Pierwsze wrażenia gdańskie

Parę uwag wstępnych — Obserwacje i rozmowy w wagonie — Z okna hotelu

Pan, który w Warszawie prosił mnie po polsku o pożyczenie mu mego „Vossische Zeitung”, gdyśmy minęli graniczny Tczew, zwraca się do mnie już wyłącznie po niemiecku. Drugi sąsiad, jadący ze Lwowa, patrzy na mnie uważnie: ten młody człowiek przed nim siedzący po co jedzie do Gdańska? Dlaczego w rozmowie przed godziną zdawały się go bardziej interesować ilość sztandarów i Sturmabteilungów1 hitlerowskich niż ponętne lieux de plaisirs2 sopockie, o których tak tajemniczo a z upodobaniem próbował mówić pan od „Vossische Zeitung”3.

Dziwne to bardzo uczucie, z jakim patrzę przez okna pulmana4 na to, co się tam wyłania czarno przed nami, a jest Gdańskiem. Nie ma żadnych wieżyc gotyckich kościołów, nie góruje nad tym miastem średniowiecza zrąb żadnego zamku. Szara plama skupionych domów przegryziona tu i tam rdzą zieleni jakiegoś parku, przebitą czerwonym kominem fabryki. Koszary czy domy robotnicze, czy jakieś humanitarne więzienie tam na lewo? — już go nie ma, już jest za nami. I dopiero teraz widzę jedną, drugą, trzecią wieżę, hełmy wieżyc takie, jak renesansowy szyszak najpiękniejszego ratusza w Polsce, w Poznaniu. Osobno wielki i ciężki, ucięty, jak wieże Notre Dame, cały w patynie sadz setek kominów od setek lat — Marienkirche5. To wszystko to już nie Danzig. To wszystko to owe Gedanum6 przywilejów jagiellońskich. Gdańsk tysięcy, tysięcy łaszt spławianego zboża, misternej stolarki w czarnym dębie, w której tak bardzo lubowali się sarmaccy szlachcice baroku.

Nie jadę do tego Gdańska. Gedanum to miasto rzeczy skończonych, cmentarzem i lamusem trącących. Mam gdzieś wetknięty w walizce „Berliner Tageblatt”, gdzie w artykule wstępnym mówi się o Lozannie. Och, nic nudnego, żadnych plotek antyszambrowych7. Sam sens. Lozanna — czytam — była etapem końcowym drogi, którą Niemcy przebywały przez lat dziewięć8. Genua, Londyn, Haga, Paryż, znowu Londyn, Bazylea — to były kamienie milowe tej drogi9, na której Niemcy rzucały jedne po drugich worki balastu reparacji wojennych. Te trzy miliardy marek, które ostatecznie zapłacą10, to będzie ostatni ciężar finansowy Traktatu Wersalskiego. Koniec, nic więcej.

Koniec — ale czego? Koniec reparacji czy także koniec krecich podkopów pod inne stypulacje11 Traktatu? Może właśnie siły niemieckie, wyzwolone z odcinka walki o odszkodowania pieniężne, przerzucone zostaną zwycięskie na teren, gdzie dotąd wszystkie szturmy i ataki kilkunastoletniej ofensywy były równie bezskuteczne jak ataki armii Kronprinza na betonowe kazamaty Verdun12?

Pamiętam te ataki. Zrazu na wszystkich frontach, od Tyrolu po Szlezwig, od Eupen i Malmedy po Katowice13. Potem Stresemann14 dał ścichnąć działom, zwróconym na Strasburg, Ruhrę, tereny zabrane przez Belgię. Jednocześnie przyjaciel faszyzmu Hitler zapomniał o Südtirolu15. Nie wyrzekano się niczego, ale przycichano. Czasy wojny, gdy państwa centralne usłyszały pierwsze zgrzyty w swej wewnętrznej maszynerii, przyspieszyły zawarcie traktatu brzeskiego16, by wyzwolonymi na Wschodzie siłami złamać nareszcie Focha, Pershinga, Haiga17. Czasy pokoju Locarno18 i Lozanna, czyż byłyby powtórzeniem à rebours manewru brzeskiego?

