem, ale jak gdyby i z żalem. Ci, co w roku 1926 wybrali się z Berlina do Mławy, nie rozstali się już po powrocie. Jako studenci stają się duszą pewnego stowarzyszenia, które po niemiecku łączy cechy organizacji krajoznawczo-turystycznej z ideową. Jej nazwa brzmiała — nie ręczę za dokładność — Deutsch-Jüdisch Wander-Verein107. Pamiętam w każdym razie, że w jej tytule było deutsch-jüdisch108 i że właśnie pierwszeństwo tego deutsch przed jüdisch podkreślał mi jeszcze opowiadający. A więc asymilacja. Asymilacja — ale o pewnym podłożu ideowym. Asymilacja synów chciała być czymś innym niż asymilacja ojców z ich choinkami na Boże Narodzenie i unikaniem myśli o Żydach. Na gruncie tej organizacji i poza nią rozwinęli szeroką akcję wśród młodzieży. Był to wielki zbiorowy wysiłek nad zasklepieniem owej szpary, której nie było jeszcze dla nich w epoce Kinderstube i Bleisoldaten, ale która rosła wraz z nimi w coraz to większą szczelinę na jednolitej dotąd ścianie społecznej asymilacji niemiecko-żydowskiej. W generalnym jakby skrócie, w ślad za urywanymi, streszczającymi zdaniami przebywaliśmy tak cały okres studiów zamożnego chłopca w Niemczech ostatnich lat. Starcie z potężniejącą falą antysemityzmu. I naraz na końcu tej długiej drogi coraz ciaśniejszego i coraz słabiej rozświetlającego rosnące wkoło mroki chodnika asymilacji — wielkie światło. Ruchy społeczne. Marks. Kojarzyło się w nich zrazu wszystko: i wytłumaczenie walk, które wiedli z szowinizmem, i wytłumaczenie społecznego celu pracy. Przyczyny zła, drogi ratunku. (Nie mówił tego wyraźnie, ale czułem, że wtenczas i on, i oni wszyscy poczęli szukać jakiegoś moralnego usprawiedliwienia własnej zamożności w obliczu nędzy innych). — Matka kochała nas bardzo i dawała nam wszystko, cośmy chcieli. Ale gdy trzeba było pieniędzy na pismo, któreśmy wtedy wydawali, na prace organizacyjne, musieliśmy dawać do zrozumienia, że to na długi w nocnych lokalach.
Marksizm był tylko etapem przejściowym całej grupy i obu braci. Rozłam — raczej rozejście się — rzucił część ich ku komunizmowi. Część ku syjonizmowi. Wiosną roku 1931 grupa syjonistyczna stanęła w Palestynie. Stała się zalążkiem niemieckiego kibucu.
*
W tym właściwie niezmiernie prostym opowiadaniu były jednak takie akcenty, takie, jak by powiedzieć, podkłady czy odcienie, których niestety nie ujmie najwierniejsze i najstaranniejsze streszczenie, na które trzeba by talentu powieściopisarza. I wtedy już, gdy mówił, i potem, kiedy pożegnawszy go skręciliśmy w lewo ku czerwonym dachom Daganii, miałem wrażenie, że to wszystko budziło we mnie pewne zdziwienie, pewne „ach, więc to było tak?”, a zarazem i pewne, równie nieokreślone jeszcze, reminiscencje.
1. Ten młody człowiek, można by powiedzieć, znalazł się w życiu po raz pierwszy sam wtedy, gdy nas spotkał. Dotąd wszystkie reakcje duchowe, wszystko, co czynił, wszystkie procesy ideowe i kryzysy, które przebywał w życiu, przebywał w całej grupie, w całym zespole. I zwrot do religii, i powrót do asymilacji, i socjalizm, i syjonizm — przez wszystko to przechodził z innymi.
