Droga do Bilbao

Opuszczam Madryt w sobotę, 12 stycznia, popołudniu. Przedwczoraj atak powstańców zajął szereg wsi po lewej stronie szosy do Escorialu (carretera de Coruna), wczoraj wyjechaliśmy raz jeszcze samochodem na front. Trzeba było bardzo daleko okrążać, żeby dojechać do Escorialu. U stóp szarej Guadarramy padał mokry śnieg, przed monasterem Filipa II koczowali żołnierze Mangady, w przedsionkach klasztoru kopciły ognie w mosiężnych braserach. Pojechaliśmy drogą powrotną jak zwykle na Rosas, tam gdzie ją wczoraj przecięto. Trzeba było jednak skręcić w bok ku pierwszej naszej drodze na Colmenar Viejo. Sypano gorączkowo okopy. Jutro i pojutrze będą nowe walki o te drogi, o pierwszą, będącą już pod obstrzałem, praktycznie dla rządu przeciętą, o drugą, której przecięcie zadecyduje dopiero o sparaliżowaniu na tej linii komunikacji. To będzie jednak trudne, bo ta druga droga pnie się wysoko, wśród skał i głazów, bronić ją łatwo, zdobyć ciężko. Sukces wczorajszy powstańców niewiele więc jeszcze znaczy.

Z powrotem, za Fuencarralem, jedziemy do obszernej finca545 duque’a del Infantado. O piętnaście kilometrów od Madrytu obszar blisko 10 000 hektarów, z czego 6000 zupełnie nieuprawnych. Sfalowane niewielkie wzgórza jak w Casa del Campo, oliwki i karłowate dęby rosnące w odległości kilkunastu, czasem więcej, metrów od siebie, między tym wysoka, zżółkła teraz trawa, rzadkie krzaki, kępy łozy. Podmadrycki krajobraz niezwykle podobny do widoków z filmu Afryka mówi546. Teren łowiecki. Do zamku dojeżdżamy, gdy jest już ciemno. Bardzo długo trwają pertraktacje o dopuszczenie nas do wnętrza, wreszcie uzyskujemy pozwolenie. Istotnie, było czego strzec. Jest to niewielka rezydencja, jedna z wielu tego magnata co się zowie, zawiera tylko cztery czy pięć sal umeblowanych rzeczami wartościowani, ale tych kilka jest godnych widzenia. Najpiękniejsza jest wielka sala rycerska. Opowiedziano nam, że książę, budując pałac, natrafił gdzie na walący się, opuszczony kościół gotycki z XIII w., że go kamień po kamieniu rozebrał i na nowo tu złożył, tworząc z jego wnętrza jedną salę nowego pałacu, dostosowując cały plan budowy do rozmiarów zrekonstruowanego kościołka. „Z drzwi do zakrystii zrobił odrzwia do kominka” — mówi po drodze milicjant tutejszy, co nie wydało nam się pomysłem zbyt sympatycznym. A jednak kościół zamieniany w salę rycerską, pełen zbroi, ze swymi świętymi z XIII w., wyciosanymi w kamieniu, ze swym gotykiem surowym, a już łagodzonym, zmiękczonym wpływami sztuki arabskiej, był cudem prawdziwym, był poza tym cudem jednej z najtrudniejszych rzeczy, jaka istnieje: rekonstrukcji zabytku. Kto pamięta różne pseudozabytki Krakowa, choćby spudłowaną rekonstrukcję Wawelu, ten wie, jak niesłychanie trudną rzeczą jest rekonstrukcja epoki. Ten magnat hiszpański, dwunastokrotny grand, książę, hrabia, markiz, wczuł się w ducha epoki, z której wyrósł, lepiej niż dziesiątki profesorów. Jeden z synów księcia Infantado służy dziś w lotnictwie po stronie rządowej. Nie wiem, czybym zostawił w przyszłości 6000 hektarów urodzajnego ugoru pod samym Madrytem, ale wiem, że bym z duque’a del Infantado zrobił wielkiego kustosza wszystkich skarbów sztuki i przeszłości, jakie tylko posiada Hiszpania, powierzył ufnie w jego ręce trudną pieczę nad tym wszystkim, co się dziś nazywa patrimonio del pueblo.

Do Madrytu wróciliśmy o zupełnym zmroku; samochód, wjeżdżając na Gran Via, pod gmach Telefoniki, zazgrzytał na całych zwałach cegły, szkła i tynku. Znowu bombardowano Madryt, a tak było cicho tego dnia na froncie! W gmach telefonów padło siedem pocisków armatnich. W pokoje cenzury i home547 dziennikarski nie padł co prawda żaden, ale cenzorzy potracili zupełnie głowy. Miałem mieć samochód do Walencji na jutro. Nic nie wiedzą. Odsyłają do jakiegoś garażu. Nie ma. Idę do trzeciego. Trzeci jest już na przedmieściach, mówię z ludźmi i po raz pierwszy od bardzo wielu tygodni, od pierwszych dni oblężenia Madrytu, ponownie wyrasta jakiś ferment. „Gdzie były nasze samoloty, gdy tamte nadleciały? Dlaczego nie ma z naszej strony ataku? Dlaczego Madryt musi wszystko znosić?”

Czwartym garażem, do którego idę, jest garaż robotniczy. Mówią mi per „ty”, panuje zupełny spokój. Owszem, wezmą mnie jutro, ale oni ewakuują tylko do Albacete. Z Albacete muszę się sam postarać dalej. Nazajutrz rano udaję się do adiutantury gen. Miaja. Mieści się ona w wielkim gmachu na ulicy Alcala, koło zbombardowanej dokładnie dzielnicy. Nowa centrala wojskowa ulokowała się w gmaszysku o cyklopicznej granitowej budowie. Jest to dawny urząd ceł Karola III. Podziemia są jak sklepienia fortec czy klasztorów, pokoje podziemne wysłano dywanami, opatrzono w telefony i światło. Tu żadna bomba się nie dostanie. W adiutanturze urzęduje oficer zupełnie ancien régime. Wynajduje mi inny samochód. O drugiej, za dwie godziny, odchodzi sztafeta ministerstwa X. Dadzą mi miejsce w tym samochodzie. Sztafeta dziś wieczorem będzie w połowie drogi do Walencji, nazajutrz nowa sztafeta zabierze mnie stamtąd do prowizorycznej stolicy rządu. Oficer notuje zezwolenie na mojej przepustce.

Ministerstwo X jest nieco na uboczu. Miało piękny fronton ozdobiony kolumnadą sześciu kolumn doryckich, grupami po dwie kolumny. Teraz fronton trzyma się na czterech, dwie pozostałe zwalił celny wystrzał armatni z baterii pod Cerro de los Angeles. Istotnie, jest samochód. Podwożą mnie innym samochodem, żeby zabrać moje rzeczy. Idę jeszcze na mój ostatni, za obecnym pobytem w Madrycie, kartkowy chudy obiad. W stiukowej548 sali hotelu „Roma” rzędami siedzą milicjanci. Dziś znowu obiad bezmięsny. Zupa chlebowa i trochę soczewicy. Niespełna po godzinie jestem już w samochodzie, wtulony między własny bagaż a grubego jegomościa, który także korzysta ze sztafety. Samochód wyjeżdża przed dziedziniec, jakieś samoloty — trudno dostrzec jakie — latają nad miastem. Gdzieś za Rosales, dzielnicą wtuloną w Casa del Campo i Miasto Uniwersyteckie, huczą raz jeszcze armaty. Samochód wjeżdża w ciasne, brudne ulice przedmieścia Vallecas i naraz zaczynam się cieszyć, że już opuszczam ten Madryt, przyfrontowy, ponury, bezzmienny, straszny tylko zupełną przypadkowością swego niebezpieczeństwa, powolnym nastawaniem swego głodu. Samochód wypada na pola zorane, czerwonawe i płowe, biegnie doskonałą szosą, mija błękitne tablice z napisem „A Valencia”.

Mój towarzysz widocznie cieszy się również, ale nie tylko cieszy, bo i irytuje zarazem. Dlaczego dopuszczono, żeby nieprzyjaciel podszedł tak blisko? Trzeba było go zatrzymać na linii Getafe. Wczoraj, gdy nadleciały samoloty nieprzyjacielskie, nie było żadnego rządowego! Gdzie się one podziewają? Co prawda, te samoloty rosyjskie tyleż są warte, co rosyjskie samochody ciężarowe... „Co warte są ich samochody ciężarowe, te zielone, duże, pan wie? Pan, zagraniczny dziennikarz?” Typ zaczyna mnie irytować. Więc nie, nie wiem. Sądzę, że dużo. Komunikacja z Walencją, dowóz żywności, amunicji, odbywa się przecież tymi samochodami. Właśnie mijamy całą ich karawanę. Olbrzymie rosyjskie „gruzowiki” walą wspaniale szosą madrycką. Huk napełnia powietrze, mój towarzysz przestaje mówić.

Ale przestaje tylko na chwilę, już nachyla się nade mną i tłumaczy. Przede wszystkim samochody tego typu są na drogi miękkie, rozmokłe, rosyjskie, przeciwieństwo asfaltowych autostrad Hiszpanii. To mniejsza. Ale wie pan, wiele te wspaniałe ciężarówki sowieckie pochłaniają benzyny? 50 litrów na 100 kilometrów! „A pan wie, co to znaczy?”