Tor drugi, trzeci, szósty i dziewiąty — który idzie z Prus Wschodnich? — zbiegły się z naszym. Nasyp rozszerza się w coś, co za dziesięć minut będzie peronem. U wjazdu na torze nad nami czerwone i białe ramiona semaforów. Wjazd wolny. Na wszystkich torach, jedenastu torach do Gdańska wjazd wolny, wjazd wolny. Czyżby... dobry omen?

— A pan czemu jedzie do Gdańska?

To ów milczący towarzysz drogi, ten ze Lwowa, ten, co niedawno obserwował mnie ze zdziwieniem, gdym tak dokładnie i o tyle drażliwych kwestii rozpytywał się tamtego Niemca. Chce mi się śmiać. Byłem w duszy pewien, że bestia nie wytrzyma i zapyta.

— Jadę do Gdańska na tydzień. Jestem wysłannikiem paru polskich pism konserwatywnych.

— I co pan będzie robił?

Tu już do ciekawości przybywa trochę zgryźliwej ironii.

— Będę chodził, patrzył, rozmawiał. Będę obserwował. Spróbuję z tego zrobić parę reportaży.

Mój rozmówca już nie jest ciekawy. Mój rozmówca jest więcej niż zgryźliwy:

— Dobrze pana smarują, że nas pan osmaruje?

— Jestem dziennikarzem. Mam gadać, gdy się da, nawet z bojówkarzami. Poza tym bardzo nie lubię patosów w wagonie.

Moja prasa — mówię — nie jest koncernem Hearsta19, żeby móc nas smarować. Zresztą, jak się dziennikarza kupuje, to człowieka z wpływami, starszego, z nazwiskiem. Czasem korespondenta prasy zagranicznej... (książka v. Oertzena20 jest tu na każdej wystawie).

Ten pan milczy.

— Jeżeli was (chyba mogę teraz mówić, jak on, do tego Gdańszczanina) chciałbym „osmarować”, to wystarczyłoby przedrukować parę rzeczy z waszego „Vorwärtsu”21 — lub po prostu zajrzeć do kroniki policyjnej. Jadę do Gdańska po coś innego...

Ciekawość wraca.

— Widzi pan, mam wrażenie, że my czegoś nie rozumiemy w Gdańsku. I mam wrażenie, że Gdańsk to samo. Po wojnie port Gdańska otrzymał zaplecze z 30 milionami ludności22. Stał się jedynym portem dużego państwa — i znienawidził je. Państwo to buduje wobec tego drugi port23. Gdańsk się nie wycofał z walki, choć walkę tę przegrał.

Polska jest krąjem dość wielkim, by dwa porty przy niej pożywić. Zbudowanie Gdyni kosztowało nas miliony. Miliony te już są wydane. Ale niemniej nie możemy rozbudować Gdyni na nasz jedyny port. Być może, żebyśmy to nawet woleli. Robimy, będziemy robić, musimy robić inaczej, ale stosunki gdańskie to coś, co „nie sztymuje24”.

Jesteśmy ostatni w wagonie. Trzeba wysiadać. Mój rozmówca przedstawia mi się jak najuprzejmiej. Żegnamy się. A idąc ulicą nieznanego niemieckiego Gdańska, dopowiadam sobie resztę postawionego sobie zadania:

Przed rokiem Niemcy parły na Anschluss, dużo przedtem mówiło się o dziwacznej zamianie Kłajpeda25 — „korytarz”26. Od paru miesięcy mówi się o Gdańsku. Szło to z zaburzeniami hitlerowskimi, pogłoskami o wojnie. Wolne Miasto nabrzmiewało z dniem każdym rewolucyjnym zapaleniem bezrobocia, kadrami szkolących się do wojny bojówek. Cały atak rewizjonizmu skoncentrował się na tę chwilę, tu właśnie w nadziei, że w Gdańsku uda się wyłamać pierwsze szczerby w granicznych postanowieniach Traktatu.