2. Nad tymi młodymi ludźmi, moimi rówieśnikami z innego kraju i narodu, zawisło jakby sokratyczne dajmonion109 doktora Judyma110, ale już o pewnym pozytywnym, nie przeczącym tylko, sensie, w formie duchowego imperatywu, musu. Ten imperatyw rzucał nimi dosłownie w różne strony, aż wreszcie rozbił ich rodziny i dom. Pozwalał porzucić wszystko z tym niezmąconym spokojem, który odgadywałem u mego przypadkowego towarzysza, porzucić bez cienia walki ze sobą, porzucić, jak się porzuca znoszone ubrania lub książki, od których ducha już się odeszło. Ten młody człowiek doskonale zdawał sobie sprawę, czym i on, i brat jego byli dla swej matki; ale dla nich obu była ona bodaj przede wszystkim matką od Bleisoldaten, tą, która łatwiej dawała pieniądze na bumblerkę niż na ich pismo. Odchodząc od niej, uczynili to z tym wielkim, niezmąconym spokojem, który istnieje u dzieci idących do klasztoru i który, przynajmniej dla mnie, ma w sobie prawie zawsze coś z podskórnego okrucieństwa.
A przecież nie te dwa momenty uderzyły mnie najbardziej. Oto wtedy na drodze polnej z Tel Or do Tyberiady spotkałem pierwszego w moim życiu młodego człowieka, mego rówieśnika, z Niemiec, z Zachodu. Słyszałem o nich i czytałem bardzo wiele. Wiedziałem, że — do bardzo niedawna — ich klasa społeczna, ta sama co moja, nie uległa tej co u nas pauperyzacji wojennej. Uczono nas, że panuje tam ogromna, zupełna swoboda, w każdej dziedzinie i dla wszystkich. Przyzwyczajono do myśli, że jest to świat bez burz i zgrzytów, urządzający życie jak wnętrza mieszkania: z troską o komfort, zajęty jedynie racjonalizacją jak najpełniejszego, jak najradośniejszego pochłaniania całej urody życia. Przeogromna swoboda, „łatwość” stosunków płciowych. I naraz, po tym wszystkim, słucham takiej żywej, szczegółowej relacji jednego z tych, o których się pisało. I wszystko, co mówi, jest przeciwieństwem tego, co pisano. Ta cała młodzież, ta z pierwszego planu opowiadania i ta z drugiego — hitlerowcy — wszystko jedno nawet która, to przecież ludzie, których troska życiowa jest odwrotnością tego, co nam mówiono. Doskonale pamiętam, jak jednego z mych przyjaciół w lekturze Miłości koleżeńskiej Bedela uderzyło najbardziej nie to, że chacun a sa chacune, ale po prostu to, że na każde studenckie couple przypada co najmniej — jedno auto. Mogłem najwiarogodniej sądzić, że mój towarzysz mógł je mieć — a może i miał nawet — i mogłem stwierdzić, że auto i reszta to były rzeczy, które na giełdzie jego młodości nie liczyły [się] wcale.
Z opowiadania młodego Żyda buchnęła nagle erupcja całego krateru sił walczących i niszczących, ale tworzących również. Wszystko jedno, czym było, jak się zwało — odrodzeniem religijnym czy bezbożnictwem, pacyfizmem czy militaryzmem, komunizmem czy nacjonalizmem. Na Zachodzie, któryśmy chcieli widzieć w pogodzie i „bez zmian”, tuż za naszą miedzą wrzało coś, co bardziej niż wiek temu miało prawo do nazwy Sturm und Drang Periode111.
Młody Żyd niemiecki, socjalista i syjonista, był już, gdyśmy go poznali, człowiekiem mającym poza sobą cały okres tej burzy. Odnalazł już wtedy, co szukał, i nie pragnął poznawać nowych dróg. Myślę jednak, że gdyby teraz właśnie mógł wziąć do ręki Wyznania św. Augustyna, odnalazłby jednak w tej małej książce, w jej początku zwłaszcza, bardzo wiele z siebie i bardzo wiele ze swoich towarzyszy drogi. Poprzez przepaść wieków i celów.
A daemonio meridiano...