Przez chwilę bardziej rozumiem tego pana. Tak, to dużo znaczy 50 litrów na 100 kilometrów, gdy Madryt jest od Walencji o blisko 500, gdy brak benzyny daje się odczuwać, gdy cała ta wojna, z jej tankami, samolotami, trójmotorowcami, pochłania masy benzyny. Te wielkie samochody budowano na rozmach, na pokaz, na imponowanie. Niestety, nie budowano ich na oszczędność. Ale mój sąsiad, przekonawszy mnie na tym polu, przechodzi do innych spraw. Czy wiem, że za każdy nabój zapłacono w Rosji bardzo słono? Złotkiem, gotóweczką? „Si, senor, si549.

Wszystko, co mówi mój towarzysz, mieści się jeszcze na razie w ramach obiektywizmu, ale już poznać, że mówi to człowiek, którego wszystkie sympatie są po tamtej stronie. Mijamy dziesiątki samochodów rozbitych, porzuconych w rowie — on zaraz odtwarza nieład i zniszczenie, które było skutkiem pierwszych dni i miesięcy „swobody”. Lecimy doskonałymi szosami, te szosy dała dyktatura, powiada. Potem zwraca się do szoferów i pyta, ile płacą w Madrycie ich rodziny za żywność. I znowu okazuje się, że wszystko kosztuje pięciokrotnie, czterokrotnie drożej niż przedtem. Jakże to, dziwi się obłudnie mój towarzysz, przecież dawniej przewóz towarów był w ręku prywatnym, gdy dziś jest monopolem państwowym? Jakże to, skoro państwo wyklucza przecież nadmierny zysk? Dlaczego niczego nie ma i wszystko jest drogie? Szoferzy nie wiedzą, jak to wytłumaczyć, ale propaganda natrafia tutaj na grunt bardzo podatny. „Mam już po uszy tego socjalizmu i nacjonalizowania” — pada znad kierownicy. Pan przy mnie trzepoce krótką, tłustawą ręką. O, wszyscy, bardzo, bardzo wielu ma już dosyć. — Któż jest ten pan przy mnie, który jedzie ministerialnym samochodem i niewątpliwie uprawia swoją robotę? Iluż ich jest takich, których słowa zawsze trzymają się pewnej miary, a mimo to nieuchwytnie wyzyskują błędy, podkopują zaufanie.

Zapada noc, orientujemy się po skłonie drogi, że zjeżdżamy dokądś. W dwóch rzędach nikłych światełek widnieje uliczka niewielkiego puebla, Motilla. Jesteśmy jeszcze w pełnej Manchy. Rozprostowujemy nogi po niewygodnym stłoczeniu między walizkami, składamy rzeczy w komendzie postojów, idziemy do gospody. Jest to niewielka, grodzona murem posada — tym słowem o polskim brzmieniu określa się tutejsze oberże — niczym owa pamiętająca Don Kichota, w której spędziłem noc w niejakim Toboso... Jest wielka rzecz: można jeść. Nad ogniskiem kapie rumieniący się tłuszcz z połci młodego barana, pachnie atmosferą imć pana Reja i sieura550 Rabelais551. Przypętuje się naraz jakiś intelektualista. Jutro i on ma jechać z nami. Ten znowuż od razu jest na „ty”, co brzmi dużo mniej przyjemnie niż „tykanie” robociarza ze służby ewakuacyjnej, tego, co chciał mnie dostawić do Albacete. Intelektualista jest biologiem, był cztery lata w Indiach i wygłasza o nich głupie komunały. Jest tu przy Instytucie Transfuzji Krwi, założonym przez kanadyjską Socorro Rojo. Tłumaczy mi cele Międzynarodowej Pomocy Czerwonej, owej organizacji, która robi tu niewątpliwie dużo dobrego dla rannych, ale też niewątpliwie jest próbą zacieśnienia miłosierdzia do granic klasowości. Mówię mu coś na ten temat, przeciwstawiam bezklasowy i ponadnarodowy Czerwony Krzyż. Intelektualista — tak sam się przedstawił: estoy intelectual — zapewnia gorąco, że Socorro Rojo jest apolityczne: przecież, mówi, nie czyni różnicy między anarchistami i socjalistami, komunistami ortodoksyjnymi i nawet trockistami. A zatem nawet ranny w boju trockista może być w drodze wyjątku — pewne to nie jest — opatrzony przez Socorro Rojo...

Płonie wielki ogień na kominie, a my z Madrytu nie jemy, ale żremy łapczywie. Ładna służąca manczegska śmieje się, my jemy dalej. Czy w Madrycie był głód? Głód i nie. Ale przez dwa miesiące coraz bardziej rzedły porcje mięsa, aż znikły zupełnie, nie było tłuszczy, brakowało cukru, coraz rzadszy stawał się chleb. Inni dziennikarze zagraniczni korzystali bądź z obfitych zapasów swych poselstw, bądź, jako partyjni, z komunistycznej gościny towarzyszy. Moje kartki obiadowe otrzymałem dopiero niedawno. Nie byłem dosłownie głodny, ale w pokarmie brakowało wszystkiego, co pożywne. Odsuwam talerz, czuję się nieprzyjemnie ociężały, i naraz robi mi się wstyd. Wstyd nie tego, że opuściłem Madryt, ten Zbaraż552 Hiszpanii — pojadę do osaczonego Bilbao, na północ, samolotem — wstyd, że się tak z tego cieszę. Zwlekamy się ociężale po schodach, na górę, do swych pokojów. Pokoje są małe i brudne jak w żydowskim zajeździe dawnego Wołynia. Na dziedzińcu oberży mijamy samochód, który zwraca naszą uwagę, którego nie było przed chwilą. Jest to czarna limuzyna, silna, krótka, bez żadnych rewolucyjnych godeł. Tylko na szybie okna błyszczy czerwony napis, drobny, ale wyraźny: „Embajada Sovietica553. Znów myślę o Madrycie i znów jest mi przykro.

*

Rano wczas trzeba wyruszyć. Na rynku Motilli stoją te same rosyjskie „gruzowiki”, które wzniecały wczoraj zainteresowanie mych towarzyszy drogi. Kontroluję z szoferami tamte informacje. Zgadza się. Tych 50 litrów na godzinę to koszt, który może zaciążyć na szali wojny. Szoferzy krytykują samochody i z innych powodów, które przy mojej dorywczej znajomości hiszpańskiego nie pozwalają uchwycić dokładnie sensu owych technicznych braków. Odczuwa się u tych ludzi jeszcze coś więcej. Jakiś zawód, jakby rozżalenie, zniechęcenie. Niepytani, zaczynają wychwalać ciężarówki niemieckie. To, to maszyna. Nie wiem czemu, ale myślę, że żołnierze na froncie madryckim tak by nie mówili. I nie wiem czemu, opuszczam Motillę jakby przybity i witam się bardzo niechętnie ze swym wczorajszym towarzyszem drogi. Zmieniliśmy samochód, powoli zmieniamy i krajobraz. Rozległe pola spadają w głęboki kanion jakiejś rzeki, której przeciwległy brzeg fortyfikuje właśnie kilkuset chłopów. Jeżeli Madryt padnie... Ale potem zaczyna się droga przez dolinę walencjańską, huertę pełną gajów pomarańczowych i winnic. Małe pola, jak strzępy i szmatki, wszystkie grodzone kamieniami. Mury kamienia polnego niwelują teren w stopnie i tarasy, podwyższyły go w jednym miejscu, obniżyły w innym. Jest to kraj średniej, niewielkiej, ale samowystarczalnej własności, kraj zamożnego walencjańskiego chłopa.

Wszczyna się spór o przyszłość tego kraju. Będzie czy nie będzie kolektywizowany? Dziwnym trafem intelektualista, wtłoczony między mnie a mego wczorajszego towarzysza, i ten właśnie towarzysz, ów od krytyki samochodów sowieckich, tworzą wspólny front, że będzie, ja zaś z szoferem i milicjantem jesteśmy innego zdania. Że nie powinien być kolektywizowany. Zajeżdżamy do miasteczka. Jest niedziela rano, i w małym café siedzą chłopi. Dyskusja przenosi się z samochodu do nich. Nie, oni nie są za kolektywizacją, raczej nie, tu nie będzie kolektywizacji. Mają być przecież kolektywizowane latyfundia i ziemie źle gospodarowane, a czyż tutaj źle gospodarują? Co najwyżej grunta tych, co nie głosowali za Frontem Ludowym, odbierze się ich rodzinom i odda bohaterom rewolucji...

Intelektualista z Socorro Rojo zapewnia, że kolektywizm będzie powszechny. Wczorajszy mój towarzysz jest przepojony kaznodziejstwem. Tak, niezawodnie będziecie skolektywizowani — tłumaczy chłopom. „Musicie być”, „wszystko wam zrobimy”, „będziecie”. Nad kubkami kawy w małym café zaczyna robić się milcząco. Jakby ponuro, nawet groźno. Tylko mój wczorajszy towarzysz gramoli się z powrotem do samochodu z jakąś cichą, wyraźną radością...

Droga jest coraz bardziej pełna samochodów, małe pola coraz piękniej uprawne, jak ogrody, jak w Niemczech. Wieje zimny wiatr — bliskość morza, jaśnieje wielką plamą Walencja. Samochód wyładowuje mnie przed pałacem, na którym czerwienieje świeżą farbą szyld ministerstwa. O kilkanaście kroków stąd w innym pałacu o chłodnych salach — ministerstwo spraw zagranicznych. Moi polscy znajomi z cenzury czekają mnie od paru dni, witamy się jak starzy przyjaciele, idziemy do hotelu szukać pokoju — jest o to trudno — schodzimy pogadać w jakiejś kawiarni. Można tu wszystkiego dostać. Słońce i pogoda. Na placu gra muzyka, faluje tłum. Znowu radość, wielka radość, że się nie jest w Madrycie. I znowu ten sam co już wczoraj wieczorem, dziwny wstyd tej naturalnej — czemuż więc tak zawstydzającej? — radości.