...a może strzały, jakie tu padną, będą brzemienniejsze dla Europy niż bomby sarajewskie?

Gdy to piszę, jest noc. Ciepła miejska noc. Okno z mego pokoju otwiera widok na starą uliczkę gdańską. Jest ona pusta niemal, jak o tej porze ulice starego Krakowa. Domy patrycjuszów mają tu szerokie przedproża ocienione lipami. Siadywali tu niegdyś o wieczornym chłodzie kumowie — rajcy, syci a wielmożni. Motławą spływały galary...

Galary nie spływają Motławą i wygasły mieszczańskie dynastie. Ludzie, co tu siedzą, na lewo w cieniu, na kamiennych ławkach przedproży, to bezrobotni. Spędzi ich może za chwilę, milczących, zatajonych, gdański „Schupo”27 i pójdą błądzić szerokimi arteriami nowego miasta. Tam tłum wylał na jezdnię i rozgwarem ją zapełnił. Wśród tłumu, grupami chodzą ludzie w jasnobrązowych koszulach wojskowych, w wojskowych brązowych bryczesach. Odznaki mundurowe i czerwona opaska na ramieniu lewym z czarną na białym polu swastyką. Chodzą z namaszczeniem i powagą, nie widząc niewinnych mizdrzeń dziewczęcych tak samo, jak pokornych zaczepiań ulicznych kurtyzan. W tym leży ich „charakter”. Chodzą, jakby czekając rozkazu, który nie nadchodzi, hasła, którego nie dano. Rewolucja, którą się tu salutuje — przed zwycięstwem.

Ulica i stary pan Müller

Ein Gast28 i zwykły śmiertelnik — 10 lat prosperity — Dwa pokolenia

Rzym należy zwiedzać z bedekerem29. Konstantynopol z zapasem bakczyszowej monety30. W zaułkach portowych Szanghaju przyda się rewolwer. Tak samo Gdańsk należy zwiedzać z walizką w ręku.

Z „takową” w ubraniu podróżnym i w płaszczu (upał był szalony) rozpocząłem zaraz po przybyciu wyszukiwanie jakiejś tymczasowej kwatery w śródmieściu. Od dworca obskoczyli mnie pośrednicy. W ten sam sposób mali żydkowie w Równem lub Czerniowcach łapią ludzi do swych cuchnących czosnkiem „Ermitaży” i podejrzanych obyczajowo „Imperiałów”31. Podobno w Sopotach na jednego gościa rzuca się dziesięciu takich gentlemanów. Kryzys.

Tego ranka byłem po prostu zdumiony uprzejmością ulicy. Powiedziano mi, gdzie jest (znienawidzona tu powszechnie) „Gazeta Gdańska”32 i księgarnia „Ruch”, i polski hotel „Continental”. Jakiś starszy pan o wyglądzie emerytowanego Landrata33 podprowadził mnie osobiście do cudnej Marienkirche. Inny (zapytany tylko o drogę) zalecił mi, bym ciceronom w domu Artusa34 „Artushof” dał najwyżej 15 groszy napiwku. „Wie pan, to natrętna nacja...”. Blada Gretchen (tak naprawdę to jej było Katinka) z Molkrei przy „zielonej bramie” ofiarowała mi gościnę u swych rodziców, gdzie będzie tanio, wygodnie, trzy minuty od plaży.

Przy 30 stopniach Celsjusza niedługo nosi się walizkę, płaszcz i ubranie sportowe. Ulokowawszy siebie i bagaż, rozpocząłem wędrówkę po mieście. Jakżeż szybko odczułem brak walizkowego talizmanu!

Teraz opryskliwy był nawet konduktor w tramwaju. Młody robociarz, zapytany o drogę do „Komisariatu Rzeczypospolitej Polskiej”, najpierw odpowiedział mi frazesem, który tu widać jest ukuty, bo go słyszałem dwa razy: Es interessiert mich nicht35. Ponieważ wrażenie tych słów nie było jednak piorunujące, pośpieszył dodać, że być może, iż go już nie ma, a jeśli jest, to go wkrótce nie będzie, ani jego, ani was wszystkich, wy... Bursz, zapytany o nasz Bratniak36, oświadczył, że mi nie radzi studiować w Gdańsku. „Już studiuję” — odparłem. Bo też właśnie studiowałem ulicę gdańską.