Temu jeszcze akurat dziewiętnaście lat, a nawet dużo mniej, pan Szymon K. nigdy by nie przypuszczał, że będzie czynił z pomarańcz tak nieprawdopodobny i egzotyczny użytek jak sadzenie ich. Ale temu dziewiętnaście lat był po prostu rok 1914 i wtedy pan Szymon był kasjerem u jednego z moich krewnych na wsi. Codziennie po śniadaniu defilował przez dawno już będące w ruchu podwórze i zabierał się do pracy w dużym, czysto bielonym i dość pustym pokoju, gdzie zimą bywało chłodnawo z racji stałych defektów pieca, latem zaś dobrze gorąco i „much dostatek”, choć wieś ta leżała na Podolu, nie na Litwie. I niezmiennie, wiosna czy jesień, wypełniał tu zawiłe rubryki różnych ksiąg rachunkowych drobnym, starannym pismem. Był przez wszystkich we dworze i na folwarku, i w okolicy nie tylko szanowany, ale i szczerze lubiany. Pana Szymona uważano za akuratnego, pewnego pracownika, za spokojnego, oddanego rodzinie człowieka. Być może, siedziałby w tym domu do samej śmierci, a na pewno tak długo, jak tylko by chciał, gdyby nie wojna i wszystko, co po niej przyszło. Jakoś ocalał pan kasjer i dostał się do Polski. Przez kilka lat pracował w dużym majątku pod Przemyślem. W roku 1924 czy 1925 zjawił się u swego dawnego „chlebodawcy” w Warszawie i powiedział, że jedzie do Palestyny.
— Jak to? — spytał mój wuj nieco zdziwiony. — I cóż pan tam będzie robił? Buchalterii Arabów uczył?
— W Palestynie dają ziemię pod kolonizację — zaczął rozpowiadać kasjer — po dziesięć hektarów na rodzinę...
— I pan będzie orał, siał, żął?
Pan Szymon przytaknął.
— A czy pan raz w życiu pługa się dotknął?
Pan Szymon, jak wieść niesie, również przytaknął — ale bardzo niepewnym głosem. Coś było jednak w tych odpowiedziach takiego, że już go więcej nie pytano.
— No — rzekł wuj — niech się panu lepiej powiedzie niż u nas...
I pan Szymon wyjechał. Pisał, że kartofle drogie, a pomarańcze strasznie tanie. Że ciężko. Że już w kwietniu tak duszno, jak na Podolu nie bywało nigdy w lipcu.
Potem przestał pisać, a może mu nie odpisano. Niewiele lat minęło od tego czasu, ale wiele się zmieniło. Trzeba było wreszcie, aby ktoś z domu, przy którym pan Szymon przepracował tyle czasu, sam pojechał do tego kraju, z którego jedni się naśmiewali, a inni uczynili po raz wtóry ziemię obiecaną.
*
Siedzę z panem Szymonem przed jego domem w niewielkiej młodej kolonii Nahlat Jehuda. Dom jest taki jak wszystkie tu domy drobnych kolonistów prywatnych, osadzonych na ziemi funduszów narodowych, tylko jedna jego ściana zgrubiała u dołu w obieloną chłopską przyzbę — taką samą, jakie bywały niegdyś na Podolu, z tą wszakże różnicą, że zbudowaną od północy, nie od południa. Przez te dwie godziny powiedzieliśmy sobie wszystko, cośmy powiedzieć mogli. Z dawnych czasów nie pamiętałem już wcale wyglądu pana Szymona; teraz, patrząc na niego, przypominam go sobie powoli. Musiał się bardzo zmienić; z pewnością nie miał wówczas ani tak śniadej, prawie rumianej twarzy, ani tak białej, jak u starych ludzi, siwizny. Tylko zdaje się, że jest bardziej żywy, niż był. Wraz z żoną pytali o tylu dawnych znajomych — i coraz częściej w tych pytaniach pokrywali długim milczeniem braki. Do jednego nazwiska wciąż powracał, o jedno pytał jeszcze wiele razy. — Taka szkoda, panie... ej, taka szkoda... — A potem pokazywał mi swój ogród, pełen pomarańczowych drzewek o cienkim pniu i o metr niespełna nad ziemią burzy jaskrawozielonych liści. I nawadniania, i wszystko. Tylko w pole mnie nie prowadził, bo, jak mówił, takiego jak na Ukrainie już pan tutaj nie zobaczy. Mówiliśmy i o sytuacji finansowej, można by powiedzieć, że pan Szymon okazał się najlepszym buchalterem, gdy kupił kartę okrętową do Jafy. Dziś jest zamożnym człowiekiem. Za ziemię, którą kupował po sześć funtów, płaci się w tych stronach po trzydzieści osiem. Pomarańcze owocują dobrze, grapefruity jeszcze lepiej. O, teraz jest dobrze w Nahlat Jehuda... Ale nie zawsze tak było.