Dwa dni czekania na listy polecające, papiery, formalności, szwendania się po mieście, w którym wszyscy jakby się szwendają, odchodzenia od rewolucji, wojny, nocnych strzelanin, Madrytu. Jakaś Kapua554 rewolucji, beztroska, obżerająca się, niezdrowa. Ten komandor ze złotymi szlifami na granatowym rękawie munduru to dowódca eskadry samolotów bombardujących, Malraux. Ten pan w karakułowym kołnierzu, dziwnie brudny i zatłuszczony — Erenburg. Wystawy sklepowe aż pęcznieją masłem, rybami, cukrem, czekoladą, mlekiem, ale wszyscy wiemy, że wieczorem bywa trudno o chleb, że wszystko drożeje, że są już ogonki. Ta świadomość przyśpiesza niemal i podwaja radość życia. Wszyscy się cieszą. Wielki plakat na plaza de Espana przypomina, że nieprzyjaciel jest w Terruel, o 150 km od Walencji. Żaden plakat rewolucyjny nie zatrzymywał przy sobie mniej ludzi niż ten właśnie. Rewolucja powinna się modlić, żeby w to miasto uderzył choć jeden pocisk armatni, choć jedna bomba lotnicza, żeby ci ludzie stali się podobniejsi do tamtych z Madrytu. Ale niebo południa jest jasne i ciche. Rozpogadza, rozleniwia, rozzłaca.

*

Pociąg do Barcelony odchodzi z czterogodzinnym opóźnieniem, w drodze dorabia do tych czterech trzy dalsze. Na życzenie baskijskiego ministra w gabinecie Largo Caballero otrzymam tutaj listy do rządu Euskadi, tego państewka Basków, rządzonego przez katolików, nacjonalistów i konserwatystów, które opowiedziało się po stronie Madrytu. Barcelona jest zupełnie inna niż tamta z dni wrześniowych. Nie ma ludzi z karabinami na ulicach, mniej plakatów, normalniej. Wyższe ceny żywności i mniej jej w sklepach. Kursują nowe taksówki, pomalowane w barwy anarchistyczne, czerwono-czarne, będące teraz przedsiębiorstwem związku narodowego CNT. Prawie cały przemysł prócz zagranicznego i zupełnie drobnego jest wywłaszczony i pozostaje w zarządzie syndykatów. Madryt był wojenny, Walencja beztroska. W Barcelonie rewolucja zaczyna się organizować, żyć. W inny sposób, ale i tutaj także mało myślą o tym, co dzieje się tam. Z roku 1918 chcieliby zaraz skoczyć w drugi rok piatiletki.

I nawet nie wiem, czy mimo wszystko, wbrew wojnie, Pirenejom i sześciu tysiącom kilometrów, nie znaleźli się już tymczasem w régime’ie piatiletki. Są jeszcze sztandary anarchistyczne i pozdrowienie anarchistyczne — salut dwóch rąk złożonych w uścisku i wyciągniętych nad głowę, najdziwaczniejsze chyba z rewolucyjnych pozdrowień — widzi się jeszcze czapki frygijskie555 u robotników, kurtki szoferskie czekistów Dzierżyńskiego556, ale wieje nad tym wszystkim, tu w Barcelonie, po raz pierwszy powiew dalszych etapów rewolucji, „w dwadzieścia lat później”. Na wielkim plakacie ulicznym postępują obok siebie dwaj ludzie — prezydent Katalonii Companys557 i konsul sowiecki Owsiejenko. Jest i inny plakat: autograf Owsiejenki. Trzeci: kursów rosyjskiego pod protektoratem Owsiejenki. Lokal młodzieży trockistowskiej rozgromiono, z Madrytu dochodzi wiadomość o zawieszeniu organu anarchistów. 7, 8, 9, listopada to oni właśnie, surowi ludzie w czerwono-czarnych czapkach, osadzili pochód na Madryt. Ale odtąd przyszło wiele tanków, wiele samolotów, wiele amunicji i techników. Przyszły wielkie ciężarowe samochody, o których z niechęcią mówiono w Motilli. Trzeba było za to wszystko zapłacić, i zapłacić nie tylko pesetą złotą w złocie. Tanki i samoloty, karabiny maszynowe i armaty zanim zetrą się z faszyzmem, druzgocą po drodze coś innego jeszcze. Anarchistycznego konkurenta, socjalistycznego odstępcę, trockistowskiego zdrajcę. To nie tylko zapasy doskonałego masła i mniej doskonałych konserw alimentują558 Lewant559 hiszpański. To jeszcze cały bagaż myślowy, pojęcie socjalzdrajcy, herezji i „ukłonu”, czystki partyjnej i generalnej linii, załadowano w portach Odessy i Leningradu. To stare porachunki tamtej rewolucji, w zamian za tanki, w zamian za techników, w zamian za samochody i za masło, zaczynają regulować stalowym uściskiem sprawy rewolucji hiszpańskiej.

W witrynie jakaś twarz znajoma, człowieka, którego nigdy nie widziałem za życia. Teraz już nie żyje. Zapominam, jak się nazywał niegdyś. Od lipca ubiegłego roku znany był pod nowym przezwiskiem: negusa560 milicji aragońskich. Na tysiącach fotografii prasy paryskiej, londyńskiej, madryckiej uśmiechała się ta twarz zwykłego milicjanta z kolumny Durrutiego, istotnie dziwnie podobna do nieszczęśliwego władcy Etiopii i temu właśnie podobieństwu zawdzięczająca swą popularność. Fotografowano wszędzie negusa, a oto negus już nie żyje, padł na linii. To nie jest wielka strata, nawet żadna. Takich jak on podniesie się tysiące z zapomnianych puebli i jak on tysiące położy się w płytki grób. Ale ten człowiek-maskota, ludzka Baśka Murmańska561, przez swój traf podobieństwa bardziej uważany za wcielenie przypadku niż za żywego człowieka, teraz po śmierci uświadamia i uprzytamnia raz jeszcze ogrom strat ludzkich tej wojny. Przypominają mi się odwiedziny co parę dni w formacjach przyfrontowych. Zawsze brakowało, zawsze i szybko ubywało znajomych twarzy. Ostatnim razem zaszedłem znowu w X... do jednej z kompanii. Kwatera była ta sama i lokal ten sam, na drzwiach ten sam napis kredą: „Kompania...”. Wewnątrz poznał mnie tylko jeden, niepoznany przeze mnie, człowiek. Nie byłem w kompanii od sześciu dni. Jeśli wrócę do nich za trzy tygodnie — czy kto mnie w ogóle pozna?!

Jeszcze jedna wiadomość o śmierci, jak negus znajomego i obcego. Dziwna rzecz. Padł na froncie najlepszy zastęp anarchistów, padł ich człowiek, który wziąwszy komendę w ręce, ocaliłby Madryt — Durrutti. Po anarchistach partia, która najwspanialszą ekipę ludzką oddała śmierci w boju, to trockiści. Wyklęci z III Międzynarodówki, uczniowie Zinowjewa562, prześladowani już i tutaj, dali z siebie najwięcej. Padł Joaquin Maurin563. To ten właśnie, znajomy i obcy. Autor najdziwniejszej książki, jaką czytałem w życiu. Człowiek, który rozwój wypadków przewidział niesłychanie jasno, aż do końca. Marksizm jako doktryna wydaje czasem takie dzieła, logiczne, przemyślane, operujące faktami, zapadające aż w drobiazgi, ale niespuszczające nigdy z oczu głównych linii, właściwych celów. Książka Maurina Ku drugiej rewolucji była może najlepsza z tej serii. Pisana w okresie po załamanej rewolucji górników w Asturii, za wspólnych rządów Gil-Roblesa i Lerroux, masona i katolika, w erze represji, zgłębiała przyczyny porażki rewolucji, analizowała błędy socjalistów, komunistów, anarchistów, dawała istotny — o, wcale nie demagogiczny — obraz wadliwej struktury kraju, sumowała konsekwencje klęski gospodarczej i wreszcie konstruowała, aż do szczegółów, cały montaż przyszłej rewolucji. Wszystko było w tej książce odsłonięte, jak maszyneria zegarka. Rok i osiem miesięcy temu można było korzystać z jej obliczeń. Maurin dostrzegł i wpoił w swych ludzi przekonanie, że nowa rewolucja się załamie, jeśli się nie oprze na niezwykle szerokiej płaszczyźnie, jeśli nie ogarnie nie tylko marksistów, ale nawet nacjonalistów, nawet katolików, nawet konserwatystów, jeśli nie zrobi miejsca dla demokratów, dla drobnej, średniej burżuazji, nawet dla przemysłu. Ludzie Maurina zrozumieli to dobrze, bo czytali książki, ludzie ze świata Queipo de Llany nie zadali sobie innego trudu niż umowy o dostawę tanków.