Wieczorem znajomy Polak wytłumaczył mi ową zmienność Gdańska. Po prostu z walizką w ręku byłem ein Gast, człowiekiem, co szuka hotelu, może zamieszka w Gdańsku na jaki tydzień, zostawi tu trochę guldenów. Bez walizki nie byłem już gościem in spe, a tylko ein Polacke. Kto wie, może kandydatem na gdańską politechnikę. O, wybić mu to z głowy!

Dwa pierwsze dni szwendałem się po Gdańsku bez przewodników, bez żadnych cudzych okularów oglądałem to miasto-zagadkę. Zachodziłem wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. Słuchałem rozmów, rozmawiałem. Nigdzie, jak w Gdańsku, nie istnieje taki przedział między generacją młodych i starych.

Generacja starych wykipiała już w pierwszej nienawiści do Polski. Nienawiść ta powstała była spontanicznie po Wersalu. Podsycała ją wówczas nadzieja; ludzie, którzy jeszcze 10 lat przedtem płacili składki na Flottenverein37 i tym stworzyli potęgę morską, ludzie, dla których przedwojenny Reich był tylko wstępem do Mitteleuropy przyszłości, z plejadą monarchii i lenn — ludzie ci nie mogli uwierzyć, by w parę lat po 1918 r. nie miał nastąpić powrót do stanu rzeczy sprzed Sarajewa. Wydawało im się to wszystko tak potworne, że byli pewni, iż świat spostrzeże swą „pomyłkę” i sam ją naprawi. Stąd ludzie ci nie wierzyli w stałość na Wschodzie Europy, absolutnie tak samo, jak u nas nie wierzono współcześnie w trwałość Bolszewii. Pamiętam takie monarchistyczne horoskopy z r. 1921: — Hohenzollernowie już nie wrócą. Habsburgowie — może na Węgry, ale Romanowowie wrócą z pewnością. Niech się tylko odmieni.

Otóż nie odmieniło się nic. W r. 1932 horoskopy wygnanych dynastii ułożyć by trzeba w porządku „odwrotnym”.

Tak samo zawiodła się i stara generacja. Nienawidziła Polaków dalej. Ale jednocześnie odpadła dla Gdańska konkurencja Szczecina, niegdyś trzeciorzędny, stał się, jako port dużego zaplecza, drugim co do znaczenia portem na Bałtyku. Miasto rosło w ludność, przedmieścia, pieniądze. Całym miastem nowych domów, domów-koszar, urzędniczych, robotniczych stał się Langfuhr38. Oliwa, Sopoty, dziesięć mniejszych miejscowości zamieniło się w olbrzymie miasta-ogrody. Dziś na „dzikich” placach biwakują setki samochodów i motocykli. Jeden z mych niemieckich znajomych ma auto. Wcale „człowiekiem zamożnym” nie jest. 10 lat prosperity portu zbliżyło jego ludność do amerykańskiego standardu, gdy kwalifikowany robotnik miał swego Forda. Tego wszystkiego nie było przed Wersalem. Ale generacja Flottenvereinów klęła dalej na Wersal.

I przyszły lata chude, lata kryzysu i przyszła Gdynia. Jest ciekawa ta nienawiść, z jaką Gdańszczanin starej generacji mówi o Gdyni. Gdańszczanin starej generacji widział od kilku lat, że w zatoce o 11 minut drogi autem od granicy Wolnego Miasta wbija się w morze koły i pale przyszłego mola. Że maszyny czerpią piasek i pogłębiają dno. Że płyną kapitały francuskie. Że to będzie port. Herr Müller (nazwijmy go tak) widział — a nie wierzył. Albowiem uczono go za młodu, że Polen to die Konfederatken39 oraz polnische Wirtschaft40. Więc uśmiechał się wszechwiedząco, bo to molo nigdy nie stanie, kapitały ktoś rozkradnie, a ową łuszczarnię ryżu można będzie za dwa lata rozebrać na cegłę.