Pijemy herbatę pod drzewami, moi gospodarze opowiadają. Gdy ich osadzono w roku 1924, nie było tu nic. Trochę drzew i wydmy. I studnia. Studnia już była. Żydowski Fundusz Narodowy osadził w Nahlat kilkanaście rodzin, dał ziemię, nieco inwentarza, podtrzymywał. Ziemia pozostała własnością Funduszu, ale koloniści mogą ją eksploatować jak właściciele, tylko sprzedaż podlega przepisom Funduszu, mającym na celu zapobieżenie spekulacji. Nie wolno im używać siły najemnej. Pracowali więc sami wraz z dziećmi. To wszystko zrobili oni sami. Pan Szymon, gdy tu przyszedł, miał lat czterdzieści dziewięć, w tym trzy ciężkie lata rewolucji rosyjskiej i wojny. Pan kasjer, który młode lata i wiek siły przesiedział na krzesełku w oficynie, zgięty nad księgami rachunkowymi lub inwentarzem, pan kasjer, który przychodził do pracy gdzieś o dziewiątej, zrywał się teraz o czwartej rano i okopywał przez długie godziny czerwone piaskowe wzgórze. On to zasadził tu paręset drzewek, poprzekopywał rowy nawadniające, obetonował je, zbudował oborę, orał, siał, żął. Żyd, który długo jeszcze po ucieczce z Rosji doznawał nerwowego wstrząsu na każdy niespodziany odgłos, nawet trzaśnięcie drzwiami, przypominające mu huk wystrzałów, stawał tu wieczorami z karabinem na warcie. Mówił o tym wszystkim jak o rzeczy zupełnie naturalnej. Pokazuje ręką na wzgórze, zza którego, podczas ostatnich rozruchów, bronili się przed Arabami. Jego ręce są ciężkie, przypominają krótkie ostrze motyki. Jestem pewien, że były zupełnie inne wtedy, gdy przez dwadzieścia lat przesuwały jedynie lekkie drewniane krążki na drutach liczydła.
Pan Szymon opowiada dalej, ale ja myślę o czymś zgoła innym niż opowiadanie o życiu, które po czterotygodniowej włóczędze znam z dziesiątków innych opowiadań takich samych. Nie, nie to mnie ciekawi. Co mówi pan Szymon, opowie mi każdy tutejszy kolonista. Ale pan Szymon może powiedzieć i coś takiego, czego mi nie powie żaden młody chaluc. Wszyscy prawie, którzy szli do Palestyny, to byli ludzie młodzi. Wszyscy, którzy tu przyszli użerać się z piaskami o urodzaj, ze skałą — o wodę, z Arabami — o pokój, przynieśli tu młode, najpierwsze siły. Ten zaś człowiek miał za sobą prawie pięćdziesiąt lat życia. Ale to nie wszystko jeszcze, co mógłby mi powiedzieć eks-kasjer. Osobiście pamiętam go bardzo mało, ale z ustnych relacji mych krewnych znam jego duchowy profil z tamtych czasów: to nie był ani ryzykant, ani spekulant, ani jakiś zapaleniec, ideowiec. To był sobie zwykły prosty człowiek, tyle tylko, że nad wyraz porządny i sumienny. Byłby doskonałym małym urzędnikiem. Wiem, że posadę w owym majątku pod Przemyślem mógł mieć zapewnioną do końca życia. To nie wszystko. Widziałem ludzi w wieku pana Szymona, którym tak samo przewrót rosyjski odebrał dorobek całego życia. Bardzo zamożnych i średniozamożnych. W każdym razie zamożniejszych od eks-kasjera? Być może. Ale zamożność pana Szymona to była zamożność wypracowana dużo ciężej, zdobyta dużo większym nakładem energii. Otóż tamci ludzie jakże często wychodzili zupełnie załamani. Prawda, iluż z nich się wybiło, iluż z nich w najgorszych warunkach dokonało istnych cudów. Ale jednak nie popędziło na kraj świata, nie przeobraziło się w prostych kolonistów, w dziesięciohektarowych chłopów. Skąd wzięła się siła w tym człowieku do takiej przemiany? I nie tylko do wytrzymania w tych warunkach, ale i do zwycięstwa?