Dziś baskijscy katolicy i zachowawcy walczą po stronie czerwonych. Jadę do dziwnego kraju Euskadi, z jego najlepszym duchowieństwem w Hiszpanii, tradycjami i świętym dębem sądów królewskich, ze wspaniałą heraldyką pieczęci na salvoconduccie564, z wpisanym weń uroczyście „de”. To „de” dano mi na oko, nie pytając, z własnej inicjatywy. Przy polskim nazwisku wygląda oczywiście dość głupio. „Cóż pan chce, oni tam w Bilbao to lubią i bardzo na to zważają!” — odpowiedziano mi w ministerstwie Alvareza del Vayo. Otóż nawet tych szlachciców i tradycjonalistów potrafili postawić w okopach przeciw sobie tępi wodzowie prawicy. Dziś tej ślepoty nie zatrze największe bohaterstwo karlistów czy kadetów, a nie wiemy, czy jej skutki naprawi siła. Kiedyś, jeszcze bardzo niedawno temu, wystarczało na to tak, zdaje się, niewiele. Trzeba było trochę patrzeć, nieco rozumieć, a także — choćby czasami — czytać.

W walizce z książkami mam jeszcze tę świeżą książkę Maurina z jej przedziwnie jasnym wykładem i logiczną argumentacją. Myślę o tym, że mózg tego człowieka musiał być jak wnętrze zegarka, dokładny, niezawodny, mądry, myślę, jak to było, gdy taka zwyczajna sobie i głupia kula z mitraliezy wżarła się w te zwoje i tryby, myślę, jak to być mogło, gdy rozluźnił się uchwyt dłoni u zamka karabinu, a mętność mgława stanęła między oczami i światem. I myślę o tym prostym cudzie, że pomimo tej kuli przypadkowej, zwykłego hebla rewolucyjnej walki, nie przestał żyć i funkcjonować tok myśli wyciśnionych czcionkami tej książki, podobnie jak nie przestały się posuwać wskazówki zegarka wprawione w ruch wczoraj przez kogoś, którego dzisiaj już nie ma. Jak przed rokiem, kieruje jeszcze społeczną strategią rewolucji, dowodzi zza grobu.

Rano odchodzi pociąg do granicy. Za dwa tygodnie będę tu z powrotem, ale za dwa tygodnie może już być inaczej, jak teraz jest inaczej, niż było trzy miesiące temu. Od czego zależy los tej wojny? Los wojny nie zależy od obrony Madrytu. Los wojny zależy od tego, czy armia rewolucyjna, czerwona, będzie zdolna wykonać atak flankowy na którymkolwiek innym froncie, aragońskim lub południowym, Guadalajary czy Talavery. Czy wyrzuci na fronty rezerwat tych olbrzymich mas ludzkich, jakie wciąż posiada. Madryt może się bronić: nie może atakować. To nie od Radzymina, ale znad Wieprza wyszła polska kontrofensywa 1920 roku. Tylko że tu jesteśmy świadkami nieufania niczemu i nikomu. Tylko znowu tanki sowieckie strzegą się anarchistów, podcinają grunt trockistom. W wielkim bloku Frontu Ludowego, w zwartej bryle rewolucji ciężki kilof pomocy rosyjskiej zaczyna sobie wyrębywać własną dziedzinę, poszerzać swą bezpośrednią podstawę, rozbudowywać przyszłe władztwo centralnego komitetu wykonawczego, w nim przyszłe dowództwo sekretarza generalnego partii i... I sterujemy z tym zwycięstwem ku nowej kolektywizacji par force565, ku nowym piatiletkom w cztery lata, nowym procesom Ramzina566 i Zinowjewa, nowej deifikacji567 genialnego wodza, nowemu podziałowi dziejów świata i kultury na okres przedstalinowski i postalinowski. Masy? Tak, masy tego nie widzą. Czy masy wiedzą, co to termidor568, żeby mogły w zarysach Kremla odnaleźć nowe dekoracje wiecznie tej samej tragedii konwentu? Czy potrafiłyby w swych mózgach zbliżyć obie epoki, zestawić je z tym, co się tutaj zaczyna przygotowywać? Nie, masy tego nie widzą. Ale przywódcy widzą to już bardzo dokładnie. Dostawca tanków chce mieć nową rewolucję proletariacką, wyciosaną na obraz i podobieństwo pierwszej. Na obraz i podobieństwo tego, co sam zrobił. Taką albo żadnej. Być może, że — dziś jeszcze nie, ale za tydzień, za dwa i za trzy — usłyszy rzucone mu w odpowiedzi: „żadną, jeśli taką”.

Troski pierwszej linii bojowej nie są dziś troskami zaplecza. W Santa Maria de Almeda, w Buitrago przed Somosierrą, w Pozuelo błogosławiony jest każdy tank sowiecki, każdy cekaem. W Barcelonie za te tanki w Pozuelo i za te cekaemy u wylotu Somosierry trzeba już płacić. Dzieje się rzecz dziwna. Każde morze i każda cieśnina, wszystkie Kattegaty i Bosfory, granice, góry i tysiące kilometrów, dzielące Hiszpanię od kraju Sowietów, oceniane z pierwszej linii bojowej, były ciężarem i utrudnieniem, były odczuwane jako przeszkoda na drodze rewolucji. Nie wiem, czy tu z daleka od frontu a bliżej zasięgu wpływów nie staje się inaczej. Te morza i cieśniny, te dziesiątki granic i tysiące kilometrów zaczynają stawać się ochroną rewolucji hiszpańskiej. Przestrzeń sprawia, że może ona jeszcze toczyć się własnymi drogami, że mimo wszystko istnieje jeszcze wspólny nurt tej rewolucji, że jeszcze anarchiści nie gniją w izolatoriach, a zwolennicy formuły „socjalizm w całym świecie” nie zostali wytraceni jak zwierzęta. Nie wiadomo zresztą, kto tu widzi dobrze, ludzie z Pozuelo czy ludzie z Barcelony, nie wiadomo, szczęściem czy też nieszczęściem rewolucji hiszpańskiej jest to, że jej protektor jest tak daleko. Być może, że pytanie to można sobie sformułować inaczej: co stanowi o zwycięstwie każdej rewolucji? Oręż, w który ją uzbrojono, czy zapał, którym płonie, tanki czy entuzjazm wybuchu, niczym niezmącone poczucie, że walczy się o przyszłą i niezawodną wolność, czy po prostu spokojna żołnierska pewność, że nie zabraknie amunicji w okopach?

Pani Andrée Viollis569 przybyła niedawno do Walencji i napisała tu dla dzienników jakieś zdanie o Napoleonie, „faszyście avant la lettre570”. Zdanie jest niewątpliwie niemądre. Można oczywiście widzieć w Napoleonie człowieka, który ustawił młynek swojej kariery nad grzmiącym potokiem rewolucji, ale niewątpliwie to on, ujarzmiwszy ją, uderzywszy w lewicę i prawicę, w wygnanych książąt i jakobinizujących generałów, rozniósł jej zasady po szerokim świecie pobojowisk. Ten sam spór może z powodzeniem odżyć dziś o Stalina, bo niewątpliwie armatura rosyjskiego przemysłu wojennego, dzieło piatiletek, a więc dzieło Stalina przeciw Trockiemu, wyposaża teraz Hiszpanię i umożliwia jej opór, daje to, czego by nie mogła np. Rosja 1925 roku. Ale jednocześnie z tą pomocą przesuwa się przez Pireneje cień, który zatrważa na przyszłość. Sawinkow571, bunt marynarzy kronsztackich572 i — jeszcze raz powróci to nazwisko — Zinowjew. To wszystko są nazwy bardzo rosyjskie, to prawda, ale któż zaręczy, że kiedyś nie przyjdzie w ich miejsce podstawić nazwisk hiszpańskich? W momencie gdy ważą się losy wojny, gdy chodzi o to, czy rewolucja jest w stanie, jak kilka miesięcy temu, wyrzucić na front olbrzymie masy — a rewolucja ma te masy, jedna Katalonia bez żadnej trudności może dziś jeszcze rzucić 100 000 żołnierza, i to żołnierza przeszkolonego — takie myśli i obawy na przyszłość mogą wiele zaszkodzić...

Droga wije się szlakiem bombardowanym niedawno, granicę mija się niepostrzeżenie, znikły komitety inwigilacyjne, kontrola odbywa się szybko, uprzejmie, sprawnie. Potem jest mały pociąg francuski, który sunie wolno, przystaje na każdej stacji. Wchodzą jakby oderwani przed chwilą od pracy w winnicach i ogrodach, malutkich, pasemkami tarasów krających góry, wypielęgnowanych jeszcze staranniej i pilniej niż tamte pod Walencją. Ludzie pytają o Madryt i mówią o Madrycie. To przecież także katalończycy (francuscy), także robotnicy i chłopi, także głosowali na Front Ludowy. Na tych ludzi czekają w Hiszpanii. Ci ludzie, czy pójdą? Nie, ci ludzie nie pójdą. Ci ludzie zrobią wszystko. Będą wygadywali na rząd Bluma573, że jest małoduszny, będą chwalili innych, że walczą, będą tam delegowali własnych i cudzych bezrobotnych, będą podziwiali ochotników z Perpignan574, którzy biją się w Aragonii, złożą się na zabawki dla dzieci hiszpańskich, wezmą udział w meetingu. Ale zapytani konkretnie, zawsze odpowiedzą, że ani sami nie pójdą, ani Francji w to nie wpakują. Zawsze się w takich razach znajdzie tysiąc racji, i wszystkie doskonałe. „A czy Hiszpanie poszli nam na pomoc w roku 1914?”. Czy sami nie robili wtedy interesów z Niemcami, nie zarabiali na wojnie? Czy koniecznie musieli dostarczać materiału do gräuelpropagandy575 faszystów? Czy sami nie mogą sobie radzić? Ludzie wysiadają potem o dwie, trzy staje dalej. Interesy tych ludzi, gens du terroir576, nie prowadzą bowiem daleko. Wsiadają na ich miejsce nowi i tacy sami, i ich rozmowy są tak podobne do tamtych, jak podobne są jedne winnice do drugich. Nie, ten kraj i ci ludzie nie przejdą Pirenejów, wy w Hiszpanii na nich nie liczcie.