A tymczasem Gdynia przyszła.

Jest mi pana żal, Herr Müller. Choć przez lat czternaście byłeś nieznośnym sąsiadem i choć nie obiecujesz poprawy. Jest mi pana żal, bo twoja wielka niemiecka wiara załamała się po raz wtóry. Pierwszy raz to było wtedy w mglisty dzień 11 listopada 1918 roku, gdy trzech delegatów byłej cesarskiej armii zameldowało się o pokój, o zawieszenie broni, przed salonką francuskiego marszałka w Rothondes41.

A drugi raz — to było bardzo niedawno, panie Müller. Nie znam daty, ale ty ją znasz. To było tego dnia, gdyś pojechał — nie wiem czemu — do tego portu, którego, być może, nie byłoby nigdy, gdyby nie twój patriotyczny niemiecki upór. Obejrzałeś, wróciłeś — i jeszcze głośniej niż dotąd śmiałeś się z polnische Wirtschaft. Ale jeszcze tego samego wieczora do Berlina i „brązowego domu”42, i Królewca, do Hagi, i do Genewy kazałeś słać rozpaczliwe SOS swego miasta: Gdingen, Gdingen! Gdingen43! Twoja wiara w niezwyciężoność Niemiec zawaliła się była niegdyś u stopni salonki w Rothondes. Teraz z kolei twe uparte przeświadczenie o niezdolności słowiańskiej rozprysło się, jak bałwan morski, o molo polskiego portu.

Twój pierwszy powersalski gniew wykipiał, starszy panie Müller. Jesteś dziś rozgoryczony, mówisz jak niegdyś: my „nie damy ziemi”, rad jesteś z szykanowania Polaków, cieszy cię niepowodzenie Polski. Ale dziś, panie Müller, może byś poszedł na porozumienie z nami, może byś i poszedł.

Tylko że dziś w cieniu twej starej nienawiści wyrosło obok ciebie młode pokolenie. Pozwoliłeś, by się uczyło rasowej nienawiści, dawałeś do rąk książki o przyszłości, gdy Polaków z Płocka, Krakowa, Sandomierza przesiedli się do Turkiestanu, zastąpi Niemcami. Znasz książkę Parthenau44, panie Müller? Dziś, gdy idą na Sporthalle45 sztandary młodych i gdy się burzą w codziennych burdach i prowokacjach, to już wiesz, że nie przeciw Polsce idą — lecz Gdańskowi. Dlatego wczoraj, w tramwaju, na ordynarne odezwanie się jakiegoś młokosa, ty, starszy pan, objaśniłeś mnie — ku jego zgorszeniu — więcej niż uprzejmie. Ale jeżeli młode pokolenie żyje nienawidząc — tu l’as voulu46, sie selbst haben es gewunscht47, stary panie Müller.

Hitlerowcy — i kureń48 śmierci

„Rodowici” Gdańszczanie — Biją i... protestują — Wspomnienia i analogie — Wbrew agitacji i Osthilfe

Pęta się to po ulicach i skwerach, wysiaduje w szynkach nad Radunią i bliżej portu. Widać ich najwięcej po godzinie szóstej. Jedni wracają z pracy, drudzy z plaży. W koszulach z brązowej khaki, ciemniejszych bryczesach, sznurowanych butach lub sztylpach, z dość oryginalnymi odznakami na kołnierzach pozwalają się łaskawie podziwiać. Armia „Trzeciego Reichu” (pierwszym — Hohenstaufowie, drugim — było cesarstwo Hohenzollernów), walcząca naraz ze wszystkimi wrogami niemczyzny: z marksizmem, żydostwem, słowiaństwem, łaciństwem, „dyktatem” wersalskim. Walka o Niemcy z Alzacją i Lotaryngią, ziemiami flamandzkimi Belgii — może Holandią? — Austrią i południowym Tyrolem włoskim, z Pomorzem, Poznańskiem, Śląskiem, całą b. Kongresówką, której ludność (po cóż germanizować? ) przesiedli się wagonami gdzieś na południe Syberii. Przyłączenie Niemców sudeckich Czech. Litwa, Łotwa, Węgry, Białoruś, Ukraina (po Bug, wspólna granica z Niemcami) — wasalaty.