Aż wreszcie mówię mu o tym wszystkim. Jedno zdanie powiedziałem i burzę je nowym, aby lepiej wypowiedzieć. Chcę, żeby mi odpowiedział w nastroju nie poważnym, nie bohaterskim, ale prostym, dobrodusznym. Więc dla kontrastu kończę tak: — Jest u nas, katolików, taka stara, średniowieczna tradycja. Znali ją zakonnicy odmawiający łaciński pacierz, w którym prosili Boga o ochronę przed tym diabłem, który nasyła pokusę o południu. A daemonio meridiano — mówiła ta modlitwa łacińska. Wierzono wtedy, że o południu przychodzi na człowieka największa pokusa. Południe to nie było jedynie południe dnia. To było także i południe, sam środkowy wiek, życia. Wtedy na ludzi najspokojniejszych nachodzi coś, co robi, że nagle wszystko zmieniają. Coś ich pędzi, rzuca...
I mówiąc to, jestem pewien, że pan Szymon wejdzie w ten na poły żartobliwy, na poły poważny ton, w który chcę go wprowadzić. Że przecząc sile daemoni meridiani, tym samym powie mi, co i jak go jednak aż tu zagnało. Jakież jest moje zdziwienie, gdy eks-kasjer odpowiada najspokojniej:
— A może i jest ktoś taki?...
Trochę mnie to detonuje. Nie wiedziałem, że wśród syjonistów są mistycy. Bodaj że moje zdetonowanie widać, bo pan Szymon ujmuje mnie za rękę — no nie, niezupełnie tak chciał powiedzieć.
I po tych słowach zaczyna opowiadać. Kiedy był młody, już słyszał o Palestynie. Już dawno przed wojną Żydzi z Polski jechali. W Petach Tikwa, starej kolonii, jest trzech Żydów z Cudnowa. Właściciel pewnego hotelu w Jerozolimie jest synem Żyda z Połonnego. Pan Szymon to pamięta. Oni jechali. On — bał się. Bał się i pomyślał, że to nie dla niego. Ojciec dał mu edukację, wykierował na buchaltera. W tych czasach był to bardzo dobry kawałek chleba. Czuł zresztą, że się do tego nadaje.
Pan Szymon opowiadał mi dalej, jak rzucił pewną dobrą posadę, gdy się przekonał, że właściciel majątku żyje za rozrzutnie. Aż do przesady szukał rzeczy pewnych. Pieniądze lokował w najpewniejszych listach zastawnych. Nigdy po ludziach. Czy mogło być coś pewniejszego niż listy zastawne albo papiery rządowe?
I pan Szymon machnął ręką.
Opowiadał mi, jak na miasteczko, gdzie się schronił w roku 1917 czy też 1918, spadły pierwsze rozruchy antysemickie. Opowiadał, iż już tym, co zaszło przedtem, był tak ogłupiały, że się nawet nie ukrywał. Ma nazwisko nieżydowskie, nie wygląda na Żyda, jakoś się i uchronił. Ale sam nic w tym celu nie robił. W chwili gdy to opowiadał, przejścia z roku l918 były odległe o lat piętnaście i o tysiące kilometrów, a jednak w jego słowach drgało jakby jeszcze echo konsternacji, która sparaliżowała w nim nawet lęk przed pogromem. Pan Szymon siedział teraz przed swym domem w Palestynie, ale jeszcze się dziwił, jeszcze jakby nie był zupełnie pewien przeszłości. Że takie wielkie państwo, taki rząd i taki pewny, spokojny kraj, raptem...