Jest mrok i wszystko roztapia się w ciemności, ciemność za oknami zamazuje wszystko. O takiej porze w Madrycie poczynają najpierw grzmieć baterie narodowców z Cerro de Los Angeles, potem biorą górę ciężkie działa rządowe z parku Retiro i zaraz zaczyna grzechotać ogień karabinów maszynowych w Casa del Campo, Rosales, Puente de los Franceses. Wielkie miasto przeżywa swe bohaterstwo powszednie. Jakie to się wydaje dziwne i niezrozumiałe, że dziś nie jest jak co dzień. Madryt. Madryt.

Rozmowa z doktorem Maranon

Jadąc we wrześniu ubiegłego roku do Hiszpanii, chciałem o tym, co zaszło, mówić z dwoma ludźmi i tylko od nich dwóch oczekiwałem wydania możliwie szerokiej opinii o wypadkach, niezacieśnionej pomniejszymi względami, opinii bezstronnej, która by ułatwiła nam zrozumienie głębokiego dramatu tego kraju. Żaden z tych dwóch ludzie nie był politykiem, mężem stanu, ministrem, leaderem partyjnym. Wręcz przeciwnie: trzymali się stale na uboczu od polityki sensu stricto577, obaj byli przede wszystkim ludźmi wiedzy i jako tacy posiadali rozgłos przerastający znacznie granice Hiszpanii. To, że wielokrotnie uchylali możliwość odegrania w polityce roli aktywnej, która by postawiła ich od razu w najpierwszym rzędzie, nie zmieniło w niczym faktu, że wywierali przez czas bardzo długi niezwykły wprost wpływ na opinię — tak prawicową, jak lewicową — kraju. Opinię tę ci dwaj ludzie — poza tym o bardzo różnych indywidualnościach — na przemian krystalizowali, formułowali, orientowali, oświecali. Dla tego rodzaju zjawiska poza Hiszpanią nie mamy w dzisiejszymi świecie analogii. Aby lepiej zrozumieć wyobraźmy sobie, że Skłodowska-Curie, że Tadeusz Zieliński578, nie angażując się bezpośrednio w polityce, posiadają jednak olbrzymi wpływ polityczny na opinię naszego kraju. Lub wyobraźmy sobie jeszcze, że tacy ludzie jak Michał Bobrzyński579 albo dziś prof. Stanisław Kot580 trzymali się z dala od ściślejszej akcji politycznej, osiągnęli jeszcze większy dorobek naukowy, jeszcze większy dorobek naukowy, jeszcze większą z tego tytułu sławę i rozgłos, a jednocześnie posiadają w kraju wpływ polityczny, jaki posiadał Piłsudski. Oto mniej więcej — bo żadne porównanie nie jest zupełnie wierne — sytuacja owych dwóch naukowców hiszpańskich.

Jeden z nich już dziś nie żyje: to Miguel de Unamuno. Z drugim rozmawiam w tej chwili w hotelu paryskim, gdzie się zatrzymał jako wygnaniec. Za kilka dni odpłynie stąd do Ameryki Południowej. Lekarz o światowym rozgłosie, głośny uczony, niezmiernie zasłużony wychowawca, który wyszkolił dla swego zdrowotnie tak zacofanego kraju całe sztaby lekarzy, chirurgów, pielęgniarzy, podnosząc pracą kilkudziesięciu lat stan sanitarny Hiszpanii, organizator na wielką skalę, intelektualista przerastający swymi zainteresowaniami horyzonty nauki, której się bliżej poświęcił. Znajdujemy się w niewielkim pokoju, którego okna wychodzą na spokojną ulicę, podnoszącą się z wolna ku wzgórzu napoleońskiego Łuku Zwycięstwa, i myślę o takim samym popołudniu, 14 kwietnia 1931 roku, gdy w mieszkaniu madryckim tego samego człowieka wysłannik króla, hr. Romanones, oddawał władzę w ręce Alcali Zamory, w ręce republiki. Dr Maranon — tym tytułem zarówno skromnym, jak godnym zwykle się go określa — zaczyna mówić. Mam przed sobą świadka całego cyklu historycznych wydarzeń i ten świadek odrysowuje nam z wolna ich najgłębsze przyczyny, sonduje winy, ukazuje konsekwencje. I gdy tak mówi, czasem z widoczną zgrozą, czasem z żalem i goryczą, pełną patriotyzmu i starego liberalizmu zarazem, wydaje mi się, że mówi i widzi te sprawy właśnie jak człowiek swego zawodu, jak lekarz, jak medyk, że jest to zawsze uczony, który nachyla się nad ciałem — tym razem tym ciałem jest całe społeczeństwo — ciałem zatrutym, chorym i cierpiącym.

*

— Przede wszystkim, czy może mi pan powiedzieć, dlaczego, w mniemaniu pana, przyszła w Hiszpanii republika? Nim przejdziemy do obecnych wydarzeń, co spowodowało tamte, w roku 1931?

— Chce pan wiedzieć, dlaczego przyszła republika? — odpowiada dr Maranon. — Przyszła, bo monarchia była już trupem. Monarchia hiszpańska, która w ciągu wieków dokonała olbrzymiego dzieła, znajdowała się od dawna w upadku. Jeśli w pewnym okresie czasu zgodziła się pójść za przykładem tych współczesnych monarchii, które umiały się dostosować do współczesnych warunków życia i które w tym dostosowaniu się odnalazły nowe racje bytu, czyniła to opóźniona i nader powoli. Upadku monarchii dokończyło nadejście innego wydarzenia: dyktatury. Jeśli monarchia była chora, dyktatura zadała jej śmierć. Podczas całego okresu swego trwania dyktatura wysilała się — nie bez wyraźnej przychylności sił skrajnych z lewicy i prawicy — nad doszczętnym zniszczeniem dwóch wielkich partii politycznych w Hiszpanii: liberałów i konserwatystów. Te dwa wielkie stronnictwa zmontowano w okresie restauracji Alfonsa XII, ugruntowania się monarchii konstytucyjnej. Podczas następnych kilku dziesiątków lat, w okresie trudnym i zmąconym niejednymi wydarzeniami, dokonały one pracy, niedostatecznej być może, ale w każdym razie niemałej: wyprowadziły kraj z wojen domowych karlistów, z epoki pronunciamentów wojskowych i anarchistycznych. Starały się unowocześnić Hiszpanię, kraj opóźniony w rozwoju o całe wieki. Jeśli tego ostatniego dzieła nie zdołały w pełni dokonać, to może dlatego, że podobna praca wymagała więcej czasu i potrzebowała ludzi o zupełnie wyjątkowych zdolnościach. Otóż te dwie partie, na nasze największe nieszczęście, w okresie przed powstaniem dyktatury Primo de Rivery znajdowały się również w stadium dekadencji: zamiast wzmocnienia ich jednak i przywrócenia wartości, zastąpiono je dyktaturą wojskową, ta zaś pośpieszyła wyniszczyć do ostatka to, co pozostało w Hiszpanii z liberałów i konserwatystów, dwóch ugrupowań politycznych i parlamentarnych podstawowych dla „systemu angielskiego”, dla każdego systemu monarchii konstytucyjnej, oddających sobie władzę kolejno, bez wstrząsów. Ten system polityczny stworzył podstawę dla tego typu ustroju, który istniał w Hiszpanii przed dyktaturą; zniszczenie tej podstawy, zniszczenie tych dwóch partii, sprawiło, że w roku 1930, gdy zapragniono czy ujrzano się zmuszonym do odwrotu od dyktatury, powrót do stanu rzeczy sprzed zamachu Primo de Rivery nie znalazł już gruntu pod nogami, nie miał dla siebie oparcia.

— Powiedziałem panu — ciągnie dr Maranon — że nadejście dyktatury było jednak ułatwione poprzedzającym je okresem dekadencji partii politycznych. Pan zapytał z kolei, jakie jeszcze były przyczyny tej dekadencji? Otóż był nią brak, a raczej utrata dwóch wybitnych polityków, poniesiona przez te stronnictwa. Niezawodnie oba wymagały po wielu latach gruntownego remontu. Stawały się coraz dalsze „rzeczywistej rzeczywistości” (pays réel), nowe potrzeby kraju wymagałyby rewizji ich programów, system wyborczy miał braki. Ale wszystkie te luki mogła zapełnić rozumna i energiczna praca odpowiednich przywódców. Obie partie takich przywódców miały, ale niestety, obie ich straciły. Trzymałem się zawsze z dala od polityki, lecz śledziłem uważnie losy mego kraju i nigdy bardziej niż dzisiaj nie opłakuję śmierci wielkiego liberała, jakim był Canalejas581, zamordowany przez anarchistę. Stratą nie mniej ciężką i nie mniej rozstrzygającą dla późniejszego biegu wypadków było „unieużytecznienie” (inutilisation) polityczne przywódcy konserwatystów, starszego Maury582...

— „Unieużytecznienie”?