Wytępienie komunizmu i socjalizmu, ale upaństwowienie banków, ale kontrola robotniczego państwa nad produkcją. Oczyszczenie rasy. Więc wygnanie Żydów jako rozkładowego elementu; odejście od chrystianizmu, wiary izraelskiej, przecedzonej przez filtr romański, Germanom wrogi. Wskrzeszenie dawnej Germanii, Germanii Tacyta49 i Nibelungów50, choćby z religią Wotana. Pod sztandarem czerwonym, z czarną na białym polu swastyką, świętym godłem czystego ognia, godłem Ariów.

Jest ich w Gdańsku 4 tysiące umundurowanych, do dziesięciu tysięcy nieumundurowanych. Mają bowiem różnego typu oddziały bojowe. Siedzą tu, w paru kwaterach, od dwóch lat. Dość późno: hitleryzm w Niemczech ma 10 lat rozwoju za sobą.

Dowodzi Gauleiter Forster51. Gdańszczanin z pradziada? — nie, Bawarczyk, odkomenderowany przez Hitlera na teren Wolnego Miasta. Obywatel Rzeszy, poseł do parlamentu berlińskiego. I szef hitlerowców gdańskich.

Standartenführer52 Linsmayer53, generał en chef54 sił zbrojnych Forstera, również obywatel Rzeszy i również gdzieś z południa. Dopiero wśród pomniejszych kierowników spotkać można żywioł lokalny.

Gazety polskie pisały nieraz, że hitlerowcy gdańscy to po prostu odkomenderowane bojówki z Niemiec. Byłem na paru zabawach ludowych, gdzie roiło się od „brązowych koszul” niczym od krokodyli w Ugandzie. Przysłuchiwałem się rozmowom w szynkach. Po paru dniach sam się do nich — gdy można było powiedzieć tylko parę słów, wtrącałem. Nie zdołałem jednak stwierdzić, czy pochodzili z samej Rzeszy. Jeśli jednak sztab po chodzi z Bawarii, to czemu żołnierze nie mogą być np. z Prus Wschodnich?

Hitlerowcy są w Gdańsku wszystkim.

Poparciu ich 11 posłów w Volkstagu55 zawdzięcza Senat (rząd) prawicowo-centrowy swe istnienie. Sami, nie chcąc w nim zasiadać, mają tym wygodniejsze stanowisko. Tym bardziej ulega im koalicja rządowa.

Socjaliści zupełnie rozbici, komuniści słabi. Wprawdzie bezrobocie wzrasta — ale jak dotąd żerują na nim głównie hitlerowcy. Za nimi stoi młode pokolenie, i robotnicze, i studenckie. Cały młody Gdańsk jest na paradach, uczęszcza na zabawy publiczne oddziałów dzielnicowych partii, na wspólne wycieczki morzem lub w lasy pod Oliwą. Ten tłum sympatyków — miałem sposobność się o tym na własnej skórze przekonać — jest bardziej agresywny niż umundurowana „regularna bojówka”.

Świeżo stała się rzecz nie do wiary, rzecz oburzająca. W Polsce istnieje mianowicie Związek Obrony Kresów Zachodnich56. Prywatna ta organizacja proklamowała bojkot Sopot i Gdańska przez obywateli polskich. Co gorsza bojkot ten się udał. Co najgorsza, na apel do Rzeszy, by właśnie do Sopot przyjeżdżali Niemcy, jedyną odpowiedzią było milczenie. Ciężkie czasy, Sopoty drogie. Polskich gości zaledwie czterdziestu. Jawna szykana. Skandal. Noty dyplomatyczne.