Już zrozumiałem. Co potem mówił eks-kasjer z Podola, to było tylko sprawdzenie rozwiązania jego zagadki.
Przewrót rosyjski stał się przewrotem w życiu Szymona K. nie dlatego, że pozbawił go dwudziestoletnich oszczędności, że przejściami nadwerężył jego siły. Przewrót dokonał w nim czegoś o wiele większego niż proste przekreślenie pewnych rezultatów, umniejszenie jego sił ekonomicznych. Przewrót złamał w Szymonie K. wiarę w pewność czegokolwiek bądź. Jeszcze dziś w Palestynie, w roku 1933, ten człowiek zapytywał siebie i mnie: czy mogło być coś pewniejszego, bezpieczniejszego, trwalszego niż Rosja carska i jej ustrój? Wierzył w nią niegdyś tak samo, jak dziś inni, często rodacy pana Szymona, wierzą w inną Rosję. Widać, że kraj ten ma szczególny przywilej kredytu moralnego wśród ludzi, choć nie można powiedzieć, aby nie zgłaszał od czasu do czasu upadłości.
Wróćmy do Szymona K. Jego niewiara w pewność czegokolwiek bądź może wydać się niezwykle rzadkim objawem; większość ludzi, która niegdyś wierzyła w trwałość rubla, przeszła później do wiary w dolara, zmieniła przedmiot swej wiary, nie zmieniła samej wiary. Szymon K. nadaje się ze swym absolutnym zwątpieniem o jakiejkolwiek pewności do panopticum112 skutków rewolucji.
Dawny Szymon K. nie miał w swej psychice nic ze spekulanta. Czuł się do wszystkich ryzykownych rzeczy zupełnie nieprzydatny. Chciał być pewny, jak najpewniejszy. Obliczył sobie, że sumienna praca w jego zawodzie da wszystko, co mu potrzeba. Wyliczył to sobie z biegłością i niezawodnością swego buchalterskiego fachu. Na przepadłe.
Jeżeli pan Szymon przyjął ową posadę pod Przemyślem, to nie dlatego, żeby wtedy jeszcze wierzył w jakąś pewność. To było tylko nabranie czasu do zupełnego przekształcenia swego życia. W rzędzie ludzi, którzy, po swojemu, wyciągnęli dla siebie najpełniejsze konsekwencje powojennych przemian, pan Szymon winien się upomnieć o jedno z czołowych miejsc. Dokonał zupełnego odwrotu. Z chwilą gdy nie ma rzeczy pewnych, nie ma rzeczy niepewnych. Z chwilą gdy świat należy do ryzykantów, wczorajszych bankrutów, straceńców, trzeba odzyskiwać świat ich śladami.
Tego wszystkiego w tej formie nie powiedział pan Szymon, ale taki był tok jego wywodów. Ten człowiek był człowiekiem o bardzo dobrej pamięci, a bardzo zacieśnionej fantazji — Pamiętał, że miał — przed dwudziestu dziewięciu laty — dwie drogi do wyboru: ryzykowną Palestynę, nieryzykowną Rosję. Poszedł jedną, zawrócił. I nie szukając innych, poszedł drugą. Teraz ta droga nie wydawała mu się niepewna. Teraz, po przejściu dwóch lat przewrotu, nie wydawała mu się zbyt niebezpieczna i trudna. Wszystkie siły, które kiedyś przydusiły w nim żydowski instynkt tęsknoty za Erec Izrael, przestały działać.
Bałem się, że nie zdążę na ostatni autobus do Jafy, więc musiałem się pożegnać. Raz jeszcze pan Szymon poprosił o powtórzenie owej legendy o szatanie południowej pory. W ostatniej jednak chwili znikła dla nas i Palestyna, i wszystkie jej problematy; uścisk podanych sobie rąk przyjęliśmy jak ludzie, którzy wiedzą, którzy zdają sobie sprawę z tego, że jest to ich ostatnie pożegnanie nie z innym człowiekiem, ale z całym światem zaginionych bezpowrotnie ludzi, prac i wierzeń.