Dr Maranon zatrzymuje się, jakby powracał, poprzez całe ćwierćwiecze, do ówczesnych wydarzeń. I mówi dalej:

— Tak, „unieużytecznienie”. To właśnie zrobiono z Maurą. Był on premierem podczas egzekucji Ferrera583. Całą winę zrzucono na niego. Musiał się wycofać z polityki. Pan zna poglądy moje i mego kraju na tę smutną sprawę. Ganiliśmy, jak nie można ostrzej, ów krok władzy, byliśmy całą duszą za Ferrerem, broniliśmy człowieka skazanego i straconego w okolicznościach, które były nam wstrętne. Byliśmy liberałami, byliśmy przeciw karze śmierci! Otóż dzisiaj, szanując motywy, które nami powodowały wówczas, muszę przyznać i pragnę to uczynić (je tiens à le faire), że skutki polityczne tej naszej akcji były fatalne i zgubne. Był to wielki błąd, wielka wina...

I jakby wracając do zagadnień, od których musiał odbiec, dr Maranon ciągnie:

— Tak to więc przyszło. Zabrakło, w obliczu powojennych, ciężarnych zagadnieniami czasów, odpowiednich ludzi. I partie polityczne, i forma ustroju zaczęły się degenerować. Ustrój poszukał oparcia w dyktaturze, a dyktatura zniszczyła to, co zostało — to, co mogło było odżyć — z dawnych partii politycznych, z podstawy régime’u parlamentarnego. Gdy dyktatura stała się nie do utrzymania, monarchia miała już drogi powrotu przecięte. Starała się je odzyskać, było za późno. I oto jakeśmy w Hiszpanii doszli do republiki.

— Czy może mi pan teraz opowiedzieć, jak, zdaniem pana, doszliście w Hiszpanii do obecnego stanu rzeczy?

Dla mego rozmówcy określenie „obecny stan rzeczy w Hiszpanii” jest najwidoczniej tragiczne. Niewątpliwie pytanie to stawiał już sobie nie raz jeden, najniewątpliwiej boli go do żywego. Odpowiada powoli, zrazu jakby sennie, tak jak gdyby ów wielki lekarz, jakim jest przecie z zawodu ten człowiek, analizował przyczyny choroby bardzo ciężkiej, bardzo skomplikowanej.

— Moim zdaniem, rewolucja nie ogarnia krajów najbardziej potrzebujących reform i najbardziej zacofanych. Było wiele krajów zacofanych i potrzebujących reform, przechodzących przez całe okresy kryzysów nie mniej głębokich niż Hiszpania, a jednak kraje te nie stoczyły się w otchłań rewolucji i na ominięciu jej bynajmniej nie straciły. Rewolucja staje się koniecznością dopiero wówczas — i tak było u nas — gdy kierującym brak zrozumienia dla doniosłości, dla skutków ich własnych czynów, gdy uczucie nienawiści, zemsty czy ambicji osobistej każe im stracić miarę, gdy rządzącym brak politycznej zręczności.

— Nie sądzi pan, że postępowanie prawicy mogło sprowokować rewolucję? Że kilka zamachów terrorystycznych mogło sprowokować w odwecie terror czerwony?

— Nie trzeba przesadzać — odpowiada dr Maranon. — Większość prawicy pogodziła się szybko z republiką. Nieliczny udział, jaki w kilkanaście miesięcy po jej nastaniu wzięli oni w ówczesnym puczu generała Sanjurjo, był tego najlepszym dowodem. Republika żyła, krzepiła się, zwyciężała przeszkody, modernizowała kraj. To przeciwnie, skrajność czerwonych się srożyła: Azana popełnił ogromny błąd, idąc do wyborów z żywiołami skrajnymi, umożliwiając im dostęp do władzy.

— Mówił mi pan — przerywa sobie w tej chwili mój rozmówca — o winie, że do tego doszło. Wina, winy — one są po obu stronach. Ale na tym nie wolno poprzestać: że wszyscy popełnili winy, to jeszcze wcale nie oznacza, i ja przynajmniej tego nie powiem — dr Maranon mówi te słowa z niezwykłą siłą, niemal podniesionym już głosem — że wina ta podzielona jest na równe części, że obciąża w tej samej mierze lewicę, co prawicę. O, nie! Pragnę stwierdzić to głośno, że wina za ów stan rzeczy, do jakiego doszliśmy dziś w Hiszpanii, spada głównie (principalement) na czerwonych. Pyta się mnie pan jak? Dobrze, zaraz panu odpowiem. Trzy wydarzenia bezpośrednio prowadziły do rewolucji, trzy wydarzenia ją sprowadziły.

Dr Maranon wylicza:

— Przede wszystkim więc rewolucja w Asturii584. W chwili gdy prawicowo-centrowy gabinet parlamentarny Lerroux – Gil-Robles obejmuje władzę legalnie, najzupełniej legalnie, w oparciu na większości parlamentarnej, czerwoni wychodzą z ram legalności, organizują wybuch rewolucyjny. Wybuch zawodzi w reszcie kraju, zakorzenia się za to tym silniej i tym krwawiej w Asturii. Otóż czerwoni pierwsi dokonali wielkiego zamachu na legalność. To oni jako stronnictwo polityczne dali przykład tak powszechny i w tak wielkiej skali niesłuchania legalnej władzy.

Drugim wydarzeniem tego samego typu było usunięcie z prezydentury Alcali Zamory. Był to akt antykonstytucyjny. Tak — ciągnie dr Maranon dalej wobec moich wątpliwości — antykonstytucyjny. Na domiar złego pozbawiono się na tym stanowisku człowieka, który sprawy widział jasno, był słuchany, dał dowód dużej zręczności politycznej w sytuacjach trudnych.

Wreszcie przychodzi zamordowanie Calva Sotelo. Byłem zawsze jego przeciwnikiem, wrogiem politycznym. Nie podzielałem jego poglądów. Ale był to człowiek wysokich uzdolnień, a przede wszystkim człowiek lojalny, umiarkowany, szanowany przez tych wszystkich jego przeciwników, qui n’étaient pas des brutes585. Ów człowiek, leader polityczny opozycji, został porwany z własnego domu, spośród swej rodziny, w nocy, przez oddział policji, tak, w mundurach — podle zamordowany. Niech pan wyobrazi sobie podobny czyn w jakimkolwiek innym kraju. Niech pan przypuści, że w Anglii, że we Francji, że w Polsce, ludzie w mundurze policyjnym, operujący nakazem policyjnym, porywają szefa opozycji, opozycji legalnej, parlamentarnej, i mordują go. Czy mógłby pan wówczas jeszcze utrzymywać, że rząd, który tego dokonał, régime, który takie rzeczy umożliwia, nie wyszedł sam z ram legalności? Czy w Anglii, Francji lub Polsce byłoby to możliwe? A gdyby coś takiego było tam możliwe, czy można by potem jeszcze odważyć się mówić o legalności prawowitej władzy?

Dr. Maranon hamuje się najwidoczniej, mówiąc to wszystko, i ciągnie dalej.

— To jeszcze nie koniec. Czynu tego dopuścili się trzej oficerowie policji. Wszyscy wiedzieli o tym, znali nazwiska. Nikt ich nie aresztował. Ostentacyjnie pokazywali się w kawiarniach i nazajutrz wszędzie. Cały Madryt wiedział, że rzecz była przygotowana w kołach urzędowych (préparé dans les milieux officiels). Niezawodnie, w każdym kraju politycznie wzburzonym trafiają się zajścia, w czasie których giną militanci, bojówkarze jednego i drugiego obozu. Ale zamach na szefa wielkich partii, partii opozycyjnych, zamach zorganizowany jawnie przez policję, posługujący się autorytetem państwa — o, nie! to się nie zdarza.

— Nazajutrz po zbrodni — mówi dr Maranon — mimo że byłem przez całe życie przeciwnikiem prawicy, że byłem daleki od poglądów Calva Sotelo, ministra za dyktatury, napisałem list do mego wielkiego przyjaciela, dawnego przyjaciela, Marcelina Domingo586, leadera — jeszcze wówczas — Frontu Ludowego. Oświadczyłem mu, że wszystkie węzły przeszłości i wspólnoty idei, jakie mogły mnie łączyć ze sprawą i régimem takim jak ten, są zerwane. Oświadczyłem im to. I wielu ludzi z lewicy, starych wrogów monarchii, wrogów dyktatury, walczących przez lata całe o odnowę Hiszpanii, myślało wówczas, jak ja myślałem. Czyż można przypuścić, że taki Unamuno został wtedy „kupiony”, jak to oni przez długi czas starali się w swych gazetach wmawiać ludziom z daleka, ludziom łatwowiernym, o słabym rozumie?

*

Następuje przerwa, zapada chwila milczenia, którego nie próbuję przerwać. Dr Maranon zaczyna jednak opowiadać niezapytany, od siebie, jak to przeniósł587. Ten człowiek, mówiąc mi o tym, nie wyżywa się, nie lubuje w tych zwierzeniach, przychodzą mu one z trudnością, cierpi. Mówi, jakby rozumiejąc, że jego świadectwo ma swoje historyczne znaczenie dla tych wydarzeń, mówi jak człowiek, który w swoim mieszkaniu lekarza widział niegdyś narodziny tej republiki.