A teraz dessous57 sprawy. Ostatnie dni dwadzieścia:

Gdzieś po 20 czerwca: Gdańsk, dworzec główny, w dzień. Obrzucenie kamieniami wagonu szkolnej wycieczki dzieci polskich. Śpiewały one bowiem prowokacyjną pieśń: „Ułani, ułani, malowane dzieci”...

Dwa dni potem: Polski urzędnik kolejowy Antczak jedzie z Sopot do Gdańska pociągiem. Towarzysze śpiewają pieśni nacjonalistyczne niemieckie. „Jak jedzie pan z nami, to śpiewaj z nami”. „Jestem Polak”. Antczaka pobito.

Idzie trzech Polaków na Langgasse58. Rozmawiają. O zgrozo, Polacy i rozmawiają po polsku. Pobici.

Znowu po paru dniach spacerują sobie rabi Segułowicz i dwóch polskich obywateli, mojżeszowego wyznania i wyglądu, Kagan i Glass. Zapewne, broniąc Gdańska przed niebezpieczeństwem żydowskim, hitlerowcy poturbowali Kagana i Glassa. Segułowicza nie. Rabin zachował się podobno jak Almanzor59:

... widząc swe roty

zbite (c’est le mot60) w opornej obronie,

przedarł się między szable i groty,

uszedł — i zmylił pogonie.

Na drugi bodaj dzień Izaak Pleskin, kupiec z Warszawy, zobaczył dwóch hitlerowców w mundurach, idących naprzeciwko niego, na Langer Markt61 w śródmieściu. Chciał ich ominąć. Hitlerowcy, zawezwawszy trzech innych, sponiewierali i pobili polskiego Żyda.

Pomijam, zapomniałem inne pomniejsze lub bardziej znane wypadki. W ostatnią niedzielę było ich tylko trzy. W niedzielę trzeba sobie użyć.

Jest na terenie Wolnego Miasta miasteczko Nytych. To, co się tam zdarzyło, wystarczy za wszystko.

Żona socjalistycznego radnego, Niemca, p. Grühna, spotyka szefa miejscowej bojówki hitlerowskiej Rudzińskiego, w rynku. Ten zaczepia ją koszarowym przekleństwem na jej męża. Pani Grühn coś odpowiada. Rudziński policzkuje ją.

Spoliczkowana publicznie kobieta biegnie z płaczem do męża. Jest głęboki tragikomizm, przed którym należy stanąć z szacunkiem: p. Grühn wychodzi na rynek, przeciw dzikiemu watażce uzbrojony... w parasol. Atakuje go wobec kilku przywołanych już przez Rudzińskiego bojówkarzy. W mgnieniu oka Grühn jest powalony, skrwawiony, skopany. Wówczas oddaje jeszcze Rudziński strzały z rewolweru, kładąc go trupem.

Było to 3 maja. Niedawno zapadł wyrok. Sąd gdański skazał Rudzińskiego na dwa tygodnie więzienia za zelżenie pani Grühn. Odegrano komedię niepoczytalności i uniewinniono od zarzutu morderstwa.

Wszystko to było uwerturą letniego sezonu. Gazety polskie o tym pisały. I goście polscy nie przyjeżdżają. Szykana!

Oto jest właśnie typowa, polska „szykana”.

Wieczorem, w dzień mego przyjazdu do Gdańska widziałem wracający z ćwiczeń, na peryferiach, pierwszy oddział bojowy hitlerowców. Byli to młodzi, bardzo młodzi chłopcy, o pogodnych modrych oczach i bardzo jasnych włosach. Ale byli i starsi: twarze ciężkie, czasem tępe i groźne. Przypomniał mi się — zrazu nie wiedziałem czemu — „kureń śmierci”.

Było to w 1918 roku, w Żytomierzu, na Ukrainie. Po cofających się Niemcach weszła do miasta, poprzedzona sławą pogromów, wataha kozaków petlurowskich62. Był to — mimo wszystko — jeden z najlepszych pułków ukraińskiej armii, co zresztą nie przeszkadzało, że była to straszna banda.