— Napisałem do Marcelina Domingo. Należał do tych spośród nas, starej lewicy hiszpańskiej, którzy podczas wyborów poszli ze skrajnymi, z socjalrewolucjonistami, z anarchistami. Czerwone żywioły skrajne u nas to produkt złych warunków społecznych, niewątpliwie. Staraliśmy się ich zawsze nie dopuścić do wpływania w jakikolwiek sposób na losy kraju. Ileż to razy swymi zamachami, walkami pistolerosów i dynamitardów ci biedni, nieszczęśni ludzie hamowali postęp kraju! O, trzeba było pamiętać o ich istnieniu, starać się drogą reform społecznych drenować nędzę mas, wyrwać masy spod ich wpływu, usunąć z biegiem czasu warunki, na których taki ekstremizm, szkodliwy dla postępu, mógł wyróść. Pozwolić im rządzić — byłoby błędem. Połączenie rozsądnych stronnictw lewicowych z tymi ciemnymi odruchami było wadliwą kombinacją. Nazajutrz po zamordowaniu Calva Sotelo Marcelino Domingo był jeszcze leaderem lewicy. Dziś, jak ja, jest na wygnaniu. A Madryt jest poddany terrorowi, który przekracza wszystko, co można sobie wyobrazić.

Mówię tu o krwawych represjach, także i po stronie powstańców. Ale dr Maranon odpowiada:

— Myli się pan pod tym względem, i mylą się wszyscy, którzy porównywają stan rzeczy po obu stronach. Nie ma porównania, jeśli chodzi o całe masy ludzi najzupełniej niewinnych, rozstrzelanych w warunkach, w których nieprawidłowości procedury w procesie Ferrera były niczym. Czy masy? Wie pan, ilu ludzi rozstrzelano dotąd w jednym Madrycie? 36 000. Tak, trzydzieści sześć tysięcy osób, rozstrzelanych po największej części bez żadnego sądu, nie mówiąc już o trybunałach „ludowych”. Trzydzieści sześć tysięcy osób. Jestem lekarzem: prowadziłem szpitale. Przez moje ręce podczas tych tragicznych miesięcy wszystko to przeszło. I mówię to panu jako lekarz. Lekarz w takich razach nie kłamie. To były proskrypcje588, hekatomby, bez motywu, bez sądu. Nawet bez sądu czeki rosyjskiej. To była rzeź.

Opowiedzieliśmy się właśnie przeciw tej rzezi. Jestem liberałem. Zwalczałem Maurę za czasów sprawy Ferrera, bo jestem za prawem, jestem przeciw karze śmierci. Cóż pan chce: lekarz — a to jest doprawdy moim najgłębszym powołaniem — lekarz to człowiek, który się wysila, żeby walczyć ze śmiercią, który stara się jej wydrzeć z rąk ludzi, stara się cofnąć granice jej panowania. Czyż po takiej walce i prowadząc ją, można być jednocześnie za karą śmierci? A jeśli byłem za Ferrerem, jeśli byłem wówczas przeciw karze śmierci, przeciw terrorowi, przeciw nieprawidłowościom procedury w tej sprawie, jeżeli byłem liberałem, to tamtą moją postawę zachowuję i wobec ludzi, wobec régime’u, który popełnił podobne zbrodnie. Sprawa Ferrera była niczym w porównaniu z tym wszystkim. My wszyscy, liberałowie hiszpańscy, jesteśmy tego zdania.

Ten człowiek o silnej budowie, prawie młody jeszcze, zdaje się być wyczerpany tym, co przed chwilą odtworzył. Jeszcze raz powraca do mojej wątpliwości sprzed chwili:

— Strona „biała”, jak pan powiedział, rozstrzeliwuje także? Ależ, proszę pana, niech pan przyjrzy się lepiej! Zacytuję panu tylko fakty, łatwe do sprawdzenia, wymowne. W Paryżu jest obecnie 40 000 Hiszpanów, emigrantów politycznych. Są to wszystko ludzie, którzy uciekli z Hiszpanii, ale z której Hiszpanii? Czy pan myśli, że są to wszyscy czynni politycy? Nie, nie dano by im chyba uciec, w tak poważnej liczbie. Są to ludzie, którzy nie mają na sumieniu żadnej winy, nie mieszali się w ogóle do niczego, przeciwko którym nikt nic nie miał, ale którzy mimo to nie czuli się pewni życia po stronie czerwonej. Po stronie Burgos589 nic podobnego. W tych 40 000 nie ma ludzi uszłych z tamtej strony. Ale to nie wszystko. Pan wie dobrze, jakiej pomocy udzielają dziś poselstwa i konsulaty w czerwonej Hiszpanii. W tamtej nic podobnego się nie zdarza. Niech pan zapyta w liniach okrętowych, czy to z terytorium białych czy czerwonych przewoziły tysiące emigrantów, którym władze, jako zupełnie niewinnym, nie mogły odmówić paszportu, a którzy niezależnie od tego nie czuli się bezpieczni w Hiszpanii? A czym pan wytłumaczy, że wszyscy intelektualiści hiszpańscy, ludzie z lewicy, ludzie postępu, są przeciw temu rządowi?

— Czy może mi pan zacytować zjawiska?

— Po cóż? Wszyscy. Niech pan weźmie najwybitniejszych. Ortega y Gasset. Znany szeroko filozof, profesor uniwersytetu w Madrycie, dziś nasz największy pisarz i myśliciel. Perez Ayala. Największy powieściopisarz współczesnej Hiszpanii, były ambasador w Londynie, dyrektor muzeum Prado. Menendez Pidal, prezes Hiszpańskiej Akademii Nauk. Morente, jeszcze jeden pisarz, dziekan wydziału. Del Rio Hortega, uczony, jedna z powag światowych w dziedzinie mitologii antycznej. Hernando, profesor medycyny i członek Akademii. Pio Baroja i Azorin — obaj słynni pisarze. Zuloaga, wielki malarz, inni. Wszak nie można negować tego, co te nazwiska znaczą. O, to nie są fałszywi „intelektualiści”, jakich się dziś mianuje co dzień w czerwonych brukowcach Madrytu. Ale nie koniec na tym: jak i czym wytłumaczy mi pan fakt, że 80% wszystkich profesorów uniwersytetów hiszpańskich — zawsze z czerwonej Hiszpanii — przebywa dziś zagranicą? Ktoś mi powie, że wyjeżdżali z misjami od rządu? Ależ pan przybywa z Hiszpanii, pan wie, co skrajni sami mówią o takich misjach, pan wie, że przecież bez takiej misji nie mogliby wyjechać. Ja sam, jeśli mogłem udać się do Francji, to także z „misją”. Tylko że żaden z tych ludzi, raz dostawszy się za granicę, nie wraca. To także panu nic nie mówi? Nic, wszystko to nic? Nie, proszę pana. Po stronie czerwonych jako jedyni intelektualiści, prawdziwi intelektualiści, a nie dopiero pasowani na intelektualistów przez własne redakcje, pozostała tylko — i to jest bardzo hiszpański paradoks — grupa pewnych intelektualistów katolickich...590

Korzystam z zejścia rozmowy na tematy katolickie:

— Niech mi pan pozwoli — mówię — zadać mu jeszcze jedno pytanie. Chciałbym bardzo znać opinię pana o katolicyzmie hiszpańskim, o kościele u was. Czy prawdą jest że duchowieństwo było takie złe?

— Podzielę moją odpowiedź — mówi dr Maranon. — Wszystko, co panu opowiadano o moralności kleru, o jego rozpuście, o nierządnym życiu, wszystko, co tak rozgłasza propaganda w Hiszpanii — jest nieprawdą. Moralność kleru była wysoka, nadużycia stanowiły wyjątki. Raz jeszcze mówię to panu jako lekarz. O takich sprawach lekarze są zawsze dobrze poinformowani. I właśnie jako lekarz odpowiadam panu: nie. To nie jest prawda. To nie jest prawda. On l’a exagéré et surexagéré591. Skłamano. Jeśli jednak chodzi o sprawy polityczne i społeczne, to niestety, w moim pojęciu kler hiszpański był daleki od swej misji społecznej, był bardzo zacofany, wczorajszy. Nie pozwala mi to jednak pominąć milczeniem istnienia szeregu wyjątkowych jednostek, wśród nich paru stojących od niedawna na szczytach hierarchii. Tacy są zwłaszcza obaj prymasi, arcybiskup Toleda i arcybiskup Tarragony. Znałem i ceniłem wysoce innego prałata: był nim Polo de Benito, dziekan Toleda. Był to człowiek o poglądach szerokich, postępowych, antykapitalistycznych. Czerwoni go rozstrzelali. Jest to strata bardzo wielka, strata dla kraju, dla kościoła.

— Mówiono mi wiele o wpływie jezuitów. Co pan o tym sądzi?

— Jeszcze jedna fałszywa legenda, dobra dla ludzi, którzy takimi sztuczkami upraszczają sobie rozumienie wydarzeń niemieszczących się im w ciasnej głowie. Przez całe moje życie nie spotkałem się z żadnym śladem działalności jezuitów. Był to zakon taki jak inne, zajęty w lepszy czy gorszy sposób swymi pracami duchownymi. Uczyniono z nich kozła ofiarnego i otoczono nader płytką legendą. To samo było zresztą z masonerią. Znalazł ją pan w Hiszpanii rozdzieloną. Są wolnomularze po stronie czerwonych, są inni, jak Lopez Ochoa, rozstrzelani przez czerwonych. Legenda o ich tajemnych wpływach jest nie mniej fałszywa.

Powracamy nieznacznie do wydarzeń, tak bardzo dziś dalekich, które poprzedziły nie tylko rewolucję, ale i republikę. Dr Maranon mówi:

— To dzięki wpływowi armii przyszło po klęsce w Maroku do dyktatury. Podczas jej trwania król, któremu w każdym razie nie brakowało bystrości umysłu, starał się parokrotnie z niej wyzwolić. Mógł to być i wpływ jego matki. Marii Krystyny, kobiety zupełnie nieprzeciętnej jako prawość i inteligencja polityczna, kobiety, która sprawy widziała jasno. Już od 1923 roku przewidywała, że dyktatura zgotuje kres monarchii...