Mieli oryginalne mundury, operetkową kombinację pseudochmielnicczyzny, rosyjskich papach i koalicyjnych frenchów63. Byli też oryginalną kombinacją ludzi. Obok typów zwyrodniałych wojną, kondotierów każdej sprawy, zgoła bandytów, była i grupa zapaleńców, ideowców, młodych. Ci właśnie przeżywali tragedię:

Polegała ona na tym, że jeszcze trzy lata temu ich program pracy dla ojczyzny nie wykraczał poza ramy kulturalne regionalnej działalności. Zaledwie niektórym przyświecał miraż Ukrainy niepodległej, miraż przedzielony dwoma lub trzema pokoleniami. Wojna światowa jednym skokiem przebyła ten dystans i ich nieprzygotowanych, niespodziewających się postawiła przed pokusą Wielkiej Okazji. Daremnie próbowali dogonić czas. Musieli patrzeć bezradnie na rozprzężenie „swej” armii, swych „władz” i sztabów, czuli, że z każdą minutą oddalają się od niewyzyskanego dla ojczyzny momentu, że już wkrótce będzie za późno. Więc z goryczą w sercu gnali w kureniu śmierci ulicami miast ukraińskich, niosąc śmierć małym i słabym jednostkom, zaprzepaszczając Sprawę.

To, o czym już mówiłem z pewnym hitlerowcem (napiszę jeszcze o tym obszerniej), co czytałem między wierszami ich prasy, przemów i akcji, skłania mnie do tego porównania. Po Niemczech krążą dziś tysiące „kureni śmierci”, gdzie człowiek idei ociera się o opryszka, jak ów Rudziński, i stara daremnie przekształcić tamtego w szlachetne narzędzie swojej sprawy. Ci ludzie nie czują, że nie dorośli do okazji: przeciwnie, czują, że by jej sprostali. Ale okazja minęła, gdy byli jeszcze dziećmi i nie mogli w październiku 1918 wystawić cesarzowi nowej armii.

Czy okazja ta wróci? Ciąży im Traktat Wersalski, rozbrojenie, reparacje, umniejszenie granic. Ale ciąży coś więcej jeszcze: przeświadczenie, tajone, skrywane, dławione, że czas nie pracuje dla ich Niemiec. Parę lat temu rzucono ciężkie miliony marek na Osthilfe64, na Sofortprogramm65. Wpłynęło złoto do Prus Wschodnich i polskiego pogranicza, ale nie powstrzymało odpływu niemieckiej krwi na Zachód, na Zachód. Emigracja rozpoczęta na długo przed wojną znad jezior mazurskich do Nadrenii trwa dalej. Cała pomoc finansowa, jaką Berlin dawał rolnictwu na Wschodzie, nie dała temu rady. Jednocześnie rysuje się druga szczerba, w wielkoniemieckich snach o jutrze: przyrost ludności w Rzeszy jest niezmiernie mały, w Polsce olbrzymi. A było to już troską germanizatorów Wielkopolski.

Więc nim ten moment nastąpi, wywołać wojnę? Tak! — Ale na Wschodzie czai się czerwona Moskwa z programem rewolucji wszechświatowej. Ma swoje armie i w Rzeszy. Może się i nie myli ten Coudenhove-Kalergi66, mówiąc, że nowa wojna w Europie byłaby Europy zagładą. Gwiazda z sierpem i młotem zastąpiłyby nie tylko białego orła, ale i hitlerowską swastykę.

Z tych obaw bierze się — jakże nieuzasadniony! — lęk, że Polska napadnie na Prusy. Z tych obaw bierze się i wołanie o nową pomoc dla Królewca, choć kasy Berlina są puste, bierze się i propaganda za liczną „germańską” rodziną. Wszystko bezskutecznie. Więc, aby o tym zapomnieć, mieć nadzieję, mieć iluzję siły, młody hitlerowiec maszeruje, ćwiczy, strzela, bije się i awanturuje, rzuca granatem i czeka, czeka, czeka...