— A armia hiszpańska w tym wszystkim?

— Armia hiszpańska? Dzień 14 kwietnia 1931 roku zastał ją zupełnie rozbitą. Była niezdolna do działania. Trawiły ją wyrosłe z maleńkich do gigantycznych rozmiarów swary rodzajów broni i pułków, rywalizacje generałów i waśnie poszczególnych pułkowników. Te rozbieżności unicestwiły siłę, która trzymana z dala od polityki, niewysyłająca swych przedstawicieli na gościnne występy w inne dziedziny, nieangażująca swych ludzi w sprawy, których charakter społeczny, nieraz bardzo zawiły, umykał zupełnie spod ich rozumienia, mogła była odegrać w groźnym momencie swoją rolę na rzecz pokoju wewnętrznego. To wszystko tyczy się jednak — podchwytuje po chwili dr Maranon — przeszłości.

— Jeszcze kwestia, w której pragnąłbym znać zdanie pana. Był pan jednym z głównych świadków — et c’est peu dire592 — upadku monarchii, pokojowego nastania republiki. Czy prawdą jest, że generał Sanjurjo przyczynił się w sposób bardzo decydujący do tego wydarzenia?

— Zupełnie ścisłe — odpowiada mój rozmówca — ścisłe w tym, że nazajutrz po wyborach gminnych z dnia 13 kwietnia generał Sanjurjo, szef Guardia Civil, której siłę policyjną pan dobrze zna, zameldował swemu szefowi że nie może za nią ręczyć. Ta siła odpadła. Armia? — mówiliśmy już o niej. Król mógł się tylko zastosować do faktów dokonanych.

— To w pana madryckim mieszkaniu, jak o tym pisały wówczas dzienniki, odbyła się rozmowa delegatów króla z szefem rządu tymczasowego, Alcalą Zamora?

— Tak. Alcala Zamora zatrzymał się u mnie. O drugiej popołudniu hr. Romanones, człowiek, którego bardzo szanuję, przybył z polecenia króla. W ciągu godziny wszystko zostało uzgodnione. Abdykacja, przekazanie władzy, wyjazd. Hr. Romanones odjechał na zamek...

Dr Maranon opowiada o tej chwili, bądź co bądź historycznej. I dodaje jeszcze:

— Rozmawialiśmy z nim we trzech. Alcala Zamora, Ortega y Gasset, ja. Wszyscy poszliśmy po kolei na wygnanie...

W tym momencie opowiadam dr. Maranon historię, która powinna go zająć. Kilka tygodni temu, wieczorem, w Madrycie, zaszedłem do Telefoniki. W centrali dla dziennikarzy siedziało paru Hiszpanów i cudzoziemców. Na mój widok zamieniono złośliwe uśmieszki i ktoś rzekł: „Oho, zdaje się, że po Finlandii przyszła kolej na Polskę”... Wiedziałem, że dwa dni temu przeprowadzono rewizję w attachacie finlandzkim i aresztowano tam szereg uchodźców politycznych i znaleziono pewną ilość broni. Niemniej nie wiedziałem, jaki związek może to mieć z Polską. „Jak to, pan nie czytał dzisiejszej »Claridad«? — odpowiedziano. — Twierdzi, że w poselstwie polskim ukrywa się dr Maranon”. Odpowiedziałem, że nic o tym nie wiem, i twarze nie przestawały być złośliwe, ale dodałem coś jeszcze. Oto, że nie tyle jest dla mnie nowiną, iż dr Maranon mieszka właśnie u Polaków, ile zdumiewa mnie co innego. To, że człowiek, o którym od lat słyszałem za granicą jako o jednym z twórców republiki, musi się dzisiaj w ogóle ukrywać. Przestano się potem i pytać, i uśmiechać.

— Jeszcze jedna historia z tych smutnych czasów — odpowiada dr Maranon. — Oczywiście, że nie ukrywałem się w żadnym poselstwie, nie szukałem żadnej protekcji, która by mnie wyłączała spod władzy i odpowiedzialności legalnej i normalnej. Ale podczas madryckiego terroru, gdy pozostawałem na moim stanowisku w szpitalach i klinikach — Bóg jeden wie czego byłem świadkiem — moja rodzina zamieszkiwała dom pozostający pod opieką waszego poselstwa. Nie było to oczywiście żadne schronisko eksterytorialne: po prostu bezpieczeństwo było tam bardziej prawdopodobne dla kobiet i dzieci. Później jednak wobec zbliżania się nacjonalistów chciano mnie ewakuować urzędowo do Walencji, jak to uczyniono z szeregiem intelektualistów. Odmówiłem. Wówczas to ukazała się sympatyczna notatka z „Claridad”. Pan ją zna i ja ją znam, i przypomina pan sobie, że w tej notatce poza wzmianką, iż ukrywam się w polskim poselstwie, było coś jeszcze: informacja, że nazwisko dr. Maranon odnaleziono na listach falangistów! Pan wie, jak bardzo było to dalekie od prawdy! Pan wie także, co taka notatka oznacza w warunkach dzisiejszych, pan wie, co się chce zrobić z człowiekiem, gdy się o nim w ten sposób pisze. Pan rozumie, co mnie czekało...

Człowieka, który mi mówił o trzydziestu sześciu tysiącach rozstrzelanych, których ciała przeszły przez szpitale i kostnice Madrytu, nie przechodzi dreszcz trwogi. Na twarzy tego republikanina i lewicowca odbija się tylko pogarda dla kłamstwa i smutna litość dla denuncjanckiego, a niewątpliwego, niestety, oszczerstwa.

— W trzy dni później zdołałem opuścić Madryt, potem Hiszpanię. Nawet dostałem misję. Jestem na obczyźnie. Na wygnaniu.

Milczenie. I znowu podnoszę:

— A teraz, co pan myśli, że nastąpi?

— Nie jestem prorokiem, proszę pana, niech mnie pan nie pyta, co będzie. Jestem lekarzem. Walczyłem doprawdy całe lata o postęp w moim kraju, o wolność, o zniesienie kary śmierci. I właśnie dlatego, że kiedyś krzyczałem i protestowałem po straceniu Ferrera, protestuję i wzdrygam się wobec zgrozy i zbrodni rozlanej po Hiszpanii. Wszystko w niej jest rosyjskie. Musiał to pan widzieć, nie może pan przeczyć. To już nie oficerowie i broń rosyjska, to moda i duch rosyjskie, to rosyjskie czapki, to twarze mongolskie historycznych wodzów Rosji patrzą na nas z plakatów na murach Madrytu, to rosyjskie nazwy dawane batalionom milicjantów. Trzydzieści sześć tysięcy ofiar Madrytu przeszło przez moje ręce. Niech pan mnie o nic nie pyta. Prawica popełniła błędy. Nie rozumiała ani trochę wypadków. Zwłaszcza jeśli chodziło o zagadnienia społeczne. Ale wobec takiej sytuacji, dla liberała, który liberałem był całe życie, dla republikanina, dla człowieka który sam, własnymi oczami i rękami, nurzał się w tym wszystkim, oglądał okropieństwa Hiszpanii, nie ma dziś innej postawy możliwej. Memu krajowi mogę życzyć dziś przede wszystkim powrotu do ładu. A ta moja nadzieja jest w Burgos.

Człowiek zatrzymuje się, jakby przeszedł przez kryzys niezmiernie ciężki, ale jakby zdołał opanować i ów kryzys. Spogląda na mnie, wstaje, patrzy w dal, przez okno. Spokój wieczoru w Paryżu, cichy spokój wielkiego miasta, podnosi się ku nam z ulicy. O czym może myśleć w tej chwili dr Gregorio Maranon, jeden z twórców republiki hiszpańskiej? Dorzuca jeszcze zdanie, które notuję: że zamiast zwalczać dyktaturę, socjaliści i anarchiści dali wolną rękę Primo de Riverze, nawet z nim współpracowali, jak to było w wypadku samego Largo Caballero. Caballero, zanim stał się „hiszpańskim Leninem”, odegrał rolę analogiczną poniekąd do naszego Jędrzeja Moraczewskiego, z ZZZetami w BBWR. I znowu patrzy na miasto, w ten spokój. Wydaje się, że ten spokój wdycha w siebie jak powietrze, rozlewa po ciele, wchłania, nie ma go dosyć. Po nocach przerywanych odgłosem strzałów, po miesiącach widoku kostnic, codziennie zapełnionych świeżą kośbą, po tych trzydziestu sześciu tysiącach, które mu nie schodzą z pamięci. Między tamtą Hiszpanią a tym człowiekiem wyrosła ściana, wyrosła barykada. Barykada trupów. Oglądając się za siebie, ten człowiek nie może patrzeć inaczej jak przez krew, jak przez tę barykadę. Całym ciężarem legła już na jego sądzie. I ona go odgradza.

*

Dziś, włączając do książki wyznania jednego z najpierwszych twórców republiki hiszpańskiej, tak srodze zawiedzionego, nie pragnąłbym, rzecz prosta, przyjmować w pełni jego tezy. Ale nie śmiałbym także pozbawiać głosu człowieka, który tych wypadków był tak blisko. Los Gregorio Maranona, los Rodzianki593, los Kierenskiego594 jest klasycznym losem ludzi, którzy wierzą jeszcze w możliwość bezkrwawych rewolucji[dewolucji?], a potem dopiero widzą, jak srodze ich zbudzono... A takich jest więcej, niż się myśli. Może jesteśmy nimi — my sami...